Autor: Tomasz Leszkowicz
Tagi: Opinie, Pamięć zbiorowa i polityka historyczna, 1945-1989, Historia współczesna, Polska
Opublikowany: 2016-09-05 10:36
Licencja: wolna licencja

„Solidarność”: zmarnowana i niezrozumiała opowieść

Kilka dni temu obchodziliśmy Dzień Solidarności i Wolności – święto państwowe, upamiętniające rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. Obserwując to, jak pamiętane są dziś tamte wydarzenia, dochodzę do smutnego wniosku: „Solidarność” mało kogo dziś obchodzi.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Media społecznościowe bywają niezłym papierkiem lakmusowym popularnej pamięci zbiorowej (przynajmniej w pewnym warstwach społecznych). 1 sierpnia, 11 listopada, 1 września, 3 maja czy 1 marca (ale również np. 19 kwietnia) „w Internecie” widzę, że jest rocznica – pojawia się więcej okolicznościowych grafik i treści, udostępnianych przez moich znajomych (nie tylko historyków). Co zobaczyłem w okolicach Dnia Solidarności i Wolności? Gdzieniegdzie jakieś pojedyncze zdjęcia z Sierpnia, najczęściej z Lechem Wałęsą w roli głównej, udostępniane i lajkowane przez osoby w wieku średnim i starszym. Dużo więcej uwagi przyciągnęła awantura o słowa pewnego ministra, który bardzo lubi zabierać głos, mógłby jednak czasem pomilczeć.

Uczestnicy strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina w sierpniu 1980 r. (fot. Zygmunt Błażek, ze zbiorów Europejskiego Centrum Solidarności, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Poland).

A przecież, pomyślałem, historia „Solidarności” to ważny element naszej dwudziestowiecznej historii. To dzieje dziewięciomilionowego ruchu społecznego, który przeorał komunistyczną Polskę, tchnął w Polaków wolność i, chociaż został rozjechany czołgami 13 grudnia 1981 roku, przyczynił się do obalenia komunistycznej dyktatury, nie tylko nad Wisłą, ale w całym bloku wschodnim. „Solidarność” to także jedna z największych marek Polski za granicą – w 1980 i 1981 roku (ale również w latach stanu wojennego) na nasz kraj skierował oczy cały świat, doceniając polskich ludzi pracy i opozycję demokratyczną. Do dziś wspomnienie o tamtej walce, uhonorowanej Pokojową Nagrodą Nobla, jest obecna w wielu państwach, i to nie tylko w USA czy Francji. W końcu – „Solidarność” to fundament, na którym zbudowano niepodległą i suwerenną III RP. Wszyscy dekodujemy symbol, jakim jest hasło napisane charakterystyczną czcionką. Europejskie Centrum Solidarności to ważny punkt na mapie muzealnej Polski. A więc, zacząłem się zastanawiać, czy dla nikogo to nie jest ważne?

Po chwili zastanowienia znalazłem odpowiedź na swoje pytanie. Mamy przecież postacie i środowiska, które lokują się w odniesieniu do „Solidarności”. Lech Wałęsa pełni funkcję „człowieka, który stanął na czele i obalił komunę”, a jego zwolennicy i obrońcy walczą w tej sprawie zawzięcie. Z drugiej strony, odwołanie się do lat 80. jest ważne również dla Jarosława Kaczyńskiego, który w swojej autobiografii stara się pokazać (w czym sekundują mu jego zwolennicy), że był wraz ze swoim bratem bliźniakiem ważnymi uczestnikami ruchu solidarnościowego. W końcu, tylu polityków i aktywnych uczestników życia publicznego ma swoje korzenie w „Solidarności”: Andrzej Gwiazda jest członkiem Kapituły Orderu Orła Białego, Henryka Krzywonos i Jan Rulewski to parlamentarzyści PO, Krzysztof Wyszkowski zasiada w Kolegium IPN, Władysław Frasyniuk ma być szefem think tanku KOD, a działacze przedsierpniowej opozycji od Antoniego Macierewicza do Adama Michnika wciąż są aktywni politycznie.

Brama Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku

Jest tego dużo, jednocześnie zdaje się to być coraz bardziej puste. Co dziś podnieca nas w „Solidarności”, dziewięciomilionowym ruchu społecznym? To, czy Lech Wałęsa podpisywał porozumienia sierpniowe na pasku SB! Dzisiaj liczy się tylko to, czy jesteś w drużynie „Człowieka z Nadziei” czy tych mówiących o „Bolku”? Mitotwórstwo z jednej i demitologizacja z drugiej strony idą ze sobą pod rękę.

Brak w tym wszystkim miejsca na bardzo wiele wymiarów Sierpnia i „Solidarności”: związkowego, narodowego czy obywatelskiego. W kraju, który dał światu jeden z fenomenów ruchu pracowniczego, związki zawodowe są dziś w kryzysie – wielkie centrale okopały się w swoich bastionach (głównie państwowych), stopień uzwiązkowienia pracowników jest jednym z najniższych w Europie, a współczesny NSZZ „Solidarność” od wielu lat jest aktywnym żyrantem prawicowych projektów politycznych. Lata 80. i walka z komuną trafiła do wielkiej opowieści o walce o niepodległość Polski, chociaż nie budzi to takich emocji jak druga wojna światowa z powstaniem warszawskim na czele czy Żołnierze Wyklęci. Przecież w końcu „Solidarność” nie rozpoczęła żadnego powstania i z okrzykiem „Śmierć wrogom Ojczyzny” nie ruszyła do walki z bronią w ręku. A przecież to walka zbrojna określa polską historię – przekonał nas o tym spot telewizyjny wyprodukowany przez TVP w maju z okazji Dnia Flagi.

W końcu, mało kogo podnieca dziś historia „Solidarności” jako opowieść o walce o wolność, demokrację i samorządność. Niby wszyscy uważają ją za słuszną, niektórzy chcą „spełniać wolę suwerena”, inni chcą „bronić” demokracji. Szkoda, że to tylko maski, które przybiera się na potrzeby konfliktu politycznego. O tym, że obywatelskie dziedzictwo „Solidarności” nie jest sexy niech świadczy słabość społeczeństwa obywatelskiego, buta władzy odwołującej się do solidarnościowego etosu czy podstawowy dla tamtego ruchu szacunek dla człowieka. A także umiejętność budowania ponad podziałami światopoglądowymi czy społecznymi.

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!

„Solidarność” staje się więc chochołem – słomianym hasłem, o którym wszyscy mówią, ale nie ma ono treści zdolnej mobilizować kogoś więcej niż tylko entuzjastów. A na to wszystko patrzy młodzież, która, jak mi się wydaje, coraz mniej rozumie z fenomenu lat 1980-1981 i późniejszych. Co więcej – nie rozumie i dokonuje klasycznego wyboru nogami. Ta o światopoglądzie prawicowym wybiera opowieści o husarii czy Żołnierzach Wyklętych. Ta o postawach liberalno-lewicowych nie chodzi na marsze „obrońców demokracji” (na co zwracają uwagę organizujący je 50- i 60-latkowie) i nie kupuje współczesnej narracji o opornikach.

„Solidarność”, ta najlepsza, z lat 1980-1981 i czasu stanu wojennego (odłóżmy na chwilę spór o transformację), zasługuje na swoją żywą legendę. W końcu tworzyli ją ludzie, dla których ważna była wolność i godność. Ludzie, którzy potrafili poświęcić się dla Sprawy, ryzykując często nielegalną działalnością. Którzy potrafili porozumieć się ponad podziałami w walce z dyktaturą. Którzy byli romantykami, a jednocześnie potrafili być bardzo pragmatyczni. Przede wszystkim zaś byli młodzi, a więc bliscy dzisiejszym dwudziesto- czy trzydziestolatkom.

Lech Wałęsa w sierpniu 1980 r. Czy warto wciąż sprowadzać „Solidarność” do jednego symbolu? (fot. ze zbiorów Nationaal Archief, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Netherlands).

Dochodzę do wniosku, że nie da się opowiedzieć tej historii tylko i wyłącznie widząc twarz Lecha Wałęsy – nie ważne, czy patrzymy na nią przez pryzmat niedawnego filmu Andrzeja Wajdy czy akt z „szafy Kiszczaka”. Pan Prezydent ma swoje niewątpliwe zasługi dla Polski, choć ma na swoim koncie również liczne błędy. Nie zapominajmy o tym, jednocześnie zaś wyzwólmy się z pułapki mówienia o przeszłości tylko poprzez zużyte klisze. Bo w ten sposób historia „Solidarności” nie będzie żywą opowieścią, a klubem kombatanta, który po trzydziestu latach rozgrywa swoją walkę frakcyjną lub czci piękny mit z czasów młodości.

„Solidarność” jest dobrem wspólnym wszystkich Polaków, wielką nauką, o której warto jest pamiętać. Chciałbym, żeby w końcu udało się opowiedzieć o niej w sposób, który trafi do ludzi, dla których PRL to już historia. Wierzę, że każdy może znaleźć tu swojego bohatera – czy będą to młodzi antykomuniści i ksiądz Jerzy Popiełuszko, czy też lewicujący drukarze i Jacek Kuroń. A także, że pamiętając o różnicach, będziemy pamiętać również o tym co łączy. Bo właśnie na tym polega „Solidarność” (również ta pisana małą literą).

Artykuły publicystyczne w naszym serwisie zawierają osobiste opinie naszych redaktorów i publicystów. Nie przedstawiają one oficjalnego stanowiska redakcji „Histmag.org”. Masz inne zdanie i chcesz się nim podzielić na łamach „Histmag.org”? Wyślij swój tekst na: redakcja@histmag.org. Na każdy pomysł odpowiemy.

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Tomasz Leszkowicz
Doktor historii, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Autor artykułów w czasopismach naukowych i popularnych. W czasie wolnym gra w gry z serii Europa Universalis, słucha starego rocka i ogląda seriale.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy