Autor: Manfred Lütz
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Ujęcia przekrojowe, Europa
Opublikowany: 2019-08-06 13:20
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Czarna legenda i prawda o hiszpańskiej inkwizycji (1484–1834)

Czy nasze wyobrażenie o hiszpańskiej inkwizycji pokrywa się z rzeczywistością? Ponura i krwawa instytucja czy nowoczesne dziecko swojej epoki?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

Kiedy wspomina się o strasznych poczynaniach inkwizycji, myśli się przede wszystkim o inkwizycji hiszpańskiej. Setki tysięcy, a nawet miliony ofiar miałby na sumieniu ten ponury urząd w całym hiszpańskim imperium kolonialnym. Jeden wielki skandal! Jednak na żadnym innym polu współczesnym badaniom naukowym, przez odkrycie zawierających wiele nowych treści źródeł, nie udało się tak dogłębnie jak tutaj, obalić historycznego mitu.

Godło hiszpańskiej inkwizycji

Na czym polegają groteskowe wypaczenia obrazu owej hiszpańskiej instytucji? W tym miejscu trzeba mówić o sławetnej legenda nera – czarnej legendzie. Hiszpańskie imperium było przez powstające protestanckie mocarstwa Anglii i Niderlandów nie tylko przez wieki atakowane i na koniec pokonane militarnie, ale padło także ofiarą wyniszczającej i trwałej akcji ich mediów. Jego potężnym w publicystyce wrogom z pomocą tego, co dzisiaj nazywane bywa zazwyczaj fake news, jak również karykaturalnych kłamstw, udało się spopularyzować w historii groteskowy, odrażający obraz Hiszpanii, który jeszcze dzisiaj jest prawie wszędzie pokazywany opinii publicznej jako niepodważalny. Podobnie jak małe, zwrotne łodzie Anglików pokonały majestatyczne hiszpańskie galery w 1588 r. w bitwie z Armadą, tak też Hiszpanie z dumą i smutkiem patrzyli na niesłychane sukcesy wielu zwinnych piór, gorliwie tworzących „alternatywne fakty”. O tym, że purytański Anglik Oliver Cromwell (1599–1658) wyrządził irlandzkim katolikom krwawą łaźnię, że Ameryka Północna prawie opustoszała, ponieważ miejscowa ludność uciekała przed angielską presją religijną, na ogół się nie wie. Niemniej to, że hiszpańska inkwizycja rzekomo była brutalną instytucją przestępczą, nadal stanowi część ogólnej wiedzy każdego. Co jednak odpowiadają na to nowsze badania naukowe?

Dnia 18 kwietnia 1482 r. papież Sykstus IV założył hiszpańską inkwizycję, wydając uroczyste oświadczenie. Czytamy w nim, że w walce z heretykami ma decydować tylko szczera troska o wiarę, a nigdy żądza pieniędzy. Na podstawie zeznań niewolników, wrogów albo stronniczych świadków żadnego wierzącego chrześcijanina nie można bez prawomocnych dowodów wtrącać do więzienia, poddawać torturom, skazywać jako kacerza i z użyciem siły przekazywać świeckiemu sądowi. Przedstawiciele biskupów powinni raczej współdziałać z inkwizytorami. Oskarżonym należy podawać nazwiska i zeznania świadków; należy też dopuszczać obrońców i świadków odwodowych; zatrzymanych należy wtrącać do więzień biskupich. Każde uchybienie w postępowaniu sądowym daje prawo odwołania się do papieża i przerwania rozpoczętego postępowania. W ogóle, jeśli ktokolwiek poczuwa się do kacerstwa, przez odbycie spowiedzi u inkwizytora albo biskupiego urzędnika może być wolny zarówno od sądu, jak i we własnym sumieniu, i nie musi nadal wypierać się winy, ma tylko odprawić tajemną pokutę. Należy wystawić potwierdzenia otrzymania rozgrzeszenia, w którym nie trzeba wymieniać rodzaju wyznanego grzechu, i które chroni przed wypominaniem mu przeszłości. Jak stwierdza cieszący się międzynarodowym uznaniem brytyjski historyk Henry Kamen, jedynym celem było „otrzymanie przyznania się oskarżonego do winy i gotowość odbycia pokuty”. W ten sposób Sykstus chciał oczyścić naukę z nadużyć.

To jednak, co teraz się stało, pokazuje najważniejszy problem hiszpańskiej inkwizycji. Potężny król Hiszpanii zmusił papieża do pozbawienia mocy tego oświadczenia. W konsekwencji hiszpańska inkwizycja stała się z czasem obrońcą hiszpańskiego ustroju, nie dzięki rzeczywistej motywacji religijnej, lecz jako narzędzie hiszpańskiej racji stanu, która była całkowicie owładnięta ideą, że po wielu walkach osiągnięta wreszcie jedność państwa może trwać jedynie dzięki jedności religijnego wyznania wiary.

Wiązało się to z tym, że królestwa Półwyspu Iberyjskiego znajdowały się przez całe wieki w stanie walki z muzułmańskimi władcami hiszpańskiego południa. W ostatniej fazie rekonkwisty liczni muzułmanie znaleźli się pod panowaniem Hiszpanów. Niektórzy z nich przyjęli chrzest, ale obawiano się, że mogą żywić jakieś groźne dla państwa podstępne zamiary. Podobne obawy istniały w stosunku do Żydów. Przede wszystkim jednak nieufność okazywano później wobec ludzi, których podejrzewano, że są protestantami, bo uważano ich za zwolenników odwiecznego przeciwnika Hiszpanii, protestanckiej Anglii i również protestanckiej Holandii. Powiększał się obsesyjny wręcz lęk przed infiltracją. Dlatego hiszpańscy królowie za swoje pierwszoplanowe zadanie uważali obronę jedności i bezpieczeństwa państwa. W tym celu de facto przejęli kontrolę nad inkwizycją, i taki stan trwał przez ponad 300 lat. Papieże ciągle ponawiali wezwania do łagodniejszych interwencji, niemniej w Hiszpanii byli bezsilni. Królowie dość często zabraniali nawet publikowania papieskich dekretów.

Tomás de Torquemada

Hiszpańska inkwizycja była więc instytucją hybrydową: zatwierdzoną przez papieża, lecz w rzeczywistości realizowaną przez inkwizytorów zarówno duchownych, jak i świeckich, powoływanych przez państwo. W zestawieniu z zamiarem papieża wykonywanie jej było znacznie bardziej restrykcyjne. Inkwizycja opierała się na własnych świadkach. Nie ujawniano ich oskarżonym, przypuszczalnie z obawy przed możliwym ich represjonowaniem lub nawet mordowaniem. Ograniczona została również możliwość obrony. Wszystko zmierzało do osiągnięcia osobistego przyznania się i dodatkowo jeszcze obwiniania innych. W tym celu stosowano też tortury. Były one jednak czymś wyjątkowym i – jak uważa Henry Kamen – starano się ich w ogóle unikać. Posługiwano się nimi, aby nie tyle ukarać oskarżonego, ile nakłonić go do przyznania się i dlatego były względnie „łagodne”. W swym specjalnym opracowaniu tematu tortur Edward Peters podkreśla też, że ich stopień był niższy od zazwyczaj stosowanego, co potwierdza również amerykański historyk Kościoła Stephen Haliczer. Wcześniej już krytyk inkwizycji Henry Charles Lea wprowadził pewną korektę: „Obiegowa opinia, według której katownia inkwizycji była widownią szczególnie wyszukanego okrucieństwa i szczególnie wymyślnych środków zadawania męczarni, oraz że szczególnie uporczywie zmuszano do przyznania się, jest błędna i trzeba ją zaliczyć na poczet pisarzy szukających sensacji i wykorzystujących łatwowierność ludzi”. Amerykański historyk William Monter konstatuje oprócz tego, że właśnie inkwizycja nie traktowała oskarżonych arbitralnie. Uwzględniano różne okoliczności – czy na przykład ktoś nie jest szalony. W szukaniu prawdy inkwizytorzy ufali mniej torturom, a więcej przesłuchaniu w formie krzyżowych pytań, niejednokrotnie prowadzonemu ze szczególną finezją psychologiczną: „Inkwizytorzy ci najczęściej wyznaczali tylko kary mające różną długość i intensywność. Stosowali raczej kulturę zawstydzania niż przemocy”. Tak więc należy rozumieć podsumowanie Stephena Haliczera, w którym konkluduje, że inkwizycja hiszpańska wprawdzie nie była nowożytnym trybunałem sprawiedliwości, chciała jednak „w formalno-prawniczym chronieniu oskarżonych być bardziej postępowa niż francuskie albo angielskie sądy kryminalne”.

Ten tekst jest fragmentem książki Manfreda Lütza „Skandal za skandalem? Nieznana historia chrześcijaństwa”:

Manfred Lütz
„Skandal za skandalem?
35,00 zł
Wydawca: Jedność
Tłumaczenie: Wiesław Szymona OP
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 320
Premiera: 2019
Format: 140 x 205 mm

Ogłaszania wyroku dokonywano publicznie. Było to ulubione widowisko, na które przychodzili wszyscy dostojnicy i tłumy zwykłych obywateli, a że często łączono je z pokazem sztucznych ogni, walką byków i inną rozrywką, cieszyło się dużą popularnością. Uznani za winnych musieli się pokazać w kacerskich kapeluszach i uroczyście złożyć wyznanie wiary, autodafe, a jeśli odmawiali tego, wtedy jako uporczywych kacerzy przekazywano ich świeckiemu sądowi. Egzekucji dokonywano za miastem, przed spaleniem na stosie skazanych najczęściej duszono, żeby zaoszczędzić im męki. Jeśli skazani byli nieobecni, wtedy wrzucano w płomienie ich obraz. W przypadku zasądzenia kary więzienia, było ono, jak pisze Henry Kamen, raczej „umiarkowanie komfortowe”, jednak w zestawieniu ze świeckim „mniej brutalne i bardziej ludzkie”, łączone często z pozwoleniem wychodzenia i szybkim zakończeniem. Nawet niestrudzony Henry Charles Lea, który przez całe swe życie zajmował się krytycznym badaniem historii inkwizycji, opisuje okropność więzień jako „względnie mniejszą niż w przypadku innego sądownictwa”.

Francisco Goya, Trybunał Inkwizycji

Na stan badań największy wpływ miały podawane dotychczas liczby. W całym okresie działania inkwizycji trzeba wyróżnić „dziką” fazę do 1530 r. oraz późniejszą – „umiarkowaną”. W pierwszej, krótszej, na podstawie obszernego materiału można mówić o około pięciu tysięcy ofiar. Badaniu drugiej, umiarkowanej, duński socjolog Gustav Henningsen poświęcił wiele czasu i na przestrzeni 160 lat (1560–1700), w oparciu o prawie komplet źródeł dla całego hiszpańskiego świata, podaje liczbę 826 wyroków śmierci, czyli 1,8 procent ogółu wyroków, z których jednak nie wszystkie zostały wykonane. Amerykańskiemu historykowi prawa Edwardowi M. Petersowi pozwala to twierdzić o znacznie większej wstrzemięźliwości w zasądzaniu najwyższego wymiaru kary przez inkwizycję niż w przypadku sądów świeckich. Brytyjski historyk inkwizycji Henry Kamen mówi o „względnie małej liczbie”, która zaprzecza „legendzie ociekającego krwią trybunału”. Poza Hiszpanią religijny fanatyzm „w ciągu jednej nocy pociągnął za sobą więcej ofiar niż hiszpańska inkwizycja przez cały czas swego istnienia”. Noc św. Bartłomieja z 23 na 24 sierpnia 1572 r. w Paryżu, którą królowa francuska Katarzyna Medycejska zainicjowała prawdę mówiąc z powodów politycznych, oraz następne dni rzezi hugenotów, kosztowały życie, jak dziś się przyjmuje, pięciu do piętnastu tysięcy osób. Ale już wcześniej, w 1560 r., francuskie sądy królewskie skazały na śmierć pięciuset protestantów. Już samo to równa się mniej więcej liczbie heretyków straconych w kolonialnym imperium Hiszpanii w ciągu owych 160 lat.

Trzeba zaznaczyć, że duża liczba wyroków śmierci hiszpańskiej inkwizycji nie odnosi się tylko do skazanych za odstępstwa od wiary. Inkwizycja pełniła też często funkcję sądów obyczajowych na wzór tych istniejących w wielu krajach europejskich, osądzając zdrady małżeńskie oraz inne tego rodzaju przestępstwa. Zatem można przyjąć, że z wykazanych 826 wyroków śmierci przypuszczalnie około 570 było autentycznie karą za kacerstwo.

W ciągu XVII wieku inkwizycja hiszpańska straciła swą efektywność. Wyroki pozbawienia życia były coraz rzadsze. Natomiast tortury – co twierdzi Kamen – od dawna już należały do przeszłości, odkąd papież Pius VII w 1816 r. zniósł tę powołana do walki z herezjami instytucję. Sceny tortur czy egzekucji, które tworzył Francisco de Goya na początku XIX wieku, miały niewiele wspólnego z rzeczywistością. Były to raczej fantazyjne projekcje przeszłości i jeden z elementów polemiki, która trwała dopóty, dopóki nowsze badania nie dostarczyły wyjaśnień dotyczących specyfiki i skali zjawiska.

"
":/grafika/articles2015/giordano-bruno/bruno4.jpg Proces Bruna - płaskorzeźba z jego pomnika w Rzymie (domena publiczna).

Giordano Bruno i Galileo Galilei – Rzymska inkwizycja (1542–1816) i jej ofiary

Inkwizycja rzymska została wprowadzona przez papieża Pawła III w 1542 r. Powodem tego było przenikanie protestantyzmu do wielu włoskich miast, w następstwie czego sytuacja stała się nieprzejrzysta. W celu duchowej odnowy Kościoła zostały wprawdzie założone liczne zakony reformatorskie, zwłaszcza zatwierdzony przez papieża w 1540 r. zakon jezuitów, który znacznie przyczynił się do zreformowania Kościoła katolickiego. Wtedy jednak, w roku 1542, nastąpiła z katolickiego punktu widzenia katastrofa. Generał nowo powstałego zakonu kapucynów, Bernardino Ochino, przeszedł na protestantyzm, i rzeczywiście nie bardzo jasna stała się już różnica między nowymi katolickimi próbami reform a protestantyzmem. Z woli papieża pomocna miała być w tej sytuacji inkwizycja.

Galileusz (Galileo Galilei)

Paweł III to nieprzeciętna postać. Początkowo, jako kardynał, był całkowicie oddany światowemu życiu księcia renesansu. Potem jednak przemienił się wewnętrznie i stał się papieżem reformatorem, który zamianował wiarygodne osoby kardynałami i zwołał Sobór Trydencki, na którym chciał przede wszystkim przywrócić jedność wiary. Trydent został wybrany dlatego, że stamtąd bliżej było do niemieckich protestantów.

Z woli tego papieża rzymska inkwizycja miała być raczej narzędziem służącym do obrony przed błędami wiary, dlatego przewidziane w niej kary były łagodniejsze, także w porównaniu z wszystkimi innymi inkwizycjami. Proces postępowania był ściśle ustalony: wymagano dokładnego protokołu, stałych praw dla oskarżonych, na przykład zapoznania się z oskarżeniem czy posiadania bezpłatnego obrońcy. Tortury nie jako pierwszy, ale jako ostatni środek, i trwające nie dłużej niż pół godziny, stosowane tylko w przypadku odrzucania ewidentnych dowodów winy, lub widocznych braków w zeznaniu, pod ścisłą kontrolą i z oceną kilku konsultorów, a także lekarza. Ważność wypowiedzi wymuszonych torturami – jedynie pod warunkiem późniejszego dobrowolnego ich powtórzenia. Wreszcie karanie katów za nietrzymanie się reguł albo za bezwzględność. W konsekwencji, jak się wydaje, ani tortury nie naruszały zeznania, ani nie zmuszały do zrewidowania wcześniejszych, co mogło wskazywać na wymierzanie łagodniejszej kary. W areszcie zaopatrzenie powinno obejmować chleb, wino, mięso, jarzyny i owoce – nie inaczej zresztą jak dla służby więziennej. Dla osób pozbawionych środków – bezpłatne, w przeciwnym razie płatne, dopuszczalny był przy tym sługa; co trzy dni czyszczenie celi i regularne zmienianie bielizny i pościeli, comiesięczna inspekcja przez kardynalskiego inkwizytora; lekarz na wypadek choroby i opiniodawcy przy ewentualnych torturach; wreszcie jeszcze wskazania dla strażników kontrolujących odpowiednie zachowanie i zakaz lżenia, pod groźbą kary aż po skazanie na galery. Karę śmierci orzekano tylko w przypadku uporczywego i nieodwołanego odrzucania głównych dogmatów, bądź powracania do niego po już otrzymanym wyroku. Okazało się możliwe ustalenie dokładnej ilości straconych za przestępstwa przeciw wierze w latach 1542–1761: było ich 97.

Ten tekst jest fragmentem książki Manfreda Lütza „Skandal za skandalem? Nieznana historia chrześcijaństwa”:

Manfred Lütz
„Skandal za skandalem?
35,00 zł
Wydawca: Jedność
Tłumaczenie: Wiesław Szymona OP
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 320
Premiera: 2019
Format: 140 x 205 mm

Jak stwierdził William Monter, rzymska inkwizycja dokonała mniejszej liczby egzekucji heretyków niż wiele niderlandzkich miast. Tylko w jednym 1569 r. w konfesyjnie podzielonych Niderlandach stracono 78 heretyków, czyli prawie tyle samo co rzymska inkwizycja w ciągi 260 lat. Dlatego amerykański historyk John Tedeschi wyznaje, że w wyniku przeprowadzonych badań otrzymał obraz „odmienny od tradycyjnego obrazu, który oczywiście zawsze przedtem akceptowałem”. Zgodnie z prawdą rzymska inkwizycja była „pionierem reformy prawa”, a także pionierem na polu karania w czasach, „kiedy świeccy sędziowie przy wydawaniu wyroków nie widzieli innych możliwości poza spaleniem na stosie, poćwiartowaniem, galerami i banicją”.

Galileusz (Galileo Galilei)
Renomowany historyk Peter Godman, który sam nazywa siebie „niewierzącym”, w swej książce o inkwizycji niekiedy ze złością reaguje na popularne mity: „Nie powinno się po raz enty powtarzać bredni o potępieniach opartych na niepewnych podstawach pseudofaktów. W swej bezpośredniej strefie wpływów Święte Oficjum postępowało o wiele łagodniej niż władze świeckie”.

Dwa najbardziej znane przypadki działania rzymskiej inkwizycji, to Giordano Bruno (1548–1600) i Galileo Galilei (1564–1642). Późniejsza antykościelna propaganda obydwa uznała za domniemany punkt wyjścia skandalicznego sporu między nowożytnymi naukami przyrodniczymi a wiarą chrześcijańską. W rzeczywistości wygląda to jednak zupełnie inaczej.

Giordano Bruno w wieku 17 lat wstąpił do zakonu dominikanów i już tam naraził się na podejrzenia przez swe dziwne zachowanie. Gdy go posądzono o kacerstwo, po jedenastu latach wystąpił z zakonu i rozpoczął niespokojną wędrówkę po całej Europie. W Genewie został protestantem, ale w wyniku teologicznych różnic wdał się w spór z kalwinami, którzy uwięzili go i obłożyli ekskomuniką. Chcąc wyjść na wolność, odwołał swe błędy. Potem powędrował dalej, do Tuluzy, gdzie przez krótki czas zajmował katedrę profesorską. Następnie udał się do Paryża, a stamtąd do Oksfordu. Tam również starał się o katedrę, lecz z powodu zarzutu plagiatów i błazeńskich poglądów poniósł porażkę. Przez swą pozbawioną hamulców złośliwą krytykę mścił się za to na oksfordzkich naukowcach, a także na całym londyńskim życiu umysłowym. Potem wrócił do Paryża. Również tam narobił zamieszania wśród prowokowanych przez siebie arystotelików i opublikował pamflet na pewnego matematyka. Następnie starał się o katedrę w Marburgu, gdy jednak nie osiągnął tam sukcesu, udał się do Wittenbergi, gdzie przez pewien czas nauczał. Później podążył do Pragi, a wreszcie do Helmstedt, w którym to mieście został znów ekskomunikowany, tym razem przez luteranów. We Frankfurcie nad Menem pokłócił się z radą miejską, co skutkowało wydaleniem z miasta. Po krótkim pobycie w Zurychu wrócił do Włoch. W Wenecji poróżnił się ze swym mecenasem, który w 1592 r. zrobił na niego donos do inkwizycji, w wyniku czego znalazł się w końcu w Rzymie na Zamku św. Anioła. Najpierw chciał odwołać część swych poglądów, ale był ciągle niezdecydowany. Potem jednak z uporem odrzucał synostwo Boże Jezusa i sąd ostateczny oraz głosił swą główną tezę o wieczności świata i istnieniu nieskończenie wielu światów. Jego koncepcja czasowej i lokalnej nieskończoności kosmosu nie dawała w rzeczywistości miejsca chrześcijańskiemu wydarzeniu zbawczemu. Wreszcie po długich wahaniach, w 1600 r. rzymska inkwizycja postanowiła wydalić go z Kościoła z powodu głoszenia herezji i przekazała go gubernatorowi Rzymu, ze zwykłą prośbą o łaskawe traktowanie go i nie wymierzanie mu kary cielesnej lub kary śmierci. Sąd gubernatora skazał go jednak na śmierć przez spalenie na stosie, co zostało wykonane na Campo dei Fiori.

Symbolem Bruno stał się dopiero dużo później. W gruncie rzeczy nie uprawiał nauk przyrodniczych, lecz oddawał się bardziej zmiennym, fantazyjnym spekulacjom, prowadził spory z wszystkimi, dosłownie z każdym wyznaniem chrześcijańskim, ale także z naukowcami i władzami miejskimi. Z drugiej strony, potrafił też być bardzo uprzejmy, co zjednywało mu względy mecenasów. Georges Minois, sam ateista, w swym standardowym dziele Historie de l’athéisme tak pisze o Giordanie Brunie: „Tak więc w roku 1600 Bruno jest człowiekiem samotnym, z którym nikt nie chce się kompromitować. Nie wspominają o nim ani Galileusz, ani Kartezjusz”. Ale nawet ateiści „nie chcą mieć do czynienia z człowiekiem, w którym widzą oświeconego mistyka”. Tak więc trzeba na koniec wyrazić przypuszczenie, że Giordano Bruno był człowiekiem posiadającym mnóstwo idei, niezwykle inteligentnym, ale przy swej kłótliwości nacechowanej skrajnie emocjonalną chwiejnością nie był kimś nie rzucającym się ze swą psychiką w oczy; był człowiekiem, którego chaotyczne życie zakończyło się tragedią.

Wszystko to nie przeszkadza jednak tym, którzy będą go później wykorzystywali do własnych celów: masonom, na złość papieżowi stawiającym na Campo dei Fiori ponury pomnik, w 1889 r. radośnie przyjęty przez antypapieskie władze miasta. Także niemiecka Fundacja Giordano Bruno, która – nie zważając na jego skomplikowany charakter, w którym jak twierdzi Georges Minois, „znajduje się głębokie wyczucie rzeczywistości Boga” – reklamuje ateizm, posługując się jego nazwiskiem.

Mikołaj Kopernik

W każdym razie w roku 2000 papież Jan Paweł II, w kontekście ówczesnego rachunku sumienia Kościoła, stracenie Giordana Bruno uznał za krzywdzące.

Następnie mamy nieunikniony kazus astronoma i fizyka Galileusza, inkwizycyjny skandal po prostu. Również tutaj w grę wchodził raczej problem psychologiczny, bo z naukami przyrodniczymi, z kopernikańskim obrazem świata i z nauką w ogóle przypadek Galileusza miał mało wspólnego. Kopernikański obraz świata był wtedy kwestionowany, podobnie jak wiele innych elementów nauki, Kościół jednak od dawna już implicite i explicite go uznawał. Kiedy papież Klemens VII (1478–1534) dowiedział się o nowej nauce Mikołaja Kopernika, kanonika kapituły warmińskiej, był podobno zachwycony, a jego następca Paweł III (1468–1549) bez wahania przyjął dedykację rewolucyjnego dzieła polskiego astronoma. W 1582 r. jezuiccy astronomowie objaśniali papieżowi Grzegorzowi XIII problematykę kalendarza na podstawie kopernikańskiego obrazu świata, co przyczyniło się do wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego, którym do tej pory posługujemy się w datacji. W katolickiej Hiszpanii kopernikański obraz świata od dawna był już przedmiotem nauczana, gdy tymczasem jeszcze odrzucał go Kalwin, a Luter Kopernika nazywał głupcem.

Ten tekst jest fragmentem książki Manfreda Lütza „Skandal za skandalem? Nieznana historia chrześcijaństwa”:

Manfred Lütz
„Skandal za skandalem?
35,00 zł
Wydawca: Jedność
Tłumaczenie: Wiesław Szymona OP
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 320
Premiera: 2019
Format: 140 x 205 mm

Wtedy pojawił się Galileusz, późno trochę, ale w sposób bardzo spektakularny. W pierwszym procesie inkwizycyjnym, w 1615 r., w grę wchodziły raczej kwestie teoretyczne, naukowe. Kardynał Robert Bellarmin z rzymskiej inkwizycji reprezentował stanowisko również dzisiejszej teorii nauki, zgodnie z którym wiedza naukowa zawsze może okazać się błędna, a Galileusz może bez trudności przyjmować heliocentryzm jako naukową hipotezę. Inkwizycja rzeczywiście żądała od Galileusza, żeby nie mówił więcej od tego, co potrafi udowodnić. A nauka udowodniła kopernikański obraz świata dopiero w roku 1729. Galileusz jednak robił z niego kwestię wiary, kwestię prawdy, zaś jego postępowanie –

Kardynał Robert Bellarmin
jak twierdzi filozof Hans Blumenberg w swym dziele Die Genesis der kopernikanischen Welt („Geneza kopernikańskiego świata”) – nie było empiryczne, naukowe, ale raczej spekulatywne i, niestety, także spektakularne. O sobie Galileusz powiedział, że przez swoje wspaniałe obserwacje sto, a nawet tysiąc razy bardziej poszerzył świat niż jakikolwiek mędrzec minionych wieków. „Cóż Pan zrobi, Panie Sarsi, jeśli to mnie samemu pozwolono odkrywać wszystkie nowe rzeczy na niebie i nikomu innemu”. W ten sposób podchodził do sprawy. W czasie swego pobytu w Rzymie prowadził tak wystawny styl życia, że poseł Florencji, u którego mieszkał, zląkł się o jego reputację. Na koniec uzyskał życzliwą audiencję u papieża i został przyjęty do Papieskiej Akademii Nauk. Wyrok inkwizycji po przesłuchaniu w 1616 r. był następujący: musiał przyrzec, że w kwestii obrazu świata będzie się wypowiadał tylko w sposób naukowy, a nie jak misjonarz, w swych publikacjach przeznaczonych dla szerokiego audytorium. Galileusz zgodził się z tym. Kiedy pojawiły się plotki, że musiał odwołać swoje poglądy, wtedy kardynał Bellarmin w imieniu inkwizycji wystawił mu oficjalne oświadczenie, gdzie temu zaprzecza. Natomiast podkreśla, że w naukowych debatach może podtrzymywać on swoje dotychczasowe stanowisko. Fizyk, laureat Nagrody Nobla Werner Heisenberg nazwał ten wyrok inkwizycji „stosowną decyzją”.

Galileusz nie dotrzymał jednak danej obietnicy. Gdy jego przyjaciel kardynał Maffeo Barberini, który już wiele mu dopomógł, został papieżem Urbanem VIII, uważał, że może pozwolić sobie na coś więcej i kopernikański obraz świata znowu przedstawiać szerokiemu odbiorcy. Uczynił to w szczególnie obraźliwej formie: w pamflecie zatytułowanym Dialog o dwóch najważniejszych układach – ptolemeuszowym i Kopernikowym (1632), opublikowanym nie w naukowym języku łacińskim, lecz w ludowym włoskim, w którym swemu heliocentrycznemu podglądowi przeciwstawia „Simplicio”, czyli prostaka, de facto reprezentującego stanowisko Urbana VIII, matematyka w końcu. Papież pewnie nie przyjął tej wypowiedzi za dowcipną, ale inkwizycja uznała ją za oczywiste złamanie przyrzeczenia i w 1633 r. wydała niewielką większością wyrok zobowiązujący Galileusza do odwołania tego, co napisał, a oprócz tego skazała go na areszt domowy i zakaz publikowania. Wyrok ten pozostał bez podpisu papieża. Nie należy tego błędnie rozumieć. Tym domowym aresztem była wspaniała willa w Arcetri z pięknym widokiem na Florencję i z liczną służbą. Tutaj Galileusz napisał nawet swoje najważniejsze dzieło. A zakaz publikowania ominął w ten sposób, że swoje teksty dawał odwiedzającym go przyjaciołom, którzy potem publikowali je zagranicą. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby temu przeszkodzić.

Tak więc kazus Galileusza jest być może największą kaczką dziennikarską wszystkich czasów. Mit ten nie znikł do dzisiejszego dnia. Prawdę natomiast mówi żydowski pisarz Arthur Koestler, którego raczej nie można podejrzewać o sympatię do Kościoła katolickiego, i którego nazwisko nosi nagroda Niemieckiego Towarzystwa Umierania z Godnością (DGHS): „W przeciwieństwie do tego, co można przeczytać w większości relacji o procesie rozwojowym nauk przyrodniczych, Galileusz nie wynalazł teleskopu, tak samo jak nie wynalazł mikroskopu, termometru ani zegara wahadłowego. Nie odkrył prawa ciężkości, równoległoboku ruchu (albo sił) ani plam na słońcu. Nie wniósł niczego do astronomii teoretycznej, nie zrzucał ciężarków z krzywej wieży w Pizie i nie udowodnił słuszności systemu kopernikańskiego. Nie torturowała go inkwizycja, nie konał z pragnienia w jej więzieniu, nie powiedział «a jednak się kręci» i nie był męczennikiem nauki”. Filozof Edmund Husserl (1859–1938) w dziele Krisis der europäischen Wissenschaften und die transzendentale Phänomenologie („Kryzys nauk europejskich i fenomenologia transcendentalna”) zarzucił nawet Galileuszowi, że „poznawanie przyrody pozbawił rangi i roszczeń nauki i zrobił z niej technikę”. A prowokacyjna teza Galileusza o absolutnym priorytecie poznania naukowego naraziła go w naszych czasach na krytykę fizyka i filozofa Carla Friedricha von Weizsäkera (1912–2007), który widział „prostą drogę od Galileusza do bomby atomowej” – jak podkreślił w swej autobiografii Das Garten des Menschlichen. Przypomniał w ten sposób to, co Bertold Brecht napisał w swych notatkach do Życia Galileusza (1938): „Przestępstwo Galileusza można nazwać «grzechem pierworodnym» nowożytnych nauk przyrodniczych. Jako zjawisko techniczne i społeczne bomba atomowa jest klasycznym produktem końcowym jego osiągnięć naukowych i jego społecznej porażki”. W roku 1992 papież Jan Paweł II wyraźnie zrehabilitował także Galileusza.

Grób Galileusza w bazylice Santa Croce we Florencji (aut. stanthejeep, CC BY-SA 2.5)

Jeśli nawet nauka od dawna już wyjaśniła mity Giordana Bruno i Galileusza, to jednak również w tych przypadkach przemoc i grożenie przemocą w prastarym przekonaniu chrześcijan są niechrześcijańskie.

Na zakończenie trzeba raz jeszcze spojrzeć na problem przez pryzmat porównań. W wolnym mieście Rzeszy, Norymberdze, która wtedy liczyła 30 tysięcy mieszkańców, w latach 1503–1743 dokonano w sumie 939 egzekucji, a więc o 113 więcej niż hiszpańska inkwizycja w tym samym mniej więcej czasie w całym kolonialnym imperium hiszpańskim. Spośród norymberskich egzekucji 613 dokonano mieczem, 295 przez uduszenie, 50 skazanych łamano kołem, 27 utopiono, 8 spalono, 6 pogrzebano żywcem. Tak negatywnie osądzana inkwizycja odcinała się zasadniczo od powszechnej w świecie praktyki wymierzania sprawiedliwości z pomocą tortur. Nie praktykowała na przykład pozbawiania członków ciała.

Niemniej, gdyby pierwsi chrześcijanie dowiedzieli się o wyprawach krzyżowych i inkwizycji, byliby tak samo jak my dzisiaj mocno zmieszani. Oni jednak żyli w zupełnie innej sytuacji, bez państwowej czy innej władzy i odpowiedzialności. W okolicznościach, w jakich po wiekach chrześcijańskiej dominacji w życiu publicznym stopniowo zaczynamy znowu żyć my sami. Dlatego kwestią sprawiedliwości jest najpierw dokładniej poznać zupełnie odmienne uwarunkowania istniejące w średniowieczu oraz w początkach epoki nowożytnej, i w konsekwencji nie formułować bezpodstawnych sądów.

Ten tekst jest fragmentem książki Manfreda Lütza „Skandal za skandalem? Nieznana historia chrześcijaństwa”:

Manfred Lütz
„Skandal za skandalem?
35,00 zł
Wydawca: Jedność
Tłumaczenie: Wiesław Szymona OP
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 320
Premiera: 2019
Format: 140 x 205 mm

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Manfred Lütz
Niemiecki lekarz psychiatra i teolog. Ordynatorem kliniki Alexianer w Kolonii, członek m.in. Papieskiej Rady ds. Świeckich i konsultor watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa. Autor książki Bóg. Mała historia Największego.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy