Opublikowano
2013-01-21 19:41
Licencja
Wolna licencja

Izabela Meyza, Witold Szabłowski – „Nasz mały PRL” – recenzja i ocena

Dwójka młodych, wykształconych z „Gazety Wyborczej” odkryła, że kiedyś było inaczej, postanowili więc przenieść się w sam środek 1981 roku, jednego z najgorętszych momentów w historii Polski Ludowej. Ich eksperyment miał przybliżyć nam tę niezwykle skomplikowaną epokę. Czy im się to udało? Wątpię.


Autorzy: Izabela Meyza, Witold Szabłowski
Tytuł: Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
ISBN: 978-83-240-2181-9
Stron: 300
Format: 14,0×20,5 cm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena: 34,90 zł

Ocena naszego recenzenta: 4,5/10
(jak oceniamy książki?)

Od wielu lat obraz PRL kreowany w oficjalnym dyskursie publicznym można dopasować do którejś z dwóch klisz: „ipeenowskiej”, agenturalnej, represyjnej i jasno określającej podziały na złych i dobrych, bądź też „absurdalnej”, nierzeczywistej, siermiężnej i żywcem wziętej z komedii Stanisława Barei. Obydwie wizje funkcjonują niezależnie od prac historyków (zarówno z Instytutu Pamięci Narodowej, jak i innych instytucji badawczych), którzy z coraz większymi sukcesami pokazują, jak bardzo Polska Rzeczpospolita Ludowa była systemem wielowymiarowym, zmiennym i niejednoznacznym.

Witold Szabłowski, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, wspólnie ze swoją żoną, antropolog Izabelą Meyzą, postanowili spróbować poznać tę epokę w dziejach Polski w sposób do tej pory niepraktykowany – poprzez reportaż wcieleniowy. 22 lipca 2011 r. przenieśli się wstecz o 30 lat: zamieszkali w M3 na Ursynowie pamiętającym rządy gen. Jaruzelskiego, odłączyli się od komórek i Facebooka, zaczęli odżywiać się i ubierać według peerelowskich wzorców i nie robić wielu innych rzeczy, znanych z naszego kapitalistycznego świata. I tak przez pół roku. Książka „Nasz mały PRL” jest reporterską opowieścią o tym eksperymencie.

Przez 300 stron obserwujemy najpierw dorastanie dwójki bohaterów do podróży w czasie, ich przygotowania, wreszcie – sam pobyt w Ludowej Ojczyźnie roku 1981 i 1982. Mamy okazję przyjrzeć się ich zmaganiom z pracami domowymi bez nowoczesnej chemii, za to z „Ludwikiem” i „Białym Jeleniem”, trudom zdobycia zaopatrzenia, opiece nad ich przebraną w tetrową pieluchę malutką córką Marianną, walce z wadliwym Fiatem 126p i przerwami w dostawach prądu. Możemy obserwować wysiłek współautorki, na głowie której znalazł się cały dom, oraz rozterki Witolda Szabłowskiego, usilnie starającego wcielić się w rolę „peerelowskiego macho”. Wszystko to opisane w formie reportażu, sugestywnie przedstawiającego spotykane osoby i doświadczane sytuacje, dodatkowo zaś okraszonego czarno-białymi fotografiami.

Ciekawym aspektem przedstawionym w książce jest zwrócenie przez autorów uwagi na antropologię codziennego życia w PRL: Jak radzić sobie bez podpaski? Jak wyglądała higiena osobista w latach 80.? W jaki sposób nakarmić rodzinę w stanie permanentnego niedoboru na rynku? Pytania te coraz częściej stawiają też badacze Polski Ludowej, w szerokiej dyskusji o tej epoce rzadko są one jednak brane pod uwagę, gdyż przytłaczają ją „sprawy wielkie”: „Solidarność”, agentura, stosunki Biuro Polityczne – Episkopat, zależność od ZSRR. Jak już jednak wspomniano, PRL to system, w którym różne rzeczy są od siebie zależne, a poznanie codziennego losu „przeciętnego Polaka” dużo lepiej pozwala zrozumieć postawy całego społeczeństwa i działania władz.

O ile w reportażu Meyzy i Szabłowskiego można znaleźć ciekawe obserwacje antropologiczne, nie widać w nim jednak prawie socjologii. Powód jest prosty: tamto społeczeństwo, czy szerzej – system – już nie istnieją. Nie ma ludzi z awansu społecznego i ich dzieci urodzonych w powojennym boomie demograficznym. Nie ma wielkomiejskiej klasy robotniczej, a „prywaciarz” to zwykły przedsiębiorca. Nie istnieje czarny rynek, system kartkowy i PZPR, która liczy ponad dwa miliony członków, wśród których nie wszyscy są ideowcami, ale nie każdy jest też sprzedawczykiem. Nie da się odtworzyć tamtego sposobu myślenia, aspiracji, punktów odniesień, więzi społecznych, przestrzeni miejskiej prostym przebraniem się w niemodne już sukienki, pytaniem „Co rzucili?” czy „A co to jest Internet?”. Można zainscenizować sobie kolejkę, stojąc samotnie w Universamie Grochów, bądź próbując nawiązywać dyskusję wśród teraźniejszych, milczących kolejkowiczów. Nie będzie to jednak kolejka, w której codziennie ustawiano się 30 lat temu. Ideą reportażu wcieleniowego jest nie tylko przemiana własna, ale też zanurzenie się w nieznany świat ludzi i powiązań (tak robią przytoczeni przez autorów we wstępie „klasycy gatunku”). Tutaj nie jest to możliwe – tego świata już po prostu nie ma, istnieją co najwyżej jego szczątki.

Niestety, tego rodzaju błędów w całym podejściu do tematu jest wiele. Pierwszym z nich jest samo wyobrażenie o przeszłości, które pcha autorów do podjęcia się eksperymentu. Według nich PRL to okres zacofania, ale prawdziwszy, w którym ludzie byli lepsi, żyli ze sobą, dzieci bawiły się wspólnie na podwórku i cieszyły się z takich rzeczy jak oranżada w proszku. Przyznam, że opisy szczęśliwego dzieciństwa z lat 80. mógłbym pewnie w sporej części przełożyć też na własne wspomnienia, chociaż urodziłem się w 1988 r., PRL-u świadomie nie doświadczyłem, pamiętam za to klimat lat 90. i umacniania się kapitalizmu w Polsce. Cóż, tak to już jest, że wszyscy pozytywnie wspominamy swoją młodość.

„Nasz mały PRL” jest bez wątpienia tekstem zaangażowanym społecznie, ukazującym człowieka kapitalizmu, który w galopie nowoczesności coś stracił, zapomniał co to więzi społeczne, pozwolił zawładnąć sobą technologii i dobrobytowi. Na pewno nie można odmówić Meyzie i Szabłowskiemu kilku celnych uwag na temat naszej rzeczywistości przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku. I chociaż taki punkt widzenia jest mi bliski, nieco drażni mnie ogólna wymowa tego tekstu. Sprowadzić ją można do formuły: dobrze sytuowani przedstawiciele wolnych zawodów zanurzają się w „szarą rzeczywistość”, by przybliżyć ją tym, którzy wciąż gonią za Zachodem. Niestety, ich sposób opisywania tejże rzeczywistości jest dość naiwny i nietrafiony. Przykładem może być tu stwierdzenie, które pada w pierwszych partiach książki:

Chcę, żeby Marianna była wrażliwa na tych, którzy nie nadążają za kapitalistycznymi zmianami. Na dzieciaki z Brzeskiej, ulicy warszawskich wykluczonych, które codziennie mijamy po drodze do pracy i których rodzice nie mają innego wyjścia, niż żyć w głębokim PRL-u (s. 27).

Czasem odnieść można wrażenie, że dla autorów istnieją dwa światy – nowoczesna Polska 2011 r. oraz coś, co nie załapało się na kapitalizm, a swoją prawdziwością nadal bliskie jest Polsce Ludowej. Niestety, sprawa nie jest taka prosta. Ten drugi świat to raczej relikt transformacji lat 90., która przerwała szary, ale stabilny świat rządzony przez PZPR, i zastąpiła go może i kolorową, ale o wiele bardziej nieznaną gospodarką rynkową. Wśród ludzi, których można nazwać wykluczonymi, nie ma już PRL-u. Są wspomnienia o nim, zniekształcane przez dzisiejsze trudne doświadczenia. Płytkość analizy unaocznia inny fragment z rozdziału poświęconego urlopowi na Mazurach:

Czy uda nam się dostrzec Polskę, której nie znamy, prężącą się i pławiącą w czymś, co nas zaskoczy? Czy w Polsce coś bulgoce, zaczyna się ferment, jak choćby w Hiszpanii albo Nowym Jorku, gdzie ruch oburzonych walczy o sprawiedliwy kapitalizm? Czy też zobaczymy tylko tę dobrze nam znaną Polskę mniej lub bardziej udolnie budującą za unijne pieniądze drogi i ośrodki zdrowia, tonącą w kostce Bauma, którą musimy teraz mieć wszędzie, żeby wreszcie, po latach zdrad, gwałtów, zaborów i upokorzeń, i u nas było jak na Zachodzie? (s. 180)

Niestety, trudno nie odnieść wrażenia, że opisywany eksperyment stał się raczej odegraniem napisanej przez siebie roli w teatrzyku. Coś, co byłoby naturalne w autentycznym społeczeństwie realnego socjalizmu, w Polsce 2011 r. jest tylko kreacją i zabawą. Wcielenie się w człowieka PRL jest fajne, zwłaszcza, gdy może być to wygodne – bardzo dobrze widać to w wątku konfliktu małżeńskiego „kury domowej” z „ojcem rodziny”, stanowiącym ważną oś narracyjną książki. Na pewno jest zaś sztuczne, staje się surogatem prawdziwych zachowań, próbą wyobrażenia sobie, że jest się gdzie indziej. Niestety, pokazuje to nam niewiele.

Oprócz wątpliwości co do samego sposobu ujęcia tematu można mieć też zarzuty co do jego realizacji. Sięgając po książkę i czytając opinie o niej, liczyłem na dobrą reporterską robotę, tj. uchwycenie ciekawych relacji osób trzecich, które chciałyby opowiedzieć o swoim PRL. Przyznam, że po początkowych próbkach (np. wypowiedź człowieka, który po 1989 r. remontował w blokach z wielkiej płyty łazienki, czy ekspedientki w mięsnym, która stwierdza, że problemem dzisiejszym jest to, „że wszystko rzucili naraz”), byłem do tego aspektu książki nastawiony pozytywnie. Niestety, z czasem coraz więcej opisów było nakierowanych na odczucia własne autorów, zaś cytowane wypowiedzi napotkanych osób zaczęły być coraz bardziej przewidywalne i nieciekawe.

„Nasz mały PRL” Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego to w miarę przyzwoity reportaż o dzisiejszej kondycji ludzkiej i zagrożeniach kapitalizmu. Niestety, niewiele dowiadujemy się z niego o Polsce Ludowej, a jeśli już, to raczej o współczesnych wyobrażeniach na jej temat, tudzież śladach PRL we wspomnieniach ze szczęśliwego dzieciństwa. Tamtego systemu dało się doświadczyć, żyjąc w prawdziwym 1981 i 1982 roku. Dziś może to być tylko udawanie i tworzenie pewnej kreacji. Odwołując się do kategorii przytoczonych na początku recenzji, bliższej raczej obrazkom z filmów Barei.

Redakcja i korekta: Agnieszka Kowalska


Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: mARIA |

Książkę przeczytałam i uważam, że był to czas stracony.Autorzy nie są dowcipni ale prześmiewczy. Kultowa 'Przyjaciólka', szklana ryba, trwała ondulacja, to lata 50-te. A może tak do kuchni włocławski fajans, na stół cepeliowski bieżnik a nie chiński stylonowy.W tamtych latach to m.in. kultowy był raczej 'Przekrój.'Ówczesna modna fryzura była modelowana nożyczkami. Tych kilka szczegółów potwierdza jak bardzo po partacku autorzy przyłożyli się do swego dzieła. Nie będę już czytać reportaży p.Szabłowskiego, bo srodze się zawiodłam na jego rzetelności dziennikarskiej.



Odpowiedz

Gość: atrojka3 |

Czas bardzo szybko mija, za trzydzieści lat autorzy tego bardzo ciekawego eksperymentu będą mieli okazję na własnej skórze przekonać się, ile prawdy i ile zabawności jest w rekonstruowaniu przeszłości, gdy ktoś z młodzieży kolejnego pokolenia zechce wcielić się w obecnych współczesnych nowoczesnych mieszkańców zeuropeizowanego i zglobalizowanego naszego kraju ( "nowoczesnego" ), gdy będą krążyć po pustej już pewnie za lat trzydzieści cyberprzestrzeni, klikać serduszka i lubię to, kopiować, wklejać, oglądać profile, kupować świąteczne gadżety, biegać po supermarketach w poszukiwaniu supercen, rozsyłać swoje cv w poszukiwaniu pracy, w pracy sprawiać wrażenie zapracowanego i męczyć się beznadziejną nudą wykonywanych zajęć, nadużywać wulgaryzmów w miejscach publicznych i w ogóle mówić ciągle : powiem szczerze i zajebiście, pokazywać palec środkowy jako F.Y., koniecznie mieć pępek na wierzchu, który już wówczas będzie śmieszniejszy niż ondulacja, zamiast której będą mogli sobie zrobić dredy. Na tatuaże na pewno się nie zgodzą, ale będą mogli sztucznymi okleić się tu i ówdzie oraz "okolczykować" jak najgęściej... Poza tym następne pokolenie będzie miało o wiele łatwiejszą rekonstrukcję czasu, ponieważ Internet jest pełen śladów współczesności.



Odpowiedz

Gość |

a czego można się spodziewać po młodych, wykształconych z „Gazety Wyborczej” ?



Odpowiedz

Gość: Majk |

Książka gówniania, szkoda oczu.



Odpowiedz
Tomasz Leszkowicz

Redaktor działu naukowego, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku, redaktor naczelny Histmag.org od grudnia 2014 roku do lipca 2017 roku. Doktorant w Instytucie Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk. Absolwent Instytutu Historycznego i Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Były członek Zarządu Studenckiego Koła Naukowego Historyków UW. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesuje się także społeczno-polityczną historią wojska. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Publikował m.in. w „Mówią Wieki”, „Uważam Rze Historia”, „Pamięci.pl”, „Polityce” oraz „Dziejach Najnowszych”. Oprócz historii pasjonuje go rock i poezja śpiewana, jest miłośnikiem kabaretów, książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hansa Helmuta Kirsta oraz gier z serii Europa Universalis.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org