Autor: Natalia Stawarz
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Historia społeczna, II wojna światowa, Chiny, Mongolia i Korea, Japonia
Opublikowany: 2020-07-26 17:02
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Bestie w ludzkiej skórze. Japońskie zbrodnie w czasie II wojny światowej

Jednostka 731 jest jednym z symboli bestialstwa Japończyków w czasie II wojny światowej. Zbrodnie popełniane wówczas przez Armię Cesarza przybrały nowy, zupełnie nieznany wcześniej wymiar. Czym zajmowała się osławiona Jednostka 731? W jaki sposób Japończycy traktowali jeńców wojennych?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Pogarda wobec jeńców

Każda wojna powinna podlegać pewnym niezmiennym zasadom i regulowanym prawom, które stanowiłyby gwarancję bezpieczeństwa dla żołnierzy składających broń czy też bezbronnych cywilów. W czasie drugiej wojny światowej obowiązywały Konwencja Genewska z 1929 roku oraz Konwencje Haskie z lat 1904 i 1907, które normowały zachowania na froncie. Japonia nie ratyfikowała żadnej z nich, ale formalnie zgodziła się na respektowanie głównych paragrafów.

Członkowie Jednostki 731 rozpylają szkodliwą substancję na ciało chińskiego dziecka

W rzeczywistości Japończycy nie przestrzegali żadnego z dokumentów i w sposób zdehumanizowany traktowali jeńców i cywilów. Obozy jenieckie były synonimem piekła, a pełniącym w nich służbę strażnikom równie dobrze można by nadać miano brutalnych diabłów. Barbarzyńskie metody traktowania jeńców wojennych były ściśle związane z fetyszyzacją dawnych japońskich tradycji kodeksu bushidō. Dla żołnierzy japońskich jedynym możliwym rozwiązaniem była walka aż do śmierci. Należało ostatni nabój zachować dla siebie albo rzucić się na wroga w samobójczym ataku. Całkowicie odmienny stosunek do kapitulacji mieli alianci, co dla japońskich jeńców było niewytłumaczalne:

Wstyd przed niewolą był po prostu nie do zniesienia, nasze historie i nasze przekonania są odmienne. Byliśmy zszokowani, dowiedziawszy się, że jeńcy amerykańscy i australijscy naprawdę domagali się, by ich nazwiska przekazano do kraju, żeby rodziny wiedziały, że żyją. My nigdy nie poinformowaliśmy rodzin. Nie otrzymywaliśmy listów i nie chcieliśmy tego. Byliśmy martwi. Zostaliśmy pozbawieni honoru i uważaliśmy, że nasze życie jako Japończyków jest skończone. Szczerze mówiąc, miałem wrażenie, że nigdy nie będę mógł pokazać się rodzinie. Wypowiedź japońskiego jeńca, za: J.L. Margolin, Japonia 1937–1945. Wojna Armii Cesarza (2013).

W końcu dobrowolna rezygnacja z walki była czynem niegodnym, który zasługiwał wyłącznie na śmierć. Tchórze tracili status człowieka, dlatego traktowano ich z największą pogardą.

Relacje z obozów jenieckich są związane przede wszystkim ze wspomnieniami żołnierzy alianckich, głównie Brytyjczyków, Holendrów, Amerykanów i Australijczyków. Działo się tak z dwóch powodów. Zeznania żołnierzy alianckich stały się w trakcie procesu tokijskiego podstawą aktu oskarżenia wobec japońskich zbrodniarzy wojennych. Jeńcy z Europy czy Australii mieli więcej „szczęścia”, gdyż Japończycy w ogóle przewidzieli dla nich opcję niewoli. Chińscy żołnierze nie mogli liczyć nawet na taki przywilej. Nie planowano dla nich statusu jenieckiego. Każdy schwytany żołnierz był z miejsca zabijany. Zdarzały się nieliczne wyjątki, ale w tych przypadkach śmierć przyjmowała formę powolnej agonii w japońskich i mandżurskich kopalniach lub fabrykach, laboratoriach badawczych czy innych miejscach, gdzie akurat istniało zapotrzebowanie na ludzki materiał testowy. Los zachodnich jeńców wojennych oraz ich towarzyszy z azjatyckich oddziałów pomocniczych był nieco lepszy, o ile lepszym można nazwać niehumanitarne warunki bytu.

Obozy jenieckie, podobnie zresztą jak obozy dla internowanych cywilów, były koszmarnym snem, z którego jedyną szansą na wybudzenie czasami była śmierć. Śmierć, która zresztą przychodziła z łatwością. Wskaźnik umieralności wśród pojmanych młodych mężczyzn, przebywających w obozach średnio około czterdziestu miesięcy, sięgał niemal trzydziestu procent. Dla porównania w niemieckich obozach jenieckich umierało zaledwie cztery procent zachodnich żołnierzy. Trudno było sprostać warunkom, na jakie Japończycy skazywali pojmanych, zwłaszcza że obozy nie były dla nich pierwszym dotkliwym wyzwaniem.

Zanim jeńcy dotarli do miejsca docelowej kaźni, musieli przebyć żmudną, upokarzającą, często śmiertelną drogę. Maszerowali w nocy. Przejście każdego odcinka dwudziestu pięciu kilometrów trwało około dwunastu godzin. Jeńcom towarzyszył głód, brak przerw na odpoczynek, a nawet na załatwienie potrzeb fizjologicznych. Ponadto niekorzystne warunki pogodowe sprzyjały rozwojowi chorób, które potęgowały i tak już wysoki wskaźnik śmiertelności wśród jeńców.

Jednym z najbardziej zapamiętałych i okrutnych jenieckich marszów, powszechnie znanych pod nazwą „marszów śmierci”, był ten, który wyruszył z Bataan (Filipiny). 10 kwietnia 1942 roku w drogę wyruszyło siedemdziesiąt sześć tysięcy amerykańskich i filipińskich żołnierzy. Musieli oni pokonać trasę około stu dwudziestu kilometrów w nieznośnych upałach, aby dotrzeć do miejscowości San Fernando. Niezależnie od choroby czy osłabienia spowodowanego głodem każdy jeniec był przymuszany do wędrówki. Każdy, kto padał z wyczerpania, był rozstrzeliwany lub zakłuwany bagnetem. W ciągu pierwszych pięciu dni marszu żaden z jeńców nie otrzymał pożywienia ani wody. Próby ugaszenia pragnienia przy napotkanych studniach czy też kałużach kończyły się natychmiastową śmiercią. Widok wygłodzonych, apatycznych i wyczerpanych żołnierzy wzbudzał powszechną litość wśród tubylców, niestety każde wyrażenie chęci pomocy niosło ze sobą ogromne ryzyko. Dopiero szóstego dnia przydzielono maszerującym po garstce ryżu – i to za cenę ostatnich pamiątek i kosztowności, które musieli oddać Japończykom. Dziewiątego dnia marsz dobiegł końca, jednak koszmar tułaczki nadal trwał. Żołnierze zostali upchnięci w ciasnych wagonach po sto osób. Warunki transportu były tak nieludzkie, że nie każdy był w stanie dotykać stopami podłoża. Wielu zmarło w wyniku uduszenia. Droga z Bataan do San Fernando była usłana trupami. Około ośmiu tysięcy amerykańskich i filipińskich żołnierzy nie miało szansy dotrzeć do stacji końcowej, którą był obóz O’Donnell. W tym miejscu, tak jak i w wielu innych obozach jenieckich, pandemonium grozy miało dopiero nadejść.

Zbieranie ciał jeńców w trakcie baatańskiego marszu śmierci

Największy obóz jeniecki Changi w Singapurze można uznać za miejsce stosunkowo bezpieczne w porównaniu z innymi tego typu „przybytkami”. Strażnicy nie byli aż tak brutalni, a jedyne naprawdę surowe kary nakładali na jeńców, którzy próbowali uciec lub kontaktować się z tubylcami. Nie można było także narzekać na brak rozrywki. Kultura, sztuka oraz edukacja były w pełni dostępne dla każdego internowanego jeńca. Jedynymi niewygodami doskwierającymi w obozie były ścisk oraz awitaminoza, spowodowana monotonią posiłków.

Nieodłącznym elementem życia obozowego była ciągła obecność strażników. W większości krajów okupowanych byli to Koreańczycy lub Tajwańczycy, a w samej Japonii tę funkcję przyjmowali ranni lub lekko upośledzeni żołnierze nienadający się do czynnej służby wojskowej. Taki wybór straży nie był kwestią przypadku. Obcokrajowcy i osoby uważane za niepełnosprawne na ciele lub umyśle znajdowali się na samym dole hierarchii wojskowej. W związku z tą pozycją często byli maltretowani, bici i poniżani. Kiedy wreszcie uzyskali pewien rodzaj władzy, wykorzystywali ją w pełni. Japoński system wojskowy stworzył najokrutniejszych sadystów. Kary, które stosowali, nie były adekwatne do popełnionych przewinień. Prowadzenie dziennika, uśmiech na twarzy, niesubordynacja wobec „przełożonego” czy niewypełnienie natychmiast rozkazu, najczęściej wypowiadanego w języku japońskim, mogły zakończyć się tragedią. Porywczy strażnik mógł w najlepszym wypadku przymusić więźnia do ciężkich prac, a w najgorszym zabić lub okrutnie torturować. Katalog katorg był niezwykle urozmaicony. Stosowano między innymi torturę wodną, gdzie unieruchomiona ofiara była pojona wodą przez nos i usta tak długo, póki nie straciła przytomności. Czasami skakano jej również po brzuchu. Na podobnej zasadzie działała metoda ryżu. Więzień był głodzony przez kilka dni, aby potem zostać przymuszonym do zjedzenia surowego ryżu i popicia go ogromną ilością wody. Ryż pęczniał i powodował straszliwy ból brzucha. Jeńcy byli przypiekani, a także rażeni prądem. Ból musiał być dotkliwy, dlatego naruszano najwrażliwsze części ciała – nozdrza, bębenki w uszach, narządy płciowe lub pępek, a także rozciągano stawy, wyrywano paznokcie, zmuszano do klęczenia na ostrych przedmiotach. Każda z tych kar musiała być dotkliwa i przewlekła, gdyż inaczej nie satysfakcjonowałaby oprawców.

Jeńcy wojenni ostatecznie uzyskali łaskę życia, ale ceną była niewolnicza praca ku chwale Japonii i cesarza. Obozy jenieckie stanowiły rezerwuar taniej siły roboczej. Więźniowie pracowali w zakładach zbrojeniowych, przy budowie dróg, mostów i linii kolejowych tworzonych na potrzeby wojska. Zwłaszcza praca przy budowie Kolei Birmańskiej w latach 1942–1943 zebrała krwawe żniwo. Szacuje się, że owa inwestycja pochłonęła życie około stu tysięcy cywilów oraz szesnastu tysięcy alianckich żołnierzy. Najgorsze były głód i choroby, które stanowiły jego konsekwencję. Każdy, kto chorował, i tak musiał pracować, ale ze względu na swoją cielesną nieudolność miał zmniejszane racje żywnościowe. Pejoratywny stosunek do słabości w kulturze japońskiej powodował błędne koło, które po prostu wykańczało organizmy młodych mężczyzn. Przeżyliby, gdyby mieli szansę na odpoczynek. Niestety do końca wojny utrwalił się schemat ciężkiej pracy potęgującej liczbę chorych, których przymuszano do jeszcze większego wysiłku fizycznego.

Głód przyczynił się również do jednego z najbardziej haniebnych i niezrozumiałych epizodów w historii wojny na Pacyfiku – aktów kanibalizmu. W ostatnich latach wojny pozbawieni zaopatrzenia oficerowie i żołnierze japońskiej armii lądowej oraz marynarki wojennej zaczęli spożywać ludzkie mięso. Ofiarą padły setki australijskich i indyjskich żołnierzy armii brytyjskiej, cywile z Filipin i Nowej Gwinei, tajwańscy robotnicy oraz zabici japońscy żołnierze. Początkowo wybierano poległych na polu bitwy albo chorych jeńców, potem zaczęto wyznaczać przydziały: jeden jeniec na dzień. Trudno usprawiedliwić ten zbrodniczy czyn. W niektórych przypadkach, kiedy jednostka była zupełnie pozbawiona dostępu do jakichkolwiek racji żywnościowych, akty kanibalizmu były ostatecznością. Niestety zebrane po wojnie dowody świadczą, że kanibalizm praktykowano nawet wówczas, gdy osiągalne było inne pożywienie, co oznacza, że był on kwestią wyboru, a nie konieczności. Ukazuje to przykład amerykańskiego pilota, porucznika Edwarda Halla, którego ciało zostało symboliczną przystawką na przyjęciu japońskiego pułkownika Kato w 1945 roku. Kanibalizm był również alternatywą dla okrucieństwa. Jeńcy byli ćwiartowani żywcem. Akt ten mógł być również formą zemsty lub wyrazem pogardy wobec nieprzyjaciół. Japońscy żołnierze w ferworze nienawiści, za sprawą konsumpcji, przejmowali nie tylko ciało wroga, ale i jego poddańczą duszę. Nie można było bardziej sprofanować czyjegoś istnienia.

Ten tekst pochodzi z książki Piotra Bejrowskiego i Natalii Stawarz „Azja we krwi. Konflikty – zbrodnie – ludobójstwo”. Zamów e-booka i wspieraj nasz portal!

Piotr Bejrowski, Natalia Stawarz
„Azja we krwi. Konflikty – zbrodnie – ludobójstwo”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 167
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-36-5

Zobacz też nasze pozostałe e-booki!

Maruta: ludzkie króliki doświadczalne

Armia japońska miała w planach uskutecznienie działania broni biologicznej i chemicznej. W tym celu powstał na terenach Mandżurii specjalny oddział „Zarządu dostarczania wody i profilaktyki Armii Kwantuńskiej”, który w roku 1941 został przemianowany na „jednostkę nr 731”. To miejsce stało się istną fabryką śmierci, gdzie zdemoralizowani lekarze przeprowadzali potworne eksperymenty na ludziach. Doświadczenia w swym założeniu miały obraną za cel śmierć „pacjenta” w imię nauki. Niektóre eksperymenty nie miały nawet nic wspólnego z rozwijaniem możliwości stosowania broni biologicznej ani z rozwojem medycyny. Ludzki materiał badawczy był szansą zaspokojenia zwykłej ciekawości zawodowej. W końcu Chińczykom i jeńcom wojennym nawet nie przypisywano człowieczeństwa, więc może to właśnie ułatwiało badania?

Nazywaliśmy tych więźniów maruta, co po japońsku znaczy „kłoda”, „kloc drewna”. Choć każdy z nich w chwili przybycia miał dowód tożsamości z nazwiskiem i miejscem urodzenia, powodem aresztowania i wiekiem, my przyznawaliśmy mu tylko numer. Maruta „kawałek drewna” był już tylko numerem, który nosił, częścią materiału doświadczalnego. Nie traktowano go jak ludzkiej istoty. Relacja japońskiego pielęgniarza wojskowego, za: J.L. Margolin, Japonia 1937–1945. Wojna Armii Cesarza (2013).

Ishii Shirō, nieosądzony zbrodniarz wojenny, fot. Masao Takezawa

Jednostka nr 731 stanowiła rezultat chorych ambicji, niezaspokojonej ciekawości i morderczych pragnień jednego człowieka. Generał Ishii Shirō (1892–1959) był lekarzem i specjalistą w dziedzinie bakteriologii, który zainicjował obecność broni biologicznej w wojsku cesarskim. Przede wszystkim użycie gazu i bakterii było o wiele tańszą opcją niż utrzymanie potężnych sił konwencjonalnych. To rozwiązanie satysfakcjonowało Ishiiego z jeszcze jednego względu. Broń chemiczna i biologiczna były w Japonii zakazane poprzez warunki protokołu genewskiego z 1925 roku. Uznał, że skoro coś było aż tak złe, że postanowiono to zdelegalizować, to musiało być skuteczne. W 1932 roku pod bezpośrednią kontrolą Armii Kwantuńskiej, stacjonującej na terenie Mandżukuo, generał Ishii rozpoczął badania nad bronią biologiczną. Pierwsze laboratorium powstało w więzieniu-obozie Zhongma w miasteczku Beiyinhe, niedaleko Harbinu. Miejsce to było dogodne zwłaszcza pod względem dostępności „materiału badawczego”. Więźniowie zbuntowali się w 1936 roku i grupa około czterdziestu mężczyzn podjęła próbę ucieczki. Ten incydent wymusił poszukiwania bezpieczniejszego i zajmującego większą powierzchnię miejsca. Nowy ośrodek badawczy powstał w miejscowości Pingfang, znajdującej się dwadzieścia cztery kilometry od Harbinu. W jego skład wchodziły więzienia, laboratoria, warsztaty produkcyjne broni chemicznej, a przede wszystkim bakteriologicznej, oraz piec krematoryjny. Ten rozległy kompleks o powierzchni trzech kilometrów kwadratowych stał się miejscem niewyobrażalnej zbrodni. Nie istniały tam żadne zahamowania względem zdrowia i życia drugiego człowieka, a wszystko to działo się w imię nauki.

Najważniejsze były badania nad bronią biologiczną, która w łatwy i skuteczny sposób miała zdziesiątkować armię wroga. Opracowywano szczepy duru brzusznego, dyzenterii, cholery. Szczególną uwagę przywiązywano do badań nad wąglikiem, tężcem oraz dżumą. W przyszłości bakterie wywołujące owe choroby miały wypełnić bomby ceramiczne, użyte podczas desantów. Pierwszy etap studiów nad każdą chorobą zakaźną i ewentualną szczepionką wyglądał podobnie. Zarażano więźniów poprzez wstrzyknięcie im zarazków. Próbowano wzmocnić złośliwość bakterii poprzez zastrzyki ze szczepami jednego chorego drugiemu. Po wywołaniu choroby u „obiektów badawczych” przenoszono ją na tereny zamieszkane. Wraz z pojawieniem się epidemii do akcji wkraczało wojsko i pracujący dla niego badacze, aby sprawdzić rezultaty chorób i ewentualne sposoby ich leczenia. Następnie przechodzono do fazy obserwacji, której integralną częścią były wiwisekcje. Autopsje odbywały się na żyjących ludziach, których w żaden sposób nie poddawano znieczuleniu czy też narkozie.

Drugim celem jednostki nr 731 było prowadzenie badań nad odpornością japońskich żołnierzy. Badania w zakresie wycieńczenia organizmu, niedożywienia, odwodnienia, hipotermii, nadciśnienia atmosferycznego, chorób wenerycznych czy też objawów braku dostępu do promieni słonecznych miały na celu wykreować żołnierza idealnego – wojownika prawie nieśmiertelnego, który już za życia posiadałby znamiona bóstwa. W celu zrealizowania tej aspiracji przymuszano więźniów do nadludzkiego wysiłku, żeby sprawdzić granice wytrzymałości człowieczego ciała. Jednymi z najokrutniejszych eksperymentów były te związane z badaniami dotyczącymi odmrożeń. Japończycy mieli świadomość, że w najbliższej perspektywie będą zmuszeni do konfrontacji z Rosją i że może mieć ona miejsce na Syberii. Należało więc uzyskać wiedzę na temat profilaktyki i leczenia odmrożeń, najlepiej empirycznie. Wystawiano więc więźniów na ostry, mandżurski mróz. Przywiązywano ich do pali, dokładnie odsłaniając i systematycznie oblewając wodą kończyny. Następnie badacz uderzał w kończyny kijem i jeżeli dźwięk uderzanego przedramienia lub nogi przypominał dźwięk uderzenia o deskę, był to znak, że kończyna jest całkowicie przemrożona. Na tym etapie wypróbowywano rozmaite metody rozgrzewania lub zgłębiano postępy martwicy. Podczas owych eksperymentów zdarzały się przypadki, że tkanki i mięśnie odchodziły od kości. Najczęściej skutkowało to gangreną i gniciem kończyn. Okrutnym praktykom poddawano także dzieci więźniarek. Podtapiano je w lodowatej wodzie na mroźnym powietrzu, czego nie były w stanie przeżyć.

Chyba najtrudniej jest pojąć fakt, że lekarze i naukowcy sprzeniewierzyli się ideom swych profesji, których pierwotnym założeniem było nieść pomoc i próbować za wszelką cenę ratować ludzkie życie. Zachowali się niegodnie, ale jest to także rezultat całego systemu polityczno-wojskowego Japonii w okresie Shōwa. Demoralizację, jaką jest w stanie narzucić skrajna polityka totalitarna, najlepiej odzwierciedlają słowa Ishiiego wypowiedziane do jego współpracowników w 1936 roku:

Zaklinam was, byście prowadzili te badania, zainspirowane podwójnym medycznym celem. Po pierwsze, jako ludzie nauki musimy uczynić wszystko, by eksperymentować na tym, co jest w naukach naturalnych prawdziwego, by poszukiwać i odkrywać to, co jest nam jeszcze nieznane; po drugie, jako wojskowi, musimy zbudować silną armię przeciw naszym wrogom.

Kompleks budynków, w którym działała Jednostka 731

Działania jednostki nr 731 były objęte najwyższą tajemnicą. Generał Ishii zagroził śmiercią każdemu pracownikowi jednostki, który śmiałby podzielić się z kimkolwiek tym zatrważającym sekretem. Mieli oni zachować tamte wydarzenia w tajemnicy aż do końca swoich dni. Udałoby się to, gdyby nie modernizacja okręgu Shinjuku i prace budowlane nowej siedziby Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej przeprowadzone w 1989 roku. W miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się budynki byłej Wojskowej Akademii Medycznej, natknięto się na ludzkie kości. Japonia została zmuszona do skonfrontowania się ze swoją przeszłością. Do tej pory byli członkowie zbrodniczej jednostki wiedli spokojne, obfitujące w sukcesy życie. Wielu z nich zajęło znaczące stanowiska w publicznej służbie zdrowia. Jeden został prezesem Stowarzyszenia Lekarzy Japońskich, inny naczelnym chirurgiem Sił Samoobrony, jeszcze inny kierował Towarzystwem Meteorologicznym. Paradoksalnie to właśnie wyniki badań uzyskane w bestialskim procederze stały się kluczem do sukcesu lekarzy i naukowców z piekielnej jednostki. Wielu z nich uzyskało prestiżowe nagrody uniwersyteckie, zarówno w Japonii, jak i za granicą. To właśnie oni zajmowali główne stanowiska na najznamienitszych japońskich uczelniach. Kara za zło, którego dokonali w czasie drugiej wojny światowej, tak naprawdę nigdy ich nie dosięgnęła. Prawdopodobnie do końca żyli bez świadomości, że dokonali okrutnych i niewybaczalnych czynów. To oni stworzyli podwaliny dzisiejszej Japonii.

Ten tekst pochodzi z książki Piotra Bejrowskiego i Natalii Stawarz „Azja we krwi. Konflikty – zbrodnie – ludobójstwo”. Zamów e-booka i wspieraj nasz portal!

Piotr Bejrowski, Natalia Stawarz
„Azja we krwi. Konflikty – zbrodnie – ludobójstwo”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 167
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-36-5

Zobacz też nasze pozostałe e-booki!

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Natalia Stawarz
Doktorantka w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ukończyła również historię na tej samej uczelni. Interesuje się historią i kulturą Dalekiego Wschodu, zwłaszcza Japonii. W zakres jej zainteresowań wchodzi również historia kultury duchowej oraz historia XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem okresu dwudziestolecia międzywojennego. W wolnych chwilach poświęca czas na literaturę, seriale i naukę japońskiego.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy