Jak Rumunia przystąpiła do I wojny światowej?
Ten tekst jest fragmentem książki Adriana Cioroianu „Ojczyznę budujemy każdego dnia”.
Drodzy przyjaciele Historii, rzadko możemy przewidzieć życiowe wyzwania, przed którymi staniemy. Po dobnie jest w życiu państw – często Historia je zaskakuje, a wydarzenia zastają polityków lub dowódców wojskowych nieprzygotowanych. Wybuch pierwszej wojny światowej latem 1914 roku był wielką niespodzianką dla Bukaresztu i dla całej Europy. Tak więc po mówimy tutaj o wejściu Rumunii do Wielkiej Wojny.
Przez dwa lata, od sierpnia 1914 roku do lipca 1916, premier Ionel Brătianu za zgodą króla Ferdynanda prowadził trudne negocjacje dotyczące najlepszych dla Rumunii warunków. Zarówno państwa centralne, jak i Ententa podejrzewały często, że Brătianu gra podwójną rolę. Ale on miał jeden cel: zapewnienie Rumunii (jak mówił) 75% szans zwycięstwa w rozpoczętej już wojnie. Biorąc pod uwagę ówczesne przygotowanie naszego kraju, okazało się to bardzo trudnym zadaniem.
Między 4 a 17 sierpnia 1916 roku premier Brătianu podpisał w Bukareszcie w tajemnicy (ale za zgodą króla Ferdynanda) traktat o sojuszu z Francją, Wielką Brytanią, Rosją i Włochami. Dokument stanowił jasno, że Rumunia zawrze w przyszłości w swych granicach Siedmiogród, Banat, Maramuresz, Kriszanę i Bukowinę. W zamian za to kraj zobowiązał się wejść do wojny po stronie Ententy najpóźniej do poniedziałku 28 sierpnia 1916 roku. Sprzymierzone państwa przyrzekły doposażyć armię rumuńską, Rosjanie mieli zaatakować Austriaków na północy i pomóc nam w obronie Dobrudży, a Francuzi i Anglicy obiecali ofensywę przeciwko Bułgarom na północy dzisiejszej Grecji. 27 sierpnia (stare go stylu – według naszego kalendarza obowiązującego do 1919 roku) ambasador Rumunii w Wiedniu, Edgar Mavrocordat, poprosił o audiencję u cesarza Franciszka Józefa i wręczył mu deklarację o wypowiedzeniu przez nas wojny Austro-Węgrom. A rano następnego dnia, 28 sierpnia (lub 15 sierpnia nowego stylu) armia rumuńska przekroczyła Karpaty w uprzednio wyznaczonych 17 miejscach w sile 400 tysięcy żołnierzy. W pierwszych dniach wyniki tych działań były obiecujące.
Na początku wojny morale armii rumuńskiej było bardzo dobre, a od Sybinu i Braszowa aż do Orszowy na zachodzie kraju zdawała się do nas uśmiechać wizja zwycięstwa. Szczerze mówiąc, premier Brătianu i król Ferdynand dokonali tego wielkiego kroku, bo obawiali się, że Austro-Węgry, które doznały porażek w walce z Rosją, mogłyby zabiegać o zawieszenie broni. Jeśli Austro-Węgry zawarłyby pokój z Rosją, to nasze szanse na uzyskanie Siedmiogrodu spadłyby do zera. Podczas negocjacji Francuzi i Rosjanie starali się nas przekonać, by armia rumuńska skupiła się na froncie południowym, przeciwko Bułgarom i Turkom. Ale Ionel Brătianu był niewzruszony. Chciał, żeby armia rumuńska podjęła atak za Karpaty – między innymi dlatego, by było to coś w rodzaju deklaracji politycznej mającej jasno pokazać, że naszym wojennym celem jest zjednoczenie z Siedmiogrodem.
Morale armii było – jak już powiedziałem – dobre. Ale uzbrojenie oddziałów przedstawiało się skromne. Karabiny naszej piechoty były przestarzałe, o słabej zdolności strzeleckiej, bardziej nadające się do wal ki na bagnety. Każdy pułk miał średnio od dwóch do trzech karabinów maszynowych. Każdy pułk niemiecki lub austriacki w Karpatach miał takich karabinów do pięćdziesięciu. Podobnie było z działami większego kalibru. Rumuni posiadali też stosunkowo mało granatów i niewielu spośród naszych żołnierzy umiało się nimi posługiwać. Liczba samolotów i wozów bojowych była jeszcze skromniejsza.
Ktoś mógłby powiedzieć, że latem 1916 roku nasi żołnierze stanowili „świeżą siłę”, podczas gdy przeciwnicy zmęczyli się już dwoma latami wojny. Ale z drugiej strony oni nabyli doświadczenia podczas tych dwóch lat, a my postępowaliśmy tak jak podczas wojny bałkańskiej 1913 roku, kiedy tak naprawdę nie biliśmy wroga, tylko szliśmy naprzód przez pogrążoną w kryzysie Bułgarię.
W dodatku największym naszym problemem była długość rumuńskiego frontu. Począwszy od północy na linii Karpat, aż do linii Dunaju i potem w Dobrudży, armia rumuńska musiała się rozciągnąć na linii frontu liczącej 1400 kilometrów! Powtarzam: 1400 kilometrów! Z tego powodu byliśmy wciąż zależni od naszych sojuszników.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Adriana Cioroianu „Ojczyznę budujemy każdego dnia” bezpośrednio pod tym linkiem!
Morał tej opowieści jest zdumiewająco prosty: nawet najlepsza kondycja armii może się załamać wobec tamy karabinów maszynowych. Choćby żołnierze rumuńscy byli najdzielniejsi, jak już mówiłem, 50 karabinów maszynowych przynosi więcej ofiar niż 6.
Rumuński plan wojny: Założenie Z (sierpień 1916)
Drodzy przyjaciele, z pewnością wiecie, że wszystkie armie mają zwyczaj nadawania kryptonimów swym planom wojskowym. Tak było też podczas pierwszej wojny światowej. Taktykę Francji zwano Plan 17. Plan rosyjski nosił nazwę Wariant A. Niemcy mieli Ofensywę Schlieffena. I wreszcie rumuński plan wejścia do wojny nosił kryptonim Założenie Z. A jakie koncepcje kryły się pod tymi określeniami?
Francuski Plan 17 miał na celu pokonanie Niemiec frontalnym atakiem i okupację Berlina. Celem rosyjskie go Wariantu A było pokonanie Austro-Węgier i Turcji, a potem okupacja Wiednia i Stambułu. Niemiecka Ofensywa Schlieffena miała otoczyć Francję od północy, po przez Belgię, i zaatakować Paryż od tyłu, czyli z zachodu na wschód. Proponuję więc teraz, byśmy zobaczyli, co oznaczał rumuński plan walki – Założenie Z.
Rumuni muszą zrozumieć (i z tego powodu to powtarzam), że nasze miejsce na mapie nadaje nam stosunkowo dużą wagę w każdym konflikcie europejskim. Tak było również na początku sierpnia 1914 roku, gdy wybuchła pierwsza wojna światowa. Przeciwko sobie stanęły dwa sojusze: państwa centralne, czyli Niemcy i Austro-Węgry, oraz Ententa – Wielka Brytania, Francja i Rosja. Oba potrzebowały Rumunii przynajmniej z pięciu powodów. Pierwszym z nich był fakt, że usytuowanie Rumunii było teoretycznie istotne dla każdego, kto chciał kontrolować front na Bałkanach i w Europie Wschodniej. Po drugie: kolejnym, związanym z tym powodem było to, że nasz kraj produkował wiele zboża i dysponował największymi złożami ropy naftowej w Europie. Powód trzeci był taki, że Rumunia z ludnością liczącą 8 milionów mogła zmobilizować około 800 tysięcy żołnierzy, z których ponad 500 tysięcy tworzyłoby armię operacyjną.
Według wszelkich analiz naszych przyszłych sojuszników i nieprzyjaciół powód czwarty był taki, że rumuński żołnierz cieszył się dobrą opinią jako mało wymagający i zdolny do wielkich wysiłków. Oba sojusze obiecywały uzbrojenie armii rumuńskiej, która była wyposażona bardzo skromnie. I w końcu piąta przyczyna, dla którego sojusz z Rumunią był pożądany, polegała na tym, że każdy z sojuszników miał nam co obiecać. Jak już wcześniej napisałem, Anglicy, Francuzi i Rosjanie obiecywali Siedmiogród, a Niemcy i Austriacy – Besarabię. Wobec tych propozycji Rumuni musieli już tylko dokonać wyboru.
W lipcu 1916 roku król Ferdynand, rząd Ionela Brătianu i Sztab Generalny armii rumuńskiej w końcu wybrali. Kryptonim naszego planu wojny brzmiał Założenie Z. Według tego planu armia rumuńska miała dwa priorytety. Pierwszy z nich to atak w kierunku północno-zachodnim, poprzez Karpaty na Siedmiogród. Około 420 tysięcy żołnierzy, czyli 80% naszego wojska operacyjnego, miało walczyć na zachodzie z Austriakami i Węgrami, a w szczęśliwym wariancie, po trzydziestodniowej ofensywie mieliśmy zaatakować, oblegać lub okupować Budapeszt. Drugim priorytetem Rumunii była obrona całej strefy południowej (bardzo rozległej!) na linii Dunaju i w Dobrudży. Tam rozmieszczono trochę ponad 140 tysięcy żołnierzy: 70 tysięcy miało bronić rumuńskiego brzegu Dunaju, a 72 tysiące – mostów w Dobrudży Południowej, czyli w Turtucaia i Silistra. Na mapie ten plan wygląda bardzo dobrze.
Według Założenia Z, w przypadku ataku Bułgarów i Turków z południa, armia rumuńska miała stawiać opór przez przynajmniej dziesięć dni, podczas których spodziewano się pomocy rosyjskiej w sile około 50 tysięcy żołnierzy. Rumuni i Rosjanie mieliby następnie przejść do ofensywy w Bułgarii, by zająć północ i zachód tego kraju. Tak miałaby powstać strefa buforowa na południe od Dunaju, pozwalająca nam na kontynuację ofensywy na froncie zachodnim, w Siedmiogrodzie.
Drodzy przyjaciele, jak wiecie, ten plan się nie powiódł. Musimy pamiętać, że jego porażka, która nadeszła, nie była zawiniona tylko przez nas. Rzeczywiście my nie walczyliśmy, jak by należało, ale również sojusznicy nie byli w stanie wesprzeć nas tak, jak obiecywali. A morał naszej opowieści jest taki, że wojny nie toczą się na mapie, ale na polu walki. À la guerre comme á la guerre!
