Autor: Michał Kopczyński
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, XVIII wiek, Polska
Pierwsza publikacja: 22 marca 2018, aktualizacja: 13 stycznia 2020
Licencja:wszystkie prawa zastrzeżone

Królobójcy? - nieoczywista historia konfederacji barskiej

Konfederacja barska: przyczyny, przebieg, skutki: Niektórzy nazywają ją pierwszym polskim powstaniem. Jej celem był sprzeciw wobec rosnącej kontroli Imperium Rosyjskiego i uległego jej polskiego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przed 250 laty część szlachty zawiązała konfederację generalną w miejscowości Bar.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

3 listopada 1771 roku był deszczowy, podobnie jak cały miesiąc i cała jesień. Niebrukowane w większości ulice Warszawy tonęły w błocie. Nocą miasto ogarniały ciemności. Oświetlone z mocy prawa były bramy miejskie, ratusz, wieża Marszałkowska i Zamek Królewski, a także pałac Brühla, rezydencja rosyjskiego ambasadora. Granice miasta wyznaczał wydrążony rok wcześniej okop, na północy sięgający terenów późniejszej Cytadeli, na południu Łazienek, od zachodu zaś biegnący ulicami Polną, Nowowiejską, Towarową i Okopową (stąd jej nazwa). Warszawę przemierzały patrole złożone z żołnierzy królewskich i Kozaków. Okop miał uniemożliwić przedostanie się do stolicy osób zakażonych grasującą od dwóch lat zarazą, a patrole miały chronić przed konfederatami barskimi – w Rzeczypospolitej bowiem od trzech lat trwała wojna domowa.

Porwanie króla Stanisław Augusta (ryc. Daniel Chodowiecki; polona.pl)

Początek konfederacji barskiej

Wybuchła na początku marca 1768 roku, gdy w podolskim miasteczku Bar zawiązano konfederację w celu obrony wolności i wiary, zagrożonych przez wpływy Petersburga i jego faworyta Stanisława Augusta. Wprowadzony na tron przy walnym udziale rosyjskich wojsk król miał racjonalny program reform politycznych, ale ceną jego realizacji było wypełnianie dyrektyw Katarzyny II. Jedną z nich było zawarcie traktatu wiążącego kraj z Rosją jako gwarantką ustroju, inną – zapewnienie dysydentom dostępu do urzędów i godności. Ta ostatnia sprawa wobec katolickiego zelotyzmu szlachty była szczególnie delikatna. Czarę goryczy przelało brutalne postępowanie rosyjskiego ambasadora Nikołaja Repnina wobec opozycji podczas sejmu lat 1767–1768.

Niektórzy z sojuszników króla nakłaniali go, by głośno sprzeciwił się Katarzynie, inni, bardziej cyniczni, doradzali pełne podporządkowanie. Stanisław August wybrał trzecią drogę: nie ryzykować korony, ale jednocześnie starać się coś utargować. Problem w tym, że trzecie drogi zwykle prowadzą na manowce. Stale szantażowany przez ambasadora król popadał w coraz większą zależność od Rosji i był coraz bardziej znienawidzony przez poddanych. Obrona wiary i polskiego ustroju sprzęgła się z powstaniem przeciw Rosji i namaszczonemu przez nią królowi. Zgodnie z konfederacką propagandą Stanisław August cieszył się z rozlewu polskiej krwi, oddawał rozpuście i zdradzieckim knowaniom.

We krwi tyrana zmyjcie hańbę

Nienawiść poddanych nie dziwi. Barskich partyzantów zwalczano rękami zbuntowanego kozactwa i chłopstwa oraz rosyjskim wojskiem ze słynnym z okrucieństwa płk. Drewiczem na czele, wreszcie z pomocą wojsk królewskich. Wobec porażek w polu konfederaci mieli nadzieję na zainteresowanie sprawą zachodnich mocarstw. Przywódcy Baru sądzili, że temu zainteresowaniu najlepiej będzie sprzyjać detronizacja panującego. W październiku 1770 roku publicznie ogłoszono akt bezkrólewia. W krwi deklarowanego przyjaciela Moskwy, a kraju nieprzyjaciela i tyrana Stanisława Poniatowskiego zmyjcie hańbę i obelgę narodu – pisano. Jednak wbrew oczekiwaniom deklaracja nie została dobrze przyjęta za granicą. Nie nadeszły jeszcze czasy usuwania panujących przez poddanych. Ludwik XVI był na razie tylko następcą francuskiego tronu. Wprawdzie 100 lat wcześniej Anglicy posłali swego króla na szafot, ale w Polsce nie było tradycji królobójstwa. Przed 150 laty na Zygmunta III targnął się niezrównoważony Piekarski, lecz jego czyn nie miał politycznych motywów. O średniowiecznych zabójstwach panujących (Leszka Białego, Przemysła II) pamiętali jedynie historycy. Atmosfera religijnego uniesienia, której ulegali ludzie Baru, i okrucieństwa rosyjskie wydawały się jednak dostatecznym uzasadnieniem bezprecedensowych kroków.

Droga od słów do czynów zajęła rok. W lipcu 1771 roku z projektem zamachu na króla wystąpił Stanisław Strawiński, oficer konfederackiego oddziału Kazimierza Pułaskiego. Plan opracowano z udziałem tego ostatniego na Jasnej Górze. Trzon spisku tworzyli ludzie służący pod jego dowództwem: obok Strawińskiego byli to Walenty Łukawski i Jan Kuźma. Spiskowcy, w sumie 36 ludzi, mieli się dostać w przebraniu do stolicy i czekać stosownej okazji. Pytanie tylko, okazji do czego. Odpowiedź sprawia kłopot. Relacje prasowe i królewski opis stanowczo utrzymują, że chodziło o zabójstwo, lecz gdyby tak było, z pewnością panowanie Stanisława Augusta przerwano by nocą 3 listopada. Celem było raczej porwanie i wywiezienie monarchy do kwatery konfederackiej. Może, by wymusić na królu abdykację, może, by skłonić go do przystąpienia do konfederacji. Dziś trudno to rozstrzygnąć, bo po zamachu jego organizatorzy za wszelką cenę chcieli się wyprzeć swego udziału w nim.

Nieudany zamach

2 listopada spiskowcy przybyli do stolicy. Następnego dnia, między godz. 21 a 22, podzieleni na trzy oddziały czekali na króla u wylotu ul. Koziej. Dowodził Strawiński, Kuźma miał pojmać króla, a Łukawski osłaniać odwrót. Dalej planowano przedarcie się przez okop, na Bielany. Monarcha w tym czasie bawił w pałacu Michała Czartoryskiego. W drodze powrotnej, na wysokości ul. Kapitulnej, karetę zaatakowano z trzech stron. Padły strzały. Na bruku legł jeden z dworzan, drugi krwawił z rozciętej szablą głowy. Korzystając z ciemności, król uciekł w kierunku pałacu Czartoryskiego. Zauważono go, gdy kołatał w zamkniętą bramę. Kuźma strzelił z pistoletu, nie wiedząc, kim jest uciekający, a Łukawski ciął go szablą w głowę. Niedoszłą ofiarę rozpoznał Strawiński i zgodnie z planem przekazał Kuźmie. Odwrót w trzech grupach prowadził ul. Miodową i Długą. Po drodze trzeba było omijać wojskowe posterunki.

Kazimierz Pułaski pod Częstochową (mal. Józef Chełmoński; domena publiczna)

W ciemnościach zamachowcy pogubili się. Król znalazł się sam na sam z Kuźmą. Zaczęli rozmawiać, co w efekcie ocaliło im życie, pogrążyło w niesławie Pułaskiego, a Łukawskiego zaprowadziło na szafot. Początkowo Kuźma chciał wypełnić swą misję. Nie mogę, bom przysiągł albo zabić Waszą Królewską Mość, albo do komendy odprowadzić – rzekł, gdy król prosił o uwolnienie. Ale po co ginąć lub okryć się niesławą, skoro można żyć, choćby za granicą, i mieć zapewniony regularny dochód? Wedle oficjalnej wersji to racjonalne argumenty Stanisława Augusta o niedopuszczalności królobójstwa skłoniły Kuźmę do zmiany planów. Zatrzymali się w młynie na Marymoncie, skąd wysłano na zamek parobka z wiadomością o miejscu pobytu monarchy. Król usnął, a niedoszły morderca strzegł jego bezpieczeństwa.

Na zamku panowało zamieszanie. Zapieczętowano królewski gabinet i skarbiec. Wojsko wytoczyło armaty, tyle że nie było do kogo strzelać. Rosyjski ambasador i generalicja spodziewali się ataku konfederatów na miasto. Wojsko przyprowadziło króla dopiero o godz. 5 rano. Mimo ciemności na ulicach zgromadził się niemały tłum, ze łzami witający cudownie uratowanego władcę (to relacja samego monarchy).

Pozostali zamachowcy na próżno czekali na Bielanach. Zamiast Kuźmy i króla pojawili się Kozacy. Konfederatów rozproszono, Strawiński uciekł, a Łukawski, przebity spisami, leżał bez tchu. Powszechnie przyjętym zwyczajem trupy obrabowano. Dopiero po jakimś czasie w ubraniu Łukawskiego znaleziono list od Pułaskiego z aluzją o czekającym zamachowców zadaniu. Zanim jednak powrócono na pobojowisko, Strawiński zdołał zabrać ciężko rannego Łukawskiego.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru miesięcznika „Mówią Wieki”:

„Mówią wieki”
8,50 zł
Data i miejsce wydania: marzec 2018

Kompromitacja

Wbrew oczekiwaniom konfederatów zamach okazał się dla nich szkodliwy. Zamiast doprowadzić do życzliwego zainteresowania zagranicy, wywołał powszechne potępienie. Dyplomaci byli oburzeni. Co prawda rosyjski ambasador podejrzewał, że Stanisław August sam wszystko zaaranżował, zmienił jednak zdanie po obejrzeniu rany na królewskiej głowie. Dyskontując zamieszanie, rzucał oskarżenia o inspirację na osoby, które podejrzewał o niechęć wobec Rosji. Zamach potępili biskupi – w listach pasterskich piętnowali ohydę królobójstwa. Król zaś rozsyłał za granicę wstrząsające relacje, licząc na współczucie panujących i zohydzenie konfederatów. Jako ciemnych fanatyków religijnych opisał ich inspirowany przez Prusaków Wolter. Nic dziwnego, że w tych warunkach Generalność konfederacji wyparła się zamachu. Podobnie uczynił Pułaski, a na dowód prawdziwości swych słów uwięził przybyłego do Częstochowy Łukawskiego. Niezbyt pilnie strzeżony zamachowiec zdołał zbiec. Ścigany nie tylko przez wojsko, lecz i ludzi Pułaskiego, został pojmany w sierpniu 1772 roku. Tymczasem skompromitowany Pułaski, chcąc ułatwić kapitulację Częstochowy, opuścił twierdzę. Niechętnie przyjęty przez władze austriackie na Śląsku, musiał pod fałszywym nazwiskiem wyjechać do Drezna, a stamtąd do Francji.

Stanisław August w młynie na Marymoncie (polona.pl)

Skompromitowana zamiarem królobójstwa, tępiona przez wojska polskie i rosyjskie, kierowana przez mało rozgarniętych polityków konfederacja barska dogorywała. Traktaty rozbiorowe podpisano w roku 1772, ale zgodnie z przyjętą przez zaborców konwencją Polacy sami mieli zatwierdzić rozbiór. W Warszawie zebrał się sejm. Jednym z punktów obrad był sąd nad niedoszłymi królobójcami. Głównymi oskarżonymi byli niewypierający się swej roli Łukawski i zdrajca Kuźma, na ławie oskarżonych zabrakło Strawińskiego i Pułaskiego. Ten ostatni wysyłał z Drezna do Warszawy memoriały, w których wypierał się swojego udziału w planowaniu zamachu. Drugi nieobecny, Strawiński, serią kontrmemoriałów zadawał kłam twierdzeniom swego dawnego zwierzchnika.

Co dalej

Ciężka była wina i surowego oczekiwano wyroku. Na nic zdało się przemówienie króla, który prosił sąd o łaskę dla oskarżonych. Mowę Stanisława Augusta rozpowszechniano w Europie, gdzie budziła podziw humanitarnym wydźwiękiem. Trudno powiedzieć, czy król był szczery, czy chodziło mu o poklask zagranicy, czy też chciał wielkodusznością poprawić swój wizerunek w kraju. Mimo to sędziowie byli nieugięci. Niejeden pragnął przypodobać się ambasadorowi Katarzyny i dostać do jego otoczenia, ten bowiem nie dość, że niekiedy płacił cudze długi, to w dodatku przegrywał w karty wielkie sumy. Wyrok był więc oczywisty: śmierć, ćwiartowanie i spopielenie zwłok uczestników zamachu, w tym nieobecnych Pułaskiego i Strawińskiego. Cało głowę wyniósł Kuźma, skazany na banicję.

Szafot wzniesiono na ul. Inflanckiej. Zgromadzony tłum liczył podobno 20 tys. osób. W ostatnim słowie Łukawski prosił Boga i ojczyznę o wybaczenie, po czym odważnie położył głowę pod topór. Prochy skazańców rozrzucono wokół szafotu. Obcięte ręce Łukawskiego powieszono na szubienicy przy trakcie, którym przed dwoma laty przybyli do miasta spiskowcy. Obecna przy egzekucji żona skazanego zmarła dwa dni później, małoletniego syna pozbawiono majątku, nazwiska i szlachectwa. Zakuty w kajdany Kuźma asystował przy wykonaniu wyroku.

Kazimierz Pułaski (mal. Juliusz Kossak; domena publiczna)

Pułaski przez kilka następnych lat tułał się pod przybranymi nazwiskami po Europie. Wydalony wraz z innymi konfederatami z pobitej przez Rosję Turcji udał się do Francji. Pozbawiony środków do życia – jego nazwisko jako kompromitujące wykreślono z listy proszących Francję o finansowe wsparcie – szukał pieniędzy w karcianych grach i chodził w tureckim stroju, bo nie stać go było na nowy. Przez pewien czas siedział za długi w marsylskim więzieniu. Wykupiony przez nielicznych przyjaciół, myślał o wyjeździe do Ameryki, gdzie właśnie wybuchła wojna o niepodległość. Uczynił to dzięki pomocy Beniamina Franklina – królobójcza przeszłość Pułaskiego nie przeszkadzała Amerykanom buntującym się przeciw angielskiemu monarsze. Franklin wręczył Pułaskiemu list do Waszyngtona, w którym polecał go jako człowieka słynnego odwagą i ukochaniem wolności. Ostatnie dwa lata życia były konfederat spędził w Ameryce, służąc jako generał kawalerii, sławny odwagą, ale niesforny i niezdyscyplinowany. Zginął w październiku 1779 roku pod Savannah. W kraju rodzina starała się o jego rehabilitację. Powiodło się dopiero w 1793 roku, gdy wyrok skasowała Targowica. Złośliwość historii.

Jan Kuźma opuścił Rzeczpospolitą w grudniu 1773 roku. Osiedlił się we Włoszech, ale legioniści Dąbrowskiego stronili od niego. Po śmierci Stanisława Augusta pensję wypłacał mu książę Józef Poniatowski. W 1803 roku Kuźma powrócił do Warszawy. Zmarł w roku 1822, zdobywając w ostatnich latach życia pewną popularność – starzec chodzący po ulicach w kontuszu i w konfederatce był dla młodzieży symbolem dawnej Polski, która przeszła już do historii.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru miesięcznika „Mówią Wieki”:

„Mówią wieki”
8,50 zł
Data i miejsce wydania: marzec 2018

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy