Opublikowano
2019-06-08 18:05
Licencja
Prawa zastrzeżone

Wspomnienia „zwyczajnego szpiega” z PRL

Oficerowie wywiadu PRL rzadko spisują swoje wspomnienia. Filip Hagenbeck zrobił wyjątek. Jak wyglądało życie „zwyczajnego szpiega” w latach siedemdziesiątych?


Strony:
1 2 3

Świat „zwyczajnych szpiegów” był jeszcze ciągle przed nami. Ciągle daleko. Jak mętne wody Amazonki. W trakcie naprawdę trudnego szkolenia przygotowującego do zanurzenia się w tym świecie trafiały nam się liczne przygody, zawsze godne uwiecznienia. Ale wtedy, w 1978 roku, wszystko jawiło się nam jako tajne specjalnego znaczenia. Ta formuła paraliżowała. I uwiecznialiśmy te nasze przygody wyłącznie w naszej pamięci z przekonaniem, że utoną one w jej odmętach na zawsze. Dziś próbuję wygrzebać coś, co zasługuje jedynie na nazwę „okruchy”.

msw Pieczęć MSW PRL (fot. Piotr VaGla Waglowski, domena publiczna).

Zaraz na początku szkolenia, tuż po zakończeniu poligonu w Raduczu, 16 października 1978 roku, wraz z całą Polską doznaliśmy szoku i poruszenia. Habemus papam! Widzieliśmy, z jakim trudem na początku nasi wykładowcy starali się ocenić znaczenie wyboru Karola Wojtyły na tron Piotrowy. Część z nich przepełniał pesymizm (szklanka w połowie pusta), a część – optymizm (szklanka w połowie pełna). Nam było wszystko jedno. Ale sytuacja w kurii rzymskiej i polityka Watykanu zaczynały nam się jawić jako istotne elementy sytuacji międzynarodowej. Typowaliśmy, że na egzaminach te wątki muszą być obecne. Dlatego lektura zagranicznych źródeł otwartych piszących na ten temat stanowiła ciągły element naszego zainteresowania. Do danych niejawnych nie mieliśmy dostępu. Jedynym powiewem prawdziwego „szpiegostwa” bywały gościnne wykłady naczelników poszczególnych wydziałów lub ich zastępców.

Nie dość, że jesienią kardynał Karol Wojtyła zaczął kierować Stolicą Apostolską, to opatrzność zesłała na Polskę zimę stulecia. Natura zaczęła pokazywać swoje pazury tuż przed Sylwestrem. Jakimś cudem udało nam się wrócić z Warszawy z przerwy świątecznej. Śnieżyce i zawieje błyskawicznie zasypały drogi wokoło Szczytna. W pierwszych dniach 1979 roku zostaliśmy odcięci od cywilizacji. Pełniący obowiązki komendanta OKK W pułkownik Jan G. z poważną miną zrelacjonował zgromadzonym w auli słuchaczom sytuację. Zajęcia zostają zawieszone, a ośrodek przechodzi w reżim oszczędnościowy.

Sławomir Cenckiewicz – „Atomowy szpieg” – recenzja i ocena

Czytaj dalej...

Wszyscy rozumieliśmy, że sytuacja jest nadzwyczajna. Ale w duchu zaśmiewałem się, słysząc od komendanta, że słuchacze elitarnej i prestiżowej szkoły polskiego wywiadu muszą pogodzić się z nową, dramatyczną sytuacją. Oto ze względu na brak możliwości dotarcia do miasta będziemy zmuszeni do akceptacji wędlin rozmrażanych ze strategicznego zapasu ośrodka zamiast świeżych szynek, kiełbasek i baleronu. Ponadto zamiast świeżutkich ziemniaczków będziemy musieli znosić makarony, ryż i wszelakie kasze. A po chleb do piekarni w Szczytnie zostanie wysłana pod wodzą kapitana Gutka specjalna ekspedycja na nartach biegówkach złożona z ochotników. To było dopiero prawdziwe wyzwanie – po chleb powszedni z plecakami, na skróty przez pola, do Szczytna na biegówkach.

Reszta miała sformować karny batalion i udać się z szuflami, łopatami i kilofami do odśnieżania drogi na trasie brama główna, Stare Kiejkuty, Lemany, Szczytno. Uformowani w szyk bojowy zadziałaliśmy w sposób planowy. Szturmowy pluton wyrąbywał drogę na wprost. Druga linia wywalała złomy zbrylonego już śniegu na lewo i prawo. Zgrzani do mokrego podkoszulka szturmowcy i drugoliniowcy wycofywali się co pewien czas, aby zrobić miejsce następcom z trzeciej linii. Po ostygnięciu i kilkunastu minutach relaksu następowała ponowna zmiana grup.

Umoczeni w PRL-u

Kayah śpiewała na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze, Pietrzak śpiewał w 1968 roku antyemigranckie pamflety, Rafał Ziemkiewicz publikował pierwsze nowele s.f. w projaruzelskich pisemkach, a Maryla Rodowicz potrafiła być pupilem każdej władzy. Pokoleniu żyjącemu w PRL-u bardzo łatwo znaleźć plamę na życiorysie, wystarczy tylko dobrze poszukać.



Czytaj dalej...

Po dwóch godzinach dotarliśmy do szosy wiodącej przez Stare Kiejkuty do Lemanów i Szczytna. W miejscu gdzie droga schodziła w dół, tworzyły się zaspy przekraczające wzrost najwyższego z nas. Tam było bardzo ciężko. W wyrąbanym w śniegu tunelu musiał się zmieścić przynajmniej jeden samochód ciężarowy. Ale aby usunięty z czoła śnieg nie zawalał drogi za nami, należało go wyrzucić wysoko ponad głowami na bok. Nad zalegające na poboczach zaspy.

Prawdziwe wyzwanie. Zmiany grup atakujących zaspy musiały następować coraz częściej. Co pewien czas wyznaczaliśmy mijanki dla pojazdów, tam gdzie niezbyt głębokie zaspy nam to ułatwiały. Ale ponieważ droga na tym odcinku też się wznosiła, to wiatr na szczytach wzgórków zwiewał śnieg z drogi na pobliskie pola. Posuwaliśmy się wtedy nieco szybciej, co dawało nadzieję, że to szaleństwo kiedyś dobiegnie końca. Niestety.

Morale spadało powoli coraz niżej i niżej. Ale ratunek przyszedł niespodziewanie, od naszego zaplecza. Oto od strony ośrodka powoli przyturlał się nasz dostawczy żuk.

Na pace siedziała sobie pani Amelia, zwana powszechnie „Emalią”, nasza barmanka i równocześnie kelnerka ze stołówki, wraz z koleżanką. A głębiej za nimi stały dwa potężne ogólnowojskowe baniaki-termosy, z których pani Amelia zaraz zaczęła serwować nam słodką i bardzo gorącą herbatę.

Efekt rozgrzewający tej herbaty niespodziewanie wzbudził entuzjazm całej grupy bojowej. A kiedy opróżniliśmy pierwszy baniak, nieustająco walcząc z kolejnymi metrami zasypanej śniegiem drogi, z szoferki żuka wyskoczył szef naszego kwatermistrzostwa i zza pazuchy – dzwoniąc szkłem – wyciągnął cztery półlitrowe butelki.

Oczy nam rozgorzały na ten widok. Kwatermistrz po kolei otwierał flaszki i wlewał ich zawartość do parującego baniaka. Z piersi wyrwało się nam chóralne „hurrrra!”. Poznaliśmy nalepki z daleka – był to kultowy rum Señorita, pobrany z niezniszczalnych zapasów strategicznych ośrodka.

agencja wywiadu Siedziba Agencji Wywiadu przy ulicy Miłobędzkiej 55 w Warszawie (fot. Panek, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe).

W połowie drogi do Lemanów byliśmy już mocno zmęczeni mimo rumowego dopingu i dożywiania kanapkami oraz żołnierską grochówką. To była dla nas niezaplanowana lekcja solidarności, nieugiętości i wytrwałości. Nikt się nie obijał, każdy, prawie warcząc, rzucał się na niekończące się ściany śniegu. Tempo pracy jednak powoli, ale zauważalnie słabło. I wtedy nadeszła nieoczekiwana pomoc.

Zza naszych pleców dobiegł przytłumiony warkot. Przerwaliśmy pracę. Oparłem się o trzymaną szuflę, starając się wyprostować zmęczone plecy. Żadne wyginanie się nie przynosiło jednak spodziewanej ulgi. Bolało jak cholera.

Nasz żuk stał we wnęce mijanki, którą koledzy z drugiej linii właśnie skończyli cyzelować w wysokiej na trzy metry zaspie nawianej od pól. Warknęło, zadymiło i spoza zakrętu wynurzyła się potężna, zębata łycha. Wewnątrz tej łychy leżała sobie beczka. Pewnie z ropą. A zaraz za beczką pojawiła się reszta pomalowanego na żółto spychacza.

„Młody oficer wywiadu jest sam. Jego bronią jest spryt” – wywiad z Filipem Hagenbeckiem, byłym oficerem I Departamentu MSW

O specyfice wywiadu PRL, życiu codziennym rezydenta na zagranicznej placówce i tym, kim jest oficer wywiadu opowiada podpułkownik Filip Hagenbeck, były pracownik MSW i autor książki „Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”.



Czytaj dalej...

Operator tego „stalińca”, potężnej maszyny budowlanej z Państwowego Ośrodka Maszynowego chyba z miejscowości Marksoby, przebił się asfaltową drogą do Starych Kiejkut na wysokości naszego ośrodka i ku swojemu zdumieniu niespodziewanie zobaczył wykopany w śniegu wielokilometrowy tunel wzdłuż drogi do Szczytna. Jechał więc dalej i dalej. Pod Lemanami dotarł do naszej kolejnej mijanki i gapił się trochę zaskoczony na widok uzbrojonych w szufle i łopaty pięćdziesięciu wojaków w zielonych mundurach.

Nasz słabnący szturm na zaspy zyskał nowy impuls. Teraz praca szła nam jak stachanowcom w Sojuzie. „Staliniec” najpierw robił sobie miejsce, rozpychając zaspy na boki po obu stronach drogi. Potem wbijał się w zaspę czołową, nabierał stertę śniegu, cofał się i lekko skręcając to w prawo, to w lewo, wywalał śnieg na pobocze. Kiedy ruszał do przodu, my na jego zapleczu oczyszczaliśmy drogę do asfaltu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że po luźnym śniegu nie da rady jechać na zwykłych oponach i byle samochód zablokuje nam tak ciężko przekopaną „drogę życia”. Należało to wyczyścić. To była już sama przyjemność.

Ten tekst jest fragmentem książki Filipa Hagenbecka „Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”:

Fiilip Hagenbeck - Zwyczajny szpieg. Wspomnienia - okładka Tytuł: „Zwyczajny szpieg. Wspomnienia”
Autor: Filip Hagenbeck
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data premiery: 15 maja 2019
Rodzaj okładki: miękka
Wymiary: 135 mm x 215 mm
Liczba stron: 528
ISBN: 978-83-8143-124-8
Cena: 39,99 zł
Kup ze zniżką!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: TW Recenzent |

Żałosna grafomania. "Przygody" agenta to odśnieżanie drogi i ściąganie na wykładach. Opisywane z egzaltacją przez kilka stron. Szkoda czasu.



Odpowiedz

Gość: Kl |

Dlaczego ten czlowiek nie byl sadzony za kolaboracje z rezymem tzw. Prl? On sluzyl Rosji czyli okupantowi.



Odpowiedz

Gość: Tiktak |

Połowa tekstu o kopaniu śniegu.



Odpowiedz
Filip Hagenbeck

Oficer wywiadu. Weteran długoletnich misji poza granicami kraju. Na terenach trudnych i gorących, także w warunkach wojennych. Zweryfikowany pozytywnie w 1990, współpracował ze służbami III RP oraz licznymi think tankami zajmującymi się bezpieczeństwem i analizą danych.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org