Autor: Jack Mayer
Tagi: Polska, II wojna światowa, Sylwetki i biografie, Judaistyka, Beletrystyka
Pierwsza publikacja: 2015-02-15 18:51, aktualizacja: 2020-02-15 08:51
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Irena Sendler – jak dostarczała pomoc dla getta?

Za każdym razem, wchodząc do Getta, Irena Sendler czuła się, jak gdyby wkraczała do innego świata. Panowały w nim odrębne zasady fizyki: atmosfera była gęstsza, ciążenie bardziej ważkie.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5

. Obwieszczenie: Warszawa, 12 października 1940

Wszyscy Żydzi mieszkający poza dzielnicą przeważająco żydowską muszą być gotowi do opuszczenia swych domów i przeprowadzki na obszar przeznaczony dla Żydów. Wolno zabrać tylko takie rzeczy, które dadzą się przenieść w ręku albo przewieźć na wózku. Wszystko inne ma być pozostawione. Przeprowadzka Polaków z terenu żydowskiego i wszystkich Żydów na teren żydowski musi być zakończona do końca października. Rozkaz ten wydał Ludwig Fischer, Gubernator Warszawy.

* **

Więcej niż po roku okupacji u warszawiaków odżyło osobliwe poczucie normalności – kruchej homeostazy – które większości przynosiło ulgę, jeśli nie szczęście. Ustaliły się kontakty czarnorynkowe, warszawiacy nauczyli się radzić sobie z głodowymi racjami żywności. Irena uważała za niezwykłe, do czego ludzie mogą się przystosować i co potrafią znosić. Ale trafnym określeniem była tu kruchość; i zamknięcie Getta znowu wprawiło to wszystko w zamęt. Kiedy Irena odwiedzała swój dom w żydowskiej dzielnicy, po rojnych ulicach przejeżdżały niemieckie ciężarówki z potężnymi głośnikami, ostrzegając Żydów i Polaków, że zbliża się nieprzekraczalny termin „zamknięcia dzielnicy żydowskiej”. Nie przypadkiem Niemcy wybrali Jom Kipur, najświętszy dzień żydowskiego roku, by ogłosić warszawskie Getto. Tora nakazuje Żydom w Jom Kipur pościć i modlić się przez 24 godziny: dzień spowiedzi, pokuty i odkupienia. Lecz nie mieli wytchnienia murarze, brutalnie zmuszani do ukończenia 17-kilometrowego muru, który otoczy Getto. Wielu z żydowskich robotników pościło, mdlało lub umarło kładąc cegły. Ich ciała spychano w bok od miejsca pracy, gdzie codziennie przyjeżdżał samochód z kostnicy.

Budowa muru getta warszawskiego w poprzek ulicy Świętokrzyskiej przy skrzyżowaniu z ulicą Marszałkowską (fot. domena publiczna)

* **

. Obwieszczenie: Warszawa, 28 października 1940

Czas na opróżnienie mieszkań przedłuża się z 1 listopada na 15 listopada.

. Obwieszczenie: Warszawa, 10 listopada 1940

Wszystkie budynki w części żydowskiej oddane zostaną pod kontrolę

Rady Żydowskiej.

. Obwieszczenie: Warszawa, 12 listopada 1940

Każdy Żyd chcący jeździć żydowskim tramwajem musi wpłacać miesięczny podatek 5 złotych w dodatku do ceny za przejazd. Każdy Żyd bez tego pozwolenia musi zapłacić czterokrotną cenę przejazdu.

.Obwieszczenie: Warszawa, 15 listopada 1940

Dzielnica żydowska zostaje zamknięta.

* **

W niemieckiej prasie propagandowej i w oficjalnych wypowiedziach niemieckich władz okupacyjnych nigdy nie użyto wyrazu „ghetto”. Żydzi mieli być „zamknięci” lub „odosobnieni” w Żydowskiej Dzielnicy. Wśród innych przedstawianych powodów figurowała konieczność sanitarna: kwarantanna zapobiegawcza.

W dniu poprzedzającym ostateczny termin zamknięcia tego, co Polacy i Żydzi nazwali Gettem, Irena była świadkiem żałosnego pochodu Żydów z taką tylko własnością, jaką mogli udźwignąć albo położyć na ręcznych wózkach, jak idą po mostach przez Wisłę, ze slumsów Pragi do swoich nowych mieszkań w obmurowanym mieście wewnątrz miasta. Dzieci niosły poszewki wypchane odzieżą, prześcieradłami, a niekiedy z ulubioną lalką lub zabawką. Nie był to zimny dzień, ale wszyscy mieli na sobie wszystkie swoje płaszcze, kurtki, suknie i spodnie, więc chociaż zagłodzeni, wyglądali na grubych i otłuszczonych.

Irenie powiększała się jej sieć. Miała zapewnione „dotacje” z PPS (w zrzutach spadochronowych dla Armii Krajowej od rządu emigracyjnego w Londynie), sfałszowane dokumenty (zwłaszcza z biura Janiny Bukowskiej przy Miodowej 11), kurierów (przeważnie młode kobiety, żydowskie i aryjskie), bezpieczne domostwa, żywność i leki ze składów. W dniu 15 listopada zacementowano ostatnie cegły w murze, teraz już kompletnie otaczającym 400 tysięcy Żydów. Jakkolwiek Żydzi nie mogli stamtąd wychodzić, Niemcy z nawyku wchodzili do Getta i rabowali z domów meble oraz inne wartościowe przedmioty, która to grabież dobiegła kresu dopiero z ponownym wybuchem tyfusu w Getcie. Przybywało jeszcze więcej żydowskich uciekinierów, zagubionych, głodnych i brudnych, z ciągnącej się tygodniami wędrówki, często na piechotę. Pytali o drogę w jidysz, po niemiecku, czesku lub rumuńsku, i kierowano ich do Getta, gdzie stawali się żebrakami, często żyjącymi po prostu na ulicy.

Powyższy tekst jest fragmentem książki „Życie w Słoiku. Ocalenie Ireny Sendler” autorstwa Jacka Mayera:

Jack Mayer
„Życie w słoiku. Ocalenie Ireny Sendler”
39,99 zł
Wydawca: Andrzej Findeisen - AMF Plus Group
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-60532-29-4

* **

. Obwieszczenie: Warszawa

Pracownikom Opieki Społecznej zabrania się wstępu do Dzielnicy

Żydowskiej z jakiegokolwiek powodu. Zabronione jest udzielanie Żydom pomocy przez Opiekę Społeczną.

p.

Obwieszczenie gubernatora Fischera informujące o karze śmierci za pomaganie Żydom ukrywającym się poza gettem (listopad 1941)
Dwadzieścia dwie bramy przerywały mur i regulowały dostęp do Getta. Co najmniej raz dziennie obie Ireny pokazywały swoje przepustki Kontroli Epidemiologicznej i wchodziły do Getta w stroju pielęgniarek, w białych czepkach pielęgniarskich z czerwonym krzyżem. Pierwsze kilka wejść napawało Irenę lękiem, dopóki nie przekonała się, że jej dokumenty nie podlegają kwestii, podpisane przez samego dr. Majkowskiego. Ażeby zapobiec podejrzeniom, przyjęły zwyczaj wchodzenia i wychodzenia przez rozmaite bramy. Kiedy już stała się bardziej pewna siebie, Irena przynosiła coraz to więcej kontrabandy. Była tak szczupła i drobna, że mogła wejść mając na sobie pięć warstw ubrania i zostawić cztery z nich swoim klientom. Pieniądze i fałszywe dokumenty były nietrudne do ukrycia, zaszyte w odzież, w podwójnych dnach jej płóciennej torby, wypchanej brudnymi opatrunkami, których Niemcy nie kwapili się przetrząsać.

Za każdym razem, wchodząc do Getta, Irena czuła się, jak gdyby wkraczała do innego świata: z aryjskich bulwarów, ciągle jeszcze głośnych od samochodów, tramwajów, ciężarówek, dorożek i dzwonków pobrzękujących na rikszach, w złowróżbne milczenie Getta, gdzie motorowe pojazdy były zabronione. Panowały w nim odrębne zasady fizyki: atmosfera była gęstsza, ciążenie bardziej ważkie. Każda osoba miała na ręku opaskę białą i ściśle wymierzoną, Irena zaś wkrótce nauczyła się, że jej także lepiej w Getcie chodzić w żydowskiej opasce, dzięki czemu nie rzuca się w oczy. Wspominała swe dni uniwersyteckie, gdy noszenie opaski również odczuwało się jako przejaw solidarności.

Każdy z mieszkańców Warszawy szybko nauczył się całej gamy barw identyfikujących różne siły okupanta i policji. Wehrmacht ubierał się na zielono, SS w mundury szaroniebieskie, Ukraińcy na żółto, polska policja na granatowo, Służba Porządkowa czarno z białym.

Po zamknięciu Getta i wprowadzeniu ścisłych norm żywnościowych przemyt dla czarnego rynku stał się bardziej ryzykowny, droższy i tym bardziej potrzebny. Każdy Żyd był uzależniony od czarnego rynku, co stworzyło podziemną armię szmuglerów i przestępców. Jako piechota służyli w niej młodzi żydowscy chłopaczkowie i dziewczynki, mali, ruchliwi, szybcy i nieustraszeni. Odkrywali sposoby, jak się przedostać skroś nowego muru czy pod nim, aby po aryjskiej stronie użebrać jadło i przynieść je pod ubraniem. Służba Porządkowa czyli żydowska policja ścigała ich i wyłapywała, rozpinając na nich za duże ubranka, spod których często wypadała rzepa, marchew lub kartofle. Tych złodziejaszków traktowano brutalnie, często wsadzając ich do więzienia na Gęsiej.

Inne dzieci z Getta to były „łapacze” i wyczekiwały pod sklepem żywnościowym albo piekarnią, aby urwać co się da wychodzącemu klientowi. Irena nieraz widywała, jak taki łapacz ze skradzionym chlebem był napadnięty przez inne żebrzące dzieci, powalony na ziemię, po czym rozgrywała się bójka o to, co po nim zostało. Tłukąc się napychały sobie usta zdobyczą, a po bójce jedni drugich łagodnie stawiali na nogi.

Warunki mieszkaniowe w Getcie były beznadziejne. Normalne się stało, że w jednym pokoju żyło siedem lub osiem osób. Chodniki były tak zatłoczone, że w każdym kierunku płynęła osobna rzeka ludzka. Z pojazdów motorowych dozwolone były tylko tramwaje oznaczone wielką gwiazdą Dawida. W całym Getcie nie było żadnego parku, ani kawałka zieleni, ani pólka, na którym dzieci mogłyby cieszyć się naturą, a miejscem zabaw były kupy gruzu. Gdy tylko słońce oświeciło ulicę, gromadziły się tam dla ciepła bezdomne rodziny i żebracy, bez ustanku prosząc o kawałek chleba, o miejsce do życia, lub o nic konkretnego, tylko o miłosierdzie. Kobiety z niemowlęciem siłowały się z sierotami, przepychając się w walce o cieplej opromienione miejsce.

Za każdym razem, kiedy poszła do Getta, Irena zwracała uwagę na żebraków i poznajomiła się z niektórymi co barwniejszymi z tych postaci. Przystojny młodzieniec, okrutnie wychudzony, kiepsko wygrywał na skrzypcach codziennie na tym samym rogu. Na Lesznie, naprzeciwko sławnego teatru „Femina”, chór synagogalny złożony z piętnastu do dwudziestu członków kongregacji, żebrał wyśpiewując melancholijne hebrajskie modlitwy i hymny pod kierunkiem siwowłosego kantora, który dyrygował im w postrzępionym, obszernym płaszczu i czarnej jarmułce. Za dyrygentem widniał odwrócony czarny kapelusz ortodoksa z napisem: Cedaka, czyli Miłosierdzie.

Może najbardziej popularnym z żebraków był niejaki Rubinsztejn, nazywany czasami „królem żebraków” i znany też jako Ałe Głajch czyli Wszyscy są równi, gdyż często powtarzał to jak refren. Jego wrodzone aktorstwo zwykle ściągało mnóstwo ludzi. Ubierał się w kostiumy i wygłaszał dowcipy, powtarzane przez wszystkich. Irena zatrzymała się tam któregoś dnia, kiedy był przebrany za kobietę. „Nie mam żony – wyjaśniał – więc chyba muszę dzisiaj być za swoją własną żonę. Niezłe, co?”.

Irena mierzyła upływ czasu w Getcie podług tego, jak znikali już rozpoznawani przez nią żebracy. Jej uwagę przyciągała zwłaszcza pewna rodzina, której jedyną własnością zdawały się być dwa dziecinne wózki. Ojciec pchał w jednym wózku trójkę niemowląt, a matka w drugim jeszcze trójkę. Pięknymi głosami wyśpiewywali stare piosenki w jidysz. Przez pierwszą zimę Irena codziennie dawała im parę monet, słuchając ich śpiewu. Po kilku miesiącach spostrzegła, że ojcu i matce towarzyszy już tylko czwórka dzieci, a potem trójka; wreszcie znikł jeden wózek, a także obuwie i płaszcze tej rodziny. Wreszcie pozostali już tylko matka i ojciec. Wciąż jeszcze potrafili śpiewać, ale z matki zrobił się już wątły szkielecik i ojciec musiał ją pchać w tym wózku. Po czym ona też znikła i śpiewanie się skończyło.

Żydowskie dzieci w getcie warszawskim (fot. Ernst Herrmann, ze zbiorów Bundesarchiv, N 1576 Bild-003, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Germany)

Szczególnie udręczała Irenę niedola żebrzących dzieci, tak iż zaczęła roić i dumać o tym, wreszcie obmyślać strategie, jak by ocalić przynajmniej niektóre z nich. Pod koniec grudnia ona i Irena Schultz w pielęgniarskim przebraniu wchodziły do Getta już po dwa i trzy razy dziennie. W miarę możności jak najczęściej, niekiedy raz w tygodniu, do zadań Ireny w Getcie należało doręczanie pieniędzy i dokumentów Ewie w CENTOS-ie. Któregoś szczególnie zimnego dnia Irena zobaczyła, że Ewa płacze. Objęły się i Ewa nie mogła powstrzymać łez.

„Jest coraz to gorzej i gorzej – wyszlochała. – Dzień w dzień przybywa więcej uchodźców. Takie zimno, a nie mają gdzie mieszkać, jak się zagrzać. W kuchniach z zupą już nie ma zupy. Taka zmęczona jestem, a nie mogę zasnąć. I ciągle się boję. Bez ustanku.”

Powyższy tekst jest fragmentem książki „Życie w Słoiku. Ocalenie Ireny Sendler” autorstwa Jacka Mayera:

Jack Mayer
„Życie w słoiku. Ocalenie Ireny Sendler”
39,99 zł
Wydawca: Andrzej Findeisen - AMF Plus Group
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-60532-29-4

Irena posadziła Ewę na krześle i uklękła przed nią. „Ewa, opanuj się. Wyjdziesz ze mną na Leszno? Musisz wydostać się stąd, choćby na krótko. Chcę ci coś pokazać.”

„Nie rozumiem. Dokąd pójdziemy?”

„Tylko parę bloków, do sądu, spotkać się z przyjaciółką. Izabela Kuczkowska, może ją znasz? Kończyła Wolny Uniwersytet Polski mniej więcej równocześnie z tobą.”

Ewa potrząsnęła głową. „Nie znam jej.”

„Więc poznasz. Ona pracuje w innym okręgowym urzędzie opieki społecznej jako specjalista od apelacji prawnych i spraw typu sądowego. To jedna z moich łączniczek.”

„Ile ich teraz masz?”

„Po aryjskiej stronie blisko dwadzieścia pięć osób, którym mogę zaufać i chętnych do pomocy. Najbardziej dręczą mnie te sieroty marznące na ulicach. Widzę je codziennie.” Umilkła i rozejrzała się, czy nikt nie słyszy.

„Postanowiłam, że trochę ich stąd zabiorę. Potrzebuję twojej pomocy.”

„Oszalałaś?”

„Nie sądzę. Mam takie domy, co chciałyby je przyjąć, niektóre tymczasowo, a inne na stałe. Przynajmniej nie umrą na ulicy. Będą miały co jeść i miejsce do spania.”

„Jak je stąd wydostaniesz?”

„Budynek sądu. Chodź ze mną, to ci pokażę.”

Wyszły na Leszno, gdzie Irena ujrzała nowe niemieckie hasło porozlepiane na ścianach i kioskach. W odróżnieniu od większości takich plakatów, silących się na żargon prawniczy, proste i rzeczowe:

ŻYDZI – WSZY – TYFUS

Do końca tygodnia ta świeżej daty przestroga pokryła ściany w całej Warszawie i na przedmieściach. Irena przystanęła u wejścia do sądów. „Połowa tego gmachu znajduje się w Getcie, a połowa poza nim. Wejście z Ogrodowej to już aryjska Warszawa. Są sposoby na ominięcie punktów kontrolnych i drzwi pozamykanych na klucz. Izabela zna portiera Józefa. On ma klucze do korytarzy w podziemiu. Przejdziemy dzisiaj tamtędy z Izabelą, żeby to sprawdzić. Chciałabym, żebyś spotkała się z Izabelą. Jeżeli to się uda, będziesz o niej częściej słyszała.” Musiała jeszcze dodać: „Bo wiesz, nie byłoby takie trudne wydostanie ciebie z Getta. Znam ludzi...”

Ewa powstrzymała ciąg dalszy, kładąc jej dłoń na ramieniu. Roześmiała się. „Możesz mi zrobić inny nos? Popatrz na mnie. Na całej twarzy mam wypisane: Żydówka. Czy to jest więzienie, nasze Getto, czy zoo, tak czy owak poza tym murem będę ściganym zwierzęciem. Tu przynajmniej mam jakąś tożsamość... mam posłannictwo dla swojej młodzieży... i odrobinę godności. Moje miejsce jest na Siennej przy moim Kole Młodych. Oni są cudowni i dzielni. Muszę im dawać dobry przykład i podtrzymywać na duchu. Muszę być co najmniej tak dzielna jak oni, nie uważasz? Da Bóg, że nie zginiemy. To też przeminie. Zobaczysz.”

„Jesteś moją przyjaciółką. Dręczy mnie, że widzę cię tutaj. Chcę ci pomóc”, rzekła Irena.

„Oszczędzaj swych sił, Ireno. Twoja pomoc jest potrzebna żebrakom i sierotom. Ja mam gdzie mieszkać – troszkę ciepła – troszkę jedzenia. A co najważniejsze, mam swoją rodzinę. I mam Szmuela.”

„To ten głupek ze szczeliną w zębach? – Irena trochę za późno się opamiętała. – Przepraszam, Ewo. Moja gęba ma swój własny rozum.”

Ewa się szeroko uśmiechnęła. „Wygląd ma trochę dziwny, ale to słodki chłopak. Wstąpił do SP... do żydowskiej policji.”

Twarz Ireny chyba wyrażała jej rozczarowanie.

Żydowscy policjanci w getcie warszawskim (fot. Ludwig Knobloch, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 101I-134-0792-28, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Germany)

„Nie, nie – zapewniła ją Ewa. – To jest naprawdę bardzo dobre. Wielu młodych zawodowców się tam włączyło. Szmuel chce się ze mną ożenić – zarumieniła się. – Powiada, że zajmie się moją rodziną. Służba Porządkowa ma dodatkowe przydziały. Moi rodzice go lubią. Jest pobożny. Czytuje Torę. Adam nie jest taki wyrozumiały. On twierdzi, że SP i Judenrat to kolaboratorzy i oportuniści. Ale Szmuel należy do tych dobrych.”

Irena chciała znów się odezwać, lecz Ewa dotknęła jej przedramienia kościstymi palcami. Odezwała się ściszonym głosem: „Ty nie wiesz, co znaczy żyć w tym zamknięciu. Nie wiesz, co znaczy spędzać cały dzień i wszystkie dni na usiłowaniach, żeby dostać na czarnym rynku coś do jedzenia. My wszyscy jesteśmy przestępcami. Wszyscy robimy, co tylko można i co trzeba. Trzymający się prawa już umarli albo umierają.”

Irena zawstydziła się. „Wybacz mi, kochana przyjaciółko. Nigdy już nie pomyślę... Po prostu chciałam cię z tego wybawić.”

Powyższy tekst jest fragmentem książki „Życie w Słoiku. Ocalenie Ireny Sendler” autorstwa Jacka Mayera:

Jack Mayer
„Życie w słoiku. Ocalenie Ireny Sendler”
39,99 zł
Wydawca: Andrzej Findeisen - AMF Plus Group
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-60532-29-4

Na twarz Ewy powrócił uśmiech.

„Droga przyjaciółko, tu jest moje miejsce. Co do Szmuela, powinnaś go poznać. Jest naprawdę bystry i szczodry. Przynosi nam jedzenie i załatwia kontakty z aryjskimi handlarzami. Niemcy wierzą mu, a on wie, których można przekupić.”

To wzmogło zainteresowanie Ireny. Część jej mózgu, planująca takie sprawy, zaczęła rozważać korzyści, jakie mógłby przynieść ktoś taki jak Szmuel. Ewa ma słuszność; trzeba zawsze myśleć tak, jak myśli przestępca.

„Chciałabym poznać twojego amanta – powiedziała. – Bliżej się z nim zapoznać. Skoro ty z nim jesteś szczęśliwa, to może ja też go docenię.”

„A jestem, Ireno! Większość z nas myśli, że dobrze mieć własnych policjantów, naszych synów i braci, mówiących w jidysz i rozumiejących, co to znaczy być Żydem. Ja uważam, że Szmuel jest w porządku. Jesteśmy zdani na łaskę Niemców. Nie mamy innego wyboru niż posłuszeństwo. A lepszy jest żydowski policjant bez rewolweru od Niemca lub granatowego Polaka, którzy wyssali antysemityzm z mlekiem matki.”

„Kochasz go?”

Ewa nie umiała jej spojrzeć w oczy. „To bardzo miły chłopak.”

* **

Po kilku dniach, w mroźny aż do kości dzień styczniowy, Irena stała w cieniu bramy do Getta i przyglądała się z daleka Szmuelowi, jak pełni wartę przy bramie na Twardą, gdzie krzyżują się ulice Żelazna, Złota i Twarda. Dziwne były mundury żydowskiej policji: w lecie czarna marynarka, kiedy indziej przepasany długi płaszcz koloru khaki, białe koszule i krawaty, czarna czapka z daszkiem i gwiazdą Dawida, połyskliwe wysokie buty i gumowa pałka. Na prawym rękawie Szmuela, pod obowiązkową gwiazdą Dawida, bordowa opaska. Każda z ruchliwych bram Getta obsadzona była przez dwóch niemieckich żandarmów, którzy sprawdzali dokumenty, i dwóch granatowych Polaków jako tłumaczy, czasami do tego jeszcze żołnierz litewski albo ukraiński, i kilku policjantów żydowskich.

Z daleka Szmuel zdawał się być towarzyski, gawędził i śmiał się z granatowymi Polakami. Czego Ewa mogła się dopatrzyć w tym chochlikowatym młodzieńcu o pulchnych policzkach? Niższy od Ewy, mimo ograniczeń żywnościowych był jednym z nielicznych Żydów czy Polaków o wciąż lekko zaokrąglonym brzuszku. Wtem rozległo się szuranie stóp, tupot spoza muru, i zza rogu wyskoczył ku otwartej bramie chłopczyk w wieku co najwyżej pięciu lub sześciu lat. Kiedy przebiegał, Szmuel złapał go za postrzępioną, za dużą kurteczkę i tak szarpnął, aż stópki mu zamajdały w powietrzu. Zaraz mu przyłożył mocno po nogach i upuścił na ziemię, gdzie malec legł i zakrzyknął. Szmuel znów go uderzył, tym razem poniżej pleców, i dmuchnął w gwizdek. Drugi policjant wypadł z Twardej i wciągnął chłopca z powrotem do Getta.

Irena zaczekała, aż w bramie się zaroiło, i podeszła, gdzie czuwał Szmuel. Pokazała niemieckiemu żandarmowi kenkartę i przepustkę z Kontroli Epidemicznej. Ten ledwie zerknął i machnął ręką, żeby przeszła, nawet nie sprawdzając jej torby.

Irena podeszła do wielbiciela Ewy. „Ty jesteś Szmuel, tak?” zapytała.

„O co chodzi?”

„Jestem przyjaciółką Ewy.”

Szmuel miał pełne wargi, jak u kobiety, i niskie czoło. Ciemnobrązowe włosy, ciasno skręcone na głowie, nadawały mu wygląd małej krewetki. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, przerwa w zębach odbierała mu powagę, jaką nadawał mundur. Zapytał głosem tenora: „Co mogę dla ciebie zrobić?”

„Czy moglibyśmy porozmawiać prywatnie?”

„Oczywiście.” Wprowadził ją kawałek po ulicy Twardej w głąb Getta. „Czego byś sobie życzyła?”

Irena nie mogła go nie zapytać. „Ten chłopiec, którego dopiero co złapałeś. Co go czeka?”

„Na pewno więzienie na Gęsiej.” Wyprostował się, spiąwszy ramiona do tyłu. „I dobrze mu tak. Przynajmniej dostanie co dzień jakiś posiłek i miejsce do spania.”

Młody handlarz w getcie warszawskim (fot. Alberth Cusian, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 101I-134-0778-19, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Germany)
Albo Szmuel nie wiedział, albo kłamał. Irena wiedziała, że dzieci uwięzione na Gęsiej, przeważnie za szmugiel, na tyle szczęśliwe, że ich nie zastrzelono, dostawały jedzenie w głodowych racjach i spały w zimnie na słomianych matach. Gęsia słynęła też z wysokiej śmiertelności. Sieroty, które dożyły uwolnienia, przekazywano do sierocińca na Dzielnej 39, gdzie wiele dzieci również umierało.

Irena usiłowała zachować obojętny wyraz twarzy. „Mam coś dostarczyć, zaopatrzenie sanitarne, które musiałabym przewieźć jutro przez bramę bez rewizji. Ciekawa jestem, ile to obecnie kosztuje.”

Uśmiechnął się. „Jednorazowo?”

„To zależy. Mój przyjaciel chciałby wypróbować.”

„Każdy potrzebuje w tych czasach przyjaciół. Ile paczek? Jak ciężkich?”

„Dziesięć paczek – po jakieś 25 kilo – w karetce pogotowia.”

Irena przyglądała się, jak Szmuel oblicza w pamięci. „Ponieważ jesteś przyjaciółką Ewy, i ponieważ jesteś piękna, cena będzie ulgowa. Dwa tysiące złotych do zapłacenia mi przy bramie. Kiedy?”

„Jutro.”

To już nie był nieśmiały, trochę niezdarny „słodki chłopak” opisany przez Ewę. Irena wyraźnie dostrzegła, że mundur i pałka robią ze Szmuela coś zupełnie innego, czego Ewa nie mogła wypatrzyć. „Do której tu jesteś?” zapytała.

Powyższy tekst jest fragmentem książki „Życie w Słoiku. Ocalenie Ireny Sendler” autorstwa Jacka Mayera:

Jack Mayer
„Życie w słoiku. Ocalenie Ireny Sendler”
39,99 zł
Wydawca: Andrzej Findeisen - AMF Plus Group
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-60532-29-4

„Tylko do szóstej. Pojutrze to już byłyby trzy tysiące złotych.”

„Więc przed szóstą”, odparła Irena.

Zdjął rękawicę i podali sobie ręce. Jego dłoń była nieduża i wilgotna.

Irenę wprawdzie przygnębiła myśl, że Ewa ma wyjść za tego człowieka, w przekonaniu, że trafił jej się szczęśliwy przypadek. Jednak w tych zwariowanych czasach może on wejść w skład jej siatki określonego rodzaju pomocników, dostępnych na pilne wezwanie; takich jak elektrycy, ślusarze i Antoni Dąbrowski, szofer z Wydziału Opieki Społecznej. Dąbrowski był ciepły i zabawny, flirtował ze wszystkimi pracownicami społecznymi i sekretarkami. Starszawy, ale nadal przystojny, miał ciemne włosy i bujny wąs przyprószony siwizną. Przed wojną uskarżał się na swoją nadwagę. Obecnie był tylko zażywny, a wyglądał na młodszego niż poprzednio. Irena już dawniej prosiła go o drobne przysługi, takie jak przemycanie małych ilości pożywienia i lekarstw, jednego czy dwóch grubych worków ukrytych pod medycznymi szmatami do wyrzucenia, cuchnącymi zarazą i krwią. Teraz zapytała, czy byłby dostępny jutro po południu do „specjalnego celu”. „Jutro, po czwartej, pod magazynem?”

„Ja tylko prowadzę wóz – odrzekł i skinął głową. – Postaram się, żeby jak najohydniej śmierdział, specjalnie dla pani.”

Nazajutrz Dobraczyński podpisał Irenie zakup i polecenie dla magazynu na dziesięć juchtowych worków zboża, mąki i korzeni spichrzowych oraz dał jej 2000 złotych.

„Bądź ostrożna”, powiedziała Jaga zza swego biurka pod gabinetem Dobraczyńskiego.

Irena spotkała się z Antonim przy magazynach, kiedy już ostatnie worki ładowano na jego sanitarny wóz, z którego wionął smród zarazy gorszy niż kiedykolwiek. Usadowiła się na miejscu pasażerskim i otuliła się szczelnie szalikiem. Kolana jej dygotały. Przybyli do bramy na Twardą krótko przed szóstą, kiedy na skrzyżowaniu jest największy tłok i strażnicy, głodni i zmęczeni pod koniec zimnego dnia, będą zaprzątnięci tymi, co powracają z niewolniczych robót.

Antoni zajechał pod bramę i Szmuel podszedł prosto do nich. Wziął ich dokumenty i kopertę zawierającą dwadzieścia banknotów po 100 złotych. Specjalny formularz Antoniego na wjazd motorowego pojazdu miał na sobie sfałszowany podpis niemieckiego oficera od spraw zdrowotnych, doktora Wilhelma Hagena, poświadczający konieczność wjazdu. Szmuel otworzył tylną klapę i wspólnie z granatowym Polakiem dał pokaz rewizji wozu. Niemiecki żandarm badał dokumenty, a Irenie gorączkowo tłukło się serce. Łapówki niekiedy zawodziły, a wtedy zdemaskowanych szmuglerów czekało zastrzelenie na miejscu.

Irena Sendler w 1942 roku (fot. domena publiczna)
Na rozkaz Niemca Szmuel otworzył bramę i Antoni wjechał z wolna ulicą Twardą, przecinając swą groźną maszyną toczący się tłum pieszych. Skręcał w coraz mniejsze uliczki, aż zatrzymał się za budynkiem „tyfusowej kwarantanny”, którego strzegło kilku żydowskich policjantów, każdy z nich opłacony przez Ewę, żeby nie patrzył. Nagle pojawili się nastolatkowie z jej Koła Młodych na Siennej i wnieśli te dziesięć worków w alejki objęte kwarantanną przez drzwi, pozostawione bez pilnującej straży.

Nazajutrz Irena przed ponownym wejściem do Getta zaszyła 10 tysięcy złotych w podszewkę swej medycznej torby. Tym razem weszła przez budzącą lęk bramę od Leszna. Podszedł do niej niemiecki wartownik, którego nigdy jeszcze nie widziała, wilkiem patrzący, z karabinem w ręku. Irena zatrwożyła się, że ją zdradzono.

„Achtung! – warknął Niemiec. – Pokaż mi torbę.”

Polski granatowy policjant przetłumaczył. A ją Niemiec złapał twardo za ramię i wciągnął do strażnicy. „Przeszukamy cię”, rzekł łamaną polszczyzną, i zaczął ściągać z niej płaszcz. Reszta Niemców w strażnicy wybuchła śmiechem. Irena chwyciła go za dłoń, by ją powstrzymać, a on wtedy trzasnął ją w twarz. „Jak śmiesz! – powiedział. – Pewnie coś masz do ukrycia. Teraz prawie każdy coś ukrywa.”

Miała więcej niż potrzeba pieniędzy, by ich przekupić, ale cóż to byłoby za marnotrawstwo! Jej przerażenie obróciło się w gniew. Przypomniała sobie, co jej dziadek Ksawery powiedział jej o swym pobycie w rosyjskim więzieniu, kiedy go torturowano. „Strach czyni cię słabym; gniew czyni cię mocnym.”

Strażnik z SS obrócił jej torbę dnem do góry i z pomocą noża rozdarł podszewkę. Irena ze zgrozą patrzyła, jak 10 tysięcy złotych wypada na stół. Zastanowiła się: rozgrywać to aż do końca, czy przyznać się do winy i zaproponować dużą łapówkę?

Tupnęła nogą. „Jestem upoważniona do wjazdu z tymi pieniędzmi do Getta w związku z projektami kontrolowania zarazy i ulepszeń sanitarnych.” Pokazała mu swą przepustkę od dr. Majkowskiego.

„To się zobaczy”, odparł i sięgnął po słuchawkę. Wykręcił numer Ośrodka Epidemiologii i poprosił dr. Majkowskiego. Irena przyglądała się, jak twarz Niemca więdnie pod wpływem tego, co ładował mu w ucho doktor Majkowski. Skonsternowany, odłożył słuchawkę na widełki.

„Doktor Majkowski potwierdza pani oświadczenie. Można odejść.” Przed zwolnieniem jej zabrał jeszcze tysiąc złotych ze stosu banknotów. „To za moją fatygę.”

Irena starała się odejść prosta i mocna, ale kiedy tylko przeszła za róg i już nie mógł jej widzieć, oparła się bezwładnie o ścianę budynku, niezdolna do powstrzymania łez. Przez chwilę niepokoiła się, że jej stan rzuci się w oczy; lecz kobieta płacząca na ulicy nie była tam i wtedy niczym nadzwyczajnym.

Powyższy tekst jest fragmentem książki „Życie w Słoiku. Ocalenie Ireny Sendler” autorstwa Jacka Mayera:

Jack Mayer
„Życie w słoiku. Ocalenie Ireny Sendler”
39,99 zł
Wydawca: Andrzej Findeisen - AMF Plus Group
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-60532-29-4

Tekst opublikowano pierwotnie 13.06.2013 r.

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Jack Mayer
Pisarz i lekarz pediatra. Mieszka w stanie Vermont w USA. Za „Życie w słoiku” otrzymał nagrody Kansas Notable Book Selection (2011) i IndieReader Discovery Award ufundowaną przez National Book Expo (2012).

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy