Opublikowano
2009-05-02 18:03
Licencja
Wolna licencja

Generał Nil (reż. Ryszard Bugajski) – recenzja filmu

„Generał Nil” w reżyserii Ryszarda Bugajskiego miał być odgrzebaniem losów zapomnianego bohatera narodowego – gen. Fieldorfa „Nila” – zamordowanego po sfingowanym procesie w 1952 roku przez władze komunistyczne. Film miał przyciągnąć młodzież i stanowić wielką wartość edukacyjną. Po jego obejrzeniu mam jednak niezwykle mieszane uczucia.


Tytuł: Generał Nil
Reżyser: Ryszard Bugajski
Premiera: 17 IV 2009-04-19
Czas trwania: 125 minut

Ocena naszego recenzenta: 6/10

Generał Fieldorf należy z pewnością do kanonu bardzo ważnych postaci najnowszej historii Polski. Szef Kedywu, organizator wielu akcji dywersyjnych, m.in. zamachu na Kutscherę, mianowany dowódcą organizacji NIE, która miała być zalążkiem ruchu oporu wobec Sowietów, więzień łagrów, wreszcie człowiek, który po II wojnie z własnej woli zdekonspirował się, a w 1950 został aresztowany, a następnie po sfingowanym procesie skazany na śmierć przez powieszenie. Jego proces był z pewnością jedną z najczarniejszych kart w historii PRL, a lata wymazywania pamięci o nim, przyniosły pożądany skutek. Film o „Nilu” był więc z pewnością potrzebny i ważny w kontekście edukacji na temat funkcjonowanie aparatu represji w pierwszych latach Polski Ludowej.

Bez ideologii

Za wielki plus dzieła Bugajskiego – autora słynnego „Przesłuchania” – należy uznać, iż jest ono dalekie od ideologizacji. Postać „Nila” pokazana została z perspektywy doświadczonego dowódcy, mającego głębokie poczucie odpowiedzialności za własnych żołnierzy. Nie widząc szansy na powodzenie walki zbrojnej z władzą komunistyczną, unika jej, stara się wrócić do normalnego życia, doradzając to samo młodym gorącym głowom swoich byłych podopiecznych. Film daleki więc jest od fetyszyzowania znaczenia II konspiracji, pokazuje raczej człowieka głęboko sceptycznego wobec jakichkolwiek działań wojskowych w ówczesnej sytuacji politycznej.

Reżyser bardzo ciekawie porusza również problem semicki w procesie Fieldorfa. Należy bowiem przypomnieć, że większość składu sędziowskiego oraz prokuratorskiego odpowiedzialnego za śmierć generała była pochodzenia żydowskiego. Bugajski nie pomija tej kwestii, przedstawiając ją otwarcie, ale jednocześnie nie robiąc z tego głównego motywu zbrodni. W filmie pojawia się bowiem również więzień Żyd, z którym Fieldorf podejmuje dyskusję na temat dobra i zła. Jest współpartnerem w cierpieniu, stając się podobną ofiarą represji. W filmie to nie narodowość jest wyeksponowana, lecz raczej sam mechanizm zbrodni. Zbrodniarze mają co prawda swoją przynależność narodową, ale nie wydaje się ona istotna wobec wyroków, które wydają.

Symbolika

Warte dostrzeżenia są wszelkiego rodzaju sceny symboliczne. Orkiestra, która wita powracających do kraju łagierników, co ukazuje sztuczność i fasadowość systemu, pseudohistoryczna książka będąca podstawą oskarżenia „Nila”, Bierut opowiadający o dzieciach i podpisujący odmowy ułaskawienia więźniów skazanych na śmierć, zmniejszająca się ilość schodów w siedzibie Sądu Najwyższego, będąca symbolem upadku sądownictwa, uwięzienie Fieldorfa z niemieckim zbrodniarzem wojennym, czy wreszcie młody chłopak, który wita „Nila” powracającego z głębi Rosji słowami: „witamy w Polsce, tu się Panem zajmiemy”, a następnie odczytuje orzeczenie sądu tuż przed powieszeniem generała. To tylko kilka ze smaczków, którymi reżyser nas uraczył. Są one cennymi skrótami, które dla inteligentnego widza stanowią niewątpliwe cenne uzupełnienie fabuły.

Aktorstwo

Warte docenienia są również kreacje aktorskie a zwłaszcza Olgierda Łukaszewicza odgrywającego główną rolę. Jego kreacja jest chłodna, generał wydaje się być profesjonalistą, dobrze znającym swój fach. Jednocześnie to osoba tajemnicza, niechętnie wyrażająca swoje uczucia czy myśli. Przez cały film emanuje od niego spokój, choć jednocześnie jest on zagubiony w nowej sytuacji i wyraźnie szuka w niej dla siebie miejsca.

Równie ciekawa jest postać pułkownika Józefa Różańskiego, granego przez Jacka Rozenka. Wyraźnie inteligentny, przewyższający pod tym względem innych pracowników organów bezpieczeństwa. Ta klasyczna szara eminencja, choć pojawiająca się znikąd i pozostająca w cieniu, wydaje się głównym „reżyserem” całej akcji skierowanej przeciwko „Nilowi”.

Scena procesu. Fot. z oficjalnej strony internetowej filmu.

Na uwagę zasługuje również epizodyczna rola Andrzeja Woronicza jako sędziego Igora Andrejewa, który niczym ewangeliczny Piłat stara się do końca bronić Fieldorfa, ale na końcu, w obawie przed represjami, podpisuje się pod zbrodniczym wyrokiem. Nie jest on klasycznym zbrodniarzem cynicznie wykonującym polecenia władzy, ale raczej młodym, inteligentnym i obiecującym prawnikiem, którego ideały padają w konfrontacji z chęcią utrzymania wpływów i znaczenia.

Ciekawymi rolami pochwalić mogą się jeszcze Katarzyna Herman jako sędzia Maria Gutowska, czy Alicja Jachiewicz jako Janina Fieldorf – żona głównego bohatera.

Ale…

Przy szeregu zalet filmu Bugajskiego, trudno jednakże pominąć niewątpliwe wady, które stawiają pod wątpliwość jakość dzieła. Po pierwsze jest to produkcja przegadana. Dialogi są długie i nużące. Filmowi brakuje dynamizmu, a sceny ślimaczą się w nieskończoność. Zwłaszcza na początku filmu widać, iż scenarzyści za wiele chcieli nam opowiedzieć o samej postaci Fieldorfa – jego rozterkach wewnętrznych i myślach. Jednakże, choć długie sekwencje filmowe starają się nam przybliżyć tę postać, ciągle czujemy wyraźny niedosyt. Nie wiemy skąd wziął się „Nil”, ani czemu uważany jest za tak groźnego. Film w zasadzie oprócz zamachu na Kutscherę, nie zawiera scen dynamicznych. Gros z nich to... nużąca paplanina o niczym.

O ile na początku filmu dominują nieznośne dłużyzny, o tyle końcówka jest odklepana. Proces, który wydawać mógłby się głównym motywem filmu, to zaledwie kilka mniej lub bardziej udanych scen, a łamanie człowieka ogranicza się do brutalnej sceny wyrywania palców. Jakże brakuje tu batalii psychologicznej stanowiącej wartość filmu „Przesłuchanie”. Sam sposób przedstawienia aparatu represji wydaje się być daleki od ideału. Dużo ciekawiej sposób jego działania ukazany jest w filmie Teresy Kotlarczyk „Prymas. Trzy lata z tysiąclecia”. W „Generale Nilu” mamy tylko kilku smutnych Panów, z zawzięciem odmieniających słowo „kurwa” przez wszystkie formy i przypadki.

Brak tła

Reżyser skupia się w zasadzie jedynie na postaci „Nila”, co powoduje, że same motywy jego aresztowania i sfingowania procesu, pozostają niejasne. Niejasności jest zresztą więcej. Zastanawiam się, czy film ten faktycznie skierowany jest do młodzieży, która poznać ma postać gen. Fieldorfa. Jeśli tak, to musi to robić po wcześniejszym dobrym przygotowaniu historycznym. Trudno bowiem w filmie doszukać się tła historycznego: osoby, które nie znają dobrze dziejów Polski łatwo się w nim pogubią i szybko znudzą. Próżno szukać wyjaśnień kim jest Kutschera i dlaczego zamach na niego był tak istotny, czym jest Kedyw, skąd wzięli się komuniści na ziemiach polskich, a często jedno zdanie wypowiedziane przez któregoś z bohaterów mogłoby te problemy wyjaśnić. Słabo też przedstawiona jest rzeczywistość pierwszy lat Polski Ludowej, a wspomniane „in plus” sceny symboliczne jedynie częściowo wypełniają tę lukę.

Scena w więzieniu. Fot. z oficjalnej strony internetowej filmu.

Osoba, która towarzyszyła mi w czasie projekcji, a nie zajmuje się na co dzień historią, wychodziła z kina zdezorientowana i wyraźnie zniechęcona. Trudno więc domagać się, aby film zainteresował młodzież, skoro nawet mi, jako zawodowemu historykowi, w niektórych jego momentach trudno było spokojnie wysiedzieć.

Akcji filmu nie wspomaga też muzyka. Występuje ona epizodycznie, zazwyczaj opierając się na podobnym motywie. Jaka zaś jest siła muzyki w filmie, pokazuje chociażby scena powieszenia Fieldorfa (niewątpliwie jedna z najlepszych), gdzie jej dźwięki dodatkowo pobudzają bodźce.

Podmoskiewskie wieczera…

Moim zarzutem wobec reżysera, jest również powtarzanie motywów, nie tyle inspirowanych, co kopiowanych. Przyjaciel „Nila” z pociągu wiozącego łagierników – młody chłopiec nie znający Polski – to kopia Cezarego Baryki, zaciekawionego, a jednocześnie bojącego się swojego i zarazem obcego kraju. Fieldorf wciela się zaś w rolę ojca Baryki, który w Polsce może nie widzi szklanych domów, ale zapewnia, iż jest ona lepsza od Związku Radzieckiego. Kompletnie zaś rozśmieszyło mnie wykorzystanie motywu z filmu „Rozmowy kontrolowane” Stanisława Chęcińskiego. Pamiętamy zapewne wszyscy scenę, w której większość mieszkańców Warszawy obchodziła tradycyjną wigilię, podczas kiedy partyjni dygnitarze bawili się przy równie „tradycyjnym” jajeczku i butelce wódki. Bugajski stosuje w swoim filmie motyw prawie identyczny. Otóż kiedy zrozpaczone aresztowaniem „Nila” córka i żona płaczą przy stole wigilijnym dzieląc się opłatkiem, bezpieka i przedstawiciele władzy bawią się przy dźwiękach radzieckiej muzyki, popijając ciężkie trunki. Czy naprawdę wykorzystanie tego typu motywów było konieczne?

Ocena

Jak więc ocenić film Ryszarda Bugajskiego? Z pewnością nie podzielam hurraoptymistycznych opinii powtarzanych w recenzjach w ogólnopolskich mediach. Film nie powalił mnie na kolana, a w pewnych momentach nawet znudził. W rozterkach psychologicznych bohatera zabrakło historii i tak niezbędnego dla tego typu filmów tła. Reżyser plątał się pomiędzy filmem biograficznym (mniej więcej do połowy) a drugim „Przesłuchaniem”, co w jednym i drugim przypadku wyszło raczej średnio.

Film jest z pewnością zrobiony dobrze pod względem technicznym. Ciekawe zdjęcia, dobre aktorstwo, ładna muzyka (o ile się pojawia) to na pewno ogromne plusy tego przedsięwzięcia. Warto tez docenić, że taki film w ogóle się pojawił i z pewnością pomógł odgrzebać wątek tego zapomnianego bohatera II wojny światowej. Do ideału filmu historycznego wiele jednak „Generałowi Nilowi” brakuje.

Zredagował: Kamil Janicki

Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: marta |

nie rozumiem tych krytycznych uwag i tego ze kogos ten film znudzil. Jest wzruszajacy i pokazuje jaki podly byl system ktory panowal u nas po wojnie i zabijal takich wspanialych ludzi.A sa tacy co dalej glosuja i tesknia za komuna. Mnie ten film poruszyl bardziej niz Katyn i bardziej niz tyle razy cytowane przesluchanie.



Odpowiedz

Myślę, że Przemek utrafił w sedno - konkretny reżyser, kręcąc konkretny film, może mieć na celu edukację. Jeśli jednak wybierze inną drogę, jeśli zdecyduje się skierować swoje dzieło do widza niepotrzebującego douczania, wówczas ma do tego pełne prawo, a my nie powinniśmy czynić mu z tego powodu wyrzutów. Chciałbym jeszcze coś napisać a propos przywoływanego kilkakrotnie \"Katynia\" - moim zdaniem to jest całkiem niezły film. Na pewno nie wybitny, być może trudny do odbioru na Zachodzie, ale dla polskiego widza zrozumiały, spójny, dobrze zagrany (zwłaszcza przez kobiety, bo Żmijewski nie wywołuje zbyt wielu uczuć), a momentami wzruszający (dla mnie np. scena, w której więzieni oficerowie śpiewają \"Bóg się rodzi\"). Na dodatek udało się Wajdzie nakręcić film o Katyniu, który nie jest antyrosyjski (i to nie dlatego, że pojawia się tam \"dobry Rosjanin\", którego obecność usprawiedliwia raczej potrzeba przypomnienia, że to Rosjanie byli największymi ofiarami komunizmu), który zbrodnię katyńską osadza w dość szerokim kontekście (zasygnalizowana wyraźnie akcja wyniszczenia polskich elit prowadzona również przez Niemców) i który mówi o czymś więcej, niż tylko martyrologii zamordowanych oficerów. Całość jest na dodatek co najmniej poprawna technicznie - to wszystko całkiem sporo, jak na polski film historyczny. Tym bardziej, że nie słyszałem nikogo, również pośród osób krytykujących, którzy mieliby na ten film lepszy pomysł.



Odpowiedz

Gość: Przemysław Damski |

*Moje uwagi są może czysto teoretyczne i nazbyt wielką wagę przywiązuję do sformułowań, jednak gdyby patrzeć na film przez wpisanie go w tak sztywne kryteria to oczywiście powstałby "Braveheart" Gibsona, ale nie byłoby "Kontraktu rysownika" Greenawaya czy "Dziewczyny z perłą" Webbera, gdyż trzeba dysponować wiedzą pozahistoryczną, być wrażliwym na grę między reżyserem, a widzem, na pewne subtelności, których kino epickie, albo stricte dydaktyczne nie daje.



Odpowiedz

Gość: Przemysław Damski |

Na temat samego filmu się nie wypowiem, bo go nie widziałem. Ni zgodzę się jedna z Sebastianem w kwestii tego jakoby film historyczny miał zaciekawiać przeszłością. To nie jest jego zadanie. Reżyser, scenarzysta czy producent mogą mieć takie założenie. Film historyczny zaś ma opowiedzieć nam o pewnych zdarzeniach na historycznym tle. Gdybyśmy mieli im z założenia przypisywać rolę edukacyjną to gdzie taki cel jest w \"JFK\" Stone\'a? Sebastianie, z całym szacunkiem, ale uważam że się zagalopowałeś z \"Pancernymi\". Oczywiście wziąłeś w nawias termin \"edukacja\", jednak nie można w żadnym stopniu utożsamiać propagandy z przekazywaniem wiedzy. Zgadzam się z Romkiem odnośnie waloru dydaktycznego. Oczywiście może on w filmie występować. Jego istnienie nie przesądza o tym czy film jest dobry bądź zły. Nie jest jednak celem filmu edukowanie, moralizowanie czy przekazywanie pewnych wartości. To indywidualne cele twórców filmowych. Piszesz, że film historyczny nie jest sztuką dla sztuki. Otóż nieprawda. Film historyczny może, lub nie, być sztuką dla sztuki. Proponuję obejrzeć \"Andrieja Rublowa\" Tarkowskiego. Dla większości osób ten film jest nudny. Tymczasem czasem to, co z pozoru nudne okazuje się po prostu wymagać od nas większej uwagi. Film nie ma bowiem wartości użytkowej z samego założenia. To twórcy mogą mu taką rolę nadać. Moje uwagi są może czysto teoretyczne i nazbyt wielką wagę przywiązuję do sformułowań, jednak gdyby patrzeć na film przez wpisanie go w tak sztuwne kryteria to oczywiście powstałby \"Bravehart\" Gibsona, ale nie byłoby \"Kontraktu rysownika\" Greenawaya czy \"Dziewczyny z perłą\" Webbera by nie powstały, gdyż trzeba dysponować wiedzą pozahistoryczną, być wrażliwym na grę między reżyserem a widzem, na pewne subtelności, których kino epickie, albo stricte dydaktyczne nie daje.



Odpowiedz

Gość: Eri |

Jeśli młodzież filmu nie rozumie, to problem młodzieży! (a skoro młodzi przyszłością narodu, tym gorzej dla narodu) Według mnie film udany, trafnie dobrana muzyka, scenografia, pogłębione portrety psychologiczne, sceny-symbole są świetne. Cieszę się, że nie tylko ja dostrzegłam \"podobieństwo\" młodego Polaka do bohatera ze szkolnej lektury, bo już myślałam, że ze mną coś nie tak ;). Kawał dobrego kina, bez zbytniego histo(e)rycznego nadęcia, za to z odpowiednio dozowaną powagą i tragedią. Osobista ocena: skoro dużo bardziej mnie poruszył niż \"Katyń\", to warto było obejrzeć.



Odpowiedz
Sebastian Adamkiewicz

Członek redakcji portalu „Histmag.org”, doktor nauk humanistycznych, asystent w dziale historycznym Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, współpracownik Dziecięcego Uniwersytetu Ciekawej Historii, współzałożyciel i członek zarządu Fundacji Nauk Humanistycznych. Zajmuje się badaniem dziejów staropolskiego parlamentaryzmu oraz kultury i życia elit politycznych w XVI wieku. Interesuje się również zagadnieniami związanymi z dydaktyką historii, miejscem „przeszłości” w życiu społecznym, kulturze i polityce oraz dziejami propagandy. Miłośnik literatury faktu, podróży i dobrego dominikańskiego kaznodziejstwa. Współpracuje - lub współpracował - z portalem onet.pl, czasdzieci.pl, novinka.pl, miesięcznikiem "Uważam Rze Historia".

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org