Jak Amerykanie przeprowadzili blitzkrieg w Prowansji?
Ten tekst jest fragmentem książki Alexa Kershawa „Czterech zuchwałych. Od piasków Afryki do serca III Rzeszy”.
Operacja „Dragoon” okazała się spektakularnym sukcesem: „najlepsza inwazja, w jakiej przyszło mi brać udział” – ocenił potem Bill Mauldin, sławny rysownik gazety „Stars and Stripes”. Inaczej niż pod Anzio alianci wystawili do walki wystarczającą liczbę żołnierzy i wsparli ich skuteczną osłoną z powietrza oraz celnym bombardowaniem ze strony marynarki wojennej. Oszołomieni jeńcy mamrotali o „dywanie bomb” zrzuconym przed desantem, o „targających nerwy” rakietach, o byciu pogrzebanym nie raz, a dwa albo trzy razy pod gruzami i piaszczystą ziemią.
VI Korpus Luciana Truscotta wykonał desant koncertowo; rannych zostało około 400 żołnierzy, zabitych mniej niż 100. „Skruszyliśmy cienką skorupę” – wspominał jeden z oficerów, kolegów majora Keitha Ware’a z 3. Dywizji – „a pod nią nie było już nic, co mogłoby nas powstrzymać”. Z końcem dnia rozpoczęcia operacji, 15 sierpnia, 15. Pułk Piechoty osiągnął wszystkie zamierzone cele. Audie Murphy i kompania B uszczknęli dla siebie kilka godzin odpoczynku w pachnącym, piniowym lesie.
Nazajutrz kompanii B przydzielono ciężarówki, którymi wyruszyła na północ drogą wysadzaną krzewami różowych oleandrów i hiacyntami, mijając niezliczone rzędy winorośli dźwigającej dojrzewające winogrona. Tym razem nie będzie impasu jak pod Anzio, nie będzie czekania. Truscott już rozmawiał ze swoimi generałami, nie pozostawiając co do tego żadnych wątpliwości. Mieli się posuwać naprzód jak najszybciej i jak najdalej.
– Pal licho pisemne rozkazy – zagrzmiał. – W drogę.
Pierwszy raz na tej wojnie Audie Murphy i jego koledzy piechurzy poruszali się naprawdę szybko, pokonując swoją najdłuższą drogę w najkrótszym czasie. Morale poszybowało w górę. Uśmiechy wróciły na twarze. Każdy kilometr przybliżał ich do Niemiec, a więc i do domu. Niemiecka 19. Armia została wzięta z zaskoczenia i wyprowadzona w pole, a teraz wycofywała się wzdłuż doliny Rodanu śladem Napoleona, który wracał tamtędy z Elby. W wielu jednostkach zapanowało rozprzężenie i pojawiła się panika, nie miał kto dowodzić. Każdy był zdany na siebie.
Z kolei wśród Niemców, nawet tych najwytrzymalszych, którzy wytrwali na pozycjach, żeby próbować spowolnić amerykańską inwazję, morale spadało na łeb na szyję. Powszechna była dezercja. Jeńcy kilku narodowości – w tym Rosjanie, Polacy i mieszkańcy Afryki Północnej – klęli z rozgoryczeniem na aroganckich oficerów, którzy uciekali do Niemiec ze skrzynkami francuskiego wina, a ich zostawiali na pastwę furii prowansalskiego blitzkriegu Luciana Truscotta.
Kolejnym celem Truscotta było miasto Montélimar, słynące z produkcji najlepszych francuskich nugatów, przepysznej mieszanki miodu i orzechów. Przycupnęło na wschodnim brzegu Rodanu, a jego serce stanowiła średniowieczna plątanina wąskich, krętych zaułków – idealny teren dla niemieckich strzelców wyborowych. Gdy 15. Pułk Piechoty podchodził pod miasto, wspierająca go artyleria ostrzeliwała kluczowe cele i drogi dzień i noc.
Szybko dały o sobie znać problemy z zaopatrzeniem. Codziennie wystrzeliwano tysiące pocisków, ponad 37 tysięcy na samo tylko Montélimar w ciągu tygodnia. Każdy trzeba było uzupełnić. Kierowcy ciężarówek musieli jeździć na plaże Prowansji, 750 kilometrów w obie strony, po kolejne dostawy. Podtrzymywanie działania trzech dywizji piechoty pochłaniało 380 tysięcy litrów paliwa dziennie. Truscott jednak nie miał zamiaru dać się powstrzymać przed zajęciem Montélimar najszybciej, jak to było możliwe, i po prostu obciął swoim żołnierzom racje żywnościowe o jedną trzecią.
– Jak zabraknie wam benzyny – powiedział – zaparkujcie pojazdy i przemieszczajcie się piechotą!
Montélimar, w dużej części zrujnowane, nareszcie ukazało się w oddali. Po południu 28 sierpnia 1. batalion majora Keitha Ware’a otrzymał rozkaz spenetrowania miasta. Kompania B Murphy’ego poprowadziła natarcie. Na przedmieściach zwiad zauważył samobieżne działo przeciwlotnicze i trzy armaty 88 mm. Murphy i jego pluton, nierozpoznani, zdołali podkraść się do dział okrytych siatką maskującą i nie pozwolili Niemcom na wycelowanie luf i otworzenie ognia.
Niedługo potem Murphy wypatrzył skład amunicji. Kazał sobie podać bazookę, wymagającą nieco innej obsługi niż karabinek, z którego trafiał bez pudła. Po kilku próbach pociski dosięgły składu, który eksplodował z tak ogłuszającą mocą, że ponad 100 Niemców poddało się od razu. Inni rzucili się do ucieczki, a kompania B sformowała tyralierę i zasypała kulami ich plecy i nogi jak na polowaniu na indyki, po czym wkroczyła do tego, co pozostało z Montélimar.
Walczyli bez pardonu, dom po domu, pokój po pokoju. Murphy z drużyną ze swojego plutonu wszedł do budynku mieszczącego niemieckie stanowisko dowodzenia. Potrzebowali kilku cennych sekund, żeby przyzwyczaić oczy do półmroku po jaskrawym świetle dziennym. Murphy tym razem miał ze sobą Thompsona, nie ukochany karabinek. Mógł nim szybko obsypać pomieszczenie znacznie większą liczbą pocisków.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Alexa Kershawa „Czterech zuchwałych. Od piasków Afryki do serca III Rzeszy” bezpośrednio pod tym linkiem!
Drzwi do jednego pokoju były zamknięte.
Czy stał za nimi Niemiec?
Murphy uniósł pistolet, gotów pociągnąć za spust.
Otworzył drzwi. Gapił się na niego żołnierz uzbrojony w pistolet Thompson.
Wyglądał jak czort. Miał przekrwione oczy i poczerniałą, brodatą twarz.
Murphy odruchowo pociągnął za spust. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła.
Strzelił do swojego odbicia w długim, stojącym lustrze. Jeden żołnierz złapał się za brzuch ze śmiechu.
– Pierwszy raz widzę – parsknął – żeby Teksańczyk był szybszy od samego siebie.
Montélimar poddało się trzy dni później, a 1. batalion majora Ware’a dorobił się w tym czasie pochwały prezydenckiej. 3. Dywizja wzięła 800 jeńców i zabiła lub raniła około 500 żołnierzy. Niemcy nie bez przyczyny stawili silny opór w tym mieście.
Bitwa pozwoliła wielu jednostkom pancernym zyskać cenny czas na ucieczkę na północ. Tak czy inaczej, tysiące maruderów nadal gorączkowo próbowały prześcignąć Amerykanów. Setki wozów zaprzężonych w konie i dział telepały się na tyłach spanikowanych niedobitków niemieckiej 19. Armii, zmierzających francuską drogą krajową numer 7 wzdłuż Rodanu w kierunku Lyonu.
Starannie zamaskowane konie z powietrza przypominały jednemu obserwatorowi „chodzące krzaki”, gdy wlekły się za kolumnami wojsk. Samoloty zwiadowcze zaraportowały ich pozycje i artyleria przypisana do 36. Dywizji, jednej z trzech w VI Korpusie Truscotta, zabrała się do roboty. W ciągu kilku piekielnych godzin zgładzono kilkuset niemieckich żołnierzy. Było to największe dzieło zniszczenia, jakiego świadkami były na tej wojnie chłopaki znad Marny. Niemieckie zwłoki puchły, a potem rozkładały się w jaskrawym słońcu, obsiadane przez muchy. 24 kilometry drogi krajowej numer 7 zmieniły się w „Aleję Smrodu”.
Wezwano spychacze, aby utorowały drogę przez pozostałości, rozgarniając na pobocza sterty zwęglonego, karmazynowego mięsa i porzuconego sprzętu. Tu i ówdzie stały cudem nieuszkodzone niemieckie ciężarówki wyładowane łupami: butelkami szampana i koniaku, aparatami fotograficznymi i plikami banknotów, „szeleszczących”, jak wspominał jeden z żołnierzy, „jak liście na drzewie”. Jeden z druhów Audie Murphy’ego z kompanii B nie pogardził naręczem „jedwabnych pończoch, halek i majteczek”.
Po drodze major Ware i jego żołnierze zobaczyli makabryczne sceny. Mieli nigdy nie zapomnieć fetoru masowej śmierci, strzaskanych czołgów, szczątków ciągnących się kilometr za kilometrem, szkieletów przeszło dwóch tysięcy zniszczonych pojazdów… i wszystkich martwych młodych Niemców o zwęglonych twarzach i przypalonych włosach, zamienionych w padlinę. Dziesiątków umierających koni, rżących i rzężących z udręką w wybałuszonych oczach.
Jeden nieśmiały Teksańczyk w kompanii B zobaczył ciężko rannego konia z wnętrznościami na wierzchu. Audie Murphy podał mu pistolet samopowtarzalny Parabellum, zabrany ciężko rannemu niemieckiemu oficerowi. Teksańczyk wycelował w łeb konia, tuż za uchem; rozległ się pojedynczy strzał, zwierzę padło martwe. Teksańczyk kochał konie tak samo jak Murphy. Były lepsze niż ci cholerni ludzie, o ileż wartościowsze, najlepsi przyjaciele, jakich mógł mieć człowiek. One nie masakrowały się nawzajem.
Teksańczyk chciał oddać Parabellum, ale Murphy kazał mu je zatrzymać. Mieli przed sobą dużo więcej koni, a może i ludzi, którym trzeba będzie skrócić cierpienia. Kilka dni później Murphy dowiedział się, że Teksańczyk został trafiony w kręgosłup odłamkiem stali i był sparaliżowany od pasa w dół i już nigdy więcej nie wskoczy na siodło.
Chłopaki znad Marny toczyły się naprzód, zmierzając francuską drogą krajową numer 7 na północ w stronę miasta Besançon, strategicznego węzła drogowego. Szli wzdłuż Rodanu, władczego i płynącego dostojnie w przeciwnym kierunku, do Morza Śródziemnego. Znów rozkoszowali się oszałamiającym uczuciem szybkości i ośmielali się liczyć na zwycięstwo przed zimą, idąc jak burza przez Prowansję, koło pól słoneczników i lawendy, w pejzażu tak pięknym, że kalanie go wojną wydawało się świętokradztwem.
Wapienne wioski poddawały się jedna po drugiej. Miejscowi wylegali na ulice. Weterani I wojny światowej salutowali jankesom, dzieci machały własnoręcznie zrobionymi chorągiewkami w pasy i gwiazdy oraz obszarpanymi trójokolorowymi flagami. Mademoiselles w letnich sukienkach rzucały kwiaty i wręczały butelki wina uśmiechającym się pod nosem, opalonym żołnierzom, którzy korzystali z okazji, żeby przejechać się na przykurzonych shermanach z kadłubami obłożonymi workami z piaskiem, chrzęszczących zwiastunach zwycięstwa. Alianci mknęli teraz przez Francję, ich pewność siebie wręcz szybowała, a nadzieje na szybkie zakończenie tego wszystkiego podzielali tak dowódcy, jak i szeregowi.
Major Keith Ware wyzwalał Europę już od roku, ale dopiero tutaj, w oplecionej winoroślą dolinie Rodanu, na drodze krajowej numer 7, gdy jednocześnie podążał sławną Drogą Napoleona, on i jego koledzy znad Marny poczuli się prawdziwie docenieni. Nie było czasu, żeby się zatrzymać i nacieszyć najlepszym winem na świecie, grand cru z Burgundii, ale na całej trasie na północny wschód, gdzie daleko po ich prawej stronie strzelały w niebo szwajcarskie Alpy, Ware’a i jego żołnierzy witano wiwatami i aplauzem. Wdzięczność wyzwolonych Francuzów była naprawdę pokrzepiająca po skrajnej nędzy i desperacji tak wielu Włochów.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Alexa Kershawa „Czterech zuchwałych. Od piasków Afryki do serca III Rzeszy” bezpośrednio pod tym linkiem!
Upojne chwile nie trwały długo. Przed nimi, w cieniu Wogezów, leżało Besançon z La Citadelle, fortem zaprojektowanym przez architekta-marszałka Vaubana, wznoszącym się nad zakolem rzeki Doubs. Dostępu do miasta broniło też kilka innych, mniejszych fortów z XVII wieku. Dobra szosa, oznaczona na mapie turystycznej Ware’a jako droga krajowa nr 73, wiła się na wschód od Besançon w kierunku Trzeciej Rzeszy i aktualnie stanowiła główną drogę ucieczki 19. Armii. Niemcy nie zamierzali oddać bez walki miasta urodzenia Victora Hugo. Wszystkie trzy pułki z 3. Dywizji miały zostać rzucone do najzajadlejszej, jak się okaże, walki od swojego przybycia do Francji.
5 września kompania B zaatakowała jeden z mniejszych fortów, Fort de Fontain. „Szkopy rozstawiły w forcie moździerze i karabiny maszynowe” – wspominał Ware. Niszczyciele czołgów wraz z artylerią zasypały fort gradem pocisków, a „pod osłoną ciemności” żołnierze przypuścili szturm na jedyny most prowadzący do fortu, po czym go oczyścili15. Reszta miasta skapitulowała trzy dni później16. Batalion Ware’a podążył krętą E23 do Vesoul, położonego 640 kilometrów na północ od Saint-Tropez i przebył ten dystans w niecały miesiąc, ale do Berlina zostało jeszcze 800 kilometrów, a Niemcy, jak się zdawało, poprzysięgli sobie bronić każdego jak psy.
12 września 22-letni porucznik John Tominac, wysoki Pensylwańczyk z kompanii I 15. Pułku Piechoty, zauważył niemiecką zaporę drogową. Była to pierwsza z wielu, które miały spowolnić chłopaków znad Marny w ich marszu w kierunku Mozeli. Tominac wypuścił się sprintem 50 metrów przed swój pluton i strzałami z Thompsona zabił trzech Niemców. Później wraz z towarzyszami przypuścił atak na kolejny punkt usilnie broniony przez Niemców i w zażartej wymianie ognia zdjęli jeszcze 30. Do plutonu dołączył czołg Sherman, a Tominac i jego żołnierze biegli obok niego w stronę trzeciego stanowiska. Wtedy z pełnym złości szczeknięciem niemieckie działo wystrzeliło w czołg i nie tylko go trafiło, lecz także zraniło Tominaca w ramię.
Czołg stanął w płomieniach, lecz załodze udało się wydostać na zewnątrz i uratować przed spłonięciem żywcem. Tominac dźwignął się i wdrapał na pojazd, który toczył się powoli w dół zbocza siłą bezwładu. Płomienie strzelały w powietrze, kule odbijały się od pancerza, ale Tominac, choć ciężko ranny, stanął na wieżyczce palącego się czołgu – według jednej z relacji jego „sylwetka odcinała się szarością na tle nieba” – i chwycił za karabin maszynowy kalibru 12,7 mm.
Tominac puścił serię tak celną, że Niemcy, których miał przed sobą, uznali, że pora wziąć nogi za pas. Na koniec zeskoczył z czołgu i patrzył, jak pojazd stacza się po zboczu i eksploduje. Jego żołnierze otoczyli go kręgiem. Skręcając się z bólu, poprosił sierżanta, aby scyzorykiem wydłubał mu szrapnel z ramienia. Po chwili stanął z powrotem na nogi i znów atakował, tym razem z użyciem granatów ręcznych, czym zmusił do kapitulacji kolejnych 30 Niemców, za co miał zostać odznaczony Medalem Honoru; w ten sposób powiększył już i tak nadzwyczajny dorobek medalowy 3. Dywizji, największy wśród wszystkich dywizji piechoty w Europie. W istocie, do jesieni chłopaki znad Marny otrzymały najwięcej medali jako amerykańscy wyzwoliciele – walczyli najdłużej i prawdopodobnie najbardziej zażarcie przez prawie dwa lata. Koledzy Torminaca znad Marny zdobyli już prawie 100 Krzyży za Wybitną Służbę oraz dobrze ponad 1000 Srebrnych Gwiazd.
Pogoda się pogorszyła. Gazeta niemieckiej 19. Armii, „Die Wacht”, donosiła, że 13 września był szczególnie ponurym dniem. Żołnierze, którzy wycofali się z zalanej słońcem Prowansji, byli obecnie przemoknięci i dygotali z zimna „na progu Rzeszy […]. Między górami północnych Wogezów zawisły gęste chmury. Drogi błyszczą się od deszczu, wiatr omiata chłodem równiny. […] Grzmot armat już niesie się echem po spokojnych kotlinach”.
Dwa dni później kompania B Audie Murphy’ego natrafiła na zaporę drogową.
Rozbrzmiał niski gwizd moździerza.
To koniec.
Pocisk moździerzowy wybuchł kilka metrów od Murphy’ego, rzucając go na ziemię.
Ocknął się przy leju po pocisku. Był ogłuszony i piekły go oczy. Widział swój ulubiony karabinek złamany na pół. W pobliżu leżało dwóch martwych żołnierzy. Murphy spojrzał w dół i zobaczył, że nie ma obcasa przy jednym bucie. Sięgnął w dół i poczuł krew. „To była powierzchowna rana” – wspominał później – „ale dostałem Purpurowe Serce i przed powrotem do jednostki spędziłem dwa tygodnie w szpitalach dla ewakuowanych i rekonwalescentów”.
Kiedy Murphy wrócił na front, niemiecki opór wzmógł się jeszcze bardziej. Liście na szczytach wzgórz nabierały kolorów. Chłopaki znad Marny zmierzały ku Bramie Burgundzkiej, rozległemu obniżeniu terenu na północnym wschodzie, które oddzielało Wogezy od gór Jura.
„Jak stwierdził Pan przy którejś okazji, Brama Burgundzka to brama do Niemiec” – pisał Truscott 15 września do Alexandra Patcha, dowódcy 7. Armii. – „Widać jak na dłoni, że szkop czyni wytężone wysiłki, aby wzmocnić obronę tego terenu, i że liczy na jego jak najdłuższe utrzymanie”.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Alexa Kershawa „Czterech zuchwałych. Od piasków Afryki do serca III Rzeszy” bezpośrednio pod tym linkiem!
Truscott wiedział, że każdy tydzień opóźnienia może się przełożyć na miesiące niepotrzebnej, wyczerpującej wojny podczas nadchodzącej zimy.
„Natarcie na Bramę Burgundzką powinno się rozpocząć możliwie jak najszybciej. […] Jak zademonstrowano nam w Italii w zimie ubiegłego roku, szkop potrafi spowolnić postępy drugiej strony do ślimaczego tempa, a nawet całkowicie je zastopować, i to mając przeciw sobie większe siły”.
Nie miał zamiaru jeszcze raz oglądać swoich żołnierzy w górskim potrzasku, tym bardziej że patrole rozpoznawcze były 80 kilometrów od granicy Niemiec.
„Byłoby to, jak się zdaje, marnotrawstwo – angażować trzy najbardziej doświadczone dywizje w amerykańskiej Armii w operację, w której mogą powstrzymać je siły stanowiące ułamek ich własnych i w której ich udowodniona zdolność manewrowa jest tak silnie ograniczona”.
Patch nie był zachwycony listem Truscotta. Nie lubił, kiedy mówiono mu, co ma robić. Był w końcu generałem, dowódcą Truscotta, nie jakimś zastępcą półgłówkiem.
Odpowiadał przed swoim szefem, Eisenhowerem, ten jednakże był pochłonięty postępami daleko na północy.
„Z przerażeniem myślę o zbliżającej się wilgoci, zimnie i śniegu, nużącej robocie w górach” – pisał Truscott swojej żonie Sarah 16 września. – „Niebo płacze teraz bez ustanku”.
Tamtego wieczoru Patch skontaktował się z Truscottem telefonicznie.
– Uważam, że pański list nam się nie przysłużył – powiedział Patch. – Ktoś mniej wrażliwy niż ja, a zaznaczam, że do wrażliwców nie należę, dostrzegłby w nim brak wiary we własnych przywódców. Uznałem, że powinienem Panu to powiedzieć. To nie był godziwy list.
– Napisałem go, bo takie było moje zdanie. Nie mam oczywiście pełnego obrazu.
– Rozumiem, ale kiedy coś mnie dręczy, muszę to z siebie wyrzucić. Taki już jestem.
– Co do mnie, ma pan moje pełne i serdeczne wsparcie, cokolwiek pan zdecyduje. Jeśli według pana ktoś inny wykona tę robotę lepiej niż ja, nie będę dyskutował. Ale nie sądzę, aby to było możliwe.
– Wiem.
– Zajęliśmy pozycje. Wszystko jest przygotowane. Nie możemy teraz przerwać.
Patch to rozumiał, ale potrzebował zgody Eisenhowera, zanim spuści Korpus Truscotta ze smyczy i rzuci go na Bramę Burgundzką.
– Muszę to najpierw zatwierdzić – powiedział Patch – ale dam panu znać przy pierwszej sposobności.
– Jeśli utrzymam dotychczasowe tempo – odparł Truscott – stanę przed umocnieniami na Bramie pojutrze.
Patch zapewnił Truscotta, że omówi z nim dalsze sprawy osobiście, być może kolejnego wieczoru.
– A na razie – zakończył – proszę się tym nie zadręczać.
Łatwo powiedzieć. Truscott uzyskał odpowiedź dopiero po 11 morderczych dniach, przy czym temperatury spadały każdej nocy. Patch przyniósł niepomyślne wieści – pomysł wielkiego szturmu na Bramę Burgundzką nie zyskał poparcia. Była ona zbyt dobrze broniona. Eisenhower poniósł upokarzającą porażkę podczas operacji „Market Garden”, brawurowej próby przekroczenia Renu, która zakończyła się kosztownym fiaskiem. Nie chciał dalszych katastrof.
Chłopaki znad Marny miały w zamian za to dotrzeć do hitlerowskich Niemiec bardziej północną trasą przez Wogezy, które niejeden amerykański piechur będzie wkrótce nazywał „Wozdziz”.
Niebo było zasnute brudnymi, spiętrzonymi chmurami, kiedy wojska Truscotta ruszały, przekraczając wartki nurt Mozeli. „W związku z szybko zmieniającą się sytuacją” – wspominał major Keith Ware – „batalion miał do dyspozycji jedynie [francuskie] mapy drogowe”. Nie były one bardzo szczegółowe, ale wyraźnie pokazywały, co kryje się za Mozelą – Wogezy, których jeszcze żadna atakująca armia nie zdołała przekroczyć w okresie zimowym.
Trudno było wyobrazić sobie gorsze miejsce do walki. Wszystko przemawiało na korzyść Niemców. Wyszczerbione granie wznosiły się nad głębokimi dolinami, które były podziurawione bagniskami i wiodły na smagane wiatrem wrzosowiska. Tu i ówdzie w gęstych lasach iglastych na większych wysokościach znajdowały się gigantyczne granitowe skalice. Jodły rosły w ciasnych skupiskach, osiągając gdzieniegdzie wysokość ponad 20 metrów i bez kompasu żołnierze mogli się zgubić już po 100 metrach czołgania się pod niższymi gałęziami. Brakowało dróg, a te, na których mogły zmieścić się czołgi, były wąskie i ostro zakręcały, wijąc się to w dół, to w górę – od jednej wioski z domami z muru pruskiego do drugiej. Poza tym Wogezy nawet jak na północ Europy słynęły z okropnej pogody; zimne fronty utrzymywały się tam całymi tygodniami.
Po awansie z majora na podpułkownika Ware dowiedział się, że patrole napotkały niepokojący opór sił niemieckich w kamieniołomach koło wioski o nazwie Cleurie. Osada przycupnęła w cieniu kilku gór wysokich na ponad 900 metrów, 60 kilometrów na wschód od miasta Colmar. Kamieniołom w Cleurie był, jak później opisał to Audie Murphy, „punkcikiem na bardzo wielkiej mapie, ale w pamięci żołnierzy, którzy tam walczyli, odcisnął się niczym Kings Mountain w wojnie o niepodległość”. Usytuowany był na szczycie stromego, gęsto zadrzewionego stoku i rozpościerał się z niego widok na strategiczną drogę. Nie można było go obejść. Niemcy wydrążyli dwa tunele głęboko w formacjach skalnych i tym samym zabezpieczyli się od artylerii i ostrzału z moździerzy.
Każde podejście do kamieniołomu, punktu oparcia obrony 19. Armii, odbywało się pod ostrzałem snajperów i karabinów maszynowych. Dalsze raporty zwiadowcze potwierdziły, że Niemcy zamienili go w naturalną fortecę, granitową pułapkę-grobowiec. Jego zdobycie okazało się największym wyzwaniem, jakiemu podpułkownik Ware miał stawić czoło w przeszło 400 dniach wojny.
