Autor: Adam Pisarek
Tagi: Reportaże/relacje, Historia życia codziennego i obyczajowości, Chiny, Mongolia i Korea
Opublikowany: 2006-12-17 22:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Azja w transie (cz. 3): Zapiski z krainy stepu

Siedzę w piwnicach Dalis' Pub w Ułan Bator z Dżafą, Mongolskim studentem znającym język polski. Na ścianach wiszą obrazy hiszpańskiego surrealisty, z głośników dobiega mongolski pop, kelner przynosi Chingisa – tutejsze piwo. – _Powiedz mi Dżafa, jak to z wami jest? Macie olbrzymi, piękny kraj, a połowa z was mieszka w pełnej slumsów stolicy_ – zaczynam rozmowę. W mojej głowie pojawiają się już kolejne pytania. O muzykę, filmy, religię, politykę. To będzie długa noc.

Przeczytaj drugą część cyklu: Bajkał przygląda się...

Mongoł, Polak – dwa bratanki

Dżafę spotkałem przez przypadek. Podszedł do mnie, gdy czekałem na znajomych przed wejściem na pocztę w centrum Ułan Bator. Zapytał, czy jestem z Polski. Jego rodzice w latach osiemdziesiątych wyjechali do Warszawy, sam spędził tam siedem lat. Tłumaczył, że już zapomniał naszego języka i nie wszystko rozumie, ale mówił po polsku prawie idealnie. Mongołowie mają bardzo wielki dar – są w stanie naśladować każdy akcent świata. Nie zastanawiając się długo zaprosiliśmy Dżafę na piwo.

Krążyliśmy po mieście w poszukiwaniu pubu. W nocy Ułan Bator wygląda lepiej niż w dzień. Kolorowe neony oświetlające ulice dają złudzenie kosmopolityzmu. Żebrzące dzieci uciekają do swoich kryjówek, z domów wychodzi młodzież udająca się do klubów. Słyszeliśmy, że po zmroku lepiej nie chodzić samemu. Szybko można zostać pobitym, okradzionym i pociętym nożem. Mongołowie należą do ludów spokojnych i opanowanych. Są bardzo przyjacielscy. To miasto, ogromna bieda i alkohol produkują agresję.

Dalis' Pub to kameralna knajpka. Jest głośno, ale nie na tyle, by zagłuszać rozmowę. Czysto, schludnie, bardziej dla turystów niż miejscowych. Jutro wyjeżdżamy, więc łatwo o wspomnienia. Każdy wątek rozmowy z Dżafą przywołuje sieć skojarzeń ze stepowej krainy. Już jutro będzie trzeba się pożegnać z tym miejscem. A przecież wydaje się, że dopiero co tu przyjechaliśmy...

Kierunek: step!

Mongolski autobus czekający na nas w Irkucku okazał się naprawdę przyzwoity. Firanki w tradycyjne wzory, wygodne fotele, nawet nawiew. Spodziewaliśmy się raczej drewnianych ławek i wybitych szyb. Powitało nas dwóch kierowców i Toro – jedyna osoba z całej trójki znająca angielski. – To najlepszy autobus w całej Mongolii – zagwarantował nam przy powitaniu koślawą angielszczyzną.

Główne wejście do Karakorum

Najlepszy autobus w całej Mongolii po pięciu godzinach jazdy złapał gumę. Tylne koło wydawało się całkowicie zdewastowane. Nie dla naszych kierowców – po godzinie mogliśmy jechać dalej. Punkt docelowy: Sludianka, kolejna słynna nadbajkalska miejscowość. Dojechaliśmy tam wieczorem. Zrobiło się bardzo zimno i wilgotno. Bajkał wyglądał tam jak jezioro Żywieckie, a plaża jak wysypisko śmieci. W tych okolicach wydobywa się granit. Może warto jeszcze wspomnieć o marmurowym dworcu kolejowym, który w środku wygląda jak pięciogwiazdkowy hotel, i o mieszkańcach stojących przed tym dworcem, zastanawiających się głośno jak obrobić nas z pieniędzy i paszportów. To koniec ciekawostek. Szybko znaleźliśmy schronisko przy Muzeum Mineralogicznym. Trzypiętrowe, drewniane łóżka bez sienników wydały nam się luksusem. Alternatywą było spanie w namiotach pod gołym niebem. Zaczynały się przymrozki...

Kolejny dzień, kolejna opona zniszczona. Dobrze, że wyjechaliśmy z obszaru serpentyn. I tak prawie wpadliśmy do rowu. Kierowcy spędzili dwie godziny przy naprawie i pojechaliśmy dalej. Z jednym dobrym kołem z przodu, drugim z tyłu. Autobus nie wytrzymał długo. Potrzebna była kolejna przymusowa przerwa. Nie mogliśmy już marzyć o dłuższym pobycie w Ułan Ude – stolicy Buriacji. Modliliśmy się tylko o to, by dostać się do mongolskiej granicy. Najlepszy autobus w całej Mongolii – powtarzałem sobie w myślach...

Kolejna noc była wyjątkowa. Rozpaliliśmy ognisko na stepie kilkadziesiąt kilometrów za Ułan Ude. Na horyzoncie migały światła miasta, w górze niebo promieniowało jasnością gwiazd. Ogień ogrzewał i zapewniał ochronę.

Buddyjskie młynki modlitewne w Karakorum.

Szaman i bestia

Te wasze nieszczęścia to na pewno przez duchy się stały! Musieliście wziąć coś ze świętego miejsca – mówi Dżafa z przejęciem. Jeśli ktoś weźmie jakikolwiek przedmiot z miejsca obdarzonego energią (na przykład spod serge), może liczyć się z zemstą duchów. Pytam się, czy młodzież w Mongolii ufa szamanom. – Wierzymy w wiarę naszych przodków, tak jak wy wierzycie w Chrystusa. Pytam się, czy on także wierzy. – Chodzę do szamana po radę. Jest moim przewodnikiem duchowym. Wy nazywacie takie osoby księżmi.

Młodzi mnisi tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego

Szamanizm w Mongolii istniał od zawsze. Wyrósł z jeszcze wcześniejszych wierzeń, głównie totemizmu. Czym dokładnie jest ta religia? Wiarą w naturę, w otaczający człowieka nieogarnięty rozumem świat. Istnieją trzy wymiary: niebo, ziemia i kraina podziemi pełna demonów. Wszystkie są połączone osią kosmiczną, zwaną Złotym Filarem. Mongołowie wyobrażają go sobie jako brzozę, po której bogowie i wojownicy schodzą na ziemię, a ludzie po śmierci wkraczają w czeluście. Szaman jest w stanie pokonać swą cielesność i poruszać się po osi. Jest wizjonerem, który widzi duchy i porozumiewa się z nimi. A duchy żyją wśród nas, razem z mniejszymi bóstwami egzystują tuż obok. – Czcimy niebo, ono jest naszym bogiem. Czcimy ziemię, czcimy ogień, czcimy słońce, czcimy księżyc – opowiadała nam podczas podróży przez step dziewczyna studiująca prawo w Ułan Bator. Zaoferowała pomoc przy poruszaniu się po całym państwie. Drobniutka, o pulchnej buzi i bardzo głębokim, spokojnym głosie. Zdradziła, że jest nieaktywnym szamanem. Bycie duchowym przewodnikiem to nie tylko przywilej, to także przekleństwo. Nikt nie wybiera takiego życia. Szamanem zostaje się z ojca na syna. W jaki sposób dziecko dowiaduje się, że jest wybrańcem? Słyszy głosy, ma wizje, wokół niego zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Nie może wyrzec się swojego losu. Gdy się opiera, zaczynają umierać jego bliscy.

Bycie szamanem, to bycie naznaczonym do końca życia. Człowiek nie ma wyboru, musi zgodzić się na swój los – powiedziała mi czarnowłosa studentka w trakcie postoju na stepie. – Trzeba wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale też za wszystkich ludzi, którzy chcą Cię słuchać – kontynuowała. Zapytana dlaczego sama przeszła w „stan nieaktywności” odpowiedziała, że tylko z powodu studiów. Potem chce zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.

Zauważyła, że zachowywałem się w stosunku do jej opowieści trochę sceptycznie. – Miałam wizje, w trakcie których nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Potrafię zobaczyć więcej niż zwykli ludzie. Wprowadzam się w trans w trakcie którego wychodzę ze swojego ciała. To nie tylko przesądy – od razu argumentowała. Można być białym lub czarnym szamanem, poprzeć stronę dobra lub zła. Czarni sprowadzają choroby i śmierć na wrogów, dobrzy leczą i pomagają. Obaj są bardzo popularni.

Każda wioska ma swojego szamana. Jest w niej najważniejszą postacią. Gdy umiera, szykowana jest olbrzymia ceremonia. – Nikomu postronnemu nie udało się tego zobaczyć. Organizowane są wyprawy badawcze, by znaleźć groby. Sama w jednej uczestniczyłam. Bez efektów. – mówiła szamanka. Pogrzeb to podobno wielkie wydarzenie. Nad wykopanym w ziemi dołem zbiera się kilkadziesiąt dziewic, wojowników na koniach i muzyków. Szaman o własnych siłach wchodzi do grobu, a mieszkańcy wioski zakopują go żywcem. Wszyscy składają swemu przewodnikowi hołd i odchodzą.

Mongoł pilnujący wejścia do klasztoru w Karakorum

Tak było kiedyś. Teraz trzeba uważać na oszustów. – komentuje Dżafa po tym, jak przekazałem mu słowa studentki prawa. – Szamani mają swoje biura, komórki, umawiają się z klientami. Organizują nawet międzynarodowe konferencje. Ile z tego mistyki, a ile chęci zarobienia? Trudno powiedzieć. Wiem tylko, że są i prawdziwi wybrańcy, i szarlatani. Każdy szamanista rozpozna, czy ktoś udaje.

Kupujemy kolejne piwo. Przy kasie przypomina mi się pierwsze spotkanie z Mongolią. Ile dni już upłynęło od tamtego momentu?

Welcome in Mongolia

Dojechaliśmy do granicy o godzinie siódmej rano. Nie było żadnych kolejek, za to dużo formalności. Wyciąganie bagaży, składanie co chwilę nowej deklaracji celnej, pozowanie do zdjęć. Po kilku godzinach człowiek miał dosyć wszystkiego. Przekroczyliśmy granicę dopiero o czternastej. Mongolia wita!

Mongołowie pozują z uśmiechem do zdjęć. Ten w koszulce w paski, to ja.

Pierwszy przystanek: Suche Bator. Miasto nazwane na cześć narodowego bohatera Mongołów. Poprowadził naród do zwycięstwa w wojnie z Chinami. Dzięki niemu powstało niepodległe państwo. Wysiadamy przy jednej z jadłodajni na głównej ulicy miasta. Zjedzenie tu czegokolwiek to duża loteria. Pokazuje się palcem na pozycję w menu i czeka na rezultat. W większości przypadków kucharz gotuje baraninę, która przy odrobinie szczęścia nie śmierdzi za bardzo. A co do picia? Suutej Caj, czyli końskie mleko z solą i zieloną herbatą. W tej właśnie kolejności. Smacznego!

Dalsza trasa prowadziła prosto do Ułan Bator. Gdy wjeżdżaliśmy do stolicy Mongolii był późny wieczór. Zewsząd bombardowały nas różnokolorowe neony, głównie Night Clubów. Na rogach ulic stały szczupłe, skąpo ubrane prostytutki. Ułan Bator – azjatyckie miasto dziwek, narkotyków, wielkiego biznesu i jeszcze większej biedy? Za krótko tam byliśmy, by oceniać. To pierwsze wrażenia. Kolejny cel? Step i Karakorum, miasto Chingis Chana.

Stepping

W mieście wcale nie mieszkają najbogatsi. Jeśli ktoś ma pieniądze wyjeżdża w step. Ma dwie komfortowe gery – letnią i zimową, antenę satelitarną, telewizor. Żyje wolny. – mówi Dżafa. Polubiliśmy się. Opowiada mi o swoim narodzie coraz chętniej. Nie chce mi się tylko wierzyć, że młodzież wychowana w mieście marzy o wydostaniu się z niego. Co z karierami? Studia nie zmieniają sposobu patrzenia na świat? – Nie marzę o niczym więcej, jak tylko o stepie, ale nie mam pieniędzy, by pozwolić sobie na taka ucieczkę. Może kiedyś, gdy już się dorobię, wezmę swojego konia i pojadę w dal. – rozmarzył się.

Koń jest najlepszym przyjacielem Mongoła. Ten naród jest stworzony do dosiadania wierzchowców. Już mali chłopcy są uczeni jak z nimi postępować. – Każdy mężczyzna potrafi jeździć na koniu. Inaczej nie jest mężczyzną. – twierdzi Dżafa. To jazda dla wytrzymałych. Słynne są tutejsze drewniane siodła. Żaden Europejczyk nie przejechałby na nich więcej niż kilka kilometrów.

Nikt w Mongolii nie skrzywdziłby konia. Za coś takiego trafia się przed sąd. Kary nie są łaskawe. – Tu szanuje się zwierzęta. Są dla nas bardzo ważne. Jeśli ktoś zabiłby całe stado zostanie skazany na śmierć. – Dżafa wierzy w to co mówi. Mongołowie żyją bardzo blisko natury. Czują z nią mocną więź. Wystarczy zobaczyć step, by uwierzyć w ich wiarę. Wystarczy uświadomić sobie, że bez owiec, kóz i koni nie potrafiliby przetrwać, że to one dają im mleko i mięso, życie. Tu panuje bóg nieba, nieograniczona siła oślepiającego błękitu. Natura.

Dżafa, powiedz mi, ile masz lat? – zadaję niewinne pytanie, by zmienić temat. Okazuje się, że odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Każdy Mongoł ma jeden roczek już w chwili narodzin, a starzeje się zawsze z przyjściem nowego roku. To takie uniwersalne urodziny. Ciekawe jest też to, że nikt nie obchodzi 81 lat. Ta liczba uznawana jest za niebezpieczną. Mongołowie skracają wtedy rok urządzając sfingowane obchody. Po około miesiącu solenizant ma już 82 lata. – Ja mam teraz dwadzieścia – kończy Dżafa.

Step rider

Od pięciu godzin jechaliśmy stepem. Krajobraz był monotonny, ale olśniewająco piękny. Olbrzymia przestrzeń oszałamiała. Błękitne niebo dotykało ziemi setki kilometrów przed nami. Firmament nas otaczał, osaczał i obserwował. Nic dziwnego, że Mongołowie uznali niebo za najwyższego boga. Nie ma w tym ani trochę naiwności. Tutaj wydaje się ono absolutem. Co chwilę mijaliśmy olbrzymie stada zwierząt. Setki i tysiące koni, owiec, kóz. Były też wielbłądy i jaki. W oddali majaczyły samotne jurty – gery.

Nagle rozległ się huk. Doświadczenie mówiło nam, że pewnie znowu strzeliła opona. Błąd. Tym razem rozwaliła się miska olejowa. Kolejna przymusowa przerwa. Zatrzymaliśmy się niedaleko jurty wzbudzając dużą ciekawość mieszkających w pobliżu Mongołów. Najpierw przyszło czterech najstarszych – pewnie ojciec i dorośli synowie. Poczęstowaliśmy ich papierosem. Oni się uśmiechnęli. Podali nam swoją drewnianą fajkę i z chęcią pozowali do zdjęć. Dziewczyny postanowiły szarżować – wyciągnęły rozmówki polsko – mongolskie. Czy twój koń jest spokojny? – to pierwsze pytanie w książeczce. Po wymianie kilku zdań któraś postanawia zaszaleć. - Jesteś bardzo uroczym Mongołem – odczytała z trudem charczące zbitki głosek. Mężczyzna wydał się zakłopotany. Dałbym głowę, że się zarumienił.

Po kilkunastu minutach wymiany międzynarodowych uprzejmości pojawił się chłopczyk i dziewczynka na koniu. Zaprosili nas na przejażdżkę. Cieszyliśmy się jak dzieci. Tak samo jak oni oglądając zdjęcia na naszych cyfrówkach. Na jaw wyszły różnice kulturowe. Jak można cieszyć się z zobaczenia małego konika? Dla Mongoła to komiczne.

Świątynia w Ułan Bator.

Po pięciu godzinach ruszyliśmy dalej. Pod wieczór dotarliśmy do Karakorum – miasta w którym Chingis Chan planował swoje wielkie podboje. W XIII wieku była to stolica państwa Mongolskiego. Dziś nie pozostało z niej nic. Wszystkie budowle, które widzimy, to tylko rekonstrukcje. Karakorum nie wygląda na miejsce w czasie swojej świetności. Jest raczej cmentarzyskiem duchów i sugestią bogatej tradycji. Zachwyca za to kompleks świątyń – muzeów buddyjskich i klasztor Erdeni Zu. – W Mongolii panuje lamaizm. Wszyscy wierzą też w moce natury. Te dwie religie koegzystują ze sobą. Powstała specyficzna synteza wierzeń – tłumaczyła nam obecna tam z nami studentka prawa. Złote posągi Buddy mają w dłoniach niebieskie i białe szarfy. To kolory szamanizmu. Religie przenikają się. Rozmywają w symbolicznej hybrydzie, tworzą całość, jednocześnie cały czas odróżniając się od siebie. – Wszędzie spotkacie się z tym, że symbole jednej z dwóch naszych wiar mieszają się z tymi drugiej. Kapłani wybrali pokój. – dodaje studentka.

Z Karakorum dotarliśmy na noc do „osiedla” jurt. Kilka godzin snu wystarczyło na regenerację sił. Z samego rana ruszyliśmy znowu w step. Kierunek: Park Terejl! Po drodze dotarliśmy do Największego Penisa Mongolii. To wyrzeźbiony w skale członek posiadający olbrzymią moc. Jest symbolem płodności o olbrzymiej energii. Kobieta, która chce zajść w ciążę, powinna w nocy potajemnie przyjść w to miejsce i pocierać swoim łonem o kamień.

Koniec

Dżafa, a jak wygląda sprawa z seksem w jurcie? Gdy pojawią się w rodzinie dzieci, to chyba życie erotyczne umiera. – nasza rozmowa nie ma już tematów tabu. Odpowiada bez zastanowienia, że to bzdura. Dopóki dzieci są małe w niczym nie przeszkadzają rodzicom. Potem dostają swoją osobną jurtę.

Świątynia z 27 metrowym Buddą w środku

Kończymy któreś z kolei piwo. Nikt nie liczył które. Kelner, ubrany w białą koszulę i czerwony krawat, co chwilę zerka w stronę naszego stolika. Pewnie chce już zamknąć lokal. Ściskam rękę Dżafie. – Miło było was poznać – mówi na do widzenia. Zerkam na zegarek – jest trzecia w nocy. Trzeba powoli wracać do hostelu. O czternastej odjeżdża nasz pociąg. Za siedem dni będziemy z powrotem w Polsce. To już koniec wielkiej przygody.

Zobacz też:

Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Adam Pisarek
Magister politologii (specjalność dziennikarstwo i komunikacja społeczna) oraz student teorii i historii kultury na Uniwersytecie Śląskim. Aktywnie uczestniczył w przedsięwzięciach Międzywydziałowego Stowarzyszenia Dziennikarzy „Mosty”, obecnie jest prezesem Stowarzyszenia Działań Nietypowych „Szatnia”, działającego na polu kultury na Śląsku. Organizował między innymi Festiwal Wolnych Ludzi i „Kapu!erę” – Festiwal Sztuki Podróżowania. Przez rok był współpracownikiem „Dziennika Zachodniego”. Współpracował również z Teatrem Śląskim, gdzie jako wolontariusz był założycielem i jednym z liderów Rady Studenckiej.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy