Opublikowano
2017-04-19 14:07
Licencja
Wolna licencja

Wejście smoka pociągiem, czyli Tusk wraca do Warszawy

Polityka i historia uwielbiają wielkie wejścia. Triumfalne wkraczanie do miast i wsi dawno temu już okazało się użytecznym narzędziem w kreowaniu wizerunku osób ważnych. No a dzisiaj Tusk wrócił na moment do Warszawy. Balonik pękł.


tusk Donald Tusk (domena publiczna) Rolę pochodów i przemarszów doceniano zapewne od zawsze. Moje pierwsze skojarzenie to jednak defilady rzymskie pod łukami triumfalnymi, wkroczenie Jezusa do Jerozolimy (wedle tradycji w mniej widowiskowy sposób, na osiołku) i w końcu przybycie Lenina do Piotrogrodu (i niedługo potem ogłoszenie tez kwietniowych). Czy oszalałbym, porównując te sytuacje do dzisiejszego przyjazdu Donalda Tuska?

I tak i nie. Analogia jest tu dosyć prosta: przewodniczący Rady Europejskiej wraca do Warszawy, a to sprzyja manifestacji poparcia dla niego. To wygodna sytuacja, bo były premier i tak przyjechał na przesłuchanie do stołecznej prokuratury, gdzie miał zeznawać jako świadek w sprawie Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Przy okazji nadarzyła się więc szansa by pokazać, że ktoś za Tuskiem w kraju tęskni i ktoś jego politykę (polską albo europejską) popiera. Bezsensowne jest jednak przypisywanie temu zdarzeniu jakiejkolwiek większej wagi.

Być może powinienem zacytować przy tej okazji jakiegoś wielkiego myśliciela, ale przychodzi mi do głowy jedynie rymowanka dla dzieci: „Balon urósł że aż strach, przebrał miarę – no i bach!”. Takie są moje odczucia, bo nastał jeden z tych momentów, w których nasze społeczeństwo nadało ważny charakter wydarzeniu, które w zasadzie nie ma znaczenia. Kiedy tylko pojawiła się informacja, że Donald Tusk ma stawić się na przesłuchanie w kraju nad Wisłą, balonik zaczął powoli rosnąć. Pojawiła się koncepcja wielkiej ceremonii powitalnej, zaczęto „grupować się” pod odpowiednimi hashtagami, do akcji zachęcały znane twarze (np. aktorka Krystyna Janda). Media rzuciły się na ten łakomy kąsek, bo okazało się, że sprawa może ludzi zelektryzować (zwłaszcza, jeśli owe media dorzucą swoje trzy grosze).

luk Łuk triumfalny w Paryżu (fot. Benh Lieu Song, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0) To faktycznie się poniekąd stało. Kiedy o 10:40 na Dworzec Centralny wjechał w końcu odpowiedni pociąg, na miejscu czekała już manifestacja poparcia i kontrmanifestacja, a gdzieś pomiędzy nimi krążyli, niczym wolne elektrony, dziennikarze. Zwolennicy Tuska pojawili się z groteskowo wyglądającymi czerwonymi kartkami na których widniał wizerunek byłego premiera – to był piękny prezent dla drugiej strony, która dużo łatwiej mogła zarzucić ważnemu pasażerowi bycie „komuchem” i „zdrajcą”. Zresztą i bez tego akcentu pojawił się transparent z Donaldem Tuskiem w więziennym pasiaku.

Potem już został tylko pochód pod prokuraturę, ostatnie wiwaty na cześć przesłuchiwanego i... koniec. Tyle. Polityk zniknął w budynku przy Nowowiejskiej, a niebawem opuści znowu kraj i powróci do swoich obowiązków. Na szczęście nie podzielił ani losu Jana Pawła II, ani Kennedy'ego, ani Franciszka Ferdynanda, nie został postrzelony (czego nie życzę nikomu), nie będzie 100 dni Tuska na miarę 100 dni Napoleona ani niczego podobnego.

Ludzie po prostu lubią powroty i nagłe nadejścia, swoiste zwroty akcji nadające kolorytu życiu społecznemu. To dobra okazja, by wykrzyczeć swoje racje i to, co nas boli i uwiera. Czasami ten najważniejszy podróżnik nie musi być nawet żywy – trumna ze szczątkami martwego wieszcza to też dobry przyczynek do zebrania tłumu ludzi.

Ci obywatele, którzy udali się dziś na Dworzec Centralny w Warszawie z jakiegoś powodu uznali przyjazd Donalda Tuska za ważny dla siebie. Jestem w stanie to zrozumieć, zresztą to w zasadzie nie moja sprawa. Męczące wydaje mi się jednak nakręcanie wokół naszej rodzimej sceny politycznej wiecznej atmosfery doniosłości, niezwykłości, przełomowości. Nie zapowiada się przecież na wybuch jakiegoś powstania, jak po przyjeździe Paderewskiego do Poznania w 1918 roku. Oczywiście ja także jestem nieco hipokrytą, bo sam wziąłem dzisiejszą sprawę na tapetę i dołożyłem własną cegiełkę do historii o wielkim, triumfalnym powrocie Donalda Tuska do stolicy, w glorii i chwale.

dworzec Dworzec Centralny w Warszawie (domena publiczna)

Prawda jest jednak taka, że za kilka dni zapomnimy o tych wydarzeniach, bo to żadne zwycięstwo czy porażka Przewodniczącego RE, a zwykła, wymuszona wizyta w kraju. O której z opisanych wyżej powodów wszyscy mówią, piszą i poświęcają jej mniejszą i większą uwagę. Ale jej ulotny charakter w świadomości społecznej się już nie zmieni, niezależnie od tego, czy się byłego premiera lubi czy nie. Dlatego polecam przy tej okazji zdrowy tryb życia: pozostać osobą świadomą i interesować się tego typu sprawami, ale jednocześnie się nimi nie emocjonować. To dobrze działa na układ nerwowy.

I na koniec jeszcze mała uwaga: faktycznie są ludzie, którzy zapamiętają podróż Tuska na dłużej. To współpasażerowie z pociągu, którzy musieli się przepychać przez komitet powitalny oraz sokiści, którzy mieli strasznie ciężki dzień w pracy.

Artykuły publicystyczne w naszym serwisie zawierają osobiste opinie naszych redaktorów i publicystów. Nie przedstawiają one oficjalnego stanowiska redakcji „Histmag.org”. Masz inne zdanie i chcesz się nim podzielić na łamach „Histmag.org”? Wyślij swój tekst na: redakcja@histmag.org. Na każdy pomysł odpowiemy.

Redakcja: Tomasz Leszkowicz

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!


Może się mylę ale mam wrażenie że ten przyjazd i ta manifestacja, ten pochód z dworca do prokuratury to był pewien test i dla Donalda Tuska i dla jego zwolenników, którzy zalewani negatywnymi komentarzami mogli wyrobić w sobie przeświadczenie że są osamotnieni w swoich poglądach. Ten przyjazd pokazał że Donald Tusk istnieje w polskiej polityce i ciągle jest groźnym przeciwnikiem dla Kaczyńskiego. Ludzie już zdążyli zapomnieć pod wpływem PiS-owskich komentarzy że w ostatnich wyborach do Sejmu PiS wraz z "przystawkami" Ziobry i Gowina osiągnął wynik o niecały procent lepszy od sumy głosów PO, Nowoczesnej i PSL, czyli tych co praktycznie rządzili przez poprzednie 8 lat. Ktoś już gdzieś indziej zdążył zauważyć że kadencja Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej upływa w 2019 roku a wybory prezydenckie w Polsce są planowane na 2020. Myślę że dopiero po tej dacie będziemy mogli ocenić czy ten przyjazd do Warszawy to był tylko nic nieznaczący incydent czy też na przykład początek kampanii prezydenckiej Donalda Tuska. No ale o tym mam nadzieję że dowiemy się za kilka lat a Histmag będzie miał okazję, jak przystało na portal historyczny jeszcze nie raz o tym napisać.



Odpowiedz

No cóż. Chciał PiS demonstracji, to ją miał. Przy okazji D. Tusk pokazał naszym rządzącym, iż niekoniecznie trzeba jeździć po Polsce w kolumnie "uprzywilejowanej", niekoniecznie trzeba bać się zwykłych ludzi na ulicach itd. Samo zaś ośmiogodzinne przesłuchanie - z ręcznym zapisywaniem zeznań (wg. R. Giertycha) - było zwykłą próbą pokazania "kto tu rządzi". Jeszcze lepsze były komentarze w stylu: prawie pomazaniec a pospolituje się jadąc pociągiem - no nie godzi się tak.



Odpowiedz

Nie zgadzam się z Autorem, że przyjazd Tuska do Warszawy był wymuszony, bo z łatwością mógł go uniknąć - nie unikając jednocześnie zeznań w roli świadka - gdyż mógł zaproponować, by to żądni wiedzy prokuratorzy przyjechali do niego do Brukseli. Prawdopodobnie opinia publiczna stanęłaby po jego stronie, tylko że... nie byłoby widowiska, pożądanego zarówno przez Kaczyńskiego, jak i samego Tuska, w których ten o niebo lepiej sobie radzi, a z czym nadal nie może się pogodzić aktualny naczelnik państwa.
Zastanawiam się ponadto, co historia za kilkadziesiąt lat zapamięta najbardziej z rządów PiS? Obstawiam, że najprawdopodobniej do podręczników historii trafi przede wszystkim zupełne podporządkowanie prezydenta liderowi partii rządzącej. Niestosownym wówczas będzie już używanie odniesień do jednego z przedwojennych prezydentów, typu: "Tyle znaczy co Ignacy, a Ignacy g... znaczy", bo Mościcki coś jednak wówczas znaczył.



Odpowiedz
Paweł Czechowski

Student dziennikarstwa na Uniwersytecie Śląskim, wielki fan „Kroniki XX wieku" Mariana B. Michalika i okresu, o którym ta książka opowiada. Poza tym interesuje się piłką nożną, muzyką rockową i zbieraniem prasy.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org