Opublikowano
2012-01-23 12:00
Licencja
Prawa zastrzeżone

Claude Lévi-Strauss - „Smutek tropików” – recenzja i ocena

„Zwykle za podróż uważa się poruszanie w przestrzeni. To za mało. Podróż zaznacza się równocześnie w przestrzeni, w czasie i w hierarchii społecznej” zauważa autor „Smutku tropików”. Po całej lekturze to poszerzone rozumienie fenomenu podróżowania zdaje się być niewystarczające. W swojej książce Lévi-Strauss dokonał jakby dla próby, jeszcze bez ściśle opracowanej metody, wielkiego ruchu refleksyjnego. Jego wykształcenie odpowiadające najwyższym europejskim standardom tamtych czasów, jak również zdolność syntetycznego myślenia, w zetknięciu z doświadczeniem Nowego Świata, zaowocowały rozważaniami, które choć zwykło się je określać mianem etnograficznych, są przykładem najlepszej humanistyki sensu largo.


Autor: Claude Lévi-Strauss
Tytuł: „Smutek tropików”
Wydawnictwo: Aletheia
Tłumaczenie: Aniela Steinsberg
Oprawa: miękka
Format: 122×195 mm.
Liczba stron: 446
ISBN: 978-83-61182-24-5
Cena: 60 zł
Ocena naszego recenzenta: 9/10
(jak oceniamy książki?)

Pisany od początku do końca wysmakowanym literackim stylem „Smutek tropików” nie jest książką naukową. To raczej rodzaj literacko-filozoficznego dziennika z podróży, w którym bardziej nawet niż opisywany świat, ukazuje się sam autor. Co znamienne, dwie z trzech części omawianej książki nie dotyczą badań etnograficznych, ani nawetsamej podróży po Brazylii. Głównym ich tematem jest sposób w jaki ludzie różnych kultur myślą o rzeczywistości. W części środkowej Lévi-Strauss opisuje bardziej szczegółowo zwyczaje czterech badanych przez siebie plemion (Kadiweo, Bororo, Nambikwara i Tupi-Kawahbi) jak się wydaje tylko po to, aby natychmiast uciec w swych rozważaniach do ogólności, poszukać analogii do znanego mu europejskiego kręgu kulturowego.

Można czytać tę książkę krytycznie, zadając pytania o stosowaną metodę, przypominając, że autor nie spędzał z badanymi przez siebie plemionami nawet tyle czasu, żeby nauczyć się ich języka, przez co jego dostęp do poznawanej kultury był głęboko zapośredniczony. Można jednak czytać „Smutek tropików” jako opis tego zapośredniczenia, o czym zdaje się zresztą wspominać sam autor stwierdzając [...] właśnie doświadczenie wymykało się rozważaniom. Poszukiwałem społeczeństwa sprowadzającego się do jego najprostszego wyrazu. Społeczeństwo Nambikwara było nim do tego stopnia, że znalazłem w nim tylko ludzi (s. 332). Kiedy w ten sposób będziemy patrzeć na dzieło Lévi-Straussa, dostrzeżemy w nim autentyczną podstawę dla wielkich teorii tego autora, z których na plan pierwszy wysunie się z czasem antropologia strukturalna.

Decydując się na omówienie książki, której wznowienie w Wydawnictwie Aletheia jest kolejnym z dziesiątek wznowień na całym świecie i w różnych językach, chciałem zwrócić uwagę na to, co moim zdaniem zapewnia „Smutkowi tropików” ponadczasowość. Rzeczywiście, nie znajdziemy tu skrupulatnie przeprowadzonych badań etnograficznych. Miejscami interpretacje, nadawane przez autora obserwowanym fenomenom, obezwładniają wręcz naiwnością. Jest tak przykładowo wtedy, gdy błąd gramatyczny popełniony przez małą Indiankę,polegający na użyciu w odniesieniu do siebie w przyszłości męskiej formy czasownika, Lévi-Strauss wyjaśnia jako przykład dążenia kobiet do wywyższenia pracy gospodarczej, która jest ich domeną, i postawienia jej na tym samym poziomie co praca mężczyzn (s. 297). Nie warto także poświęcać omawianej książce tyle czasu i uwagi, gdyby traktować ją jedynie jako „pierwsze dzieło znanego później skądinąd autora”. Jednak największym atutem „Smutku tropików” jest bez wątpienia przyjęta przez Lévi-Straussa perspektywa. W wielu miejscach explicite, a w całej książce pośrednio, autor odnosi się do samej etnografii. Zniechęcony filozofią i prawem studiowanymi na Sorbonie, poświęcił się tej dziedzinie, którą opisuje jako swoisty „kompleks Zachodu”. Dlaczego? Z odpowiedzi na to pytanie wyłania się klucz w jakim według mnie należy czytać „Smutek tropików”. Jedynie Zachód jest na tyle autorefleksyjny, by przez analizę innych cywilizacji stawiać pytania o samego siebie. Szukać źródła chorób, które go toczą. Etnografia jest kompleksem Zachodu, ale jednocześnie tylko on może być jej ojcem.

Prezentowany ruch interpretacyjny jak sądzę przenosi nas,na zupełnie nową płaszczyznę rozumienia „Smutku tropików”. Zachód, uosabiany doskonale przez samego Lévi-Straussa, przegląda się tu w lustrze Nowego Świata. Skazy i nierówności na tafli tego zwierciadła uwypuklają jedynie cechy samego Zachodu, który nieprzerwanie pozostaje w centrum zainteresowania. I tak na przykład ciekawy jest opis zdarzenia z wioski plemienia Nambikwara. kiedy to obdarowani ołówkami i kartkami tubylcy zaczęli kreślić na papierze pozbawione treści i funkcji znaczącej falujące linie, naśladując pismo, które mogli zaobserwować w notesie samego autora. Autor nie mana celu zwrócenia uwagi na brak pisma w tamtej kulturze, ale na jego obecność w kulturze europejskiej. Podobnie jest z opisami strojów, relacji wewnątrzspołecznych czy nawet języka. Znać tutaj początki strukturalistycznego myślenia autora. To, co jest jednym elementem siatki pojęć, może być zdefiniowane przez fakt, że nie jest elementem innym. Będąc czymś, równocześnie jest się nie-czymś-drugim.

Po co w takim razie etnografowi badanie innych kultur? Czy brak jest ciekawych tematów, którym warto się przyjrzeć we własnym otoczeniu? Na tę wątpliwość Lévi-Strauss odpowiada następująco: Będąc widzem, a nie aktorem zachodzących przemian, mogę łatwiej położyć na szali ich stawanie się i przeszłość, gdyż są tylko pretekstem do kontemplacji estetycznej i rozważań intelektualnych, nie narzucając się w formie moralnego niepokoju (s. 405). „Badania” etnograficzne plemion brazylijskich są zatem jedynie „pretekstem” do rozważań o szerszym zakresie, o tyle wygodnym, że nie obarczonym „moralnym niepokojem”. Jest to myśl inspirująca. Gdyby niewyrzucenie poza naturalny dla autora kontekst społeczny podobne obserwacje mogłyby prowadzić do dwojakich skutków. Zaangażowania politycznego, do którego autor miał skłonność przed wyjazdem z kraju, oraz do pewnego rodzaju egzystencjalizmu filozoficznego, charakteryzowanego bezlitośnie przez samego Lévi-Straussa: [...]wydał mi się on przeciwieństwem wartościowej refleksji wskutek opierania się na subiektywnych złudzeniach. (s. 57). Perspektywa etnograficzna, w sensie charakteryzowanym przez autora, jawi się tu jako najpełniejsza forma nieuczestniczącego percypowania rzeczywistości.

Typ refleksji podjętej w „Smutku tropików” jest moim zdaniem unikatowy. Przyrównując książkę do standardów znanych nam z dziedzin wiedzy, które dziś funkcjonują w naszej świadomości jako dookreślone pod względem metody i zakresu problemów, nie zauważymy tego, co w niej jest najbardziej wartościowe. Nie dostrzeżemy także samego autora. Strauss ze swym paryskim przedwojennym wykształceniem, na wskroś europejską tożsamością, filozofią Jana Jakuba Rousseau i stanowiącą dla niego symbol Europy, melodią Etiudy nr.3, op.10 Chopina, stajew obliczu nowego doświadczenia jakim jest pytanie: „przedetnograficzne czy przedantropologiczne?”. Jak Europa myśli o świecie? Czy taka była ostateczna intencja autora? Tego nie wiem, jednak taka właśnie jest ta książka i dlatego stanowi dzieło niezwykłej wartości.

W przypadku tego typu klasycznych pozycji nie ocenia się dzieła pod względem treściowym. Nie byłoby to zresztą możliwe, należałoby bowiem wyznaczyć sztywną kategorię, do której ono należy. Świetnie, że Wydawnictwo Aletheia zdecydowało się wznowić, w całkiem niezłym wydaniu, „Smutek tropików” Claude'a Lévi-Straussa. Jest to przykład myśli niespotykanej już dzisiaj próby, na tematy najogólniejsze, które w dzisiejszym świecie szczegółowych i skrupulatnych badań, przestały być podejmowane.

Redakcja: Maciej Pieńkowski


Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: Szutruknahhunte |

Co do recenzji-uwaga o dziewczynce jak najbardziej trafna Co do samego smutku tropików-ta książka to stek bzdur, plus kilka przereklamowanych (choć nawet niegłupich) refleksji do których w znakomitej większosci dojść można by bez podróży dalszej niz w obrębie jednego dużego maista i kilku jego przedmieść. Ogólnie rzecz biorac odnosi się wrażenie iż płynął za ocean tylko po to by potwierdzić to co sobie w Paryżu wydumał, nie zaś w celu zbadania nieznanej mu rzeczywistości i sprawdzenia czy ona do jego (nudnawego, jesli ktośby pragnął znac moje zdanie) intelektualnego modelarstwa pasuje. Nie jest w najmniejszym stopniu uporządkowana ani pod względem geograficznym, ani chronologicznym. Styl oceika tanim , przeterminowanym egzystencjalizmem (inna rzecz ze ja egzystencjalizmu po prostu nie lubie i ja bez cienia żalu cały jego dorobek oddałbym za jedną, choćby i najgorsza scenę z Shakespeare'a, albo i jeden rozdział "Nowych Aten" Chmielowskiego). Co więcej autor błaźni sie widząc w analogiach pomiedzy różnymi (częstokroć odległymi od siebie o tysiące kilometrów i tysiące lat) kulturami świadectwo wspólnego pochodzenia, za wszelką cenę broniąc się przed wnioskiem że np. podobny kształt budynków u ludów syberyjkich, grenlandzkich Eksimosów i Indian równin mógł wynikac z tak banalnej przyczyny jak to, że gdyby dachy nie były spadziste śnieg zawaliłby się lokatorom na łby. Na dokładkę zdradza się z tym że nie zna dobrze jezyka tubylców. gdzie indziej wypytujac ich o imiona współplemieńców (które, jeżeli mu wierzyć, ci ukrywają przed swiatem, tak pilnie jak my genitalia) zdecydowanie przekracza granice etyki, czy choćby warsztatu antropologa (jeżeli zaś twierdzicie pańśtwo że nie przekracza to zacznę sobie zadawać pytanie o to czy antropologia winna byc legalna...).



Odpowiedz

Gość: Siudek |

Jest to kolejne wydanie tejże dobrej książki i kolejna niepotrzebna recenzja książki. Sam Levi- Strauss stwierdził, że antropologia strukturalna nie jest metodą badawczą. Szkoda bardzo, że nikt nie podejmował jeszcze próby wznowienia tekstów L. Krzywickiego w tej materii. Nowatorskie pomysły Krzywickiego z przełomu XIX i XX wieku są cały czas bardzo słabo znane polskiemu historykowi i antropologowi. Myślę, że tutaj mamy lukę w badaniach antropologicznych, niż w kolejnej recenzji Leviego Straussa, która niczego nowego nie wnosi do naszego poznania.



Odpowiedz

Gość: Turu |

Sama książka jest niezwykła, szkoda, że otrzymała tylko notę 9/10. Właśnie jej refleksyjno-paraboliczny charakter (podobny momentami zresztą do przypominanego na łamach Histmaga Kapuścińskiego, który też raczej podobnie do opisywanych przez niego ludzi siedział na ławeczce i myślał, a potem tą impresję przepisywał) nadaje jej cały urok, którego nie przesłaniają drobne pomyłki, które przy tak ograniczonej metodzie naukowej są nie do uniknięcia. Niestety nie znam się ani na etnografii ani na socjologii czy filozofii, ale książkę czytałem z największą przyjemnością. I o to chodzi.



Odpowiedz
Jędrzej Grodniewicz

Rocznik 1990, student filozofii i filologii klasycznej w ramach MISH UJ. Interesuje się metafizyką, filozofią średniowieczną (zwłaszcza myślą Tomasza z Akwinu), filozofią języka.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org