Autor: Stanisław Milewski
Tagi: Polska, Ujęcia przekrojowe, Historia życia codziennego i obyczajowości, Historia społeczna, Artykuły
Opublikowany: 2013-04-03 07:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Kasiarze – złodziejska arystokracja

Kasiarze – twierdziły przedwojenne gazety – stanowili zupełnie odrębną kastę w świecie przestępczym. Byli jego arystokracją; to w tamtych latach żurnaliści z upodobaniem używali określenia „dżentelmen włamywacz”. Rozbijając bankowe skarbce, mogli liczyć na miliony, a jedno udane rozprucie kasy przynosiło czasem majątek. Uprawianie tego „zawodu” wymagało jednak znacznych nakładów pieniężnych, wiedzy technicznej i inteligencji.

Jeszcze po ostatniej wojnie, na początku lat siedemdziesiątych, wrocławski kryminolog Zbigniew Bożyczko, który jako pierwszy w naszym kraju zaczął penetrować środowiska przestępcze „od wewnątrz”, przeprowadzając mnóstwo wywiadów z kieszonkowcami oraz innymi złodziejami, ustalił, że wtedy oni wszyscy przyznawali właśnie kasiarzom czołowe miejsce na liście szemranych specjalizacji. Błyskotliwych włamań do skarbców bankowych już w tym czasie nie było, pozostała jednak legenda.

W szeregach tej złodziejskiej arystokracji można było spotkać nawet ludzi z wyższym wykształceniem, bogatych, posiadających kamienice, restauracje, a jeden z asów polskiego kaszarstwa – jak głosiła fama – był ponoć właścicielem warszawskiego kabaretu i nie jest to bynajmniej wymysł, legenda czy też inspiracja filmem Hallo, Szpicbródka; raczej było odwrotnie: to scenarzysta tego filmu inspirował się przedwojenną prasą.

O ile wśród innych złodziei zawodowych – pisała „Gazeta Polska” na początku czerwca 1931 roku – przeważa typ recydywistów, którzy nie wyobrażają sobie innego życia, o tyle kasiarz ma jasno sprecyzowany cel: zrobić majątek i dokonać życia jako bogaty i uczciwy obywatel.

Dziennikarz tej gazety przeprowadził wywiad ze starym, wytrawnym kasiarzem, który niejedną rozprutą kasę miał na sumieniu i to nie tylko w Polsce. Teraz był właścicielem restauracyjki we własnej kamienicy na jednym z przedmieść. – Najważniejsze – powiedział – jest przygotowanie roboty. Musi być mądry „nadawca”, który dokładnie powie, jak „pudło”, czyli kasa stoi, ile w niej jest pieniędzy i kiedy wpływają większe kwoty. „Nadawcą” może być woźny, urzędnik, służący, musi on także ułatwić kasiarzowi wejście do lokalu, obejrzenie kasy przed robotą i ustalenie, jakie narzędzia będą potrzebne.

To wszystko, co mówi „nadawca” – dodał ów szemrany rozmówca – trzeba jeszcze sprawdzić z własnym wywiadem, na poczcie, w banku, przez śledzenie pewnych osób. Następnie musi być przeprowadzone doskonałe rozeznanie w terenie: czy można wejść przez piwnicę, sklep czy sufit. Trzeba też sprawdzić, co się będzie przebijało, bo betonu nie warto ruszać. Za swoje informacje „nadawca” bierze nieraz nawet aż 40%. Jako nowinkę techniczną wprowadzono wówczas „szwejsowanie”, czyli prucie kasy pancernej palnikiem acetylenowym – „raki” przy wzmocnionym pancerzu nie zdawały egzaminu.

Warszawscy kasiarze wywodzili się spośród włamywaczy, którzy późną nocą forsowali drzwi sklepów jubilerskich lub futrzarskich, bo te właśnie przynosiły najlepszy „kusz”, czyli zdobycz, którą najłatwiej było „spylić” u pasera. Robili to metodą „na filung” – przez wycięcie fragmentu drzwi, lub „na pasówkę” – dobierając wytrychy lub dorabiając klucz po zdobyciu odcisku woskowego, często od kogoś z personelu. Wyważano też drzwi za pomocą jednego lub dwu klinów i łomu, nazywanego w późniejszych już latach „szabrem”. Znana też była metoda „na pająk” w kilkuosobowej grupie: jedni stali „na świecy”, inaczej „na cynku”, lub zapewniali konny transport łupów, włamywacze zaś w tym czasie forsowali zamki i wchodzili do wnętrza, spokojni, że nikt ich nie zaskoczy.

Warszawska prasa już od połowy XIX wieku donosiła o wyczynach włamywaczy. Pod koniec lat pięćdziesiątych „Kurier Warszawski” rozpisywał się o fali „dotąd nie praktykowanych w mieście tutejszym gwałtownych kradzieży przez odbijanie nocą okien sklepowych, m.in. do jubilera”. Spowodowało to zwiększoną czujność policji; uwięziono wówczas 46 osób, „notowanych i bez godziwego zajęcia pozostających”. Podobno odzyskano też większość skradzionych rzeczy.

Henryk Sienkiewicz

Nie zatamowało to już jednak fali włamań, która ciągle miała narastać. Sienkiewicz w połowie lat siedemdziesiątych XIX wieku ze zdumieniem pisał w korespondencji z Ameryki, że w Nowym Jorku dokonuje się mniej włamań niż w Warszawie. Kronikarz „Kłosów” twierdził w 1874 roku, że „w ostatnim czasie coraz częściej słychać o kradzieżach dokonywanych z dużą znajomością sztuki ślusarskiej”.

Dwadzieścia lat później inna gazeta alarmowała, że włamywacze „doprowadzili do artyzmu technikę swego fachu”. Jako dowód przytoczono fakt, że na Nalewkach złapano in flagranti szajkę włamywaczy; wiercili otwór w ścianie sklepu, za którą mieścił się magazyn jubilerski. Byli zaopatrzeni – pisano – w rozmaite instrumenty i narzędzia potrzebne do „cichej roboty”, do wiercenia dziur w ścianach murowanych i rozbijania kas ogniotrwałych, m.in. „w drągi żelazne, świdry, obcęgi, piły, bańki z olejem i latarnie odpowiednio urządzone”. Jak z tego widać, złodziejskie „statki” (inaczej „graty”) były już bardzo urozmaicone, nie tak prymitywne, jak wytrych i łom.

Bogaci kupcy żyli wówczas w ciągłym strachu. Z „fronciarzy”, czyli prostych złodziejaszków sklepowych, wyrośli już bowiem w tym czasie „kasiarze, kasaory, pudlarze i pakowacze” specjalizujący się w obrabianiu kas. Im bardziej kupcy starali się zabezpieczyć przed włamaniami, tym wyższej klasy specjaliści wyłaniali się spośród zwyczajnych, prymitywnie działających rzezimieszków. Wtedy to właśnie zaczęto cenić najbardziej spryt i inteligencję.

Prymitywne kasy – skrzynki żelazne lub drewniane mocno okute – w których przechowywano precjoza, znane były od wieków. Na pierwszy ślad reklamy kas pancernych w warszawskiej prasie można natrafić na początku 1855 roku. „Szafki kasowe zabezpieczające od kradzieży i ognia” prezentował P. S. J. Arnheim, „nadworny ślusarz N. Króla Pruskiego”, który stanął w Hotelu Rzymskim, mieszczącym się w kamienicy zwanej Rydzyna (zburzona w 1939 roku). Także w redakcji „Kuriera Warszawskiego” można było oglądać rysunki kas i prospekty reklamowe tych urządzeń. Zapewne z uwagą oglądali tę nowość, oprócz kupców i przedsiębiorców, także przyszli rozpruwacze.

Produkcję takich kas podjęły zakłady metalowe Roberta Bohtego, funkcjonujące od lat czterdziestych XIX wieku na Nowym Świecie 36, które przetrwały aż do czasów przedwojennych. Wytwarzano tam m.in. kasy ogniotrwałe, będące „rękojmią najzupełniejszą w zabezpieczeniu od kradzieży i pożaru, czego dowiodła odbyta próba ogniowa w Kijowie w roku 1869”. Tak reklamowano pod koniec wieku w gazetach warszawskie kasy, podkreślając, że były jednymi z lepszych w świecie, przewyższając nawet angielskie.

Warszawscy kasiarze szybko jednak je rozgryźli i potrafili bądź otworzyć, bądź rozpruć; prasa brukowa ochrzciła ich natychmiast „rozpruwaczami”, „pudlarzami” lub „pudełkarzami”. W późniejszych latach Urke Nachalnik napisał nawet powieść Rozpruwacze, o bandzie włamywaczy działających na Nalewkach: „Pudło rozpruliśmy w niespełna godzinę” – szczycił się jeden z członków tej szajki.

Kasy ogniotrwałe zabezpieczały głównie przed spaleniem się przechowywanych w nich rzeczy. Ich producenci wkładali między metalowe ścianki substancję ogniotrwałą, ale „kasary” szybko nauczyli się je pruć i nastąpiła wprost epidemia włamań. „Wkrótce po pierwszej wojnie światowej, pomiędzy rokiem 1922 a 1924, nie było dnia, żeby nie notowano rozprucia kasy. Wprowadzone następnie kasy pancerne, o grubszym pancerzu, również nie oparły się zamachom włamywaczy, którzy przystosowali poziom techniczny używanych narzędzi do nowych zadań” – wspominał były policjant, który w Urzędzie Śledczym m.st. Warszawy kierował walką z tego rodzaju przestępczością.

„Rozprucie” kasy stosowano najczęściej; pomagała w tym znajomość typu kasy wyprodukowanej przez określoną firmę, a tę właśnie wiedzę profesjonalni włamywacze zdobywali najpierw. „Grunt, żeby znać, jakiej marki ta kasa jest, a wtedy już wiadomo, czy da się zrobić zwykłym sposobem, to jest rakiem, czy też nie” – takie było zdanie fachowca, niejakiego „Cwajnosa”, przekazane w Życiorysie własnym przestępcy Urke Nachalnika.

Niektóre typy kas miały swoje słabe strony: boczne lub tylne ścianki były w nich stosunkowo cienkie, co umożliwiało rozsunięcie rygli po ich pokonaniu. Wywiercano otwór, wkładano w niego rozwiertak, a potem przyrządem zwanym „rakiem” wykonywano dziurę w kształcie litery „U” bądź „V”; „rak” stanowił rodzaj noża do metalu. Otwierało się nim kasę jak pudełko sardynek.

Sergiusz Piasecki

„Jego raki cieszyły się światową sławą u międzynarodowych kasiarzy” – twierdził słynny złodziej Urke Nachalnik o jednym z warszawskich ślusarzy, który współpracował z włamywaczami. Ze wspomnień cytowanego już policjanta z tamtych czasów, Henryka Lange, wynikałoby, że Nachalnik miał tu na myśli niejakiego „Mongoła”, który ongiś pracował jako ślusarz w fabryce na Woli i wykonywał dla włamywaczy narzędzia do prucia metalowych kas. „To chyba «Mongoł» wynalazł, w każdym razie ulepszył tak zwany rak, działający na zasadzie dźwigni” – przypuszczał Lange.

„«Ażur» z kompletu raków wybrał najodpowiedniejszy i zmontowano z kilku stalowych krótkich rur, wkręcanych jedna w drugą, uchwyt do rąk, który stanowił potężną dźwignię dla właściwego raka” – ten z kolei opis sposobu, w jaki działał wytrawny kasiarz zwany „Ażurem”, zawdzięczamy innemu przestępcy, który stał się literatem, Sergiuszowi Piaseckiemu; można go znaleźć w powieści o szemranym świecie pt. Spojrzę ja w okno.

Bardziej wyspecjalizowani pogromcy kas otwierali je sposobem „na pasówkę”; wymagało to jednak sporządzenia odcisków kluczy i wejścia w porozumienie z kimś, kto miał do nich dostęp. Inni, zamiast „prucia”, wypalali zamek acetylenowym lub też wysadzali go dynamitem bądź nitrogliceryną. Ten ostatni sposób był niezwykle ryzykowny: powodował hałas i wymagał precyzyjnego dozowania materiałów wybuchowych. Znawcy twierdzą, że był rzadko stosowany i w końcu go zaniechano.

Do kasy lub skarbca bankowego trzeba się było jednak najpierw dostać, by pokonać sejf przedstawionymi wyżej sposobami. A to już było czasem jak zobaczymy dalej na przykładach działań „Szpicbródki”, bardzo skomplikowane i niezwykle trudne. Tym bardziej że coraz częściej w pomieszczeniach, w których znajdowały się kasy pancerne lub też w skarbcach bankowych stosowano systemy alarmowe.

Po raz pierwszy poinformował o nich Bolesław Prus w tygodniowej kronice pisanej dla „Kuriera Warszawskiego” już w 1875 roku! „U jednego z panów przedsiębiorców – zachwycał się – widziałem dwie następujące maszynki antyzłodziejskie: pierwsza była szufladką bez zamka, która (jeżeli otworzy ją osoba nie znająca sekretów właściciela) ogłasza fakt ten dzwonieniem zdolnym obudzić umarłego; drugą jest przyrząd, który umieszczony przy drzwiach, w razie otwierania takowych przez złodziei, ogłasza fakt ten dzwonieniem zdolnym zabić żyjącego”.

W tym samym czasie, gdy Prus ekscytował się maszynkami „antyzłodziejskimi”, w mieście zaczęła narastać fala kradzieży zuchwałych, także z włamaniem. Początkowo włamywano się tylko do mieszkań i sklepów, jako że nie wykształciła się jeszcze odrębna, najwyższa w hierarchii przestępców grupa i jej arystokracja – kasiarze, pogromcy bankowych sejfów i skarbców.

Bolesław Prus

Jedno z poważniejszych czasopism, „Biesiada Literacka”, oburzało się w 1876 roku, że zuchwalstwo włamywaczy sięgnęło szczytu i wprost drwią sobie oni z policji. Dowodem tego było włamanie, jakiego dokonano do sklepu krawca w gmachu Teatru Wielkiego, kilkadziesiąt kroków od ratusza, „pod okiem policji, syren i strażaka czatującego na ogień z wieży ratuszowej”. Sprawców schwytano tylko dzięki temu, że urzędnik śledczy wracał akurat nad ranem do domu. Zobaczył worki gotowe do załadunku i furmankę stojącą obok. Furman, ujrzawszy go, zaczął niby karmić konie, chociaż nie miał obroku. Okoliczni stróże spali.

Włamywacze poczynali sobie coraz zuchwałej i działali bez pośpiechu. Jako przykład podawano ograbienie, po raz któryś z rzędu, składu ekskluzywnych futer przy placu Krasińskich, w zabudowaniach należących do starego teatru. Złodzieje włamali się przez dach i czuli się tak bezpieczni, że najpierw zjedli kolację, o czym świadczyły pozostawione ślady, a potem wolno i z rozmysłem dokonali przeglądu futer. Wybrali najcenniejsze za około 10000 rubli, zapakowali je w skrzynię i wywieźli wozem. Nic dziwnego, że coraz głośniej mówiono o współpracy wytrawnych włamywaczy z policjantami i subiektami sklepów.

Z głośniejszych wyczynów kasiarzy warto odnotować ten, o którym prasa warszawska dużo pisała w styczniu 1882 roku. Trzej ludzie – ekscytował się np. „Kurier Warszawski” – „śpiąc i posilając się dla odmiany”, przez dwie noce i jeden dzień buszowali w „składzie wyrobów złotych i srebrnych J. Arszagi w domu hr. Krasińskiego przy ul. Wierzbowej”. Włamali się tam w czwartek w nocy, a przez cały piątek – w święto Trzech Króli – rozbijali kasę ogniotrwałą, w której znaleźli gotówkę i biżuterię o łącznej wartości 60000. rb. Wyszli w sobotę nad ranem. Policja spisała się tym razem znakomicie, bo już 9 stycznia ujęła sprawców. Skradzione walory znaleziono w pobliskiej piwnicy, w dużej torbie podróżnej, jeszcze nie rozpakowane. Byli to więc wyraźnie przygodni amatorzy.

W późniejszych latach dali o sobie znać już wyspecjalizowani kasiarze. Pod koniec maja 1901 roku „Kurier Warszawski” donosił: „Rozbicie kasy w biurze Zarządu Żeglugi przy pl. Teatralnym!” W drugiej połowie listopada: „Rozbicie kasy w dyrekcji tramwajów!” Pod koniec roku podobne zdarzenie miało jeszcze miejsce w klubie myśliwskim. To tylko głośniejsze przypadki, inne utonęły w niepamięci. „Kurier Warszawski” nie zapomniał jednak odnotować w połowie czerwca 1908 roku włamania do kasy w lokalu własnej redakcji!

Oczywiście częściej pieniądze po prostu defraudowano: w 1910 roku np. kasjer Kolei Nadwiślańskiej Jan Kozakow sprzeniewierzył aż 50000 rubli srebrem. W tym samym jednak roku gazety bardziej ekscytowały się, bo to było „barwniejsze” wydarzenie, wyczynem kasiarzy, którzy „obrobili” kasę w fabryce wyrobów żelaznych Serejskiego i Sp. przy Zakroczymskiej 1 oraz rozbili kasę „Merkurego” przy ul. Podwale 17.

W początkowych latach XX wieku groźniejsi niż kasiarze stali się jednak pospolici bandyci, którzy napadali z bronią w ręku na sklepy, kantory, kasy fabryczne i banki. W 1906 roku np. głośny stał się napad na kasę Towarzystwa Telefonicznego i Bank Przemysłowców.

„Na stopę”, czyli z bronią w ręku bandyci napadali i w późniejszych latach: w 1923 roku na przykład było kilka napadów na sklepy jubilerskie. Najgłośniejszy z nich w kwietniu odbył się „na mokro”; zastrzelony został wówczas jubiler M. Rozenberg. W październiku następnego roku duży rezonans w prasie zyskał napad bandycki na kantor bankierski Juliusza Dzierżanowskiego. I tak było co roku: bandyci działali częściej, kasiarze – rzadziej, bo ich robota wymagała zachodu, a nie pistoletu i terroru.

Specjaliści od kas pancernych rozwinęli swoją działalność na dobre dopiero po I wojnie światowej. „Kasiarze warszawscy się rozzuchwalili!” – alarmowała „Rzeczpospolita” na przełomie lutego i marca 1926 roku. O kasiarzach pisano już wcześniej, także o wyczynach „Szpicbródki”, ale dopiero od połowy lat dwudziestych uaktywnili się oni najbardziej. W tymże 1926 roku, na początku marca, „Kurier Warszawski” przyciągał uwagę czytelników tytułem: Zamach na 3 kasy ogniotrwałe, a pod koniec października – Atak włamywaczy w ciągu jednej nocy na 8 kas. W połowie tego samego roku znów pisano: Zamach kasiarzy na Bank Dyskontowy. Kradzież w wielkim stylu!. Bezczelność włamywaczy, zda się, nie miała granic: rok wcześniej włamali się do kasy Sądu Apelacyjnego! – o czym informowała „Rzeczpospolita” w końcu października.

Jeszcze większą bezczelnością było rozprucie kasy w kancelarii prezydenta na Zamku Królewskim, czego dokonała zebrana ad hoc banda kasiarzy. Stało się to w niedzielę 20 lipca 1933 roku; weszli do Zamku, udając robotników, jako że odbywał się tam remont. Ich łupem padło około 22000 zł i papiery wartościowe. Policja bardzo szybko wpadła na ich trop, bo od początku podejrzewano, że „ekipę” wprowadził woźny zatrudniony na Zamku, a mający bardzo podejrzane koneksje. Łup odzyskano, a sprawcy otrzymali od roku do sześciu lat więzienia.

Rok 1927, który kasiarze rozpoczęli rozbiciem kasy ogniotrwałej w „Orbisie”, zamknął się dla nich – według danych opublikowanych w jednym z pierwszych numerów „Gazety Warszawskiej” z 1928 roku – bilansem 68 rozprutych kas. Nie był to bynajmniej jakiś rekord, bo z policyjnych źródeł wynika, że „przeciętna liczba włamań do kas pancernych na terenie Polski w latach 1926–1929 wynosiła 271, zaś w latach 1935–1938 osiągnęła 483 włamania rocznie”. W tej statystyce miał też swój udział „Szpicbródka”.

Działał on już przed pierwszą wojną światową, do spółki z Wincentym Brockim, którego największym osiągnięciem było włamanie się w 1909 roku do skarbca klasztoru na Jasnej Górze. Kierownik „brygady kradzieżowej” Urzędu Śledczego m.st. Warszawy Henryk Lange w swych wspomnieniach twierdzi, że Brocki – mistrz Cichockiego (czyli „Szpicbródki”), został zastrzelony przez niemieckich funkcjonariuszy policji kryminalnej podczas pierwszej okupacji miasta; jest to jednak informacja fałszywa, skoro – jak pisały ówczesne gazety – właśnie on był jednym z głównych oskarżonych w pierwszym powojennym procesie, w którym sądzono „Szpicbródkę”.

Jest bardziej prawdopodobne, że obaj udali się w głąb Rosji razem z cofającą się armią carską, podobnie jak słynni już od początku wieku kasiarze „Koroniaty” i „Kuternoga”, którzy po wojnie handlowali na Kercelaku. Razem z nimi wyjechał kasiarz Rydel-Rydlewski, może z nich wszystkich najsławniejszy przed wojną; po wojnie przepadł bez śladu.

Do historii kryminalistyki – wspominał Henryk Lange – przeszedł dokonany przez „Szpicbródkę” wespół z Rydlewskim podkop pod skarbiec bankowy w Rostowie. Włamywacze wynajęli na Średnim Prospekcie piwnicę, która miała rzekomo służyć jako piekarnia do wypieku warszawskich ciastek. Z piwnicy tej wykopali korytarz podziemny pod jezdnią na drugą stronę ulicy do skarbca bankowego; zdobyli ogromny łup. Całą rzecz finansował, jak przypuszczał Lange, wielki aferzysta Jegor Matwiejewicz Denisow.

W 1919 roku Cichocki pojawił się w Odessie, gdzie popasał polski korpus wojskowy generała Żeligowskiego, który przez Rumunię miał zamiar przedostać się do Polski. Nasi wojacy przebywali tam już dłuższy czas, przy korpusie zorganizowano więc klub oficerski; prócz wojskowych brylowali w nim bogaci ziemianie i przedsiębiorcy mający zamiar powrócić do Polski.

Jednym z prominentów klubu – jak to ustalił potem wspomniany Henryk Lange – był Stanisław Cichocki znany jako „Szpicbródka”. „Wysoki blondyn, nieco łysiejący, z elegancko przystrzyżoną bródką, ładnie wykrojonym nosem i głęboko osadzonymi pod wysokim czołem myślącymi oczami” – takim zapamiętał go Lange, który ze „Szpicbródką” miał do czynienia wielokrotnie.

Wówczas w Odessie Cichocki miał wielkie pieniądze, jakąś znaczną sumę podarował nawet na potrzeby Wojska Polskiego, nie szczędził też rubli na wystawne kolacje dla korpusu oficerskiego. Uchodził za właściciela syberyjskiej kopalni złota lub cukrowni na Ukrainie, nim w Odessie zjawił się wysokiej rangi funkcjonariusz rosyjskiej policji kryminalnej, Polak z pochodzenia, który też zamierzał z naszym wojskiem powrócić do kraju.

Policjant ów zdemaskował hojnego fundatora jako króla kasiarzy. Jego dziełem – opowiadał na prawo i lewo – było głośne włamanie do Banku Azjatyckiego, gdzie łup kasiarzy był tak wielki, iż brali tylko brylanty, rzucając na ziemię złoto. To on, „Szpicbródka”, stworzył legendarną sławę warszawskich kasiarzy. Policja carska, kiedy chodziło o kradzież dokonaną z wielkim rozmachem, znajomością rzeczy i śmiałością, mawiała, że na pewno to jest dzieło „warszawskich worów”. Cichockiemu w tej sytuacji pozostało tylko dyskretnie się ulotnić.

Na łamach prasy międzywojnia postać legendarnego „Szpicbródki” pojawiła się po raz pierwszy już w marcu 1921 roku. „Rzeczpospolita” zamieściła wówczas sprawozdanie z procesu, jaki toczył się w największej sali (nr 1) w pałacu Paca na Miodowej, gdzie mieściły się sądy. Przed Sądem Okręgowym stanęli: sześciokrotnie karany za włamania Wincenty Brocki (ów wspomniany wcześniej „mistrz” „Szpicbródki”) oraz Stanisław Cichocki, przedstawiony przez sprawozdawcę sądowego jako były właściciel kinematografu przy ul. Hożej w Warszawie, a także osobnik trzeci, ich „podrzędny” wspólnik, Józef Strzelecki. „Towarzysze ci zawarli spółkę, wbrew przepisom kodeksu cywilnego ustnie, w celu okradzenia Kasy Przemysłowców w Warszawie; w skarbcu tego banku – pisał dziennikarz „Rzeczypospolitej” – znajdował się wówczas drobiazg – 15 milionów marek!”.

Cichocki był kasiarzem zbyt znanym, by mógł się spodziewać, że policja pozostawi go w spokoju. Po powrocie do stolicy odwiedził więc Wydział Śledczy i zapewnił, że rozpoczyna nowe życie. Prosił, by agenci policyjni nie niepokoili go po każdym włamaniu do jakiejś kasy i nie aresztowali na mieście. Obiecał dobrowolnie stawić się na każde wezwanie.

Nie miał jednak zamiaru porzucać zyskownego procederu. Jak wynika z owej relacji prasowej, razem z Brockim (gazeta pisała: Brodzki) włączył się z entuzjazmem do przygotowań do włamania, które zorganizował pracownik Kasy Przemysłowców Walenty Sieczka, bywalec „Arsenału”, jak nazywano więzienie przy ulicy Długiej. Plan uknuł razem z kolegą „spod celi”, Józefem Strzeleckim, tym, który stanął przed Sądem Okręgowym jako trzeci z oskarżonych.

„Nadawca” – Walenty Sieczka – okazał się jednak niegodnym kompanem. Wolał dostać nagrodę w postaci 3000 marek od towarzystwa ubezpieczeniowego za „sprzedanie” planu włamania niż czekać na niepewny jego efekt. Towarzystwo asekuracyjne natychmiast powiadomiło Urząd Śledczy, toteż gdy „Szpicbródka” razem z kompanami (a może mózgiem „skoku” był Brocki, wymieniany w sprawozdaniu sądowym na pierwszym miejscu?) dostał się do skarbca, czekał tam już na nich dobry znajomy z Urzędu Śledczego, zastępca naczelnika Ludwik Kurnatowski razem z paroma agentami. Wywiązała się nawet strzelanina, bo jednemu z policjantów puściły nerwy.

Włamywacze tłumaczyli się przed sądem dość naiwnie, że przyszli tylko obejrzeć skarbiec. Przeczyły temu kasiarskie „statki”, które znalazły się wśród dowodów rzeczowych, a które – jak to określił sądowy sprawozdawca – „stanowiły arcydzieła perfekcji i powinny znaleźć miejsce w muzeum policyjnym”.

„Późnym wieczorem – czytamy w „Rzeczypospolitej” – Sąd Okręgowy przy szczelnie zapełnionej sali (a była ogromna, bo kiedyś balowa!), ogłosił wyrok skazujący wszystkich oskarżonych na 4 lata więzienia z zaliczeniem aresztu prewencyjnego (14 miesięcy) i zasądzeniem od nich solidarnie powództwa cywilnego na rzecz Kasy Przemysłowców w sumie 5 tys. marek i kosztów procesu”.

Łódź Bank przy ulicy Tadeusz Kościuszki 15. Wnętrza banku "zagrały" wnętrza Domu Bankowego Kramera w filmie "Vabank" (fot. Ralf Lotys/wikipedia; Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0.)

Gdy „Szpicbródka” wyszedł na wolność, wykoncypował plan równie błyskotliwy jak ten, który przyniósł mu miliony rubli w Rostowie. W warszawskim Urzędzie Śledczym opowiadano sobie legendy o tamtym podkopie do skarbca bankowego, jako że wielu agentów policyjnych powróciło do Polski z Rosji. Dlatego też przede wszystkim skupiono uwagę na „Szpicbródce”, gdy jesienią 1926 roku kasiarze w podobny sposób podkopali się pod Bank Dyskontowy przy ul. Fredry 8.

„Podczas wytężonej pracy w postępowaniu osaczania przestępcy – wspominał „rozpracowujący” tę sprawę Henryk Lange – którego inteligencja mogła zaimponować, zadawałem sobie niejednokrotnie pytanie, kim był «Szpic» w rzeczywistości. Z jego różnych powiedzeń, z jego zachowania, sposobu bycia, choćby nawet podczas przesłuchań w Urzędzie Śledczym, doszedłem do wniosku, iż «Szpic» stworzył wokół własnej osoby jakieś wyobrażenie wielkiego przestępcy, dżentelmena włamywacza, bohatera własnej powieści kryminalnej, którą realizował w życiu”.

Bo też i scenariusz włamania do Banku Dyskontowego był godny nie tylko powieści kryminalnej, ale i filmu. Wbrew temu, co cytowany wcześniej stary kasiarz powiedział dziennikarzowi „Gazety Polskiej”, że „betonu nie warto ruszać”, w tym przypadku poważono się na taki wyczyn. Oto co zobaczył kierownik „brygady kradzieżowej” Urzędu Śledczego m.st. Warszawy Henryk Lange, gdy wszedł razem z innymi agentami do bankowego skarbca: „Przez otwór w podłodze można było wejść do jamy, znajdującej się pod betonową, jednometrowej (!) grubości podłogą skarbca. W jamie leżał metrowy blok cementu, wycięty z podłogi, obok cztery lewary samochodowe do podnoszenia ciężarów oraz sześć rurek metalowych, służących do przebijania muru. Podłogę betonową skarbca podstemplowano podkładami kolejowymi, jak widać w tym celu, żeby nie zapadła się wskutek wybicia tak dużego otworu. W jednej ze ścian piwnicy natrafiliśmy na wejście do tunelu o wymiarach 75 na 75 cm. Tunel był oszalowany deskami jak korytarz kopalni”.

Okazało się, że 80-metrowy tunel prowadził do sutereny domu przy ul. Niecałej 7, co ustalił, przeczołgawszy się tam, jeden z wywiadowców. Tunel był wykonany ze znajomością sztuki górniczej: co parę metrów znajdowała się w nim sztolnia, w której kopiący mógł wyprostować kości i zaczerpnąć świeżego powietrza specjalną rurką. Ziemię wywożono małym wózkiem i wysypywano ją do skrzyń w suterenie i piwnicy.

Lokale te wynajęto na magazyn zabawek, ale tego, który je wynajął, nigdy nie odnaleziono, chociaż ślady były jeszcze gorące. Udało się też ustalić warsztat, gdzie wykonano skrzynie, do których potem wsypywano ziemię, jednak osobnik, który je zamówił u stolarza, również zniknął bez śladu. Policja dołożyła wielu starań – przesiano nawet ziemię ubitą w skrzyniach w poszukiwaniu jakichś przedmiotów zagubionych przez kopiących tunel – ale nie znaleziono niczego, co by mogłoby się przyczynić do ustalenia sprawców.

Łupem włamywaczy padły tylko jakieś depozyty, bo do właściwego skarbca, w którym znajdował się milion dolarów (wtedy ich kurs był ho, ho! – nie taki, jak teraz!) nie udało im się dostać. Nie zdołali przeciąć palnikiem acetylenowym 25-milimetrowej stalowej płyty, gdyż dusili się w wykopie gazem powstającym przy tej operacji.

Chociaż modus operandi, jak kryminalistycy określają po łacinie sposób działania przestępców, wyraźnie wskazywał, że to Cichocki był główną sprężyną, nie było dowodów, żeby mu przypisać włamanie do Banku Dyskontowego.

„Szpicbródkę” bezustannie obserwowano, czy organizuje kolejne włamanie. Potrafił jednak, gdy chciał, zgubić nawet najbardziej doświadczonych wywiadowców. Opowiada Henryk Lange:

Trzeba aresztować „Szpica”, bo obserwacja mówi, że zamierza wyjechać z Warszawy. Delegowani wywiadowcy idą w ślad za „Szpicbródką” na Dworzec Wileński. Myli ich nieco okoliczność, że słynny kasiarz przed udaniem się na dworzec wstępuje do sklepu i kupuje piękny bukiet kwiatów. Czy „Szpic” wyjedzie, czy też... Pociąg stoi przy peronie. „Szpicbródka” zatrzymuje się przed oknem wagonu, zamienia kilka słów ze znajdującą się wewnątrz wagonu damą. Oboje uśmiechają się. „Szpicbródka” wręcza pani bukiet, kłania się jej, odchodzi. A więc fałszywy alarm. „Szpicbródka” po prostu żegnał na dworcu jedną ze swych pięknych znajomych, a powodzenie wśród kobiet miał niemałe. Pociąg rusza i nagle „Szpicbródka” zaczyna biec, wskakuje na stopień ostatniego wagonu, odjeżdża. Wywiadowcy nie chcą dekonspirować się otwartym pościgiem, zresztą jest już za późno. Pociąg odjechał. „Szpicbródka” zniknął jak kamfora, prawdopodobnie wysiadł na najbliższej stacji. Udało się jedynie odnaleźć panią, której wręczył bukiet. Pani ta wcale go nie znała. Podszedł do okna wagonu z bukietem w ręku i powiedział: „Pociąg uwożący moją znajomą, której miałem wręczyć ten bukiet, już odszedł. Wobec tego może pani zgodzi się przyjąć kwiaty od nieznajomego...

Latem 1929 roku w środowisku przestępczym Warszawy szeptano sobie po cichu, że „Szpicbródka” „wystawia interes”, czyli organizuje jakieś większe włamanie do banku. Pogłoski te dotarły do Urzędu Śledczego, który podjął intensywne działanie, by najważniejszy przestępca w ich kartotekach tego „interesu nie skluczył”, czyli nie „obrobił” banku. Wzmożono więc obserwację, ową „matkę pracy śledczej”.

I tak ustalono, że kasiarze zamierzają włamać się do Zakładów Graficznych, obok placu Starynkiewicza, gdzie drukowano banknoty. Spodziewali się wielkiego łupu, nie szczędzili więc starań i pieniędzy inwestowanych w to przedsięwzięcie.

Wynajęto murowany domek, który stał za oparkanionym placykiem i urządzono w nim warsztat koszykarski. Złodziej, wyuczony tego fachu w więzieniu, wyplatał koszyki, ale do tej „bazy” zaczęto też zwozić kosze do bielizny, w które później, gdy już zaczęto prace nad podkopem, ładowano ziemię i wywożono tymi samymi furmankami gdzieś za miasto. Wyplatający kosze był przede wszystkim „świecą”, czyli obserwatorem, podobnie jak baba, która na rogu ulicy sprzedawała słodycze.

Podkop tym razem musiał mieć długość 60 metrów; wymiary były podobne, jak w poprzednim podkopie: 75 x 75 cm. Jak ustalono potem, „kopacze” dostawali za 8 godzin pracy 300 złotych, czyli dobrą miesięczną pensję, uwijali się więc na całego, jeden kopał, a drugi wywoził ziemię. Pracowano na dwie zmiany. Prócz urządzeń wentylacyjnych dostarczono też tlen z butli; doprowadzono nawet oświetlenie elektryczne. Wykop był szalowany wcześniej wymierzonymi deskami, odpowiednio przyciętymi, które przywożono w koszach. Organizacja była jednym słowem na miarę „Szpicbródki”, wykonawcami zaś byli zwykli przestępcy.

Urząd Śledczy miał to wszystko „na widelcu” i czekano tylko na główną figurę – Cichockiego. Przygotowania bacznie obserwowano, wywiadowców posadzono nawet z lornetką w gołębniku na pobliskiej posesji.

Znaliśmy na pamięć – wspominał po latach kierujący akcją Henryk Lange – wszystkich uczestników podkopu. Nie tylko koszykarza, ale i czterech „górników” podkopu oraz innych jeszcze złodziejaszków, spełniających funkcje pomocnicze. Co ważniejsze, udało się nam rozpoznać „nadzorcę” roboty. Był to ptaszek nie lada, od dawna poszukiwany przez policję. Nazywał się Bielicki. Podczas ubiegłej wojny służył w żandarmerii polowej, następnie przerzucił się na bandytyzm. Był to mężczyzna o budowie atletycznej, o niezwykłej sile fizycznej i odwadze. Znalazł się już w rękach policji, podczas transportu jednak zerwał kajdanki, zabił konwojenta i zbiegł. Przez dłuższy czas wszelkie poszukiwania nie dawały rezultatu. Niebezpieczny przestępca ukrywał się umiejętnie. I oto teraz znów go mamy. I to przy jakiej robocie! Ale Bielicki nie mógł być organizatorem tak wielkiej imprezy. Nie miał ani dostatecznych kwalifikacji, ani środków materialnych. Był po prostu wykonawcą, „dyrektorem” działającym z czyjegoś polecenia.

Oczekiwanie opłaciło się, bo raz na miejscu poddanym obserwacji zjawił się sam „Szpicbródka”. Wywiadowcy czuli, że plan włamywaczy zmierza do finału, przystąpili więc do akcji. Bielicki nie poddał się łatwo, bo kiedy go schwytano, wyrwał się, a w jego ręku pojawił się pistolet. Został śmiertelnie postrzelony. Inni członkowie szajki, na czele z Cichockim, trafili do aresztu, niebawem zaś stanęli przed sądem.

Proces przed Sądem Okręgowym odbywał się znów, jak poprzedni, w reprezentacyjnej sali balowej w pałacu Paca na Miodowej (dziś jest tam Ministerstwo Zdrowia) i podobnie jak wówczas przyciągnął liczną publiczność spragnioną sensacji. – „Szpicbródka” przed sądem! – wykrzykiwali gazeciarze.

Oto co zanotował jeden ze sprawozdawców sądowych: „Podkomendni «Szpicbródki», wynajęci do pracy w podkopie złodziejaszkowie, nie odznaczali się niczym szczególnym. Powszechną uwagę skupiał na sobie pan siedzący w samym rogu ławy oskarżonych. Można by go wziąć za wziętego lekarza, solidnego handlowca – bo ja wiem – może profesora? Na zapytanie sądu o zawód odpowiedział z powagą: – Złodziej-włamywacz. – Po czym zaprzeczył swego związku z kradzieżą. Wyjaśnień nie składał, jedynie w ostatnim słowie powiedział: Jestem niewinny i to wszystko”. Utrzymywał, że akurat tamtędy przechodził, gdy zatrzymała go policja.

Sprawozdawca sądowy odnotował też clou mowy obrończej adwokata Jerzego Barlanda (to spod jego ręki wyszedł jeden z powojennych asów warszawskiej palestry – Mieczysław Maślanko). – Staję w obronie wolności złodzieja, któremu w danej sprawie nie udowodniono winy. Ta jego wolność jest naszą wolnością, panowie sędziowie!... – skonkludował swe wystąpienie przed sądem wymowny mecenas.

Oskarżeni otrzymali solidarnie po 5 lat kary więzienia, ale gdy sprawa znalazła się na wokandzie Sądu Apelacyjnego, Stanisław Cichocki – jak poinformował „Kurier Polski” z 9 września 1928 roku – został uniewinniony, gdyż nie było przeciw niemu mocnych dowodów. Z uporem twierdził, że przy podkopie znalazł się przypadkowo.

W tych latach cała Polska żyła kilkoma zamachami na skarbce bankowe dokonanymi z udziałem stołecznych kasiarzy. Duże wrażenie zrobiło niezwykle śmiałe włamanie do Banku Handlowego w Łodzi w połowie czerwca 1930 roku.

Odkrył je o godzinie 22.00 jeden z dyrektorów banku, gdy wieczorem przybył do swego biura. Zaniepokojony nieobecnością woźnego, który miał wówczas dyżur, zaczął go szukać po całym gmachu. Przeszukawszy wszystkie pokoje, zszedł do sutereny, gdzie znajdował się skarbiec. Tam stwierdził, że zamki są naruszone, a skarbiec zamknięty tak, że nie można go otworzyć. Oglądając inne pomieszczenia zauważył też, że została rozpruta kasa pancerna znajdująca się w sali ogólnej na pierwszym piętrze.

Kamienica narożna w (na Placu Kościuszki, przy ul. Sieradzkiej). "Zagrała" rolę Domu Bankowego Kramera w filmie "Vabank" (fot. Lestat /wikipedia; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.5)

W tym czasie przyszła do banku żona drugiego woźnego, który już powinien być w domu, a dotychczas nie wrócił. Razem chodzili więc po budynku i szukali dalej. W pewnej chwili usłyszeli jakieś głuche odgłosy dobywające się z wnętrza skarbca. Wezwali policję. Okazało się, że włamywacze uwięzili tam wicedyrektora banku i dwóch woźnych. Ogniotrwała kasa była rozpruta palnikiem acetylenowym, a przechowywane w niej pieniądze – ponad 300000 ówczesnych polskich złotych – zniknęły.

Wszelkie wysiłki podejmowane w celu otwarcia skarbca okazały się daremne i istniała obawa, że zamknięte w nim osoby uduszą się z braku powietrza. Wezwano więc telegraficznie specjalistów z Warszawy, ale okazało się, że te obawy były przedwczesne, bo tymczasem przypomniano sobie, iż zapasowe klucze są przechowywane w innym banku, a i pomieszczenie skarbca było zbyt obszerne, by uwięzieni mogli się w nim podusić.

Śledztwo wykazało, że kasiarzy wpuścił do banku goniec pracujący w nim od trzech lat, który właśnie został zwolniony. Włamywacze uciekli potem razem z nim i ślad po nich zaginął.

Pół roku wcześniej omal nie doszło do „obrobienia” skarbca Banku Polskiego w Częstochowie; padłby pewnie wtedy swoisty rekord, gdyż przechowywano w nim stale 20–30 milionów złotych! Opracowany do ostatnich szczegółów genialny plan, zrealizowany kosztem wielkiego nakładu pracy i środków finansowych, został w ostatniej chwili udaremniony.

Stało się tak dzięki energicznemu śledztwu prowadzonemu w sprawie zuchwałego włamania do magazynu jubilerskiego Edwarda Jagodzińskiego w Warszawie. Funkcjonariusze Urzędu Śledczego, przeprowadzając rewizję w spelunce złodziejskiej przy ul. Pańskiej 66, w mieszkaniu niejakiej Kozłowskiej, aresztowali kilku znanych włamywaczy i kasiarzy. Zrewidowano ich dokładnie i przy jednym, Marianie Brzezińskim, znaleziono plany jakichś obiektów z naniesionymi urządzeniami sygnalizacyjnymi. Miał on też przy sobie rachunek firmy „Perun” produkującej tlen i acetylen. Wynikało z niego, że firma przyjęła do naładowania butle na acetylen przeznaczony do topienia metali przy bardzo wysokiej temperaturze. Skonfrontowano to wszystko z krążącą w sferach kasiarskich plotką, że wkrótce będzie takie włamanie, o którym będzie mówiła cała Europa...

Poddano dokładnej analizie plany i zastanawiano się, jakie budynki i skarbce mają taką sygnalizację jak na nich przedstawiona. Wszystko wskazywało na to, że podobnej sygnalizacji elektrycznej używa się w skarbcach Banku Polskiego, a plany uzyskał podstępnie, podając się za pracownika tej instytucji, jakiś osobnik z firmy „Inż. Malicki” z ulicy Chmielnej, która je instalowała. W mieszkaniu Kozłowskiej zatrzymano też Stanisława Cichockiego doskonale znanego policji jako „Szpicbródka”. Przy nim z kolei znaleziono małą blaszkę specjalnej konstrukcji, która – jak się potem zorientowano podczas żmudnego śledztwa – służyła do wyłączania sygnalizacji bankowej w Częstochowie.

Udała się tam specjalna ekipa śledcza i razem z pracownikami banku ustalono, że do filii banku przy ul. Marii Panny 34 przylega dom, którego właścicielem jest niejaki Rajchert. Mieszkanie u niego wynajął osobnik podający się za Zylbermana mieszkającego pod fikcyjnym adresem przy ul. Grójeckiej w Warszawie. Zapłacił on za częstochowski lokal tytułem odstępnego aż 10000 zł!

W obecności prokuratora i sędziego śledczego opukano ściany i na wysokości 2,5 m na ścianie przylegającej do banku znaleziono zamaskowany tapetą otwór o średnicy jednego metra. W tapczanie znaleziono butlę z tlenem, a w szafie cztery ubrania robocze i gumowe rękawice. W mieszkaniu stało kilka skrzyń wyładowanych gruzem. Sprowadzony przez policję murarz uderzył w ścianę żelaznym drągiem i oczom policjantów ukazało się archiwum banku, z którego swobodnie można było przejść do skarbca. Sygnalizacja była już uszkodzona, a więc włamanie udaremniono rzeczywiście w ostatniej chwili.

Aresztowany „Szpicbródka” wiedział, że się tak łatwo – jak poprzednim razem – nie wymiga, bo znaleziono przy nim ową fatalną blaszkę. Wolał więc uciec z więzienia, mimo że – co można wyczytać na początku października 1930 roku w „Kurierze Polskim” – „zażywał w więzieniu specjalnych wygód i traktowany był w sposób bardzo uprzywilejowany”. Z tego powodu odpowiadał nawet karnie naczelnik więzienia w Częstochowie i jeden z dozorców.

Podejrzewano, że Cichocki zaszył się gdzieś za granicą, schwytano go jednak w kraju. „Gazeta Warszawska” doniosła rok później, że za próbę włamania do banku w Pabianicach wymierzono mu karę 3 lat więzienia. Za włamanie do jubilera Jagodzińskiego i za wyczyn częstochowski stanął przed Sądem Okręgowym w Warszawie 5 września 1932 roku, gdy już obowiązywał nowy kodeks karny. Z tej racji znany ze swej skuteczności i niecodziennych pomysłów mecenas Zygmunt Hofmokl-Ostrowski (ojciec; w tej sprawie bronił też jego brat Wilhelm) natychmiast wnioskował o odroczenie procesu, bo weszły nowe przepisy o działaniu w bandzie. Razem bowiem z Cichockim odpowiadało jeszcze jedenaście osób, a wśród nich równie jak „Szpicbródka” popularny kasiarz Adam Stempel, ongiś współwłaściciel kabaretu „Czarny Kot”.

„Szpicbródka” zasiadł na ławie oskarżonych w białym płóciennym „garniturze” więziennym. „Zgolił sobie swą słynną bródkę i wygląda obecnie zupełnie inaczej niż na sprawie o podkop pod Zakłady Graficzne” – zauważył sprawozdawca sądowy „Kuriera Polskiego”. I dodał lapidarną charakterystykę: „Jest to łysawy osobnik z orlim nosem i mocno wysuniętym podbródkiem”.

„Nie chcę – Cichocki zaczął swe wyjaśnienia od deklaracji – być wyrzutkiem między wyrzutkami społeczeństwa, nie będę więc przytaczał tu nazwisk niektórych ludzi, którzy na tej ławie nie zasiadają”. Przywołany przez przewodniczącego składu, sędziego Jana Kozakowskiego, by mówił na temat, z naciskiem kilkakrotnie podkreślił, że wycofał się z całego planu, gdy zorientował się, że chodzi o „obrobienie” Banku Polskiego. Po pierwsze – policja poruszyłaby wszystkie sprężyny, żeby ustalić sprawców, a po drugie banknoty w Banku Polskim są seryjne i żadnych korzyści by z nich nie było. System alarmowy rozpracował dla wprawy, bo się jeszcze mogło to kiedyś przydać. W toku procesu zaprzeczył zresztą w ogóle, by rysunek przedstawiał schemat sygnalizacji: była to – kpił chyba – popularna w kręgach przestępczych gra w „kerco”.

Jego obrońca też podkreślił, że Cichocki wycofał się z planowanej „roboty” i wnósł o jego uniewinnienie. Wyrok jednak, który zapadł 13 września 1932 roku, opiewał na 6 lat. Łącznie zebrało mu się tego sporo i dopiero w czasie działań wojennych w 1939 roku – jak to ustalił Henryk Lange, o czym można przeczytać w jego wspomnieniach – został zwolniony z więzienia w Białymstoku i uciekł do ZSRR. Razem z innymi wychodźcami znalazł się potem w Iranie, a następnie w Afryce. Ostatni raz widziano go w obozie Kaja, gdzie został wysłany na pobyt czasowy. Potem zaginął wszelki ślad po nim.

„Szpicbródka” miał takie szczęście, że trafiał do więzienia tylko za „skoki” planowane, które w ostatniej chwili nie doszły do skutku. Musiał jednak „obrobić” wiele kas, skoro żył na wolności na wysokiej stopie i zgromadził spory majątek, chociaż temu przed sądem zaprzeczał.

Podczas procesu wytoczonego mu za próbę „obrobienia” Banku Polskiego w Częstochowie złożył następujące oświadczenie: „Proszę sądu! Ja mam niesłusznie opinię bogatego człowieka. Mówi się o kamienicy. Jest to jednak nieprawda. Nie chcąc jednak psuć sobie opinii i być takim sobie złodziejem-nędzarzem, jakich są setki, udawałem zasobnego”. Była to taka sama prawda jak z owym „kerco”.

W jednej celi w więzieniu mokotowskim przebywał z nim czas jakiś komunizujący (gdy znalazł się w ZSRR, wyleczył się z tych sympatii) literat-futurysta Aleksander Wat. Poznał dobrze „Szpicbródkę” i jego świadectwu, że był to osobnik niezwykle inteligentny i nobliwy, możemy wierzyć. Wat wspomniał po latach w Moim wieku, że ów „król włamywaczy polskich, piękny mężczyzna, lat około czterdziestu, mówił ślicznie po francusku, pięknie po włosku i chyba bardzo dobrze po angielsku” (znał też świetnie rosyjski), miał „głos miły, wyjątkowo bogaty w timbre, o bardzo subtelnym sposobie opowiadania”. Redaktor „Miesięcznika Literackiego” w Moim wieku. Pamiętniku mówionym spisanym przez Czesława Miłosza twierdził nawet, że tego „najlepszego w Europie specjalistę” polecił komuś z MSZ, by wykorzystano go w służbie dyplomatycznej!

Po „Szpicbródce” pozostała legenda – ciągle zresztą upiększana w miarę upływającego czasu – jako o ostatnim ze złodziejskich arystokratów. Już przed wojną Włodzimierz Wiskowski, który miał dobre rozeznanie w środowiskach przestępczych, jako że parę lat przesiedział – i prowadził istne studia – m.in. na Rakowieckiej za urzędnicze malwersacje (swe spostrzeżenia więzienne zawarł potem w faktograficznej książce Przepraszam, że żyję), twierdził na łamach „Wiadomości Literackich”: „Młody narybek się nie udał. Już nie ma kasiarzy w wielkim stylu”.

„Asy warszawskiego kasiarstwa przewracają się w grobie na wieść o takich epigonach (...) Cóż robić? Arystokracja wszędzie ulega degeneracji” – tak skomentował głośny przypadek z ostatnich lat, gdy kasiarz w przedsiębiorstwie „Ruch” sforsował kasę ordynarnym „rakiem”. Nie dość, że „pudło” okazało się puste, to nazajutrz mógł przeczytać w „Expressie”, że w kasie ogniotrwałej, stojącej obok, znajdowało się 40000 zł! Do tego policja bardzo szybko wpadła na jego trop, chociaż przygotował sobie niezwykle sprytne alibi: rzekomo nocował w garwolińskim areszcie, na co był nawet wpis w księdze zatrzymań, jako że podstawionego pijaczka wyposażył w swoją książeczkę wojskową. Trzeba przyznać rację Wiskowskiemu: to wszystko rzeczywiście było dalekie od stylu „Szpicbródki”!

Miało to swoje głębsze przyczyny, które dość trafnie wskazał inny skruszony eksprzestępca Edwin Chmurzyński (Redivivus). Twierdził, że to brak pieniędzy i osób skłonnych do finansowania poważniejszych przedsięwzięć „zdeklasował” mistrzów i kazał im przerzucić się na przestępstwa niewymagające większych przygotowań i kosztów. Brak środków – pisał – nie pozwala na długie wyczekiwanie oraz angażowanie się i ryzykowanie wolności dla wątpliwych dochodowo, a wykonywanych z wielką zuchwałością „skoków”. Skończył się okres wypraw po złote runo do banków – dodał na koniec.

W tym też miał chyba rację, twierdząc, że epoka wielkich kasiarzy skończyła się również dlatego, że znaczny postęp techniczny umożliwiał policji nie tylko szybkie ustalenie sprawców, ale często wręcz paraliżował zamierzenia przestępców.

Kierownik „brygady kradzieżowej” przedwojennego Urzędu Śledczego m.st Warszawy Henryk Lange: „Kasa ogniotrwała zawierająca nieraz bardzo poważne sumy ustępowała przed borem i rakiem kasiarza. Ulepszona kasa pancerna musiała ulec palnikowi acetylenowemu w ręku przestępcy. Zwycięski «kasaor» stanął dopiero bezradnie wobec wprowadzenia kas betonowych. Odtąd zaczyna się cofanie świata przestępczego, który «nie nadąża» za postępem techniki zorganizowanego społeczeństwa”.

Tekst jest fragmentem książki Stanisława Milewskiego pt.„Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy”:

Stanisław Milewski
Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy
41,00 zł
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 228
Format: 165 x 235 mm
ISBN: 978-83-244-0108-6

Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Stanisław Milewski
Studiował filologię klasyczną a następnie filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w „Gazecie Sądowej i Penitencjarnej” (później zmieniła ona nazwę, najpierw na „Gazetę Sądową”, a potem na „Gazetę Prawniczą”). Specjalizował się w reportażach z procesów sądowych oraz publikacjach z zakresu historii wymiaru sprawiedliwości, dziejów przestępczości i jej zwalczania oraz historii czasopiśmiennictwa prawniczego. Za "Intymne życie niegdysiejszej Warszawy" (Iskry 2008) uhonorowano go nagrodą „Warszawskiej premiery literackiej – książka maja 2008”. Za książkę "Codzienność niegdysiejszej Warszawy" otrzymał w 2010 r. Warszawską Nagrodę Literacką.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy