Autor: Miłosz Sowa
Tagi: Opinie, Historia współczesna, Polska
Opublikowany: 2020-03-27 13:08
Licencja: wolna licencja

Koronawirus a Polska: Business as usual - felieton Miłosza Sowy

Od kilku miesięcy cała ludzkość zmaga się z jedną z największych trosk, jakie spotkały ją od czasów II wojny światowej – z wybrykiem biologii, z którym walka człowieka jest dosyć nierówna.

(fot.pixabay.com)

W 1979 roku Vaclav Havel, dramaturg, pisarz, lecz przede wszystkim działacz czeskiej opozycji antykomunistycznej i późniejszy prezydent tego kraju, opublikował manifest pod tytułem „Siła bezsilnych”. Miał on za zadanie uzmysłowić zarówno jemu, jak i reszcie czeskich opozycjonistów to w jak opłakanej sytuacji znajdują się walcząc z totalitarnym systemem. Ukazać, jak niewiele mogą, jak niewiele znaczą, jak podejmowane przez nich wysiłki są wciąż nie dość znaczne. Jego zamiarem nie było jednak zafrasowanie i solidne przygnębienie towarzyszy niedoli. Havel pragnął, aby po lekturze owego pamfletu jego czytelnicy doznali swego rodzaju ożywczego katharsis. Aby przydał im on pokładów leczniczej samoświadomości. Aby zrozumieli, że jako antykomuniści są w swoim kraju w istocie nicością, lecz, że ta nicość może, a nawet powinna być wciąż zapełniana działaniem i walką z jednym z dwóch totalitaryzmów, które jak ponury cień rzuciły swój blask na wydarzenia minionego wieku. 10 lat później, w 1989 roku, podczas „Jesieni Ludów” owi „bezsilni” zwyciężyli.

41 lat później, do podobnej walki, co Havel i reszta antykomunistów w bloku wschodnim staje cały świat. Orkiestra siedmiu miliardów ludzkich umysłów i serc. Staje do walki z przeciwnikiem, którego zupełnie nie zna, dopiero gotowi się do tego, jak i czym będzie mieć szansę z nim powalczyć. Dla współczesnego „bezsilnego” świata zapełnianie nicości, w jakiej się tak nagle i niespodziewanie znalazł, wydaje się być trudniejsze niż dla Havla. Powodem jest sam adwersarz – nie jest on człowiekiem, lecz zakaźnym wirusem wyhodowanym w sposób nam jeszcze nieznany przez naukę.

W epoce Havla i innych, którzy walczyli z przeciwnikiem dobrze sobie znanym – drugim człowiekiem, po prostu wiedziano, czego można po nim się spodziewać. Że ten ktoś, najczęściej funkcjonariusz bezpieki lub policjant użyje wobec innego człowieka siły. Siły pięści, siły milicyjnej pałki, a nawet siły broni palnej. Słowem, obie strony wiedziały, co może zrobić druga, a w takiej walce zwyciężał ten, kto po prostu zgromadził więcej siły. Brutalnej czy łagodnej. Obu stronom potrzeba było także nieco wysiłku, aby spacyfikować tę drugą – strzelanie do strajkujących, okładanie milicyjną pałką lub aresztowanie demonstrantów z jednej, a ciągłe konspirowanie, rozpowszechnianie „bibuły” czy też samo zorganizowanie manifestacji z drugiej strony wymaga przecież użycia niemałych zdolności. Koronawirus SARS CoV-2 „prosi” jedynie, abyśmy drugiej osobie zaledwie podali rękę.

Z takim więc niewidzialnym wrogiem ta orkiestra „bezsilnych” będzie musiała zapełnić pustkę metodami, jakich jeszcze nie zna. Jeśli do dzisiaj medycyna nie potrafi dać pełnej odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób działa jeden z najpopularniejszych leków na świecie, który znajduje się w niemal każdym domu – przeciwbólowy paracetamol, może być ciężko spodziewać się, że przy obecnym stanie wiedzy „bezsilnych” doczekamy się prędko palącej odpowiedzi na temat sukcesów w zmaganiach z naszym wspólnym agresorem.

Wirus, który pierwszy raz pojawił się pod koniec ubiegłego roku w chińskim mieście Wuhan, wyprzedza cały postęp naukowo-techniczny „bezsilnych”. Ci po prostu nie mogą za nim nadążyć. Światowi oficjele kreślą niezbyt jasne plany wprowadzenia na rynek szczepionki, która miałaby stać się poważnym orężem walki z tym mikroskopijnym żyjątkiem. Być może będzie ona gotowa za rok, być może za półtora, a może i nawet za dwa lata. Któż to dzisiaj wie?

W chwili, gdy piszę te słowa (poniedziałek, 23 marca 2020) wirus SARS CoV-2 spowodował ponad 15 tysięcy ofiar śmiertelnych, a zakaził prawie 350 000 osób w 192 krajach świata. Jeśli porówna się epidemię tego wirusa z innymi porównywalnymi w rozmiarach epidemiami znanymi z historii (jak epidemia „świńskiej grypy” sprzed 10 lat z liczbą 200 000 zgonów, epidemia „żółtej febry” z końcówki XIX wieku – ze 100 do 150 tysiącami śmierci czy wirusa Ebola sprzed kilku lat z nieco ponad 11 000 ofiar), nie można uciec od myśli, że obecna zaraza, choć istnieje stosunkowo krótko i objęła wciąż względnie niewielką liczbę osób, zdołała wywołać znacznie większe znaczenie i spowodować znacznie większe skutki i spustoszenie od faktu istnienia jej samej i rozmiarów spowodowanych przez nią ofiar.

Gdy 12 marca polski rząd ogłosił stan zagrożenia epidemicznego, zamykając tym samym działalność szkół, uczelni wyższych, urzędów czy lokali usługowych jak niektóre sklepy, bary i restauracje czy galerie handlowe, odczuł to każdy „bezsilny”, nawet ten, który w żadnym wypadku nie ma związku z obecną epidemią (co i tak jest dosyć trudne do osiągnięcia). Jest też dosyć prawdopodobne, że koronawirus, jak się go potocznie i z użyciem skrótu myślowego nazywa, spowoduje wiele zamieszania w światowej gospodarce (już zaczyna to robić). Mówi się nawet o tym, że z jego powodu możemy doczekać się pierwszego od 13 lat kryzysu gospodarczego, który wpędziłby świat w jeszcze większe troski, nawet wtedy, gdyby koronawirusa mogłoby już nie być. Nie jest nam też znana sama jego istota – czy przypadkiem on nie będzie do nas, „bezsilnych”, wracał po momentach spowolnienia jego aktywności spowodowanej np. cieplejszymi temperaturami lub różnicami w wilgotności powietrza, jak spekulują niektórzy. Ale w porządku, już dość, już wystarczy tej samoświadomości, o której pisałem na początku. Czas na drugą część mojego felietonu.

Czytający go od pewnego momentu zapewne zaczęli się zastanawiać, dlaczego nadałem mu tytuł „Business as usual”. Otóż, sprawa ma się tak, że ma on mimo wszystko mieć wydźwięk pozytywny, że ten, który rzuci na niego okiem, ma na koniec jego lektury wyjść podbudowany na duchu. Służyć ma temu część, która stoi wyżej, ta dosyć krytyczna, w takim samym stopniu jak ta optymistyczna, która znajdzie się niżej. A więc w listopadzie 1914 roku, parę miesięcy po wybuchu I wojny światowej, sloganu, który jest tytułem mojego tekstu, użył znany i poważany (już wówczas) brytyjski polityk Winston Churchill. Użył on tych słów (które można w tym kontekście przetłumaczyć na język polski jako „róbmy swoje”) z takim samym zamiarem, z jakim czynię to ja 106 lat później. Aby pokrzepić serca.

Skoro wiemy już, że w walce z obecną epidemią można ograniczać się jedynie do działań doraźnych (jak apele o pozostawanie w domach i ograniczanie do maksimum kontaktów z innymi ludźmi), to muszę przyznać, że nam, Polakom, wychodzi to po prostu wspaniale. Na około 70 000 przypadków zarządzonej odgórnie kwarantanny w naszym kraju, jedynie niecałe 400 osób dopuściło się jej złamania. Gdy dojdą do nas informacje, że choćby w Lombardii, prowincji bodaj najbardziej dotkniętej koronawirusem we Włoszech jeszcze kilka dni temu aż do 40% jej mieszkańców miało nie stosować się do restrykcji wprowadzonych w tym kraju, podobnie jak w niektórych częściach Wielkiej Brytanii, to po prostu takie dane przemówią same za siebie. Ale samo za siebie nie przemówi to, czemu Polacy tak bardzo zastosowali się do zawołania Churchilla i po prostu „robią swoje” w tym ciężkim czasie. A rzecz tkwi w psychologii wymieszanej z socjologią.

Polskie społeczeństwo charakteryzuje się w moim rozumieniu dwiema cechami, które odróżniają je (w tym wypadku pozytywnie) od innych społeczeństw. Po pierwsze, jest to jego karność jako ogółu. Odnosimy się z szacunkiem do naszych symboli narodowych i z reguły do różnych władz (świeckich czy kościelnych) i liczymy się z ich zdaniem, lecz w granicach umiaru i zdrowego rozsądku (notabene bardzo lubimy sobie także z władzy dworować). Gdy coś od nich usłyszymy, musimy najpierw przepuścić to przez nasze wewnętrzne „filtry” i dopiero potem ustosunkowujemy się do stanowiska władz. Tak było i w tym wypadku, uznaliśmy, że do apeli wszelakich władz i autorytetów należy zastosować się w całej rozciągłości. Nie muszę tutaj wspominać jaki sukces odniosła (choć oddolna) akcja #zostańwdomu w mediach oraz Internecie.

Po drugie, odznaczamy się dosyć wysokimi poziomami odporności psychicznej. Polityk Radosław Sikorski w swoim wywiadzie-rzece „Strefa zdekomunizowana” z 2007 roku wspominał, że z przeprowadzonych w owym czasie naukowych badań nt. odporności psychicznej społeczeństw kilkudziesięciu państw Polacy uplasowali się na dosyć wysokim miejscu. W badaniu „wygrali” Turcy, a m.in. społeczeństwa anglosaskie (USA, Wielka Brytania, Australia, Kanada itp.), tak bardzo dotknięte koronawirusem szorowały jego tyły.

Obok nauki, w sukurs przychodzi także historia. Ostatnie kilka wieków było dla nas dosyć trudnym czasem, w którym przez zdecydowaną większość czasu musieliśmy wychodzić z różnych wydarzeń historycznych ze znamieniem pokonanego. Nie było nas na mapie przez ponad wiek, wzniecaliśmy z reguły nieudane powstania, straciliśmy 6 milionów ludzi podczas II wojny światowej, a potem gnębiła nas przez prawie pół wieku niesuwerenność i uzależnienie od Związku Radzieckiego. Myślę, że dzięki tym sytuacjom zdołaliśmy się po prostu zahartować.

Robienie swojego przynosi pierwsze efekty. Liczba zakażonych w naszym kraju (684 przypadki oraz 7 zmarłych na godzinę 14:20, 23 marca 2020) nie jest aż tak wysoka, jak mogłyby mówić to prognozy (także te oficjalne, rządowe lub te nieoficjalne), a niektóre z rokowań wyglądają dla Polski względnie pomyślnie na przyszłość. Wedle analiz dra fizyki Macieja Jasińskiego z Uniwersytetu Warszawskiego w najgorszym możliwym scenariuszu możemy spodziewać się na chwilę obecną niewiele mniej niż 3000 zakażeń w szczytowym momencie (około 11 kwietnia). Jasiński jeszcze zaledwie tydzień temu prognozował, że szczyt zakażeń przyjdzie o kilka dni szybciej i z o wiele większym impetem – mówił nawet o maksymalnej liczbie możliwych 15000 zakażonych!

Róbmy więc swoje dalej. Do momentu, gdy nie pokonamy tego miniaturowego stworka.

Źródła:

  • Rutkowska Elżbieta, Koronawirus i geolokalizacja. Polacy zostali w domach, Włosi i Brytyjczycy już niekoniecznie, www.forsal.pl , 21 marca 2020 [dostęp 23 marca 2020]
  • Jasiński Maciej, Prognozy rozwoju epidemii koronawirusa (aktualizacja 23.03.2020), www.fizykwyjasnia.pl, 23 marca 2020 [dostęp 23 marca 2020]
  • Sikorski Radosław, Warzecha Łukasz, Strefa zdekomunizowana, wyd. A.M.F. Plus Group, Warszawa 2007 [Za:] Polska Agencja Prasowa, Włosi nadal wychodzą z domu mimo epidemii i zakazu. W Lombardii to nawet 40% mieszkańców, www.300gospodarka.pl, 18 marca 2020 [dostęp 23 marca 2020]

Artykuły publicystyczne w naszym serwisie zawierają osobiste opinie naszych redaktorów i publicystów. Nie przedstawiają one oficjalnego stanowiska redakcji „Histmag.org”. Masz inne zdanie i chcesz się nim podzielić na łamach „Histmag.org”? Wyślij swój tekst na: redakcja@histmag.org. Na każdy pomysł odpowiemy.

Dziękujemy, że z nami jesteś! Chcesz, aby Histmag rozwijał się, wyglądał lepiej i dostarczał więcej ciekawych treści? Możesz nam w tym pomóc! Kliknij tu i dowiedz się, jak to zrobić!

Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Miłosz Sowa
Zapaleniec historii i polityki krajów Ameryki Północnej młodego pokolenia. Interesują go także dzieje historii najnowszej (ze szczególnym uwzględnieniem dziejów PRL-u) oraz metapolityczne rozważania na rozliczne tematy.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy