Autor: Agnieszka Krzemińska
Tagi: Artykuły, Archeologia, Polska, Ujęcia przekrojowe, Historia życia codziennego i obyczajowości
Opublikowany: 2022-04-27 17:14
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Jakie skarby archeologowie znajdują w… latrynach?

Doświadczeni archeolodzy twierdzą, że wiek latryn potrafią określić „na nos”. Co kryje się w średniowiecznych i nowożytnych dołach kloacznych? Czego możemy dowiedzieć się o ludziach, którzy korzystali z latryn przed wiekami?
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Agnieszki Krzemińskiej „Grody, garnki i uczeni. O archeologicznych tajemnicach ziem polskich”.

Rzymianie załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne we wspaniałych wieloosobowych latrynach. Siedziska były z marmuru, na podłogach kładziono mozaiki, ściany dekorowano malowidłami. To nie wszystko, bo czasami nieczystości spłukiwała woda, a po wypróżnieniu można się było umyć lub podetrzeć gąbką na kiju. Do naszych czasów zachowało się dwieście pięćdziesiąt latryn z różnych miast imperium, najstarsze z II wieku p.n.e. W IV stuleciu n.e. w samym Rzymie znajdowały się aż sto czterdzieści cztery toalety, z czego największe mogły pomieścić sto osób naraz. Te miejskie wychodki miały zupełnie inną funkcję niż ich współczesne odpowiedniki — poza tym, że załatwiano w nich potrzeby fizjologiczne, służyły też do spotkań towarzyskich. Niby eleganckie i skanalizowane, jednak współczesny człowiek raczej nie czułby się w nich komfortowo. Po pierwsze były przeznaczone dla obu płci, po drugie — cuchnące i pełne bakterii. Pod tym względem niczym się nie różniły od jednoosobowych drewnianych wygódek, które budowano u nas w średniowieczu i epoce nowożytnej, odkrywanych dziś przez archeologów.

Odpływ Cloaca Maxima do Tybru (fot. Lalupa; domena publiczna)

Zaraz po otwarciu starej latryny jej wypełnisko ma konsystencję masła o zielonkawym zabarwieniu, szybko jednak ciemnieje pod wpływem kontaktu z powietrzem. Poza tym cuchnie. Co prawda trujące gazy nie zagrażają zdrowiu badaczy, ale fetor sprawia, że w głębszych szybach praca bez maseczek ochronnych bywa trudna, a osoby wybierające zawartość muszą się regularnie zmieniać.

Wypełniskiem archeolodzy nazywają zawartość wszystkich znajdowanych podczas wykopalisk dołów, grobów czy jam, które powstały na skutek działalności człowieka. W śmietnikach i grobach jest to ziemia zasypiskowa wymieszana z kośćmi, fragmentami naczyń, narzędziami czy biżuterią, a w wypełniskach dołów kloacznych — najróżniejsze artefakty zatopione w starych ludzkich odchodach.

— Prawda jest też taka, że tolerancja na smród kilkusetletnich odchodów wzrasta wprost proporcjonalnie do długości przebywania w ich otoczeniu — zaręcza doktor Mirosław Marcinkowski z Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. Wie, co mówi, bo przekopał dziesiątki latryn, i o tym, że spędził dzień w latrynie, przypominał sobie, dopiero zdejmując w domu cuchnące ubrania. Podobnie jest z wyciąganymi z dołów kloacznych zabytkami, które czuć latami. Można sparafrazować przysłowie: czym zabytek przez kilkaset lat nasiąknie, tym w muzeum trąci.

Doświadczeni archeolodzy twierdzą, że wiek latryn potrafią określić „na nos”. Według doktor Grażyny Nawrolskiej, która wraz z mężem Tadeuszem przebadała ponad setkę elbląskich latryn, na intensywność zapachu miało wpływ drewno, z jakiego wykonywano szalunki szybów kloacznych. Średniowieczne latryny z dębiny śmierdzą mniej intensywnie niż nowożytne (XVII i XVIII wiek) z belek sosnowych. Główną przyczyną różnic w intensywności zapachu jest chyba jednak wiek latryny — im młodsza, tym woń jest ostrzejsza. Najgorszy smród nie zniechęca badaczy, wprost przeciwnie, daje nadzieję na znaleziska. Panująca w dołach kloacznych wilgoć i pozbawione tlenu środowisko doskonale konserwują przedmioty z materiałów organicznych, które w innych warunkach nie miałyby szans na przetrwanie. Dlatego latryna jest wyjątkowym obiektem badawczym dla historyków i archeologów, ale też osteologów, biologów, genetyków czy historyków sztuki. Dzięki analizom dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o użytkownikach toalet oraz o czystości i zamożności miast, bo to w nich latryny znajdowane są najczęściej.

REKLAMA

W przeciwieństwie do miast Imperium Romanum w średniowiecznych ośrodkach nie było publicznych toalet. Nie wszędzie nawet przydomowe wychodki stanowiły część planu budowlanego, więc potrzeby fizjologiczne załatwiano w sposób mało higieniczny, na przykład wylewając zawartość nocników na ulice albo kopiąc na podwórkach płytkie dołki. Na dłuższą metę było to nieznośne (zważywszy, że nieczystości zostawiali po sobie nie tylko ludzie, ale i trzymane w miastach zwierzęta), dlatego z czasem za kamienicami pojawiły się latryny i ustalono zasady, gdzie należy je stawiać oraz kto ma się zajmować ich opróżnianiem.

To, w jaki sposób budowano latryny w danym mieście, zależało od mody i dostępnych materiałów, ale zazwyczaj szyby latryn umacniano kamieniami albo drewnianymi szalunkami, by zapobiec osuwaniu się ścian i ułatwić opróżnianie, gdyż dół kloaczny zapełniał się szybko, zwłaszcza jeśli traktowano go również jako śmietnik. O tym, kiedy należało opróżnić przepełnioną kloakę, decydował właściciel parceli, czasami zmuszony do tego przez sąsiadów, którym przeszkadzał smród lub wylewające się z niej nieczystości. W niektórych miastach, na przykład w Gdańsku, Elblągu czy Toruniu, nieczystościami zajmował się człowiek od brudnej roboty, czyli miejski kat wraz z pomocnikami. Niezależnie od tego średniowieczne miasta tonęły w brudzie. I to dosłownie, bo wszędzie zalegała gruba warstwa mierzwy (poziom ulic średniowiecznego miasta leży kilka metrów pod współczesnymi brukami), stąd moda na drewniane klapki na koturnach, zwane patynkami, które wkładano na buty, gdy wychodzono z domu.

[…]

Odpływ z Cloaca Maxima na ilustracji z 1860 roku

Cuda z kupy

Wyjmowanie z latryn cudownych naczyń czy sztućców jest oczywiście fascynujące, czasami jednak większe wrażenie robią rzeczy zupełnie niepozorne, ponieważ są znane jedynie z tekstów i ikonografii, a wykonane z nietrwałych materiałów, nie miały szans, by dotrwać do naszych czasów. Zachwyt wzbudzają drewniane miski, łyżki i części mebli (w Elblągu zachował się nawet taboret z dziurką, który służył jakiemuś oseskowi za pierwszy sedes), skórzane buty czy patynki, paski oraz tekstylia: wełniane czapki i rękawice, jedwabne wstążki czy szpule nici.

REKLAMA

W latrynie przy ulicy Świętojańskiej 10 w Gdańsku archeolodzy znaleźli siedemdziesiąt lipowych grawerowanych i malowanych łyżek i pokrywek, a ponieważ dekoracje były bardzo wysokiej jakości, Andrzej Gołembnik sugerował, że wykonał je artysta (i jego uczniowie), może nawet autor fresków w sąsiadującym z kamienicą kościele św. Mikołaja. Z tą świątynią wiąże się jeszcze jedno znalezisko latrynowe: łańcuch cechowy lub radcowski z zapięciem w kształcie lwich głów, który nosi postać na płaskorzeźbie jednego z bocznych ołtarzy. Swoją drogą, do identyfikacji pewnych artefaktów wyciąganych z wychodków badacze muszą uciekać się do ikonografii. Pomocne jest na przykład doskonale oddające szczegóły życia codziennego malarstwo niderlandzkie. Dzięki niemu w dziwnym drewnianym przedmiocie z jednej z elbląskich latryn rozpoznano piętnastowieczną pułapkę na myszy.

Z tego samego okresu pochodzi jedno z mniej spodziewanych elbląskich znalezisk: okulary przeciwsłoneczne z zielonymi szkiełkami, które trafiły tam zapewne z Włoch lub Niemiec. Najwyraźniej to hanzeatyckie miasto nastawione było głównie na handel z Zachodem, bo jedynym dowodem na kontakty z Orientem jest pozłacana fajka z Turcji. Niektórzy elblążanie wyprawiali się w dalekie podróże, na przykład ktoś zwiedził Hiszpanię podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela i przywiózł ze sobą muszlę św. Jakuba, która wpadła do latryny przy ulicy Wigilijnej 33. Innym dowodem pobożności jest ampułka na wodę święconą z wizerunkiem Chrystusa, noszona przez pielgrzymów, a w Kołobrzegu — cynowy garnek z pieczęcią o treści religijnej. Znaleziony w Gdańsku przy ulicy Kleszej pocięty na paski trzynastowieczny pergamin z Apokalipsą Ezdrasza, którego w XV wieku introligatorzy użyli do podklejenia okładki innej książki, świadczy o braku szacunku do tej apokryficznej wizji końca świata. Czym innym jest obecność pomiętej strony z Biblii w innej gdańskiej latrynie; być może została przez kogoś użyta zamiast papieru toaletowego w ramach antyreligijnego buntu.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Agnieszki Krzemińskiej „Grody, garnki i uczeni. O archeologicznych tajemnicach ziem polskich” bezpośrednio pod tym linkiem!

Agnieszka Krzemińska
„Grody, garnki i uczeni. O archeologicznych tajemnicach ziem polskich”
49,90 zł
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2022
Okładka: zintegrowana
Liczba stron: 360
Premiera: 27.04.2022
Format: 145x210 [mm]
ISBN: 978-83-08-07532-6
EAN: 9788308075326

Ten tekst jest fragmentem książki Agnieszki Krzemińskiej „Grody, garnki i uczeni. O archeologicznych tajemnicach ziem polskich”.

Niektórzy w świątyni dumania „puszczali dymka” (z latryn wyciągnięto dziesiątki fajek), inni czytali (stąd okucia i skórzane lub drewniane okładki książek). Papierowe i pergaminowe strony to rzadkość, ale w Elblągu znaleziono aż dwadzieścia tabliczek woskowych z transakcjami kupieckimi, wśród nich cztery tabliczki z początku XIV wieku z ćwiczeniami retorycznymi, nakreślone zapewne ręką ucznia ze szkoły parafialnej przy kościele św. Mikołaja. Czyżby był tak zły na nauczyciela, że wyrzucił je do toalety?

REKLAMA
Gdanisko pełniło rolę wieży ustępowej (latryny). Na zdjęciu widoczne gdanisko na zamku w Kwidzynie. (fot. MARELBU; CC BY 3.0)

Ku uciesze i rozkoszy

Do dołów kloacznych trafiały też przedmioty związane z rozrywką mieszczan. W Elblągu było to osiem instrumentów muzycznych, wśród nich dwa strunowe: fidel oraz giterna z XV wieku (tej zapomnianej poprzedniczki mandoliny zachowało się w Europie raptem trzy egzemplarze). Archeolodzy wydobyli wiele pionków do gier planszowych, bierek szachowych i kości do gry. Kto wie, czy w wychodkach nie organizowano jakichś tajnych rozgrywek szulerskich, skoro w Elblągu ktoś wrzucił do latryny należącą do oszusta kość z otwieraną ścianką. Na stałą obecność hazardu w życiu elblążan wskazuje znaleziona w jednej z kamiennych latryn, wypełnionej tylko zabytkami z XVIII stulecia, połówka wielokrotnie naprawianego średniowiecznego talerza z przedstawieniem mężczyzn kłócących się podczas gry w tryktraka. Zdaje się, że ozdobny talerz długo służył jako ozdoba, póki się całkiem nie rozpadł. O tym, że w średniowiecznych miastach królowały również seks i rozpusta, świadczy choćby potłuczony kielich w kształcie fallusa z przełomu XV i XVI wieku. Można też domniemywać, że odosobnione i dające prywatność latryny doskonale sprawdzały się jako miejsce oddawania się różnego rodzaju seksualnym czynnościom. W 2015 roku w jednej z latryn przy Podwalu Przedmiejskim w Gdańsku archeolodzy znaleźli dildo z XVIII wieku. Sztuczny fallus został wykonany z jednego kawałka skóry i wypchany włosiem zwierzęcym, a jego żołądź zrobiono z aksamitu. Nie wiadomo, czy osiemnastowieczna zabawka erotyczna trafiła do latryny podczas używania, czy została wyrzucona, ani do kogo ten luksusowy przedmiot należał.

Zgubione czy ukryte

Latryny to miejsce odosobnienia i intymności. Odkrywane w nich przedmioty niekiedy chwytają za serce i pozwalają nam zbliżyć się do ich właścicieli. Weźmy takie warkocze, zapewne obcięte podczas ceremonii oczepin, czy łódeczki, lalki i koniki, które wystrugali dla swoich pociech kochający rodzice. Do najbardziej wzruszających i romantycznych należy znalezione w Gdańsku zwykłe pudełeczko z łyka drewnianego, przewiązane wstążeczką, z kamykiem w środku. Było to tzw. życzenie, zwyczaj pochodzący z Kaszub, polegający na tym, że wychodząca za mąż panna wkładała do pudełeczka kamyk symbolizujący jej życzenie.

— Znaleźć po pięciuset latach czyjeś marzenie to jest coś, bo trudno sobie wyobrazić rzecz bardziej osobistą — przekonywał tuż po jego odkryciu Andrzej Gołembnik. Tego, czy się spełniło, czy może trafiło do latryny po śmierci zaklinającej lub czy zostało przez nią wyrzucone, nie dowiemy się nigdy.

REKLAMA

Zdecydowana większość rzeczy odnajdowanych w latrynach trafiła do nich celowo, bo były zepsute lub niepotrzebne. Są jednak przedmioty ewidentnie zgubione podczas wizyty w toalecie, jak pieniądze, klucz na łańcuszku czy szeroki mieszczański pas, który ktoś starannie zwinął i zapewne położył na desce klozetowej. Gdy wpadły do środka i utonęły, mało kto decydował się nurkować w szambie po zgubę. Z tego samego powodu niektórzy mogli tam ukrywać rzeczy cenne. W latrynie z przełomu XIV i XV wieku w hanzeatyckim Greifswaldzie archeolodzy natrafili na cztery ołowiane pieczęcie papieża Bonifacego IX, którego pontyfikat przypadł na lata 1389–1404. Były to bardzo pożądane przedmioty, służące do pieczętowania ważnych dokumentów i listów odpustowych, dlatego ich odkrywcy przypuszczają, że ktoś chciał wykorzystać pieczęcie do zrobienia podróbek, a bojąc się przeszukania, schował je do woreczka i ukrył w kloace. Pomysł trudny do udowodnienia, ale niebezpodstawny.

Czy jesteśmy w stanie ustalić, do kogo należała dana latryna? Czasami zawartość kloak sugeruje, jaki zawód wykonywał jej właściciel lub użytkownik. Jeśli we wnętrzu zgromadzone były przykładowo stosy potłuczonych fiolek po lekarstwach, można przypuszczać, że należała do aptekarza (tak było w Ingolstadt w Niemczech), a gdy były to półprodukty z metalu lub rogu (jak w Gdańsku), że wychodka jako śmietnika użył jakiś metalurg i rogownik. Czasami zachowały się informacje o właścicielach poszczególnych kamienic, więc możemy porównać, czy przekazy o ich bogactwie mają swoje odzwierciedlenie w latrynach. W Gdańsku latryny w centrum miasta (np. przy Długim Targu) zawierały wiele importowanych naczyń z kruszcu i innych przedmiotów wysokiej jakości, podczas gdy te przy prowincjonalnym kościele św. Mikołaja najwyżej imitacje luksusowych przedmiotów. Trzeba jednak pamiętać, jak słusznie zauważa doktor Marcinkowski, że z tych samych latryn korzystali nie tylko właściciele kamienic, ale i służba.

Latryny żołnierskie w XIX-wiecznej Twierdzy Boyen w Giżycku (fot. MOs810; CC BY-SA 4.0)

— W badanych w 2019 roku elbląskich kloakach na zapleczu kamienic przy uważanej za zamożną ulicy Bednarskiej znaleziska wcale nie były bogatsze niż te znajdowane przy biedniejszej Studziennej. W tamtejszych latrynach z siedemnastego wieku była to chińska porcelana, fajans niderlandzki, cynowy talerzyk z puncą wytwórcy i kilka świnek-skarbonek. Być może akurat w tym okresie właściciel tej kamienicy się wzbogacił — opowiada archeolog. Zresztą przyporządkowanie danej latryny konkretnej rodzinie nie jest łatwe, bo nie zawsze zamożny właściciel kamienicy, którego imię znamy z dokumentów, w niej mieszkał. Wielu bogaczy miało kilka domów i wynajmowało je.

REKLAMA

Badania latryn w Elblągu dostarczyły mnóstwa danych na temat życia w prowincjonalnym mieście hanzeatyckim, które w połączeniu z informacjami zachowanymi w dokumentach tworzą niezwykle ciekawy obraz życia w średniowieczu i nowożytności. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że z liczącego w średniowieczu tylko 24 hektary miasta przebadano zaledwie 20% powierzchni, to możemy sobie uświadomić, jak mnóstwo przedmiotów, w których zaklęte są historyczne informacje, kryje się w latrynach schowanych pod miejskimi brukami. Znaleziska z Gdańska stanowią tylko małą próbkę tego, co mogą nam w przyszłości opowiedzieć, bo coraz to nowocześniejsze metody badawcze, jak analiza DNA pasożytów, są też coraz bardziej dokładne.

Znaleziska latrynowe to również jeden z największych skarbów muzealnych. W dużym stopniu właśnie dzięki nim Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Elblągu należy do najbogatszych w całej Polsce muzeów prowincjonalnych, a przedmioty wyciągane z latryn gdańskich są chlubą trójmiejskich zbiorów. Wielu zwiedzających chętniej zatrzyma się przy gablocie ze sztucznym penisem, fragmentem skórzanego buta, warkoczem panny młodej czy woskową tabliczką niż przy wielokrotnie już oglądanym mieczu albo monetach. To, co robi największe wrażenie w znaleziskach latrynowych, to możliwość podejścia niezwykle blisko do ludzi z przeszłości.

Pod wieloma względami wnioski, jakie dziś wyciągamy z zatopionych w wychodkach historycznych artefaktów, są naszą projekcją przeszłości, konkretnych wydarzeń czy sytuacji, mniej lub bardziej poprawną. Wynikają z założenia, że żyjący setki lat temu ludzie zachowywali się podobnie do nas. Mogło tak być, ale przecież nie wszyscy korzystali z toalet.

Co prawda w starożytnym Rzymie mężczyźni oddawali mocz do specjalnych pojemników ustawianych w różnych częściach miasta, ponieważ zawarty w urynie amoniak nadawał się do prania i garbowania skór, ale już publiczne wypróżnianie się w dowolnym miejscu uchodziło za niekulturalne i niezgodne z etosem obywatela. Niemniej był to nagminny proceder, jak wspominają antyczni komediopisarze i jak wynika z graffiti na murach w Ostii pod Rzymem czy w Pompejach. W tym zasypanym popiołami Wezuwiusza mieście, przy Via Stabiana, jakiś buntownik napisał: „Robię kupę tam, gdzie chcę”. Może nie gustował w grupowej defekacji, może był to żart, a może zemsta na kimś, kto mieszkał w pobliżu i zaszedł mu za skórę. Zapewne w średniowiecznych miastach wyglądało to podobnie, można było oberwać zawartością nocnika lub wdepnąć w kupę. Choć nie zachowały się dowody w postaci graffiti, nietrudno się domyślić, że co ustronniejsze zaułki pełniły funkcję toalet.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Agnieszki Krzemińskiej „Grody, garnki i uczeni. O archeologicznych tajemnicach ziem polskich” bezpośrednio pod tym linkiem!

Agnieszka Krzemińska
„Grody, garnki i uczeni. O archeologicznych tajemnicach ziem polskich”
49,90 zł
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2022
Okładka: zintegrowana
Liczba stron: 360
Premiera: 27.04.2022
Format: 145x210 [mm]
ISBN: 978-83-08-07532-6
EAN: 9788308075326
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Agnieszka Krzemińska
Dziennikarka działu naukowego w tygodniku „Polityka”, autorka popularnonaukowych książek, absolwentka archeologii na Uniwersytecie Warszawskim i berlińskim Freie Universität, rekomendowana do stypendium twórczego przez Ryszarda Kapuścińskiego. Publikowała m.in. w „Świecie Nauki”, „Wiedzy i Życiu”. Była zastępczynią redaktora naczelnego kwartalnika „Archeologia Żywa” oraz szefową działu naukowego w redakcji internetowej Polskiego Radia.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy