Autor: Paweł Rodak
Tagi: Wywiady, Historia kultury i sztuki
Opublikowany: 2006-11-14 22:00
Licencja: wolna licencja

Grzegorz Turnau: Moim wzorem był Marek Grechuta

Twórczość pana Marka wymyka się spod władzy czasu. I dlatego nie powinno się na Jego utwory patrzyć przez żałobne soczewki. Chyba nawet się nie da – opowiada o zmarłym Marku Grechucie Grzegorz Turnau. Wywiad przeprowadził Paweł Rodak.

Paweł Rodak: Spotykamy się w szczególnym czasie. Za kilkanaście dni premiera Pańskiej nowej płyty, poświęconej twórczości Marka Grechuty – kilka tygodni temu odszedł do lepszego ze światów. Jak jego śmierć naznaczyła te piosenki? Czy wykonuje się je inaczej?

Grzegorz Turnau: To złożone pytanie. Przede wszystkim chciałem wyraźnie zaznaczyć, że pomysł nagrania takiej płyty pojawił się już w zeszłym roku. Został uzgodniony i z Panem Markiem, i z jego rodziną. Powszechnie wiadomo, że pan Marek w ostatnich miesiącach swego życia nie czuł się niestety najlepiej, trudno więc wymagać, żeby osobiście brał udział w tworzeniu materiału, ale wiedział o pomyśle i go akceptował. Chciałem zrobić mu prezent na 60 urodziny, właściwie na 61. Los jednak nieubłaganie nas uprzedził. Oczywiście, że teraz te piosenki są naznaczone smutkiem, gdzieś mimowolnie pobrzmiewa żałobny ton. Ale twórczość pana Marka wymyka się spod władzy czasu. I dlatego nie powinno się na jego utwory patrzyć przez żałobne soczewki. Chyba nawet się nie da.

Ale chyba nie chodziło tylko o prezent. Dzięki nowej aranżacji kolejni słuchacze będą mieli okazję poznania piosenek Marka Grechuty.

Moja córka ma teraz 18 lat i słucha jego piosenek. Nagrywając je nie próbowaliśmy być lepszymi, czy ciekawszymi wykonawcami. Naszym wkładem, co najwyżej będzie to, że być może jakaś grupa, kolejne pokolenie pozna te piosenki, tę konkretną poetykę i wrażliwość. Oczywiście, spodziewam się różnych reakcji związanych z tym, że nagrałem płytę z piosenkami Marka Grechuty, zwłaszcza w kontekście jego odejścia, ale to naprawdę jest poza mną. Nie chcemy w żaden sposób, mam na myśli siebie i zespół, przelewać na nas chwały należnej pierwszemu autorowi, nie chcemy się podpinać pod nazwisko Grechuta. To, że te piosenki istnieją, jest tylko jego zasługą.

Materiał na nowym krążku, jak chyba cały dorobek pana Marka, pozostaje w pewien pozytywny sposób „anachroniczny”. Nie boi się Pan, że na dzisiejszym rynku muzycznym już nie ma miejsca na takie nagrania?

"Zwiedzam świat poprzez poznawanie twórczości innych ludzi, poprzez wędrowanie ku źródłom" (autor fotografii: Tomasz Sikora)

Nie użyłbym słowa „anachroniczny” w żadnym ze znaczeń. O wiele bardziej w moim odczuciu twórczości pana Marka odpowiada słowo „achroniczna”. Gdy tworzył z grupą Anawa swoje kompozycje, już wówczas spotykał się z opiniami, że jego pomysły są „anachroniczne”. Kryterium czasu jest jednak zbyt grząskim gruntem, by się po nim poruszać analizując jego dokonania. Marek Grechuta nigdy w tym, co tworzył, nie ulegał naciskom trendów, mody, image’u. Robił to, co chciał i tak, jak chciał. To muzyka, która jak niewiele innych wymyka się zaszufladkowaniu w konkretną „erę”. Dzisiaj trudno znaleźć twórcę, któremu nie dałoby się przykleić etykietki „epoka rapu”, „epoka rock’n rolla” czy jakiejś innej epoki w muzyce popularnej. Słuchając kompozycji Grechuty takie kategoryzowanie nie jest możliwe. Marek Grechuta, jak napisał Wojciech Majewski w swojej książce, „nie przyszedł na niczyje miejsce i przez nikogo nie będzie zastąpiony”, to jest taka postać, do której będziemy wracać jak do źródła. Nikt nie próbuje wchodzić w jego buty, można tylko próbować przemierzać te ścieżki, którymi on chadzał.

Śpiewał Pan, że „został z tymi, co zostali”, chociaż mógł wyjechać. A z drugiej strony w Pana twórczości tak wiele motywów podróży. W czasie i w przestrzeni. Motyw roweru, który Pan sobie upodobał na okładkach tylu płyt, sentymentalna podróż kilkadziesiąt lat wstecz do małej kawiarenki na Pradze na płycie „Cafe Sułtan”, a teraz podróż z Markiem Grechutą w świat, który wykreował. Dużo w Panu-artyście jest podróżnika?

(uśmiecha się na wzmiankę o rowerze) Pewnie tak. Mam taką skłonność, chociaż nie jestem podróżnikiem zapamiętałym, który spędza swoje życie na przemierzaniu naszej planety i odwiedzaniu ukrytych zakątków. Raczej zwiedzam poprzez poznawanie twórczości innych ludzi, poprzez wędrowanie ku źródłom. To, co robię jest oparte bardzo mocno o świat, w którym wyrosłem. W wieku 16-17 lat każdy chyba ma jakiś wzór, do którego chce nawiązać. Moim wzorem był Marek Grechuta, moim światem tamta wrażliwość, zatem podróżowałem w jego granicach. To, że mam teraz blisko 40 lat znaczy tylko tyle, że czas płynie, a ja dalej szukam kluczy do kolejnych drzwi w tym świecie. Poprzedni album „11:11” to też taka próba otwarcia drzwi mojego dzieciństwa.

Słuchając uważnie Pana płyt nietrudno o wniosek, że to, co nagrywał Pan w pierwszych latach swej twórczości, co najlepiej objawiło się na pierwszym albumie „Naprawdę nie dzieje się nic” jest bardzo różne od ostatnich nagrań. Ta zmiana zaczęło się od albumu „Ultima”. Czy coś się wtedy w Panu odmieniło?

Rzeczywiście, od Ultimy trochę więcej w mojej muzyce gitary elektrycznej, mocniej może brzmieć perkusja. Ale to nie żaden przełom. To była droga, ja nagrywając, słuchając, dojrzewając, nie pozostawałem obojętny na wpływy. Nie uważam się za muzyka skonstruowanego w wieku lat 17, gdy zaczynałem przygodę z muzyką. Dzisiaj mam więcej doświadczenia, ale paradoksalnie mniej pewności, bo z wiekiem pewność się zmniejsza. Stąd te moje próby poszukiwania czegoś nowego lepszego i mój niepokój, który jakoś próbuję kanalizować, choćby poprzez kontakty z bardzo różnymi muzykami. Od nich można się naprawdę wiele nauczyć. Lubię pracować z lepszymi artystami od siebie, chociaż uczciwiej byłoby powiedzieć, że w ogóle się za profesjonalnego muzyka nie uważam. Jestem człowiekiem, który zaczynał bardzo wcześnie od nauki fortepianu, ale potem odszedł od tego i wrócił do muzyki z poziomu amatora. To, że udało mi się przez te 20 lat czegoś nauczyć, jest zasługą ludzi, z którymi się stykałem. Zmiany w sposobie grania, o które Pan pytał, wynikają z tych kontaktów, które mnie inspirowały i wciąż inspirują. Często myśli się tak, że jeśli ktoś nagrał płytę, to jest do końca ukształtowany. Ja kimś takim nie jestem. Wciąż się „lepię”, czy raczej „jestem lepiony”.

Teraz pozwolę sobie na dosyć nieprzewidywalny skok w inny rejon twórczości. Jak to było z książką Pana córki? Czy przyszła do Pana i powiedziała „Tato, piszę właśnie kryminał”? Konsultowała się z Panem, czy Pana tą informacją zupełnie zaskoczyła.

Antosia miała ostatni rok, rok w klasie maturalnej, bardzo burzliwy. Planowała przez długi czas karierę aktorską, nawet chciała wyjechać za granicę. W końcu stanęło na tym, że studiuje polonistykę, ale to również jest sfera jej wrażliwości. Jest człowiekiem, który lubi kreować rzeczywistość i gdzieś musi dać temu upust, dlatego wiedziałem, że kiedyś z podobną rewelacją do mnie przyjdzie. Niekoniecznie podejrzewałem, że to będzie kryminał, ale ona w wieku „–nastu” lat połykała w ogromnej takie powieści. Wcześniej pisywała, dawała próbki swoich opowiadań. A gdy zjawiło się Radio Kraków z konkretną propozycją audycji, w której miały być prezentowane zagadki kryminalne stworzone przez Antosię i Michała Rusinka wszystko potoczyło się siłą bezwładu. Mnie pozostała tylko satysfakcja, że zrobiła to tak sprawnie… Zobaczymy, co będzie dalej.

Słuchając Pana koncertu, który kilkanaście minut temu się zakończył, nie mogłem się odpędzić od jednego pytania. Polecił mi je zadać kolega, gdy się dowiedział, że zgodził się Pan na wywiad. Panie Grzegorzu, kiedy kolejna płyta z nagraniem z koncertu? Od czasu krążka „Turnau w Trójce” minęło już kilka długich lat, przybyło kilkadziesiąt piosenek, okazji do powtórzenia pomysłu z płytą „live” też chyba nie brakuje. A jednak kolejnego krążka jak nie było, tak nie ma…

To mnie Pan zaskoczył. Rzeczywiście występujemy z zespołem dosyć często, od czasu naszej wizyty na ulicy Myśliwieckiej, która zaowocowała wydaniem płyty „Turnau w Trójce” piosenek także się już sporo nazbierało. Może rzeczywiście przydałoby się kiedyś takie nagranie. Ale piętrzą się trudności, kiedy o tym myślę. Z doświadczenia wiem, że materiał z nagrywaniem płyt live wiążą się różne techniczne psikusy. Chociaż koncert na żywo brzmi ponadprzeciętnie, to po wtłoczeniu tych dźwięków na krążek CD, cała magia i niezwykłość gdzieś umyka. A taki album powinien być inny, nie może polegać na banalnym przetworzeniu starych kawałków i dodaniu oklasków na końcu każdej piosenki. Drugą przeszkodą jest brak takiej propozycji ze strony wydawnictwa fonograficznego, z którym jestem związany od 12 lat. Wiele się zmieniło przez ten okres, we mnie, w muzykach, z którymi gram. Są już inne napięcia, inne pomysły i pewnie niektóre piosenki nagralibyśmy w zmienionej formie. Pana pytanie na pewno pobudziło mnie do rozmyślań. Niewykluczone, że kiedyś jakieś nagranie z koncertu pojawi się w sklepach, ale za wczesne na jakieś deklaracje.

Pozostając przy tematyce koncertowej… Grając dzisiaj „na bis” piosenkę „Jak linoskoczek” zaskoczył Pan nieco osoby, które świetnie znają Pana twórczość. Ta piosenka zabrzmiała inaczej niż przyzwyczaiło nas nagranie z płyty „To tu to tam”. Ci, którzy regularnie przychodzą na koncerty wiedzą, że także inne piosenki przyodziewa Pan w niecodzienne szaty. To zamierzone? Czy może wynik wspólnej z resztą muzyków z zespołu zabawy instrumentami?

„Linoskoczka” chciałem przypomnieć z powodu 15. rocznicy śmierci Andrzeja Zauchy, który jako pierwszy wykonywał ten utwór. Muszę też zdradzić, że my z zespołem w ogóle nie planujemy utworów, które zagramy bisując. To pewnie nasz błąd, ale tak mamy. I wychodząc na scenę wywołani oklaskami jeszcze nie wiemy, jaki utwór chcemy grać. Pojawia się nerwowa atmosfera, nagle ktoś szepcze „Może «Bracką»?”, innym razem „Może «Cichosza»?” i gramy… Stąd takie niespodzianki. Czasami zresztą bywa zabawniej, bo przez dłuższy czas nie słychać tego szeptu i przedłuża się niepokojąca cisza. W końcu ktoś zaczyna grać, a my musimy w ciągu sekund odgadnąć, jaka to melodia. Co do sposobu wykonywania piosenek, to ja lubię wypróbowywać nowe pomysły, chociaż na koncertach staram się nie przesadzać. W końcu gram dla słuchaczy. Ale niektóre utwory skłaniają mnie do takich prób. Lubię zaskakiwać śpiewając „Lirykę”, myślę zresztą, że Konstanty Ildefons Gałczyński, który jest autorem słów do tej piosenki, nie miałby mi tego za złe.

Ze zwierzeń różnych muzyków jasno wynika, że nie lubią po latach słuchać swoich dokonań. Czy ma Pan takie piosenki, których, jeśli Pan już słucha, to myśli: „Ooo! To jest niezłe” i inne, których pan ze wszystkich sił unika, bo przeczuwa Pan, że niezbyt się udały?

Rzeczywiście chyba trafił Pan w sedno. Nie lubię słuchać swoich piosenek, bo trudno o bezstronność. Ale gdy już czasem do tego dojdzie bywa tak, że zaczyna się jakiś numer i ja z drżeniem czekam, czy coś, co się bardzo przyjemnie zaczęło nie zostanie gdzieś w środku utworu zaprzepaszczone. Są piosenki, których nie słucham, bo nie jestem z nich specjalnie zadowolony, ale pozwolę sobie zachować ten przywilej, że tylko ja będę znał ich tytuły. Za to powiem, że utworem, do którego chcę jeszcze kiedyś wrócić jest piosenka z pierwszej płyty. Mam na myśli „Przez kresy” z magicznymi dla mnie słowami Józefa Czechowicza. Ten utwór wart jest wyróżnienia, chociaż jestem daleki od popadania w jakiś patetyczny i samouwielbiający ton.

Kończąc ten wywiad, pozostaje zapytać, czego Panu życzyć na przyszłość?

Inspiracji. Przede wszystkim.

Wielu inspiracji, zatem.

Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Paweł Rodak
Absolwent politologii i student prawa na Uniwersytecie Warszawskim, współpracował z redakcją „Życia Warszawy” i branżowego miesięcznika poświęconego samorządowi terytorialnemu „Forum Samorządowe”. Obecnie pracuje w administracji rządowej, czym, jak mówi, zdradził swoją miłość do samorządu terytorialnego. Jest fanatycznym kibicem snookera i włoskiego futbolu. Do końca 2007 roku blisko współpracował z redakcją „Histmaga”.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy