Opublikowano
2009-06-22 19:59
Licencja
Wolna licencja

Waldemar Ceran. Pro Memoria

Są teksty, których nigdy nie chciałoby się napisać, lecz trzeba. Nie po to aby wypełnić kolejną rubrykę w „Histmagu”, lecz wyrazić swój podziw dla postaci, która odeszła. Piszemy do Was te słowa, bo po prostu szczerze lubiliśmy profesora Waldemara Cerana. Utwierdził nas w przekonaniu, że decydując się na studiowane historii podjęliśmy właściwy wybór. Odszedł człowiek, który uprawiał historię jak prawdziwy mistrz nauki, a jednocześnie bawił się nią jak dziecko. Wielki człowiek.


Gdy dziś odwiedziłem na krótko Instytut Historii UŁ był niby taki sam, choć zupełnie inny. Na małej altance powiewała czarna flaga, a w szybach przywieszone były nekrologii, które wielkimi literami informowały o śmierci prof. Cerana. W Instytucie zrobiło się jakoś niezwykle pusto, a ponurą atmosferę podkreślał kapiący za oknami deszcz.

Jeszcze tylko drobne spojrzenie na stronę „Histmaga”, a tam pod informacją o śmierci profesora komentarze, które nie pozostawiają złudzeń. Profesor Ceran nie był przejściową fascynacją, nie był idolem dla jednego roku studiów, był czymś więcej – nieprzemijającą legendą łączącą tych, którzy przekroczyli kiedyś mury Instytutu Historii UŁ.

Straszna wiadomość

Studiując historię poznawaliśmy mniej lub bardziej znane nazwiska wielkich historyków. Były nam niby znane, choć wciąż tak anonimowe. Był, żył, napisał wiele książek, i zgodnie z odwiecznym prawem natury zmarł pozostawiając nam spuściznę pracy i wiedzy, do której podchodzimy machinalnie, bez większej refleksji. Kto jednak spotkał prof. Cerana wiedział, że nie tylko może się o legendach uczyć, ale także osobiście poznać jedną z nich.

Informacja o śmierci profesora spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Jeszcze w sobotę jeden z kolegów, który wybrał się na piątkowy bal dla pracowników Wydziału, opowiadał o tym jak profesor doskonale się bawił. Którzy by się spodziewał, że zaledwie dzień później wstrząsająca informacja o jego śmierci przerwie naszą codzienność.

Dla mnie była to kolejna niedziela, tym razem okraszona przygotowaniami do egzaminu z metodologii, dla Przemka, po kolejnym dniu w londyńskim archiwum, czas na zasłużony odpoczynek. W telewizji leciała kolejna powtórka „Przyjaciół”. Po południu miał wraz z innymi znajomymi wybrać się na zwiedzanie Londynu. Kiedy tylko dowiedziałem się o śmierci profesora, wysłałem mu SMS. Treść krótka – „Profesor Ceran nie żyje”.

Bo uwielbiam Pana słuchać…

Zapewne gdyby chodziło o kogoś innego jedynie byśmy się zasmucili i wrócili do codzienności. Jednak profesor nie był jak wszyscy. On wprowadzał nas w życie uniwersyteckie, był człowiekiem-instytucją, realizacją wyobrażeń o tym czym są studia, czym jest Uniwersytet. Do dziś pamiętamy jego środowe wykłady, egzamin, który był pierwszym, jaki zdawaliśmy na studiach. Zawsze punkt o 10:00 pojawiał się w drzwiach sali wykładowej, rzucał żart na wejście i zaczynał mówić. Pamiętam jak mówił nam, że na Uniwersytecie działa prosta zasada: jeśli wykładowca spóźni się 15 minut, studenci mogą pomachać mu w drzwiach i pójść gdzie im się żywnie podoba. Nigdy jednak nie mieliśmy okazji tego zrobić – któż by zresztą chciał.

Profesor mówił z niezwykłym przejęciem i pasja. Zarażał fascynacją do starożytności nawet niezbyt nią zainteresowanych. Sami się do nich zaliczaliśmy. Przychodziliśmy na wykłady i słuchaliśmy, z zapartym tchem notując każde słowo. Profesor gestykulował, żył opowieścią. Uśmiechał się życzliwie. Czasem bezradnie chował głowę w ramiona, tłumacząc, ze nie rozumie czyichś motywacji. Na naszych oczach odgrywał historię, mówiąc językiem prostym, ale pełnym mądrości i wiedzy. Nie można się więc dziwić, że – jak mówi jedna z legend – była raz pewna dziewczyna, która kilkakrotnie podchodziła u profesora do egzaminu z historii starożytnej. Zawsze otrzymywała jednak 2. Kiedy po raz kolejny Profesor spotkał ją na uczelni w Piotrkowie Trybunalskim, zapytał – Dlaczego znowu Panią widzę? Ona zaś z dziewczęcą skromnością odpowiedziała – Bo uwielbiam Pana słuchać.

Uścisk dłoni

Legendą w Instytucie Historii był wykład dotyczący wojen galijskich Cezara. Profesor rozrysowywał na tablicy kolejne linie oblegające Wercyngetoryksa. A myśmy nie mogli nie słuchać. Nawet Ci, którzy zwykle nudzili się na kwestiach militarnych. My tam, na polach pod Alezją, po prostu byliśmy. Zresztą nie tylko ten wykład utkwił w naszej pamięci. Niezwykła opowieść o wierzeniach Egipcjan i podróży duszy na Sąd Ozyrysa, fascynujące dzieje badań nad początkiem Rzymu, czy nie mniej frapujące opowiadanie o kulturze hellenistycznej...

Część tego niesłychanego talentu profesor ujawnił w telewizji. W regionalnym programie jego rozmówcą był znany aktor Bronisław Wrocławski. Wspaniale było raz jeszcze widzieć jak profesor Ceran żył opowiastkami z przeszłości. To nie to samo co widzieć go osobiście, jednak dla większości była to jedyna możliwość wciągnięcia się w pasjonujący świat starożytnego Rzymu i Bizancjum. Pamiętam jak z dumą wołałem do telewizora rodziców, mówiąc – Patrzcie! To profesor Ceran! – a oni siadali i słuchali.

Pamiętam, że o egzaminie krążyły rożne opowieści. Profesor miał być ponoć strasznie wymagający, szybko się złościć i stawiać złe oceny. Obawy okazały się nieuzasadnione. Choć istotnie nasz egzaminator był wymagający, to jednocześnie sympatyczny i otwarty na dyskusję. W pokoju unosił się zapach fajkowego dymu, na ścianie wisiała stara, lekko rozsypująca się mapa świata starożytnego, a on słuchał, bawiąc się tym słuchaniem, rzeczy, które przecież doskonale znał. Potakiwał, wykrzykiwał, emocjonował się każdym słowem. A na koniec wykaligrafowany wpis „bdb” w indeksie i uścisk dłoni, który profesor obiecał nam już na pierwszym wykładzie. Jakież to było przeżycie dla studenta pierwszego roku.

Po egzaminie nasze drogi z profesorem w zasadzie się rozeszły. Zajęliśmy się innymi przedmiotami, następnie własnymi pracami. On przeszedł na emeryturę, a my odeszliśmy do badania swoich epok. Później widywaliśmy profesora okazjonalnie, jak przemierzał korytarze Instytutu. Zawsze się uśmiechał, lekko unosił kapelusz i witał z tak wielką serdecznością, jakby spotkał dawno nie widzianego przyjaciela – a przecież byliśmy tylko zwykłymi studentami.

Żywa legenda

Niedawno obchodził jubileusz pracy zawodowej. Jeden z jego przyjaciół, dr Piotr Krupczyński, prosił o jakąś książkę popularno-naukową. Chciał by szersze grono poznało się na talencie profesora. Do tomu pamiątkowego – wydanego przez Katedrę Bizancjum specjalnie na ten jubileusz – artykuły napisali badacze z całego świata. Najwybitniejsi bizantyniści chcieli uczcić wieloletnią działalność profesora. On zaś, z charakterystyczną dla siebie skromnością, uśmiechnięty, dziękował i mówił o swojej żonie, która zauroczyła go na studiach.

Całkiem niedawno spotkać można było profesora w pracowni mikrofilmów i starodruków Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego. Może pracował nad książką, o której mówił dr Krupczyński? Profesor Bibliotekę zresztą uwielbiał. Pamiętam jak opowiadał kiedyś, że pewnego razu tak się zaczytał w magazynie BUŁ (który znał chyba lepiej niż niejeden bibliotekarz), że gdyby nie portier, to zostałby tam na noc. Przezorny strażnik przypominał sobie zresztą dopiero w domu, że widział profesora wchodzącego, a wychodzącego już nie. Późną nocą otwierano więc bibliotekę, by wyciągnąć z niej zdziwionego naukowca.

Profesor stał się legendą za życia. Opowiadania o nim krążyły po korytarzach IH UŁ, tworząc wokół niego aurę niezwykłości. Podobno kiedyś, korzystając ze swoich bokserskich umiejętności, uratować miał pewnego studenta przed napaścią bandy wyrostków. Ile w tym prawdy… nie wiadomo.

Profesor zawsze był

Mieliśmy poczucie, że jest wieczny. Jakiś czas temu przeszedł poważną chorobę i wygrał. Co zatem mogłoby go pokonać? Nic, tak się wydawało. Trochę zazdrościliśmy kolegom z seminarium starożytniczego, że mogą go spotykać co wtorek i nadal chłonąć doświadczenie i wiedzę. A było czego zazdrościć. Z podziwem patrzeliśmy na Katedrę Bizancjum sunącą szeroką ławą, zawsze elegancko ubraną i przygotowaną do naukowej batalii. Profesor doskonale łączył uniwersytecką kulturę – hierarchiczność, wagę słowa, refleksję – z otwartością i szacunkiem dla „młodszych kolegów”. Dla niego studenci byli po prostu mniej doświadczonymi, ale zawsze godnymi uwagi kolegami po fachu.

Z podziwem i wsparciem reagował na odradzanie się Studenckiego Koła Naukowego Historyków UŁ. Był pierwszym recenzentem i wiernym czytelnikiem, skromnego i nieco podle wydawanego przez Koło, Kuriera Instytutu Historii. Z radością przyjął pomysł organizacji w Łodzi XV Ogólnopolskiego Zjazdu Historyków Studentów III RP. Miał nawet wystąpić z wykładem inauguracyjnym… niestety obowiązki zagraniczne nie pozwoliły mu na to, nad czym bardzo ubolewał.

Dziś żegnając profesora, żegnamy go z całymi pokoleniami studentów. Żegnamy go jako człowieka, lecz nie jako wybitnego uczonego. Jego sława pozostanie bowiem z nami w opowiadaniach i wspomnieniach. Być może podobnie jak egipska dusza z jego „wykładowych” opowiadań, stoi teraz obok nas i krzyczy: czego martwicie się durnie… przecież jestem tu obok was.

Z pewnością inni mogliby opowiedzieć o profesorze więcej, podzielić się własnym doświadczeniem spotkania z nim. Jednak tylko w ten sposób, możemy choć w niewielkim stopniu powiedzieć jaki był i powiedzieć: Panie profesorze! Jesteśmy dumni, że mogliśmy być Pana studentami! Innej okazji więcej nie będzie…

Zobacz też:

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: student |

z szacunku dla prof. Cerana proponowałbym poprawić literówki...



Odpowiedz

Gość: Sebastian Adamkiewicz |

Pod tym adresem jeszcze jedno wspomnienie o profesorze Ceranie: http://sknh.uni.lodz.pl/news.php?readmore=58



Odpowiedz

Gość: Wojciech Bogusławski |

Profesor Ceran zawsze dawał natchnienie, entuzjazm. Chęć nie tyle nauki co studiowania. Zwykle na pierwszym wykładzie mówił świeżo upieczonym studentom\" dotąd się uczyliście, teraz czas na studiowanie\" zawsze powtarzał że trzeba myśleć a nie wkuwać na pamięć i bezmyślnie odtwarzać. Tego też wymagał na egzaminach. Zawsze pogodny i uśmiechnięty, zawsze dżentelmen. Zwykle nie używał słowa geniusz, dla mnie nim był. Jego nauka pisana jest bardzo cenna. Obcowanie z nim było bezcenne...



Odpowiedz

Gość: michał |

Ja poznałem Profesora w Piotrkowie i z całych studiów pamietam tylko wykłady Profesora choć były ona na pierwszym roku. Smutek pozostał ale liczą się cudowne wspomnienia- na zaswsze w naszych sercach



Odpowiedz

Gość: Kirył Marinow |

Dziękuję Kolegom za te ciepłe i piękne wspomnienia o Profesorze. Należało o Nim napisać, a nam, którym dany został przywilej obcowania z Mistrzem na co dzień, żal nadal zbyt mocno ściska serce, a łzy cisną się do oczu, abyśmy mogli już teraz zabrać głos. Raz jeszcze dziękuję.



Odpowiedz
Sebastian Adamkiewicz

Członek redakcji portalu „Histmag.org”, doktor nauk humanistycznych, asystent w dziale historycznym Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, współpracownik Dziecięcego Uniwersytetu Ciekawej Historii, współzałożyciel i członek zarządu Fundacji Nauk Humanistycznych. Zajmuje się badaniem dziejów staropolskiego parlamentaryzmu oraz kultury i życia elit politycznych w XVI wieku. Interesuje się również zagadnieniami związanymi z dydaktyką historii, miejscem „przeszłości” w życiu społecznym, kulturze i polityce oraz dziejami propagandy. Miłośnik literatury faktu, podróży i dobrego dominikańskiego kaznodziejstwa. Współpracuje - lub współpracował - z portalem onet.pl, czasdzieci.pl, novinka.pl, miesięcznikiem "Uważam Rze Historia".

Przemysław Piotr Damski

Doktor nauk humanistycznych w zakresie historii powszechnej, specjalista dziejów XIX i XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem lat 1871–1918. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego; wykładowca w Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie; współpracował ze Społeczną Akademią Nauk w Łodzi przy projekcie „Colonisation and Decolonisation in National History Cultures and Memory Politics in European Perspective”, nadzorowanym przez Universität Siegen (Siegen, Niemcy). Stypendysta Roosevelt Study Center (Middelburg, Holandia).

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org