Opublikowano
2013-05-25 09:00
Licencja
Prawa zastrzeżone

Dzieciństwo wielkiego historyka

Tony Judt to nie tylko jeden z najbardziej poczytnych historyków dziejów współczesnych. To również jedna z barwniejszych postaci anglosaskiej humanistyki. Jakie było jego dzieciństwo?


O moim dzieciństwie można myśleć na dwa sposoby. Z jednej strony było zupełnie zwyczajne, nieco samotne, typowe dla dziecka z niższej klasy średniej wychowanego w Londynie lat pięćdziesiątych. Ale z drugiej strony było osobliwym, wyjątkowym, a przez to w jakimś sensie uprzywilejowanym odbiciem historii połowy dwudziestego wieku – tej, która stała się udziałem żydowskich imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej.

Moje pełne imię i nazwisko brzmi Tony Robert Judt. Robert to angielski akcent, wybór mojej matki Stelli, zacznę więc właśnie od niej. Ojciec matki, Solomon Dudakoff, wychował się w Petersburgu, stolicy Imperium Rosyjskiego. Zapamiętałem go (zmarł, kiedy miałem osiem lat) jako wielkiego brodatego Rosjanina w typie wojskowego, wyglądał trochę jak skrzyżowanie zapaśnika z rabinem. Tak naprawdę był krawcem, którego to fachu najprawdopodobniej nauczył się w wojsku. Matka mojej matki, Jeannette Greenberg, była rumuńską Żydówką z Mołdawii. Powiadano, że jej rodzina miała swego czasu niewłaściwie związki z Cyganami. Babka z pewnością wyglądała jak romska wróżbiarka, która wychynęła z głębi cygańskiego wozu: była malutka, złośliwa, odrobinę Hank Greenberg przerażająca. Ponieważ było wiele rodzin o tym nazwisku pochodzących z tego samego regionu Rumunii, a niektóre musiały wywodzić się z tego samego miasteczka i być ze sobą spokrewnione, moi synowie długo powtarzali prawdopodobną, ale mało wiarygodną historię o naszym pokrewieństwie z wybitnym żydowskim baseballistą Hankiem Greenbergiem.

Moi dziadkowie od strony matki poznali się w Londynie, dokąd Jeannette Greenberg i jej rodzina przenieśli się po pogromie, do którego doszło w Kiszyniowie w 1903 roku. Podobnie jak tysiącom innych, udało im się zbiec przed niespotykaną jak na ówczesne czasy erupcją przemocy: zabójstwem czterdziestu siedmiu Żydów w pobliskiej Besarabii, wówczas prowincji Imperium Rosyjskiego. Do Londynu dotarli nie później niż w 1905 roku. Ojciec matki, Solomon Dudakoff, uciekł z Rosji do Anglii z innych powodów. Jak głosi rodzinna legenda, broniąc swojego ojca przed chuliganami, zatłukł jednego z nich na śmierć. Noc poprzedzającą ucieczkę z kraju miał rzekomo spędzić, ukrywając się w piecu wuja piekarza. Ta opowieść jest prawdopodobnie mocno podkoloryzowana, gdyż Solomon opuścił Rosję w tym samym czasie i prawdopodobnie z tych samych powodów co tysiące innych Żydów. Tak czy owak, dotarł prosto do Anglii. W 1905 roku dziadkowie znaleźli się zatem w Anglii i pobrali się w tym samym roku. Moja matka, Stella Sophie Dudakoff, przyszła na świat w Londynie w 1921 roku nieco na południe od żydowskiego East Endu jako najmłodsza z ośmiorga rodzeństwa. W swojej robotniczej okolicy nieopodal londyńskich doków zawsze czuła się ciut nie na miejscu. Zresztą miałem wrażenie, że była odrobinę nie na miejscu także we własnej rodzinie i wspólnocie.

Tak jak moja matka, ojciec pochodził z rodziny żydowskiej o wschodnioeuropejskich korzeniach. Jednakże jego rodzina zrobiła dwa postoje na szlaku prowadzącym z Imperium Rosyjskiego do Wielkiej Brytanii: zatrzymała się w Belgii i Irlandii. Moja babka ze strony ojca, Ida Avigail, pochodziła z Pilwiszek, wioski położonej nieco na południowy zachód od Kowna, dziś znajdującej się na terytorium Litwy, wówczas w granicach Imperium Rosyjskiego. Po przedwczesnej śmierci ojca, woźnicy, zatrudniła się w rodzinnej piekarni. Na początku dwudziestego wieku rodzina Avigail zdecydowała się przenieść na Zachód i podjąć pracę w przemyśle diamentowym w Antwerpii, gdzie miała znajomości. To w Belgii Ida poznała mojego dziadka ze strony ojca. Pozostała część rodziny Avigail osiedliła się w Brukseli, a jeden z krewnych otworzył sklep tekstylny w Teksasie.

Antwerpia (Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)

Ojciec mojego ojca, Enoch Yudt, pochodził z Warszawy. Tak jak dziadek mojej matki, służył w armii rosyjskiej. Najprawdopodobniej zdezerterował w czasie wojny rosyjsko-japońskiej w latach 1904–1905 i etapami docierał na Zachód, w Belgii znalazł się na krótko przed pierwszą wojną światową. On i babka, razem ze swoimi licznymi rodzinami, przedostali się do Londynu, spodziewając się ataku armii niemieckiej na Belgię w sierpniu 1914 roku. Oboje spędzili pierwszą wojnę światową w Londynie, gdzie się pobrali i gdzie urodziła im się dwójka dzieci. W 1919 roku wrócili do Antwerpii i tam w 1920 roku urodził się mój ojciec, Joseph Isaac Judt.

Pierwsze imię, Tony, mam po rodzinie Avigail. Dorastając w Antwerpii, ojciec zżył się ze swoimi kuzynkami, trzema córkami jego wuja: Lily, Bellą i Tonią, co najprawdopodobniej było zdrobnieniem od Antonii. Ojciec często widywał się z tymi dziewczynkami, które mieszkały w Brukseli. Najmłodsza, Tonia, była od niego o pięć lat młodsza. Przepadał za nią, chociaż nie utrzymywali regularnych kontaktów, odkąd ojciec wyjechał z Belgii w 1932 roku. Dziesięć lat później Tonia i Bella zostały wywiezione do Auschwitz i zamordowane. Lily przeżyła, internowana przez Niemców jako Żydówka urodzona w Londynie – los, na który nie mogły liczyć jej siostry, które przyszły na świat w Belgii. Oto jeden z pomniejszych paradoksów nazistowskich kategoryzacji.

Urodziłem się w 1948 roku, pięć lat po śmierci Toni. To ojciec nalegał, aby nadać mi imię po jego kuzynce, lecz przyszedłem na świat w powojennej Anglii i matka chciała dla mnie typowego brytyjskiego imienia, żebym mógł się odpowiednio „wpasować”. Dlatego też dano mi na drugie Robert – jako zabezpieczenie, swego rodzaju polisę. Jednak i tak częściej mówiono do mnie Tony. Do dziś niemal wszyscy zakładają, że moje pierwsze imię to na pewno Anthony. Mało kto docieka, jak jest naprawdę.

Ojciec mojego ojca, Enoch Yudt, był drobnym żydowskim ciułaczem, wiecznym imigrantem. Nie miał żadnych szczególnych zdolności poza kupieckimi, a i te były nieduże. W latach dwudziestych najprawdopodobniej wiązał koniec z końcem, handlując na czarnym rynku w Belgii, Holandii i Niemczech. Zapewne około 1930 roku grunt zaczął mu się palić pod nogami, przypuszczalnie z powodu długów, niewykluczone też, że miał w tym udział rozwijający się kryzys gospodarczy. Musiał porzucić dotychczasowe życie. Ale dokąd się udać? Enoch był pewien, że nowa, samorządna Irlandia rządzona przez Eamona de Valerę Eamon de Valera wita Żydów z otwartymi ramionami – i częściowo miał rację. De Valera chciał przyciągnąć handel do nowej Irlandii, a jako typowy irlandzki katolicki antysemita naturalnie założył, że Żydzi znają się na handlu i wniosą cenny wkład w gospodarkę. Dlatego też żydowscy imigranci mogli przyjeżdżać do Irlandii niemal bez żadnych ograniczeń, jeśli tylko chcieli pracować lub mogli znaleźć zatrudnienie.

Enoch Yudt przybył najpierw do Dublina sam, rodzinę zostawił w Antwerpii. Otworzył biznes – szył krawaty, damską bieliznę, pończochy: schmutters [z jid. szmates]. Z czasem zdołał sprowadzić rodzinę, której ostatni członkowie – mój ojciec i jego starszy brat Willy – przyjechali do Dublina w 1932 roku. Ojciec miał czworo rodzeństwa. Najstarsza była córka Fanny, potem kolejno pięciu synów – Willy (od Wolffa), mój ojciec Joseph Isaac, Max i Thomas Chaim (nazywany Chaimem w Antwerpii, Hymie w Dublinie, a w końcu Tommym w Anglii). Ojciec był Josephem Issakiem w Belgii i Irlandii, a potem w Anglii i ostatecznie został po prostu Joem.

Irlandię wspomina jako idyllę. Rodzina wynajmowała mieszkanie w dużym domu na południe od Dublina. Ojciec nigdy nie widział tak rozległych przestrzeni i podobnej zieleni. Po przyjeździe z żydowskiej dzielnicy Antwerpii on i jego rodzina znaleźli się nagle, jak im się zapewne wydawało, w objęciach luksusu – przypadł im w udziale położony na piętrze apartament w niewielkim dworku, z oknami wychodzącymi na pola. Wspomnienia ojca z Irlandii są zatem oparte na jego doświadczeniu przestrzeni i spokoju, nie mącą ich obrazy trudności czy uprzedzeń. Ojciec przybył tam rzecz jasna, nie znając angielskiego, ale gdy miał dwanaście lat, mówił trzema innymi językami: jidysz nauczył się w domu, francuskiego w szkole, a flamandzkiego na ulicy. Stopniowo zapominał ten ostatni, a gdy ja się urodziłem, zupełnie go nie pamiętał. Nie mówi już w jidysz, ale zachował jego bierną znajomość. Co ciekawe, pamięta sporo z francuskiego, co być może świadczy o tym, że język, do którego nauki byliśmy zmuszani, pamiętamy najdłużej, nawet jeśli nie mamy już żadnego powodu, by posługiwać się mową ojczystą.

W roku 1936, gdy splajtował rodzinny interes w Dublinie, brat dziadka, który osiedlił się w Londynie, zaprosił go do siebie. Tak oto dziadek, noszący nazwisko Yudt, przeniósł swoją gospodarczą nieudolność na drugi brzeg Morza Irlandzkiego. Dołączył do niego mój ojciec, porzuciwszy szkołę w wieku lat czternastu, i zaczął się podejmować rozmaitych dorywczych zajęć. Chociaż koniec wieku dorastania oboje rodzice spędzili w Londynie, matka była i pozostała w głębi duszy o wiele bardziej angielska, ponieważ tutaj się urodziła. Jedno i drugie rzuciło szkołę w wieku czternastu lat, ale w przeciwieństwie do Joego, Stella zdołała wyuczyć się zawodu. Pomimo obaw terminowała u damskiego fryzjera – wówczas był to szanowany i obiecujący zawód dla ambitnych dziewcząt. Stella Dudakoff i Joe Judt spotkali się dzięki drugiej wojnie światowej. Kiedy wybuchła, ojciec zgłosił się do wojska, ale nie został przyjęty – jego płuca nosiły ślady przebytej gruźlicy, co wystarczyło, żeby nie przyjąć go do służby. Poza tym nie był obywatelem brytyjskim, lecz bezpaństwowcem. Chociaż urodził się w Belgii, był jedynie mieszkańcem tego kraju, nie uzyskał belgijskiego obywatelstwa. Ówczesne przepisy przyznawały je wyłącznie tym, których rodzice byli obywatelami Belgii, a rodzice Joego wyemigrowali przecież z Imperium Rosyjskiego. Ojciec przybył zatem do Londynu na podstawie paszportu nansenowskiego, służącego wówczas bezpaństwowcom za dokument podróżny.

Dublin (fot. Krochmal/wikipedia; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)

Jesienią 1940 roku Luftwaffe zaczęła bombardować Londyn w ramach tak zwanej bitwy o Anglię. Naloty – blitz – wygnały moich rodziców do Oxfordu, gdzie się spotkali. Starsza siostra ojca, zakochana w uchodźcy z Czechosłowacji (najprawdopodobniej pochodzenia żydowskiego, choć nie mam pewności), podążyła do Oxfordu za ukochanym. Kiedy ich londyński dom został zbombardowany, jej śladem ruszyła większość rodziny, również mój ojciec. Żył i pracował tam przez dwa lata. Mieszkał przy Abingdon Road. Zatrudnienie znalazł w składzie węgla i miejscowej spółdzielni spożywczej – rozwoził zamówienia, chociaż nie miał prawa jazdy. W czasie wojny zniesiono wymóg jego posiadania.

Matka również spędziła wojenne lata w Oxfordzie. Część wschodniego Londynu, gdzie się wychowała, sąsiadowała z dokami i była narażona na ciągłe naloty. Dom matki i salon fryzjerski, w którym pracowała, zostały zniszczone przez bomby. Jej rodzice przenieśli się na wyspę Canvey, u wschodniego wybrzeża Anglii, ale ona pojechała do Oxfordu – miasteczka, które pokochała i o którym zawsze mówiła z ciepłą nostalgią. Moi rodzice wzięli tam ślub w 1943 roku i wkrótce potem wrócili do Londynu.

Po wojnie matka zajęła się na powrót fryzjerstwem. Rodzice otworzyli niewielki salon, który zapewniał rodzinie skromne, ale wystarczające utrzymanie. Pierwsze lata powojenne były trudne – tak je zapamiętali. Ojciec w 1947 roku rozważał nawet emigrację do Nowej Zelandii, ale musiał zrezygnować z tych planów, ponieważ wciąż nie miał brytyjskiego paszportu i jego status bezpaństwowca utrudniał wjazd do brytyjskich kolonii (w końcu uzyskał ten dokument w 1948 roku).

Urodziłem się w 1948 roku w szpitalu Armii Zbawienia w Bethnal Green we wschodnim Londynie. Moje pierwsze wspomnienie to spacer ulicą – musiała to być Tottenham High Road. Pamięć podpowiada, że zmierzaliśmy do malutkiego zakładu fryzjerskiego, z którego klatka schodowa prowadziła na piętro do naszego mieszkania. Kiedyś opisałem tę scenę matce, a ona potwierdziła, że dokładnie tak było. Miałem wówczas jakieś osiemnaście miesięcy, a na pewno nie więcej niż dwa latka. Mam także inne wspomnienia z życia w północnym Londynie. Na przykład, jak patrzyłem na ciężarówki i autobusy z okna sypialni rodziców. Pamiętam też, jak przedstawia no mnie młodym ludziom, którzy ocaleli z obozów i zostali przygarnięci przez mojego dziadka Enocha Yudta. Mogłem mieć wtedy cztery czy pięć lat.

Ratusz w Tottenham (fot. Fin Fahey/wikipedia; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.5.)

Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek nie wiedział o tym, co nazwano później Holokaustem. Ale mylący obraz Zagłady, który dominował w Anglii i wyobrażeniach mojej matki, wywoływał mętlik w mojej głowie. Matka miała zwyczaj wstawać, kiedy królowa wygłaszała świąteczne orędzie w radiu, a potem w telewizji. Natomiast ojciec twardo wtedy siedział – z przyczyn politycznych, ale także dlatego, że nie czuł się zbytnio Anglikiem: jego upodobania, począwszy od samochodów, a skończywszy na kawie, były kontynentalne. W każdym razie, kiedy matka wspominała o nazistach, miała na myśli Belsen, którego obrazy pokazała kronika filmowa British Movietone News, kiedy Brytyjczycy wyzwalali obóz.

Ówczesna niewiedza matki o Auschwitz, Treblince, Chełmnie, Sobiborze, Bełżcu – obozach, gdzie Żydzi ginęli masowo, w przeciwieństwie do Bergen-Belsen, które nie było obozem przeznaczonym przede wszystkim dla Żydów – była typowo angielska. A zatem w moim wyobrażeniu o Holokauście łączyła się znajomość młodych ocalonych z obozów na Wschodzie z obrazami szkieletów w Belsen. Jako dziecko wiedziałem niewiele więcej.

Dużo później dowiedziałem się, kim była Tonia i dlaczego noszę jej imię, ale nie mogę sobie przypomnieć, kiedy dokładnie to było. Ojciec upiera się, że powiedział mi o tym, kiedy byłem mały, ale w to nie wierzę. Często mówił o Lily (która mieszkała w Londynie i czasami ją widywaliśmy), ale o Belli i Toni rzadko albo wręcz wcale. Holokaust zdawał się przenikać wszystko niczym mgła – wszechobecny, ale pozbawiony formy.

Oczywiście pozostawały stereotypy, nie tylko gojów, ale i Żydów. Wśród nas, Ostjuden, Żydów z Europy Wschodniej (którymi oczywiście gardzili kulturalni, mówiący po niemiecku Żydzi z Europy Środkowej), panował ściśle przestrzegany porządek dziobania. Ogólnie rzecz biorąc, Żydzi litewscy i rosyjscy uważali się za lepszych pod względem społecznym i kulturowym; polscy (w szczególności galicyjscy) i rumuńscy Żydzi byli, delikatnie mówiąc, istotami podrzędnymi. Ta hierarchia wpisana była zarówno w antagonizmy małżeńskie, jak i relacje z dalszą rodziną. Matka w chwilach gniewu nie mogła powstrzymać się przed wypominaniem ojcu, że jest zaledwie polskim Żydem. On wytykał jej wówczas, że jest Rumunką.

Żadne z moich rodziców nie chciało wychowywać Żyda, ale całkowita asymilacja również nie była nigdy rozważana na poważnie. W końcu miałem ojca obcokrajowca i nie zmieniał tego fakt, że jego angielski był niemal idealny i pozbawiony akcentu, który można by było przypisać do jakiegoś miejsca. Zawsze wiedziałem, że jesteśmy inni. Z jednej strony nie byliśmy jak reszta Żydów, ponieważ mieliśmy nieżydowskich przyjaciół i wiedliśmy życie Anglików. Z drugiej strony nigdy nie mogliśmy być jak nasi nieżydowscy przyjaciele – po prostu byliśmy Żydami.

Miałem wrażenie, że w szczególności moja matka nie ma żadnych przyjaciół, poza panią Esther Sternheim, niemiecką Żydówką, której smutek mogłem wyczuć nawet jako dziecko. Jej rodziców zastrzelili Niemcy. Jej starszy brat poległ, walcząc w szeregach armii brytyjskiej. Siostra wyjechała do Palestyny, a później popełniła samobójstwo. Esther z bratem uciekła z Niemiec pociągiem. Rodzeństwo przeżyło, ale było psychicznie pokiereszowane. W powojennej Anglii tragedie rodzin imigrantów były na porządku dziennym, ale mówiono o nich w oderwaniu od wielkiej katastrofy, która je wywołała. Dorastanie w otoczeniu tych ludzi oznaczało jednak, że nieświadomie nasiąkało się określonymi doświadczeniami.

Już jako chłopiec czułem, że jesteśmy do tego stopnia inni, iż nie ma sensu starać się zrozumieć, jak i dlaczego tak jest. Tak było nawet w rodzinie takiej jak nasza, świadomie odcinającej się od swej żydowskości. Urządzono mi bar micwę, bo dla dziadków byłoby nie do pomyślenia, że mogłaby się nie odbyć. Ale poza tym w naszym domu nie było nic żydowskiego. W 1952 roku rodzice uciekli z tego dusznego, erzacu środkowoeuropejskiego getta w północnym Londynie i przenieśli się na południe, na drugi brzeg Tamizy, do Putney. Z perspektywy czasu postrzegam to jako odważny akt odrzucenia własnej przynależności etnicznej – w Putney prawie w ogóle nie było Żydów, a ci nieliczni, którzy tam mieszkali, zapewne tak jak moi rodzice starali się porzucić swą żydowską tożsamość.

A zatem nie wychowano mnie na Żyda, ale rzecz jasna nim byłem. Co piątek wsiadaliśmy do samochodu i jechaliśmy przez cały Londyn do domu dziadka, Enocha Yudta. Co charakterystyczne, zdecydował się on zamieszkać na krańcu Stamford Hill, w samym środku północnego Londynu. W Stamford Hill mieszkali religijni Żydzi – „kowboje”, jak nazywał ich ojciec z uwagi na czarne kapelusze i kaftany, które nosili. Dziadek trzymał się z dala od ortodoksyjnego świata swego dzieciństwa, pozostał jednak na tyle blisko, by dochowywać jego obyczajów, kiedy odczuwał taką potrzebę. Ponieważ w wieczór przed szabatem przyjeżdżaliśmy samochodem, parkowaliśmy go za rogiem, by nie obrażać uczuć dziadków (którzy doskonale wiedzieli, że przyjechaliśmy, ale nie chcieli dzielić się tą wiedzą z sąsiadami).

Citroen Traction (fot. Charles01/wikipedia; Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana)

Nawet samochód, którym jeździliśmy, sugerował pewien rodzaj „nieżydowskiej żydowskości” mojego ojca. Był wielkim fanem zakładów Citroëna, ale nie sądzę, by kiedykolwiek wspominał, że należą one do żydowskiej rodziny. Ojciec nigdy nie poprowadziłby renault, prawdopodobnie dlatego, że Louis Renault był znanym kolaborantem, którego firmę znacjonalizowano po wyzwoleniu jako karę za jego sympatie do rządu Vichy. O peugeotach wspominano w rodzinnych rozmowach z uznaniem. W końcu były dziełem protestantów i nie zostały skompromitowane katolickim antysemityzmem Francji reżimu Vichy. Nikt nigdy nie wspominał słowem o tym tle, ale z jakiegoś powodu było to dla mnie oczywiste.

Powyższy tekst jest fragmentem książki „Rozważania o wieku XX” autorstwa Tony'ego Judta:

Autor: Timothy Snyder, Tony Judt
Tytuł: „Rozważania o wieku XX”
seria: Historia
Przekład: Paweł Marczewski
Oprawa: całopapierowa z obwolutą
ISBN: 978-83-7510-713-5
Wydanie: 1 (2013)
Stron: 448
Format: 150×225
Cena: 44.90 zł
Kup ze zniżką na stronie Wydawcy!
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy
Tony Judt

Wybitny brytyjski historyk i socjolog. W swojej refleksji i badaniach poruszał m.in. tematykę postaw intelektualistów wobec przemian europejskiej lewicy. Autor monumentalnego „Powojnia”.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org