Boże Narodzenie w 1917 roku

Czas Bożego Narodzenia w 1917 roku nie był typowym okresem radości. Świąteczne dni zdominowane zostały raczej przez refleksje, w niektórych przypadkach zamieniające się w złość powodowaną wszechobecną bezsilnością. Trwający od trzech i pół roku konflikt światowy zdążył odcisnąć swe piętno praktycznie na wszystkich.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Polscy legioniści internowani w Szczypiornie. Zima 1917/18, domena publiczna.

Jutro nad całą Anglią słychać będzie śpiewy „a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”; pastor odmówi modlitwę o nasze zwycięstwo nad nieprzyjacielem, rankiem drugiego dnia świąt [w Wielkiej Brytanii „Boxing Day” dop. aut.] kolejne potężne nagłówki brytyjskich gazet powiedzą, że do Armii potrzeba wciąż więcej i więcej osób. Te same rzeczy uderzyły mnie innego dnia, gdy kapelan chodził wokół jednego ze stanowisk naszych dział i przemawiał do paru modlących się. Padł wtedy kolejny znany cytat: „ale zachowaj nas od złego”. A następnego ranka Fryc znowu wysłał nam swoje zwyczajowe pozdrowienia tylko po to, aby pokazać, że nie poszedł spać.

– pisał w liście do matki kapral Tom Hughton z 211. Baterii Oblężniczej, będącej częścią Królewskiej Artylerii Fortecznej. Ten służący na froncie zachodnim kanonier nie mógł być odosobniony w swoim poczuciu beznadziei. Rok 1917 nie stanowił najlepszego okresu w długiej historii Imperium Brytyjskiego. Przeprowadzone przeciwko Niemcom ofensywy pod Ypres i Cambrai, pochłaniając tysiące ofiar, nie przyniosły wyczekiwanego przełamania. Ci, którzy przeżyli, byli już niezwykle przemęczeni trwającą od trzech i pół roku wojną. Uczucie to potęgowały ciągły brak sukcesów oraz nieludzkie warunki panujące na froncie. Anglię atakowano z powietrza. Prowadziło to do strat wśród cywilów, powodując przy okazji ich niezadowolenie. Kolejną plagę stanowiły u-booty, zatapiające okręty płynące z zaopatrzeniem ku Wyspom Brytyjskim. Do tego ciągłe złe wieści nadchodzące z frontu…

Smutny czas wojny

W zbliżającym się ku końcowi roku 1917 nie wiodło się także sojusznikom Wielkiej Brytanii. W kwietniu żołnierskie bunty wstrząsnęły armią francuską, doprowadzając do zastąpienia głównodowodzącego nią generała Roberta Nivelle’a generałem Phillipem Petainem. Na przełomie października i listopada, w wyniku niemiecko-austro-węgierskiej ofensywy w rejonie Capporetto, sprzymierzone z Francją i Wielką Brytanią Włochy zostały prawie wyeliminowane z konfliktu. Wielu wojskowych z Półwyspu Apenińskiego nie uznawało już za swojego głównego wroga nieprzyjacielskich oddziałów. Sprzeciwiali się szefowi ich armii, gen. Luigiemu Cadornie, posądzanemu o szafowanie życiem podległych mu ludzi. Tylko nowe oddziały wysłane przez Brytyjczyków i Francuzów oraz zmiana niepopularnego dowódcy sprawiły, że Italia wciąż pozostawała wśród uczestników zmagań. Na froncie wschodnim bolszewicka delegacja wstrząśniętej dwiema rewolucjami Rosji, zasiadła w Brześciu Litewskim do rozmów pokojowych. Z nadzieją wypatrywano przybywających zza Atlantyku okrętów wiozących na swych pokładach Amerykanów, którzy przystąpili do konfliktu wiosną.

Dla państw stojących po przeciwnej stronie barykady również nie był to szczęśliwy czas. Mimo wyeliminowania z wojny Rosji, Niemcy ściągnęli sobie na kark Stany Zjednoczone – rywala o potężnym potencjale ludzkim i przemysłowym. Blokada morska, prowadzona przez brytyjską Królewską Marynarkę Wojenną, uniemożliwiała II Rzeszy import niezbędnych towarów. W państwie Wilhelma II coraz bardziej dawało odczuć się ich braki. Ofensywy Ententy, mimo że odparte, prowadziły do coraz większego wyczerpania żołnierza – tak ilościowo, jak i jakościowo oraz psychicznie. W zbliżającym się ku końcowi roku znowu trzeba było wesprzeć austro-węgierskich sojuszników, co także niosło za sobą straty w ludziach. Niezadowalające wieści płynęły również z frontu palestyńskiego, gdzie otomańscy sojusznicy dowodzeni częściowo przez oficerów wysłanych z II Rzeszy lub CK monarchii, dostawali łupnia m.in. od słynnej australijskiej lekkiej kawalerii. Na nieszczęście Niemców oraz ku niewielkiej osłodzie niepowodzeń na froncie zachodnim, wojska brytyjskie wyparły Turków z półwyspu Synaj, a w grudniu zajęły Jerozolimę. Z niepokojem patrzono także na wody Oceanu Atlantyckiego, po których pomimo obecności u-bootów, nadciągały kolejne amerykańskie kontyngenty.

Wojenne oblicze św. Mikołaja. Okładka amerykańskiego magazynu „Judge” z 22 grudnia 1917 r., domena publiczna.

„Te święta są dla mnie wprost przykre”

A potem myśl poleci ku dalekim polom, ku tym odległym, często nawet z imienia nieznanym miejscom, gdzie w trudzie i udręczeniu rozłąki przebywają najdrożsi sercu ojcowie, synowie i bracia, zimnym nakazem wezwani do twardej służby wojennej.

– pisano w świątecznym numerze krakowskiego „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Grudzień 1917 roku nie był czasem lekkim dla wielu ówcześnie żyjących Polaków. Panowała powszechna niepewność co do przyszłości dwóch ważnych kwestii – losu swoich najbliższych oraz wspólnoty państwowej. „Mówią, że ważą się teraz losy Polski, a są w rękach wiekowych naszych wrogów.” - notowała w dzienniku 23 grudnia Maria z Łubieńskich Górska.

Myśli Jana Dąbrowskiego, rezydującego w Krakowie historyka mediawisty, były w ten wigilijny wieczór razem z narzeczoną. Wybranka badacza pozostawała wówczas w Dyneburgu, odcięta od ukochanego linią frontu. Pod datą 24 grudnia 1917 r. Dąbrowski zapisał:

Od jakiegoś czasu ogarnęła mnie taka tęsknota za Tobą, jak nigdy może. Ciągle o Tobie myślę. Te święta są dla mnie wprost przykre, bo co chwilę przychodzi mi na myśl, w jakich Ty trudnych może spędzasz warunkach. Po wigilii wyszedłem na Planty, byłem na Wawelu, śliczny wieczór księżycowy, śnieg wszędzie. Czemuż nie mogę być tu razem z Tobą. Czuję tyle chęci do życia i do pracy, mam przekonanie, że dam sobie radę, że się przebiję naprzód, a brak mi Ciebie.

Boże Narodzenie 1917 roku nie było pomyślne także dla wielu osób walczących w Legionach Polskich, należących do CK Armii. Członkowie I i III Brygady, dla których głównym wrogiem była chyląca się ku upadkowi Rosja, nie chcieli już dłużej służyć w zaborczych wojskach. Wszystko wskazywało na to, że wkrótce będą oni zmuszeni do stawienia czoła potencjalnym zachodnimi oswobodzicielom. Z tego powodu polscy wojskowi odmówili składania przysięgi na wierność Kaiserowi Wilhelmowi II. Postawa ta doprowadziła do internowania legionistów – szeregowi i podoficerowie znaleźli się w obozie w Szczypiornie, zaś oficerowie w Beniaminowie. W placówkach tych panowały tragiczne warunki egzystencjonalne. „Ludzi trzymano w ziemiankach. – relacjonował Jan Gaździcki – […] Każda ziemianka była wyposażona w blaszaną wanienkę, w której dyżurni przynosili z kuchni jedzenie.” Przetrwać ten ciężki okres pomagały żołnierzom kobiety z pobliskiego Kalisza, które utworzyły nawet komitet dostarczający wojakom najróżniejszych produktów.

W dn. 15 – 16 grudnia dwa transporty przewożące 1 700 członków Legionów opuściły Szczypiorno. Żołnierzy przenoszono do obozu dla internowanych Łomży. Anonimowy obserwator będący na usługach przywołanego wcześniej krakowskiego dziennika, relacjonował:

W Szczypiornie wszystko już było do wyjazdu przygotowane. Stanęli w długich szeregach legioniści o zapadłych policzkach i niezdrowej cerze, wynędzniali, obdarci. […] Panie z komitetu kaliskiego, które przybyły na pożegnanie, obdarowały żołnierzy na drogę: przeważnie papierosami, kwiatami, czemś do zjedzenia itp. Wykonano kilka zdjęć fotograficznych. […] Na stacyach nie wolno było wysiąść. Na drogę zaopatrzono legionistów t. zw. suchym prowiantem, który miał im wystarczyć do niedzieli południa. W Koluszkach dano zupę o godz. 11 w nocy: zupa z brukwi, bez chleba.

Niemieccy żołnierze w czasie celebracji Bożego Narodzenia 1917 r. Fotografia wykonana na froncie zachodnim, fot. Radomil , na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported

„Żadnych pustych krzeseł”

Ponownie na zamknięcie kolejnego roku musimy wyrazić ubolewanie z powodu strat poniesionych wśród wielu dzielnych oficerów i ludzi niższych szarż, którzy służyli w lotnictwie. Ogromny rozrost sił powietrznych oraz ostre natężenie walk w przestworzach miały swój naturalny wpływ na nieuchronny wynik, jakim stał się odpowiednio duży wzrost strat.

– informował swych czytelników w ostatnim grudniowym numerze 1917 roku, brytyjski tygodnik „Flight”. Dla Królewskiego Korpusu Lotniczego nie było to udane dwanaście miesięcy. W samym „krwawym kwietniu” 421 członków tej formacji poległo, zostało rannych lub wziętych do niewoli.. Mimo stosowanej przez dowództwo strategii „żadnych pustych krzeseł”, zakładającej błyskawiczne uzupełnianie strat poniesionych przez bojowe eskadry, przy wigilijnej wieczerzy brakowało wielu znajomych twarzy.

Jednym z nieobecnych w znajdujących się na północy Francji kwaterach 56. Dywizjonu Królewskiego Korpusu Lotniczego był Arthur Rhys-Davids. Ten pochodzący z wyższych sfer, dwudziestoletni as myśliwski z dorobkiem 23 zwycięstw powietrznych, poległ niecałe dwa miesiące wcześniej. „25 [października – dop. aut.] spotkałem w Londynie oficera z mojego dywizjonu, który powiedział mi, że Rhys-Davids zaginął. – wspominał służący we wspomnianej jednostce i przebywający w tym czasie na przepustce James McCudden – Wydawało się, że minęło zaledwie kilka godzin od chwili, gdy widziałem go po raz ostatni…”

Jednak wielu innych członków tej jednostki wciąż pozostawało na froncie, biorąc udział w lotach bojowych - oczywiście na miarę możliwości stwarzanych przez zimową pogodę. Jednym ze spędzających święta z jednostką był właśnie McCudden. Dwa dni przed Bożym Narodzeniem zestrzelił on aż cztery niemieckie samoloty, powiększając swój dorobek do 14 zwycięstw. „Wzniosłem się na chwilę, ale aura nie była zbyt przejrzysta, uniemożliwiając nieprzyjacielowi sukcesywną pracę. – opisał własne przeżycia z 25 grudnia - Wkrótce byłem z powrotem. Mieliśmy niezwykle spokojne święta…”.

Polecamy e-book Anny Wójciuk – „Jedz, pij i popuszczaj pasa. Staropolskie obyczaje i rozrywki”

Anna Wójciuk
Jedz, pij i popuszczaj pasa. Staropolskie obyczaje i rozrywki
9,90 zł
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 115
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-41-9

Pokój „Czerwonego Barona”. Na ścianie wiszą kawałki pokrycia z numerami seryjnymi pochodzące z zestrzelonych przez Mafreda von Richthofena samolotów, domena publiczna.

„W Avesnes le Sec jest coraz spokojniej”

Po drugiej stronie linii frontu piloci z 1. Pułku Myśliwskiego dowodzonego przez rotmistrza Manfreda von Richthofena, zwanego „Czerwonym Baronem”, także mogli chwilę odpocząć od walki. To właśnie wielu z tych młodych Niemców zgotowało nieszczęsnym Brytyjczykom ich los w „krwawym kwietniu”. Lotnicy z najskuteczniejszej z czterech eskadr, z których utworzono później 1. Pułk, eskadry Jasta 11 dowodzonej ówcześnie przez Richthofena, w czwartym miesiącu 1917 r. uzyskali w sumie 89 zwycięstw powietrznych. Grudniowe dni spędzili oni jednak w miarę spokojnie:

W Avesnes le Sec jest coraz spokojniej. Anglików praktycznie nie słychać, jeszcze mniej widać. Nad wszystkimi frontami zaległa mroźna zima i wygląda na to, że nikt nie ma nic przeciwko temu. Czasami mróz ustępuje i wówczas pada zimny deszcz, a ziemię okrywa gęsta mgła. Samoloty odpoczywają w namiotach, lotnicy przesiadują w kasynie, piszą listy, grają w kości, piją wino, śpiewają, wspominają tych, którzy odeszli…

– opisywał ten okres adiutant 1. Pułku Karl Bodenschatz. Straty wśród niemieckich pilotów także nie były małe. W grudniowe wieczory brakowało w ich szeregach najskuteczniejszego w feralnym dla angielskich pilotów kwietniu, Kurta Wolffa. Nazywany przez kolegów „delikatnym kwiatuszkiem” Wolff, poległ w połowie września. W chwili śmierci dwudziestodwulatek miał na swoim koncie 33 zwycięstwa powietrzne, z czego aż 23 odniesione w miesiącu pełnym niepowodzeń dla Brytyjczyków.

Tydzień po śmierci Wolffa, 23 września, z akcji nie wrócił kolejny z wyróżniających się lotników 1. Pułku. Był nim jeszcze młodszy, bo dwudziestoletni, Werner Voss. W czasie swej kariery zakończonej walką z sześcioma pilotami ze wspomnianego 56. Dywizjonu, Voss zestrzelił 48 samolotów nieprzyjaciela. Arthur Rhys-Davids, któremu przypisano zwycięstwo nad niemieckim rówieśnikiem i który podzielił jego los miesiąc później, będąc pod wrażeniem umiejętności swojego przeciwnika, miał powiedzieć McCuddenowi, że wolałby, aby to rywal przeżył tamto spotkanie.

Mimo nachodzących lotników refleksji na temat poległych towarzyszy, święta były dla nich spokojnym okresem, a dla niektórych może nawet czasem radości - zwłaszcza w porównaniu z innymi miesiącami kończącego się 1917 roku. Dowódca 1. Pułku, Manfred von Richthofen, napisał nawet w liście do matki, że „Boże Narodzenie na froncie jest przyjemniejsze niż wielu się wydaje”. Jednak w przeciwieństwie do większości podległych mu osób, „Czerwony Baron” miał szczęście spędzić święta przynajmniej z częścią swojej rodziny. Młodszy brat „Barona” Lothar służył pod jego komendą, zaś ich ojciec przybył wtedy w odwiedziny do synów.

„Oficerowie otworzyli swe serca i portmonetki”

Do nadejścia Bożego Narodzenia 1917 roku, niewielu Amerykanów postawiło swą stopę na linii frontu. Wojska przybywające od ponad poł roku do Francji zza oceanu, nie były w żadnym stopniu przygotowane do realiów wojny okopowej. Zmienić należało praktycznie wszystko – od taktyki i wyszkolenia, po siłę ognia i nakrycia głowy. Dlatego w przeciwieństwie do pozostałych wojujących w tym czasie nacji, członkowie oddziałów USA przeżyli Święta raczej radośnie, celebrując je wśród kolegów i oficerów w ośrodkach treningowych. Nie obyło się także bez alkoholu, którego smakiem wielu amerykańskich ochotników rozkoszowało się we Francji po raz pierwszy. Jednym z nich był Warren R. Jackson, szeregowy marine i członek 5. Pułku Piechoty Morskiej przebywającego w Europie od lipca. Zapamiętał on grudniowe wydarzenia w sposób następujący:

Dzień Bożego Narodzenia rozpoczął się wspaniale. Rozkoszowaliśmy się głuchą przyjemnością nie słysząc pobudki i w konsekwencji możliwością wstania z łóżka w chwili, gdy tego zechcemy. Oficerowie otworzyli swe serca i portmonetki, dlatego duża ilość egg nogu (rodzaj likieru jajecznego – dop. aut.) została przyrządzona dla ludzi. Jednak coś poszło źle w czasie przygotowania, co stało się rozczarowaniem. […] Z pozornie małymi możliwościami co do innych sposobów wydania pieniędzy, w dniu wypłacenia żołdu większość z chłopaków wyruszyło do bezimiennych miejsc, a następnie cała ta banda wyposażona w vin rouge, vin blanc, cognac i triple-x, wytwarzała hałas w kwaterach o porze, gdy powinna spać.

Brytyjski oficer w towarzystwie swojego psa spogląda na groby poległych towarzyszy. Wśród nich znajduje się miejsce spoczynku Jamesa McCuddena, domena publiczna.

Mimo wszystko, także i negatywne uczucia wkradły się w umysły Amerykanów, często spędzających w 1917 roku pierwsze w życiu święta poza domem. Tęsknili za bliskimi osobami oraz miejscami, z którymi się identyfikowali. „Miałem tutaj wspaniałe święta, ale duchem spędziłem cały dzień w […] Bostonie, Mass., USA”. – pisał w liście do matki z 26 grudnia kapitan lotnictwa Hamilton Coolidge. „To są szczęśliwe święta – nie wydaje mi się. Życzyłem sobie 10 milionów razy, aby moja żoneczka była tutaj. Właściwie o niczym innym nie marzę”. – dodawał kapitan Alfred A. Cunningham, pierwszy w historii lotnik w szeregach Korpusu Piechoty Morskiej

Do grona niewątpliwych „szczęśliwców”, którzy przed upływem 1917 roku mogli przekonać się o warunkach panujących pośród smrodu i wilgoci frontu zachodniego, należał major Robert R. Denig. Ten oficer marines w liście z 1 grudnia adresowanym do żony, opisał swoje przewidywania co do sposobu w jaki spędzi nadchodzące święta:

Więcej deszczu, więc coraz więcej błota […] Mam tu być przez siedem tygodni. Pięć tutaj i dwa w okopach. Boże Narodzenie i Nowy Rok w tej rozbudowanej strefie nie wydają się być pociągające, w czasie gdy Bordeaux oferuje tyle atrakcji i komfortu.

Następne święta

Gdy pierwsza gwiazdka wzeszła ponownie w 1918 roku, konflikt jątrzący Europę był już przeszłością. Ostatni rok wojny zebrał wśród jej uczestników krwawe żniwo. Do listy poległych dołączyli McCudden, „Czerwony Baron” oraz Coolidge. Z kolei Jackson w czerwcu brał udział bitwie w lesie Belleau. Dzięki karności i ofiarności, marines rozsławili tym starciem imię Korpusu Piechoty Morskiej. Jednak prestiż okazał się niezwykle drogi.

Działania zbrojne nie zakończyły się jednak wszędzie. Na gruzach imperiów powstawały nowe państwa narodowe, w wielu przypadkach tworzone przy użyciu karabinów. I tak, polscy weterani Wielkiej Wojny, mimo odzyskania własnego kraju, musieli wciąż toczyć boje o jego granice. Dla wielu z nich konflikt miał potrwać jeszcze przez dwa lata i ostatecznie znacznie przerzedził ich szeregi…

Bibliografia:

  • Malcolm Brown, The Imperial War Museum Book of 1918. Year of Victory, PAN Books, London 1999, s. 13-14.
  • Karl Bodenschatz, Pod Niebem Flandrii, tłum. Paweł Ponczek, Oficyna Wydawnicza Kagero, Lublin 2007, s. 29-36.
  • Hamilton Coolidge, Letters of an American Airman, wydruk prywatny, Boston 1919, s. 62.
  • Alfred A. Cunningham, Marine Flyer in France. The Diary of Captain Alfred A. Cunningham, November 1917 – January 1918, History and Museums Division Headquarters, U.S. Marine Corps, Washington 1974, s. 38.
  • Jan Dąbrowski, Dziennik 1914-1918, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1977, s. 107.
  • Dear Folks at Home. The Glorious Story of the United States Marines in France, oprac. i ed. Kemper F. Cowing, Courtney Ryley Cooper, Houghton Mifflin Company, New York & Boston, 1919, s. 32-33.
  • His Time in Hell. A Texas Marine in France. The World War I Memoir of Warren R. Jackson, ed. George B. Clark, Presidio Press, Novato 2001, s. 33-34.
  • James McCudden, Flying Fury. Five Years in the Royal Flying Corps, Amazon 2017, s. 191-211.
  • The Roll of Honour, „Flight”, 27 grudnia 1917 r.
  • Gdy zajaśnieje gwiazda…, „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, 25.12.1917.
  • Na drodze Szczypiorno-Łomża. Opowiadanie świadka naocznego krwawych zajść, „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, 24 grudnia 1917 r.
  • Polski wir I wojny 1914 -1918. XX wiek. Zbliżenia, oprac. Agnieszka Dębska, Ośrodek Karta, Warszawa 2014, s. 252.
  • Alicja Sułkowska, Złamane skrzydła. Życie i sława Manfreda von Richthofena, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2016.
  • Greg VanWyngarden, ‘Richthofen’s Circus’ Jagdgeschwader Nr 1, Oxford 2004, s. 6 – 13.

Redakcja: Mateusz Balcerkiewicz

Polecamy e-book Mateusza Balcerkiewicza – „Wojna Jasia. Polski żołnierz w walce z bolszewikami”

Mateusz Balcerkiewicz
„Wojna Jasia. Polski żołnierz w walce z bolszewikami”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 99
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-34-1

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Kacper Gęsior
Kacper Jan Gęsior (ur. 1996) – student II-ego stopnia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, dowódca i współzałożyciel Grupy Rekonstrukcji Historycznej „The Old Breed”. Jego zainteresowania badawcze skupiają się wokół działań Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej w pierwszej połowie XX w. oraz początków lotnictwa cywilnego i bojowego. Członek Studenckiego Klubu Międzyepokowych Badań Historycznych.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy