Wojna o lód. Jak świat (nie) podzielił Antarktydy?

opublikowano: 2026-04-16, 12:42
wszelkie prawa zastrzeżone
Jest większa od Australii czy Europy. Mieszka tam około 40 milionów istot (głównie pingwinów). Dlaczego więc – mimo ogromnych rozmiarów i potencjalnych bogactw – ludzkość do dziś nie zdołała podzielić Antarktydy?
reklama

Ten tekst jest fragmentem książki Jonna Elledge’a „Granice świata. 47 opowieści o tym, jak linie na mapie zmieniły historię”.

Mapa Abrahama Orteliusa z 1570 roku przedstawiająca domniemane połączenie między Antarktydą a Ameryką Południową

Antarktyda ma populację mniej więcej 40 milionów – o ile, rzecz jasna, liczymy pingwiny. Z perspektywy człowieka jest ona nieco mniejsza – do 5 tysięcy latem, gdy na wybrzeżu może panować stosunkowo przyjemne zero stopni Celsjusza, ale zaledwie około 1000 zimą, gdy średnia temperatura na biegunie południowym spada do –49°C. Jest, dosłownie, niewyobrażalnie zimno. Nie mam pojęcia, jak to jest. I mam nadzieję, że nigdy się nie dowiem.

Te kilka tysięcy to głównie naukowcy, którzy zamieszkują kilkadziesiąt odizolowanych baz badawczych rozrzuconych po obszarze o jedną trzecią większym niż Kanada. Ale fakt, że (w pewnym zaokrągleniu) nikogo tu nie ma, nie powstrzymał państw po drugiej stronie globu przed zgłaszaniem roszczeń i próbami podzielenia kontynentu. To historia warta opowiedzenia, częściowo dlatego, że pokazuje, jak daleko gotowa jest posunąć się ludzkość w swoim głodzie rysowania linii na mapach, ale też dlatego, że sugeruje, iż być może istnieje jakaś granica tego zjawiska.

Antarktyda jest ogromna – większa niż Australia czy Europa, większa niż jakikolwiek kraj na świecie poza Rosją, bo zajmuje jedynie (!) pięć szóstych jej powierzchni. Jej istnienie podejrzewano od dawna – nazwę nadano jej już w II wieku n.e., gdy grecki geograf Marinos z Tyru użył jej, by opisać obszar leżący po przeciwnej stronie globu niż Arktyka. Przez stulecia europejscy uczeni zakładali, że po drugiej stronie świata muszą istnieć nieznane lądy, choćby po to, by zrównoważyć te na północy (ich wnioski były poniekąd słuszne, choć logika całkowicie chybiona).

A jednak aż do lat 40. XIX wieku nie jest jasne, czy ktokolwiek w ogóle spojrzał na to miejsce. Ponieważ leży ono wokół bieguna południowego, jest bardziej niegościnne dla życia ludzkiego niż jakiekolwiek inne miejsce na tej planecie – tak zimne, że powiedzieć o nim „mroźne” to jak nie powiedzieć nic, i pogrążone w ciemnościach przez długie miesiące w roku. Zdecydowana większość powierzchni lądu pokryta jest lodową pokrywą o średniej grubości około 2 km. Nic dziwnego, że pierwszymi ludźmi, którzy tam dotarli, byli niemal na pewno łowcy fok (nie możemy być tego pewni, ponieważ polowania na foki były zajęciem konkurencyjnym, a ich uczestnicy nie mieli w zwyczaju ogłaszać, gdzie dokładnie byli). Większość tych, którzy odwiedzają Antarktydę dziś, to naukowcy prowadzący badania nad wszystkim od geofizyki po astrofizykę (pomaga wysokie położenie i stabilna atmosfera), a także wspomniane już pingwiny.

reklama
Członkowie wyprawy Nimroda: Frank Wild, Ernest Shackleton, Eric Marshall i Jameson Adams, 1909 rok

Pomiędzy tymi dwiema grupami pojawiła się jednak „heroiczna epoka” eksploracji Antarktydy: lata mniej więcej między 1897 a 1922 rokiem, gdy kolejni odkrywcy rywalizowali w docieraniu do nieznanych dotąd obszarów zamarzniętego kontynentu, w próbach jego pierwszego przemierzenia z jednej strony na drugą albo w podejmowaniu innych wspaniałych wyczynów fizycznych. Nie było prawdziwego powodu, by prowadzić takie ekspedycje poza chęcią zdobycia chwały – i nie wszyscy wracali. Słynna próba Roberta Falcona Scotta, by jako pierwszy dotrzeć na biegun południowy, zakończyła się porażką, gdy jego zespół odkrył, że rywalizująca wyprawa pod wodzą Roalda Amundsena dotarła tam trzydzieści trzy dni wcześniej. Wszyscy uczestnicy wyprawy Brytyjczyka zginęli w drodze powrotnej. Równie słynne, choć zapewne apokryficzne, ogłoszenie prasowe Ernesta Shackletona, mające zwerbować załogę na pokład Endurance w ramach imperialnej ekspedycji transantarktycznej, oddaje ton tej epoki: „Poszukiwani mężczyźni na niebezpieczną wyprawę. Niskie płace, przenikliwe zimno, długie godziny całkowitej ciemności. Bezpieczny powrót wątpliwy. Honor i uznanie w przypadku sukcesu”.

Nie wszyscy odwiedzali Antarktydę wyłącznie w poszukiwaniu osobistej chwały. Już w 1840 roku francuski odkrywca Jules-Sébastien-César Dumont d’Urville odkrył połacie zamarzniętego lądu, ogłosił je własnością Francji i nazwał imieniem swojej żony – Adélie. W styczniu następnego roku brytyjski kapitan marynarki James Clark Ross odkrył kolejny kawałek śniegu i lodu, ogłosił go własnością Wielkiej Brytanii i nazwał na cześć królowej Wiktorii. Te roszczenia były początkowo dość teoretyczne, więc nikogo szczególnie nie obchodziły, ale gdy rozpoczęła się heroiczna epoka, a mocarstwa imperialne zaczęły podchodzić do eksploracji Antarktydy bardziej przemysłowo, stały się nieco bardziej wiarygodne. Do czasu gdy w 1924 roku amerykański sekretarz stanu Charles Evans Hughes poczuł się zobowiązany ogłosić doktrynę swojego kraju: „odkrycie ziem nieznanych cywilizacji, nawet połączone z formalnym przejęciem, nie stanowi ważnej podstawy do roszczeń suwerenności, chyba że odkryciu towarzyszy faktyczne osiedlenie się na odkrytym obszarze” – innymi słowy, Amerykanie nie zamierzali tego uznawać. Było to jednak jedno z tych oświadczeń, które wygłoszono właśnie dlatego, że stawało się coraz mniej przekonujące. W 1924 roku roszczenia się piętrzyły.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Jonna Elledge'’a „Granice świata. 47 opowieści o tym, jak linie na mapie zmieniły historię” bezpośrednio pod tym linkiem!

Jonn Elledge
„Granice świata. 47 opowieści o tym, jak linie na mapie zmieniły historię”
cena:
69,00 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Wydawnictwo Naukowe PWN
Okładka:
miękka
Liczba stron:
394
Premiera:
12.03.2026
Format:
17.6x25.0cm
EAN:
9788301247690
reklama

Po pierwsze, Brytyjczycy zgłosili roszczenia do kolejnych ziem, uzasadniając to tym, że ich terytoria na antypodach były najbliższymi zamieszkanymi miejscami. Dependencję Rossa, nazwaną od swojego odkrywcy, przekazano w 1923 roku Nowej Zelandii; dwa inne ogromne otaczające ją fragmenty, obejmujące niemal połowę kontynentu, przypadły Australii dekadę później. Przynajmniej te roszczenia miały jakieś podstawy geograficzne. W latach 30. do gry weszli także Norwegowie i chociaż to rzeczywiście norweski zespół jako pierwszy dotarł na biegun, trudno byłoby wskazać kraj, który miałby mniejsze geograficzne podstawy do wysuwania roszczeń wobec Antarktydy.

Na koniec pojawiły się roszczenia Argentyny (1932) i Chile (1940). Wynikały one częściowo z geografii i eksploracji, ale także, przynajmniej w przypadku Chile, z odwołania do traktatu z Tordesillas, który (jak pamiętasz) przyznawał niemal całą zachodnią półkulę imperium hiszpańskiemu już w 1494 roku. Brzmi to głupio, ale w takich sytuacjach korzysta się z tego, co się ma. Oba kraje w 1948 roku uprzejmie uznały nawzajem swoje roszczenia.

Roald Amundsen i jego towarzysze po zatknięciu flagi Norwegii na biegunie południowym, 1911 rok

To wszystko razem oznacza, że obecnie siedem krajów zgłosiło formalne roszczenia. Ich granice biegną wzdłuż południków i dzielą zamarznięty kontynent niczym tort, choć to tort, w którym niektóre kawałki na siebie zachodzą, czego z prawdziwym tortem zrobić się nie da. Nie obejmuje to porzuconych roszczeń, jak krótka próba III Rzeszy, by ogłosić część Ziemi Królowej Maud „Nową Szwabią” i zaznaczyć ten fakt rozsypaniem po niej metalowych swastyk. Nie obejmuje też roszczeń nigdy niesformalizowanych, jak próba z 1929 roku, gdy amerykański pilot marynarki Richard Byrd, pierwszy człowiek, który przeleciał nad biegunem południowym, chciał przyłączyć do Stanów Zjednoczonych duży kawał lądu po prostu przez zrzucenie nań flagi (to się nie udało, stało to w sprzeczności z polityką jego własnego rządu, ale przynajmniej największy blok nieobjętej roszczeniami ziemi na planecie nazwano imieniem jego żony, Marie).

reklama

Jeden fakt i jedna historia wystarczą, by oddać potencjalny chaos tamtych czasów. Faktem jest, że smukły półwysep, który wyciąga się z Antarktydy Zachodniej, jakby wskazywał Amerykę Południową, ma nie mniej niż pięć różnych nazw. Dla Argentyńczyków, którzy uznają go za część swojej najbardziej na południe wysuniętej prowincji o rozbudowanej nazwie Ziemia Ognista, Antarktyda i Wyspy Południowego Atlantyku, to Ziemia San Martina; dla Chilijczyków, którzy traktują go jako część swojej najbardziej na południe wysuniętej prowincji znanej jako Región de Magallanes y de la Antártica Chilena, to Ziemia O’Higginsa. (Bernardo O’Higgins okazuje się – w sposób skrojony tak, by najpierw wywołać zdumienie, a zaraz potem poczucie winy z powodu płytkich założeń – przywódcą chilijskiego ruchu niepodległościowego, wywodzącym się z irlandzkiej szlachty). Tymczasem dla Brytyjczyków (którzy, tak, też roszczą sobie doń prawa) była to Ziemia Grahama, a dla Amerykanów Ziemia Palmera. Dziś na ogół mówi się o nim Półwysep Antarktyczny, najwyraźniej dla uproszczenia.

Historia dotyczy rywalizacji brytyjsko-argentyńskiej na południowym Atlantyku i wojny, choć być może nie tej, której się spodziewasz. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Luftwaffe zrzucała te malutkie swastyki na Ziemię Królowej Maud, Brytyjczycy uznali, że mogą istnieć istotne względy wojskowe i bezpieczeństwa, by zintensyfikować swoje działania na dalekim południu. Jeden z zespołów, który odwiedził w 1943 roku cudownie nazwaną Deception Island, natknął się na mosiężny cylinder ogłaszający argentyńskie roszczenia. Zbulwersowani Brytyjczycy zniszczyli wszelkie ślady argentyńskiej obecności, wciągnęli Union Jack, wywiesili własne oświadczenie o prawie własności i w uroczym, pasywno-agresywnym akcencie odesłali cylinder z powrotem do Argentyny.

Wszystko to stworzyło możliwość, że nominalnie neutralna Argentyna zbliży się do III Rzeszy i uzyska kontrolę nad ruchem między Atlantykiem a Pacyfikiem, co wywołało w Londynie pewien niepokój. Rząd brytyjski zaczął więc snuć plany założenia na wyspie bardziej stałej bazy. Kiedy jednak zespół oddelegowany do jej utworzenia dotarł na miejsce, zastał brak brytyjskich ogłoszeń określających roszczenia, zerwany Union Jack i powiewającą na jego miejscu flagę Argentyny. Hmm.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Jonna Elledge'’a „Granice świata. 47 opowieści o tym, jak linie na mapie zmieniły historię” bezpośrednio pod tym linkiem!

Jonn Elledge
„Granice świata. 47 opowieści o tym, jak linie na mapie zmieniły historię”
cena:
69,00 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Wydawnictwo Naukowe PWN
Okładka:
miękka
Liczba stron:
394
Premiera:
12.03.2026
Format:
17.6x25.0cm
EAN:
9788301247690
reklama
Pierwszy znany dom na Antarktydzie, zbudowany przez Carstensa Borchgrevinka w ramach ekspedycji SS Southern Cros, 1899 rok

Prawdziwa wojna się skończyła, ale ciąg roszczeń i kontrroszczeń trwał dalej. W 1952 roku doprowadził nawet do strzałów, gdy argentyńska marynarka ostrzelała brytyjską grupę meteorologiczną, która wylądowała na spornym terytorium w Zatoce Nadziei (Argentyńczycy później przeprosili). Nie brakowało też innych incydentów. By wesprzeć własne roszczenia do Ziemi Królowej Maud, Norwegowie zorganizowali wspólną ekspedycję z Brytyjczykami i Szwedami. Australia i Francja założyły bazy; Południowoafrykańczycy wciągnęli swoją flagę na kilku wyspach przybrzeżnych. Stany Zjednoczone wciąż odmawiały uznania czyichkolwiek roszczeń, mimo że miały własną bazę, podczas gdy Sowieci udawali, że ich to nie obchodzi, po czym jasno dali do zrozumienia, że nie uznają niczyich roszczeń, chyba że wszyscy najpierw poproszą ich o zgodę. Na początku lat 50. było oczywiste, że potrzebny jest jakiś traktat.

Ostatecznie jednak nie polityka rozplątała ten supeł, lecz nauka. Ponieważ aktywność plam słonecznych miała osiągnąć szczyt w latach 1957 i 1958, środowisko naukowe ogłosiło je „Międzynarodowym Rokiem Geofizycznym” i zaczęło planować ekspedycje na pusty kontynent, którego duża wysokość i brak zanieczyszczeń świetlnych czyniły idealnym do obserwacji plam słonecznych. Aby umożliwić te wyprawy, przywódcy polityczni wielkodusznie zgodzili się na moratorium na roszczenia terytorialne. Gdy zespoły z całego świata prowadziły badania, które mogły przynieść korzyść całej ludzkości, a rządy cofnęły się, by im nie przeszkadzać, wszyscy nagle zaczęli grać ze sobą całkiem nieźle.

Tak więc jesienią 1957 roku amerykański Departament Stanu zaczął sondować pozostałe jedenaście rządów, które do tego czasu były aktywne na kontynencie, w sprawie uczynienia moratorium trwałym. Ostatecznie, po miesiącach negocjacji i wielu konferencjach, poszli jeszcze dalej: traktat antarktyczny, podpisany 1 grudnia 1959 roku wszedł w życie w 1961 roku. Zarezerwował cały kontynent do celów pokojowych i naukowych. Uzgodniono, że państwa mogą wedle uznania inspekcjonować nawzajem swoje bazy, by zapewnić przestrzeganie postanowień. Późniejsze próby modyfikacji traktatu, by zrobić miejsce na eksploatację ewentualnych zasobów mineralnych na Antarktydzie, jak dotąd spełzły na niczym: kontynent jest oficjalnie „rezerwatem przyrody poświęconym pokojowi i nauce”.

reklama

Niemniej jednak konkurencyjne roszczenia wciąż istnieją – artykuł IV traktatu wprost stwierdza, że podpisanie traktatu nie jest równoznaczne z ich zrzeczeniem się. Co więcej, od czasu do czasu podejmowane są próby ich wzmocnienia. W 1977 roku Argentyńczycy przetransportowali na stację Esperanza ciężarną kobietę, by tam urodziła, wychodząc z założenia, że argentyńskie urodzenie na stacji wzmocni ich roszczenia: Emilio Palma został pierwszym w historii człowiekiem, o którym wiadomo, że urodził się na zamarzniętym kontynencie, 7 stycznia 1978 roku. W 1996 roku Brytyjczycy próbowali zamanifestować swoją miękką siłę, przekształcając jedną z własnych baz w regionie w „Penguin Post Office” – najdalej na południe położoną placówkę pocztową na świecie, prawdziwy urząd sortujący Royal Mail, z czterema stałymi pracownikami. Jest nawet sklepik z pamiątkami.

Base Esperanza w 2016 roku. To tutaj urodził się Emilio Palma (fot. Andrew Shiva)

Nie miałbym też zbyt ciepłych uczuć co do szans, że społeczność naukowa zdoła w nieskończoność odraczać kolejne spory. Od początku lat 80. około dwudziestu kilku państw przystąpiło do Komisji Ochrony Żywych Zasobów Morskich Antarktyki, która ma zrobić dla mórz wokół Antarktydy to, co traktat uczynił dla samego kontynentu. Choć mały obszar u wybrzeży Orkadów Południowych i znacznie większy na Morzu Rossa objęto ochroną, inne przedsięwzięcia blokuje trudność uzyskania jednomyślności. W 2016 roku komisja zaproponowała przekształcenie obszaru wybrzeża Antarktydy pięciokrotnie większego od Niemiec w gigantyczny rezerwat przyrody, w którym zakazane byłyby połowy i polowania, a pingwiny, foki i wieloryby – chronione. Ale w 2018 roku plany ugrzęzły, gdy Rosja, Norwegia i Chiny (które, tak się składa, nie należą do państw pierwotnie zgadzających się na traktat antarktyczny) odmówiły ich poparcia. Nauka jest wspaniała, ale interes narodowy wciąż ma irytującą skłonność do jej przegłosowywania.

Traktat antarktyczny obowiązuje od ponad sześćdziesięciu lat – ale w długiej perspektywie historycznej to niewiele. A w 2048 roku czeka go przegląd. Miliony i miliony lat temu zamarznięty kontynent pora stały lasy tropikalne – pod lodem mogą się kryć ropa naftowa lub inne bogactwa mineralne. Jeśli ludzka pomysłowość pozwoli nam po nie sięgnąć, na ile naprawdę możemy być pewni, że odprężenie się utrzyma.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Jonna Elledge'’a „Granice świata. 47 opowieści o tym, jak linie na mapie zmieniły historię” bezpośrednio pod tym linkiem!

Jonn Elledge
„Granice świata. 47 opowieści o tym, jak linie na mapie zmieniły historię”
cena:
69,00 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Wydawnictwo Naukowe PWN
Okładka:
miękka
Liczba stron:
394
Premiera:
12.03.2026
Format:
17.6x25.0cm
EAN:
9788301247690
reklama
Komentarze
o autorze
Jonn Elledge
Angielski dziennikarz i autor literatury faktu. Współpracował z „The Financial Times” i „The Guardian”.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone