Opublikowano
2011-05-27 17:36
Licencja
Wolna licencja

Jacek Komuda - „Banita” – recenzja i ocena

Jacek Komuda, „wyklęty” szlachcic-historyk, po raz kolejny łączy siły z „wyklętym” szlachcicem-rębajłą, swym imiennikiem Dydyńskim. Dzięki temu Czytelnik otrzymuje kolejną pochłanianą jednym tchem barwną opowieść z gatunku płaszcza i szpady, czy może raczej - szabli i kontusza. O ile jednak Henryk Sienkiewicz, z którym Komuda bardzo się lubi... porównywać, tworzył „ku pokrzepieniu serc”, o tyle nasz Autor artystycznie (i anatomicznie) mierzy niżej. Znacznie niżej.


Autor: Jacek Komuda
Tytuł: „Banita”
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2010
ISBN: 978-83-7574-159-9
Oprawa: miękka
Liczba stron: 240
Cena: ok. 27,99 zł
Ocena naszego recenzenta: 6/10
(jak oceniamy książki?)

( C)hamlet polski

Niełatwym zadaniem jest recenzowanie książki tego właśnie Autora. Wszak to człek z mojej konfraterni, os ex ossibus nostris, doktor in spe mej własnej Alma Mater. Zmilczeć błędów nie mogę, przeciw poczciwości grzesząc, gdy zaś nie zmilczę – będzie to kolejny już dowód na zawiść mojej sekty, prześladowców owego „niezależnego historyka”. Palma męczeństwa już zresztą odbiła naszemu Autorowi, który na stronie wydawnictwa krótki tekst o sobie kończy kasandryczną wizją: wśród historyków czeka mnie los Pawła Jasienicy. Poznać tam możemy również antypatie Autora (notabene, wielekroć liczniejsze od sympatii), których listę otwierają chamy i chamstwo we wszelakiej postaci. Tak się składa, że ten jego pogląd podzielam. Dlatego przestaję hamletyzować niczym – nie przymierzając – bohater „Banity” na tylnej okładce i biorę się do roboty. Mości Kościeszo – En garde!

Banita, k..wa, złodziej, na jednym jadą wozie...

Na dwustu stronach powieści Autor prowadzi nas przez barwny i okrutny świat XVII-wiecznej Rzeczpospolitej. Świat zamtuzów, zwad, pijatyk, zbrodni, bigoterii i co tam kto chce jeszcze. Intryga, choć prosta, szybko wciąga. Akcja – jak to u Komudy – pędzi na łeb, na szyję, aż do efektownego zwieńczenia, w którym Jacek (Dydyński, rzecz jasna) jeszcze raz będzie musiał dowieść, kto jest pierwszą szablą ziemi przemyskiej. Tym razem znanemu nam rębaczowi przyjdzie zmierzyć się z psychopatycznym mordercą prostytutek w osobie potężnego wojewodzica Potockiego. Działał zaś będzie na zlecenie, oczywiście, właśnie strwożonych cór Koryntu. Tak więc Jacek Dydyński jeszcze raz wspomoże swego postmodernistycznego ziomka i imiennika w walce ze skostniałą konwencją malującą cnotliwych „rycerzy spod kresowych stanic”. Udowodni przy tym, że nie tylko pecunia, ale i cunni pięknych służek Kupida bynajmniej mu non olet.

Jak się to wszystko skończy? Cóż, przekonajcie się sami.

Nihil novi sub sole

Mimo pozorów nowatorstwa, przy tej książce co bardziej „ostrzelany” odbiorca nie będzie się mógł pozbyć swoistego déjà vu. Rzeczywiście, motywy tutaj występujące są mozaiką przewijających się już we wcześniejszych dziełach Autora (i nie tylko jego) pomysłów. Dla przykładu można tu przywołać zasadzkę w młynie, znaną już nam z „Diabła Łańcuckiego” (2007), miłość kawalera do kurtyzany, odbijającą się czkawką jeszcze z „Bohuna” (2006), a w kunsztownej, przyznajmy, parafrazie widzianej i pod „Czarną banderą” (2008). Do licznych zapożyczeń Autor uczciwie przyznaje się w swoich „przypisach” (nawiasem mówiąc, ta nazwa jawną już jest zniewagą i za casus belli stanąć nam może), inne przemilcza. Być może w nadziei, że Czytelnik je znajdzie, puszczając k’Niemu oko, a może przeciwnie. Mnie osobiście mierzi słowo w słowo niemal oddana scena pojedynku z Paska, gdzie ów ostatni ujmował się za Mazurami wśród swych krakowskich sąsiadów. Nie bawi mnie też gag z metresą, której się „wymsknął” tytuł dzieła Łozińskiego. Ani ten z nazwiskiem hiszpańskiego oprycha, ani nawet fakt, iż szermierzem był marnym i zginął rozpłatany przez naszego polskiego witezia.

Exegi munimentum

Złą wolą byłoby jednak złą wolę przypisywać w każdym miejscu Autorowi, oddajmy więc mu sprawiedliwość, że książkę czyta się dobrze. Nie dziwi to, iż na końcu części stricte beletrystycznej (o tej drugiej będzie jeszcze miejsce wspomnieć) Autor dziękuje pewnemu scenarzyście. Swoją drogą, pierwszym scenarzystą tej, jak i każdej innej umiejscowionej w Rzplitej powieści Komudy jest Władysław Łoziński. Jego Cieniom też nasz Autor winien jest szczególną wdzięczność i jeśli nie spiżowy pomnik, to przynajmniej Ave Maria plackiem przy każdym przydrożnym krzyżu w Przemyskiem.

Wracając jednak ad rem: przyznać się przecież muszę, że sam, odżałowawszy czerwońce z własnej studenckiej krwawicy, szarpnąłem się już na cztery poprzednie książki tego Autora. Ba, dwie z nich noszą jego autograf. I choć język Autora uważam za przyciężki i „barokowo” przekombinowany, obawiam się, że gdybym sam przedzierzgnął się w beletrystę, podobne potworki bym żywił. Przyłączę się więc na chwilę do chóru zachwyconych nastolatków (i nie tylko), pisząc, że „Banita” to świetny materiał na dobry dreszczowiec. Jedynymi dłużyznami w przyszłym filmie mogą być tylko wymyślne sceny miłosne, które, jak mniemam, przyjęte zostaną ciepło przez większość fanów talentu Jacka Komudy. Większość, nie oszukujmy się, męską.

(Nie) Kuś Losu

Czytając „Banitę” trudno oprzeć się wrażeniu, że ów „oręż” w narracji zajmuje miejsce (uczciwszy uszy, oczy) zgoła niepoślednie. Że nierządem Polska stoi zauważył już Wacław Potocki, lecz dopiero nasz Autor nadał temu twierdzeniu tak niedościgniony poziom dosłowności. Powie ktoś, że w powieści, pardon my French, kurewskiej jest to nieodzowne i wręcz konieczne. Zgoda. Tę cechę posiada jednak twórczość pana Komudy en bloc, ociekając tak krwią, jak i seksem. W tym właśnie celuje nasz Autor – w naturalistycznym chamstwie, szewskich bluzgach i makabresce.

Dzielnie dotrzymuje w tym kroku innemu gwiazdorowi swego wydawnictwa, znów imiennikowi – Jackowi Piekarze. Obaj przy dziwnym jakimś krypto-mizoginizmie lubują się w podobnych opisach, sławiących „przewagi Małego Rycerza”. Jako nieuczony nie-freudysta oszczędzę sobie dociekania przyczyn tego stanu rzeczy, do tego idącego haniebnie ad personam. Tak, nie jest to bynajmniej świat „rycerzy bez zmazy i skazy”, nie „spod kresowych stanic”, a raczej „spod kresu staników”. I – tak, zgoda – bliżej może tu jest prawdy niż Sienkiewicz. Temu ostatniemu Komuda zarzuca wprost obłudę po raz niezliczony, pastwiąc się nad nim z wytrwałością godną lepszej sprawy. Bliżej prawdy jest też, na przykład, zdjęcie zawartości wychodka. Co nie znaczy jeszcze, że trzeba ten akurat obraz pokazywać i propagować.
No, ale de gustibus... et caetera.

Ars, Mars i Lars

Świat Komudy tętni życiem niczym kanapka trzymana przez tydzień w skarpecie. Oryginalne to, przyznajmy, remedium na nieuchronność porównań i wyjście z cienia Mistrza. A przecież w literackim panteonie sol lucet omnibus i miejsca starczy wszystkim! Radosną twórczość obu panów Jacków mógłby drukować choćby czwarty już imiennik, Soplica. Ów, posesjonat na 100%, destylat na 40%, etykietę posiada i koneksje jakie! Nie od dziś wszak wiadomo, że testosteron w nadmiarze lubi się łączyć z etanolem. A już podchmieliwszy, choć spada potencja, rośnie inwencja. Fantazji przybywa. Można jak Babinicz cognomen odmienić, Larsem się przezwać i tworzyć szwedzki kryminał eksportowy. Bodaj i za Karola Gustawa. Usłużny krytyk każe nam zaraz zapomnieć o Stiegu Larssonie. Wreszcie, idealna a przestronna nisza znajdzie się na rozkładówkach... „Samopała” (bo „CKM” to przecie anachronizm). W sam raz gdzieś między wdzięcznymi „drażniętami” sarmackiej krasawicy, Dody-Łobody.

Młode wilki, „stary” wielki

Nieszczęsny Sienkiewicz cóż ma uczynić? Bronić się nie może przed ujadaniem naszego Autora, kiedy od stulecia niemal przebywa w Lepszym Świecie. Wbrew zaś elukubracjom gorliwych fanów Komudy nie przewraca się raczej w grobie, a spokojnie zażywa zasłużonych wywczasów niebiańskich. „Pokorny inaczej” młody wilk powieściopisarstwa, jako się rzekło, gustuje w porównaniach siebie do noblisty sprzed wieku. Szkoda słów, by dowodzić jak lekkomyślne to wyzwanie. Pod każdym bowiem względem, z wyjątkiem może owego epatowania obrzydliwością, Sienkiewicz bije na głowę nadto zadufanego w sobie „Jacka nad Jackami”. Język, wykorzystanie (i znajomość) źródeł, talent, wreszcie: wartość artystyczna i wydźwięk dzieł autora Trylogii o lata świetlne dystansują Komudę-pisarza. Atoli przyjrzyjmy się teraz Komudzie-historykowi, również zresztą w odpowiedzi na wyraźną i wielokrotnie ponawianą zaczepkę z jego strony.

Jaja (z) Kolumba

Obok blisko dwustu stronic niezłej powieści awanturniczo-kryminalnej, mocno widać zakompleksiony Autor serwuje Czytelnikowi trzydzieści stron „przypisów”. Tam może dać upust swej pysze, do woli pomstować na Sienkiewicza i XIX-wiecznych siermiężnych historyków polskich. Może też podzielić się swymi głębokimi przemyśleniami, głównie wyniesionymi z uczestnictwa w tzw. ruchu rekonstrukcji historycznej. Podczas gdy Autor dobrodusznie odkrywa nam, nie-niezależnym historykom, Amerykę, my mamy czas, tłumiąc nie-grzeczne wybuchy spazmatycznego śmiechu, przyjrzeć się jego warsztatowi. Owóż, „nowy Paweł Jasienica” kuśtyka w chronologii i logice jak poszerszeniały perszeron w błocie.

I tak oto akcja powieści dzieje się wiadomo z grubsza gdzie, lecz nie wiadomo – kiedy (sam Autor pisze mgliście, że rozgrywa się w latach 30. XVII wieku). Fikcyjny, co prawda, Mikołaj Potocki często i gęsto figuruje jako „kniaź”, choć Potoccy z Potoka herbu Pilawa wywodzą się z krakowskiej szlachty. Poznajemy go jako krewniaka hetmana polnego, też Mikołaja (od 1637), a na końcu wyzywa (widocznie) miłościwie im jeszcze panującego... Zygmunta Wazę (zm. 1632). Potestas, klacz Dydyńskiego w oczach gapiów wydaje się być zdobyczą spod Chocimia (1621) lub Kamieńca (1633). Jako znamienity historyk, Autor wiedzieć powinien, że przynajmniej pierwsza z tych „wiktorii” nie przyniosła raczej naszym rycerzom nieprzeliczonych stad bachmatów czy inszych natolijczyków. A jeśli się im już jakoweś dostały, to w warunkach oblężenia albo zdechły z głodu, albo – jako główny składnik zupy - ratowały od tego losu swych nowych właścicieli. Woźny ziemski i Generał Koronny to bynajmniej nie synonimy, a ten pierwszy z łaciny się tłumaczy Ministerialis Terrestris, ów drugi zaś Ministerialis Regni Generalis. Tyleż ciekawa, co nieścisła historia lisowczyków dołączona gratisowo do postaci imć Bełdowskiego to też strzał w stopę. Wszak z niej nawet wywnioskować można, że samotny opój-rubacha, chełpiący się mianem homo lissovianus, występował wówczas tak często i żył tak długo jak, powiedzmy, kwiat paproci.

Fiat, fiat, anatema, anatema!

Szkoda czasu, atłasu i atramentu na zbieranie „kwiatków” naszego – szczęśliwie! – niespełnionego historyka. Względem jeszcze botanicznych paranteli Autora, choć etymologia wiedzie ku hiacyntowi, przy jego nazwisku wskazać wypada raczej narcyz. Oczywiście, każdego innego beletrystę chroni przed taką inkwizycją literacka licentia. Każdego, który nie ogłasza się historykiem Rzeczypospolitej szlacheckiej i Kozaczyzny zaporoskiej, wyklętym i obwołanym banitą przez badaczy dziejów starej daty. W tym gorzkim wyrzucie nasz ulubiony Autor zdradza nieznajomość, co znamienne, drobnych technikaliów związanych z kreacją „wywołańca”. Sąd był bowiem wyrozumiały. Po niestawieniu się delikwenta orzekana była najpierw contumacia, dopiero po odrzuceniu kilku kolejnych szans stawał się ów banitą. Wiedziałby to nasz Autor, gdyby poznał księgi grodzkie bliżej niźli tylko ze słyszenia. Być może olśniłby wówczas badaczy dziejów (nie tylko) starej daty jakąś przełomową pracą, kamieniem milowym w badaniach nad jakimkolwiek zagadnieniem. Tymczasem łaskawy ów trybunał czeka wciąż na (_nomen omen_) rozprawę naszego banity. Czeka, czeka, czeka.

I czeka...

Gaudeamus

Radujmy się więc, bo wszystko jest na swoim miejscu. Róbmy swoje, każdy wedle swych predyspozycji. Niechże historycy opisują dzieje podług reguł „starej daty”, zamknięci w ciasnym kręgu swojej akademickiej sekty. Natomiast drugorzędni pisarze niechaj piszą, co im ślina na pióro przyniesie, ucząc ojczystej (i nieczystej) historii młodych, napalonych gimnazjalistów.

A jakże prościej byłoby bez tych fochów, gniewów, mądrostek, kompleksów. Całego tego, z pewnością marketingowo „złotojajecznego”, sztafażu klątwy. Po prostu: napisać dobrą opowieść. Bo taką przecież jest, przy wszystkich zastrzeżeniach, „Banita” Jacka Komudy. Stąd moja ocena.

Wierzę, że Sienkiewicza czytać będą jeszcze wnuki naszych wnuków. Ale i dzieła pisarzy-kontestatorów, sądząc choćby po jakości papieru, także w przyszłości czeka doniosła i z wszech miar użyteczna rola.

Tak czy owak – gaudeamus!

Korekta: Mateusz Witkowski


Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Śmiech |

Recenzja świetna. Bardzo adekwatna. W tej akurat powieści pana Komudy, dodam, innych bowiem nie czytałem, zadziwia w tzw. przypisach dziwna tendencja- autor zdaje się tłumaczyć łopatologicznie rzeczy nawet laikom oczywiste, natomiast kwestii trudniejszych jakby unika...Nie podam przykładu, gdyż rzecz czytałem jakiś już czas temu (tendencja mnie jednak uderzyła wtedy) i na tym moja przygoda z panem Komuda się zakończyła. Natomiast narcyzm pana Komudy bije w tychże przypisach po oczach.



Odpowiedz

Gość: historyk ale języka :-) |

Recenzja soczysta bardzo. Czyta się świetnie i trafna ze wszech miar. Większość recenzji teraz mamy ugłaskanych i marketingowo zamawianych (zob. opinie na okładkach książek J. Komudy). O małostkowość autora nie posądzam, wszak wykazanie błędów tam, gdzie powieściopisarz uważa się za wzór prawdomówności historycznej jest cenne. Zwłaszcza, że osądzany przezeń Sienkiewicz nigdy takich deklaracji o prawdzie historycznej nie składał (patrz polemika z Kraszewskim), pisał w innym celu i w innych czasach i został za to uhonorowany.



Odpowiedz

Gość: dario |

Salve kawalerze, przezgrabnie napisane! Tedy wiec rzekne iz wasc pioro masz nie powiem ten tego...grzeczne a kasliwe. Ale skoro sam Jacek na Jackami Komuda sie byl wystawil niczym Szwedzi pod Kircholmem, toc i widac do terminow przyszlo nietrudno... ergo, gaudeamus



Odpowiedz

Gość: Bartek Czajka |

Mnie się receznja podoba; skoro dotyczy beletrystyki, a nie książki naukowej, i to w dodatku powieści autora - jak widzę po recenzji - dość zadufanego w sobie, podoba mi się pomysł pobicia go jego własną bronią. Jeśli taki styl traktować jako wyjątek, jednorazową zabawę, a nie regułę przy ocenie powieści historycznych z drugiej półki, jestem za. Jedynie kilka zwrotów językowych, nazwijmy je \"skarpetkowymi\", nieszczególnie są zgrabne. Chyba, że to pociągnięcie stylum auctoris ad absurdum ;)



Odpowiedz

Gość: Autor |

Przyjmuję na klatę, być może zbłądziłem...



Odpowiedz
Emil Kalinowski

Magister historii i doktorant na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Interesuje się historią nowożytną oraz dziejami i kulturą Irlandii. Podlaski patriota. Naukowo zajmuje się badaniem historii własnej rodziny – Kalinowskich herbu Ślepowron.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org