Autor: Maciej Górny
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, I wojna światowa i dwudziestolecie międzywojenne, Europa
Opublikowany: 2021-10-28 12:40
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Kto nam ustalił granice w czasie konferencji pokojowej w Wersalu?

Sto lat temu w Paryżu doszło do rewolucji, której następstwa okazały się nie mniejsze niż tej, która wybuchła tam w 1789 roku. Nikt wprawdzie nie zdobywał Bastylii ani nie gilotynował przeciwników, rewolucja dokonała się w gabinetach polityków. Jednak jej skutki odczuły miliony ludzi − przede wszystkim w Europie Środkowo-Wschodniej.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Ten tekst jest fragmentem książki Macieja Górnego „Polska bez cudów. Historia dla dorosłych”.

Konferencja pokojowa mająca zakończyć największą wojnę w dziejach ludzkości zaczęła obrady w styczniu 1919 roku. Miejsce wskazywało, że dominującą rolę odegra w niej Francja, ale medialnym hegemonem i symbolem olbrzymich oczekiwań stał się Woodrow Wilson. Amerykański prezydent narzucił nowy język polityki, odwołujący się do moralności i odrzucający cyniczne strony Realpolitik, jaką dotąd w Europie uprawiano. Najważniejsza z prawd, które głosił, dotyczyła prawa narodów do samostanowienia. Inna nakazywała zerwanie z praktyką tajnej dyplomacji. Polityka miała być jawna, uczciwa i oparta na realnych potrzebach zwykłych ludzi.

W teorii zasady Wilsona wszystkim się podobały, a jego sojusznicy − Francja, Wielka Brytania czy Włochy − nie przypuszczali, aby mogły kolidować z ich interesami. Pokonani Niemcy z kolei liczyli na to, że prawo do samostanowienia dotyczyć będzie także ich, a zatem do żadnych poważniejszych ubytków terytorialnych nie dojdzie. I jednych, i drugich spotkało rozczarowanie.

Wielka Czwórka konferencji pokojowej w Paryżu: David Lloyd George, Vittorio Emanuele Orlando, Georges Clemenceau i Woodrow Wilson
Wielka Czwórka konferencji pokojowej w Paryżu: David Lloyd George, Vittorio Emanuele Orlando, Georges Clemenceau i Woodrow Wilson

Liga przegranych

Pierwsi na Wilsonie zawiedli się Włosi. Przed przystąpieniem do wojny Królestwo zawarło w Londynie tajny układ gwarantujący mu zdobycze terytorialne kosztem Austro-Węgier. Tereny objęte porozumieniem sięgały aż do Dalmacji, co byłoby równoznaczne z przyłączeniem obszarów zamieszkanych przez setki tysięcy Słoweńców i Chorwatów. Premier Włoch Vittorio Orlando i jego minister spraw zagranicznych Sidney Sonnino nie widzieli powodu, by po zwycięstwie odstępować od tych postanowień, w czym utwierdzała ich włoska prasa oczekująca jak największych aneksji. Wilson rozczarował Włochów, kiedy pryncypialnie odmówił realizacji postanowień układu londyńskiego. W kwietniu 1919 roku, nie mogąc przekonać do swoich racji włoskiej delegacji w Paryżu, zwrócił się ponad głowami polityków do włoskiego społeczeństwa. W manifeście opublikowanym najpierw w „Le Temps”, a następnie przedrukowanym przez włoskie gazety, tłumaczył swoje racje. Włochy – pisał – znalazły się w obozie zwycięzców i ponoszą odpowiedzialność za nowy porządek w Europie. Dlatego właśnie powinny zadowolić się zdobyczami terytorialnymi w Tyrolu, gdzie osiągnęły swoją naturalną granicę. Do aneksji ziem zamieszkanych przez południowych Słowian nie mają natomiast moralnego prawa. Egoizm powinien ustąpić przed sprawiedliwością.

Manifest zrobił dobre wrażenie wszędzie poza Włochami. Orlando i Sonnino w proteście opuścili Paryż, włoska prasa grzmiała o zdradzie narodowych interesów, a w dyskursie publicznym zaczęło pojawiać się określenie vittoria mutilata, kalekie zwycięstwo.

Rozczarowanie Niemiec przyszło później, dopiero w chwili, gdy zakomunikowano im werdykt zwycięzców. Rzeszy przypisano wyłączną odpowiedzialność za rozpętanie wojny i obarczono ją obowiązkiem wypłaty gigantycznych odszkodowań. Nakazano radykalną demilitaryzację i odebrano kolonie. Wbrew nadziejom rozbudzonym przez Wilsona także straty terytorialne były duże i obejmowały nawet tereny, na których Niemcy byli większością. W przeświadczeniu, że zasada samostanowienia dotyczy wszystkich, tylko nie pokonanych, utwierdził ich surowy zakaz zjednoczenia dwóch państw zamieszkanych przez Niemców: Republiki Weimarskiej i Austrii, pomimo że żądały tego zarówno elity polityczne, jak i opinia publiczna. Ale jako największe upokorzenie odebrano w Berlinie straty terytorialne na wschodzie. Bolały nie tylko oderwane prowincje, ale i to, że beneficjentami postanowień konferencji stali się nowi wschodni sąsiedzi Niemiec, których dotąd nikt w Berlinie nie traktował poważnie. Tym razem to oni znaleźli się w centrum zainteresowania wielkiej polityki.

Pamięć o paryskich obradach na wschodzie Europy ukształtowały wspomnienia ich uczestników reprezentujących ten region. Edvard Beneš, Nikola Pašić, Roman Dmowski i pomniejsi dyplomaci chętnie opowiadali o swoich konfrontacjach z przywódcami mocarstw zmieniającymi oblicze ziemi. W świetle gwiazd międzynarodowej polityki sami mieli okazję zabłysnąć, choćby światłem odbitym.

Relacja Dmowskiego to kliniczny przypadek megalomanii zaprawionej antysemicką obsesją. W jego wydaniu istotą paryskich obrad były tytaniczne zmagania wielkich mężów stanu: przede wszystkim jego samego, cieszącego się wsparciem i sympatią Wilsona i z powodzeniem stawiającego czoła premierowi Wielkiej Brytanii reprezentującemu, a jakże, żydowskie interesy. Ale, jeśli wierzyć dziennikom i wspomnieniom delegatów innych państw, takich „samców alfa” było w Paryżu więcej. Mówiąc delikatnie, ten obraz nie był w pełni prawdziwy.

Jego korektę zacznijmy od przypomnienia, jak wyglądał proces decyzyjny paryskiej konferencji pokojowej. Na początku obrad ustalono, że decyzje zapadać będą w łonie tak zwanej Rady Dziesięciu. Składała się ona z szefów rządów i ministrów spraw zagranicznych zwycięskich mocarstw: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Japonii. Już na tym etapie trudno było uznać sposób procedowania za ucieleśnienie wilsonowskich zasad, sytuacja szybko się jednak zmieniała. Rada Dziesięciu w praktyce wkrótce stała się Radą Pięciu z jednym przedstawicielem każdego z mocarstw. Ignorowanie Japonii przez państwa zachodnie przyniosło wkrótce efekt w postaci uformowania Rady Czterech, a że z podobnym lekceważeniem przywódcy mocarstw traktowali aspiracje Włoch, skończyło się na Radzie Trzech. Coraz bardziej elitarne obrady stawały się z czasem także coraz mniej jawne, co przyczyniło się do pogorszenia atmosfery rokowań. Prezydent USA wciąż jeszcze brał w nich udział, ale proces, który firmował, oddalał się od niedawno głoszonych ideałów.

Przepustka Ignacego Jana Paderewskiego na paryską konferencję pokojową
Przepustka Ignacego Jana Paderewskiego na paryską konferencję pokojową

Delegaci państw Europy Środkowo-Wschodniej (polskimi byli Dmowski i Ignacy Jan Paderewski) rzadko występowali przed obliczem Rady. Dmowski zdał oczywiście drobiazgową relację z każdej z kilku takich audiencji. Nawet w jego ujęciu nie przypominały one dyplomatycznych negocjacji choćby w przybliżeniu równych partnerów. Jedynym przywilejem delegatów petentów pozostawało zaprezentowanie swoich terytorialnych aspiracji, zresztą tylko w odpowiedzi na konkretne pytania. Potem należało czekać, aż z ust wielkich mężów stanu padnie wyrok.

Oczywiście wolno było się z nim nie zgadzać, zwłaszcza że nie zawsze sprawiał wrażenie decyzji dojrzałej i przemyślanej. Delegat Rumunii, premier Ion Brătianu, z rezygnacją podsumował tryb pracy światowych przywódców, wzdychając, że mimo wagi problemów Rumunii, wielcy mężowie i tak przysną podczas dyskusji nad nimi, a to, że przysnęli, i tak nie powstrzyma ich przed podjęciem wiążącej decyzji w jej sprawie. W późniejszej fazie obrad Brătianu posunął się jeszcze dalej, demonstracyjnie porzucając konferencję. Ale zarówno ciche narzekania, jak i dramatyczne gesty nie miały wpływu na postanowienia mocarstw. Czy w ogóle istniał jakiś sposób, aby je przekonać do swoich racji?

Delegaci małych i młodych państw nie mieli pola do popisu dla swoich dyplomatycznych zdolności, a kiedy już nadarzała się okazja, efekty nie dorastały do oczekiwań. W oczach Wilsona i premierów Wielkiej Brytanii Davida Lloyd George’a i Francji Georges’a Clemenceau, żadna z wybitnych postaci z naszej części świata nie zyskała szczególnego uznania. Najbliżej ideału sytuował się obrotny i uprzejmy Beneš, który umiejętnie unikał kontrowersji i z reguły zgadzał się z każdą propozycją mocarstw. Upokorzenia odreagowywał w listach do Pragi: „Źle się z nami obchodzą – pisał – na nic nie patrząc, narzucają nam decyzje, przeciwko którym ciężko walczyć i trudno się bronić”. Brătianu i Dmowski zyskali opinię arogantów. A ponieważ to wielcy decydowali, kto pojawi się przed ich obliczem, zadbali o to, by z nielubianymi politykami widywać się rzadko. Dmowski na przykład w ogóle nie uzyskał sposobności do dłuższej rozmowy z brytyjskim premierem. Wytłumaczył to sobie oczywiście żydowską intrygą.

Taka sytuacja mogła się skończyć tylko w jeden sposób − całkowicie jednostronnym dyktatem mocarstw uwzględniającym racje państw Europy Środkowo-Wschodniej tylko w takim zakresie, w jakim zgadzały się z ekspertyzami przygotowanymi przez merytoryczne zaplecze Rady Trzech. Najwyższy więc czas przypomnieć postać, która odcisnęła wyjątkowe piętno na wynikach konferencji. Ów bohater zbiorowy to ekspert.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Macieja Górnego „Polska bez cudów. Historia dla dorosłych” bezpośrednio pod tym linkiem!

Maciej Górny
„Polska bez cudów. Historia dla dorosłych”
44,99 zł
Wydawca: Agora
Rok wydania: 2021
Okładka: twarda
Liczba stron: 352
Premiera: 27.10.2021
Format: 135 x 210 [mm]
ISBN: 978-83-268-3744-9
EAN: 9788326837449

Ten tekst jest fragmentem książki Macieja Górnego „Polska bez cudów. Historia dla dorosłych”.

Prace przygotowawcze

Już w 1917 roku rządy walczących mocarstw poważnie zainteresowały się przyszłymi granicami. Najpierw we Francji powołany został zespół ekspertów, znany jako Comité d’études. Przewodniczył mu historyk Ernest Lavisse, a wśród przeszło trzydziestu członków pierwsze skrzypce grali geografowie specjalizujący się w problemach Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów − Emmanuel de Martonne i Jean Brunhes. Z czasem znaczenie specjalistów od geografii w komisji wzrosło, dokooptowani później członkowie najczęściej reprezentowali właśnie tę dziedzinę nauki.

Nie mniej imponująco prezentował się amerykański odpowiednik tego organu − utworzona we wrześniu 1917 roku pod auspicjami American Geographical Society tzw. Inquiry. Organizacją nowej instytucji zajął się na prośbę Wilsona jego doradca płk Edward M. House. Ciało to liczyło ponad pół setki ekspertów, w tym kilkunastu geografów. Do ich potrzeb przystosowano cały budynek i uruchomiono wszystkie dostępne środki, by dostarczyć im maksimum informacji. Podobne struktury, choć nie tak rozbudowane i scentralizowane jak francuska i amerykańska, powstały także w Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Mocarstwa nie były jednak odosobnione w przygotowaniach do pokoju na kontynencie. Gdy Wilson powoływał do życia Inquiry, dysponująca dużo skromniejszymi środkami (nie wspominając o pozycji międzynarodowej) Tymczasowa Rada Stanu Królestwa Polskiego, zależnego od Niemiec, posiadającego jednak własne agendy rządowe, powołała Biuro Prac Przygotowawczych.

Karykatura przedstawiająca Woodrowa Wilsona i jego 14 punktów
Karykatura przedstawiająca Woodrowa Wilsona i jego 14 punktów

Podobnie jak Comité d’études oraz Inquiry zaproszeni do niego specjaliści mieli się zajmować kwestiami prawnymi, terytorialnymi, gospodarczymi, komunikacyjnymi i odszkodowaniami wojennymi. Burzliwy przebieg kilkunastu ostatnich miesięcy niemieckiej okupacji utrudnił dłuższe działanie tego tworu, ale w listopadzie 1918 roku rozpoczął on drugie życie, tym razem w formie Biura Prac Kongresowych. Podzielono je na wydziały: prawny, historyczny, statystyczny i ekonomiczny. Nowa instytucja była silniejsza liczebnie, co znalazło odbicie w ilości opracowań przygotowanych na okoliczność negocjacji pokojowych. Polskie Biuro Prac Przygotowawczych bardzo zdecydowanie wyprzedziło regionalną konkurencję. Mobilizacja krajowych ekspertów w innych państwach Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów nastąpiła dopiero wtedy, gdy walki na froncie zachodnim ustały, a decyzja o terminie i miejscu konferencji pokojowej została ogłoszona.

W Paryżu obie grupy ekspertów – ci pracujący na rzecz zwycięskich mocarstw i ci zatrudnieni przez młode państwa Europy Środkowo-Wschodniej – spotkały się wreszcie w jednym miejscu. Rola większości polegała na pracy, nieraz „na wczoraj”, nad ekspertyzami i materiałami do memorandów skierowanych do czołowych polityków oraz nad publikacjami, które te same racje miały przedstawiać nieco szerszej publiczności. Zupełnie wyjątkowo zdarzało się, że zawodowi politycy dopuszczali specjalistów do bezpośredniego udziału w negocjacjach. Nieco więcej do powiedzenia mieli geografowie uczestniczący w pracach podkomisji terytorialnych tworzonych do wstępnego opracowania propozycji rozwiązania szczególnie zagmatwanych kwestii granicznych.

Godzina eksperta

Na korzyść ekspertów przemawiał czynnik ludzki. Wielcy tego świata szybko się męczyli, ich zdolności poznawcze były ograniczone, a po kilku miesiącach zajmowania się polityką międzynarodową coraz wyraźniej odczuwali, że pora wrócić do krajowej. Wszystko to sprzyjało symbolicznym i realnym awansom ekspertów. Poza tym ich pozycja umacniała się tym bardziej, im wyraźniej na jaw wychodziła ignorancja mężów stanu.

Ten wdzięczny temat gości we wspomnieniach wielu uczestników konferencji. Przywódcy mocarstw notorycznie mylili sporne regiony, nie wiedzieli, czy polsko-niemiecki spór terytorialny dotyczy Górnego czy Dolnego Śląska, przekręcali nazwy, ze zdziwieniem konstatując, że delegacja Ormian także zgłasza pretensje do Śląska (nieporozumienie wynikłe z powodu podobieństwa angielskich nazw Cylicji i Śląska). Te i podobne lapsusy byłoby zapewne łatwiej wybaczyć, gdyby nie dobre samopoczucie nieustannie demonstrowane przez wysoko postawionych ignorantów. W teorii wszystkie te braki w wiedzy można by uzupełnić, korzystając z pomocy Dmowskiego, Beneša i innych delegatów pochodzących ze spornych regionów. Na przeszkodzie stał jednak brak wiary w ich uczciwość. Uzasadniony – podczas prac konferencji niejednokrotnie okazywało się, że obie strony terytorialnych sporów bezczelnie fałszują statystyki i podkolorowują mapy tak, aby jednoznacznie przemawiały na ich korzyść.

Atmosfera podejrzeń co do uczciwości partnerów z Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów utrudniała tym ostatnim skuteczne działanie. Zmuszała ich do szukania okrężnych dróg wpływu na decyzje konferencji. Najskuteczniejsza stała się ścieżka od eksperta do eksperta. Rada Trzech we wszystkich sprawach, w których brakowało jej kompetencji (a więc również, jeśli nie przede wszystkim, tych, które dotyczyły Europy Środkowo-Wschodniej), opierała się na materiałach przygotowanych przez własnych ekspertów. Spore środki zainwestowane w Inquiry i Comité d’études miały się w końcu zwrócić. Eksperci mocarstw byli wybitnymi, kompetentnymi naukowcami i właśnie dlatego zdawali sobie sprawę, gdzie kończy się zasięg ich kompetencji. Zachowana w amerykańskich archiwach korespondencja Inquiry pokazuje, że jeszcze przed 1918 rokiem intensywnie poszukiwali współpracowników z naszej części Europy. Wśród najbardziej cenionych odnajdziemy najwybitniejszych geografów Europy Środkowo-Wschodniej − Eugeniusza Romera czy też Jovana Cvijicia, ojca założyciela nowoczesnych nauk geograficznych w Serbii.

Ignacy Jan Paderewski w 1921 roku
Ignacy Jan Paderewski w 1921 roku

W Paryżu, gdzie znalazł się zarówno Romer, jak i Cvijić, nieoficjalne spotkania przy kawie, obiedzie bądź na wieczornym raucie były nie tylko okazją do nawiązania bliższej znajomości. Omawiano także sprawy zawodowe oraz przekazywano materiały dotyczące spornych terytoriów. Te rozmowy toczyły się w innej atmosferze niż oficjalne spotkania polityków. Miejsce nieufności zajmował szacunek dla solidnej pracy i zawodowa solidarność naukowców:

Nie mogę zmarnować okazji, że obydwaj przebywamy przez jakiś czas w Paryżu – pisał do Romera Isaiah Bowman, główny ekspert geograficzny delegacji amerykańskiej – by powiedzieć Ci, jak wielką pomocą dla ameykańskiego rządu podczas przygotowań do konferencji pokojowej stał się Twój atlas.

Praktyczny efekt takich profesjonalnych znajomości, przeradzających się czasami w przyjaźnie, to końcowe postanowienia konferencji pokojowej − dla Polski, Czechosłowacji i Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców bez wątpienia korzystne.

Skutki

Ostatecznie decyzje konferencji pokojowej rozczarowały prawie wszystkich, nawet te kraje, które mogły się wydawać bezdyskusyjnymi beneficjentami nowego porządku. Najłatwiej zrozumieć frustrację przegranych − zmuszonych do wypłaty reparacji i pozbawionych części terytorium (czasami, jak w przypadku Węgier, tej większej). Ale nie spełniły się także nadzieje zwycięzców. Niemcy nie zostały osłabione tak bardzo, jak życzyłaby sobie tego Francja. Włochy zyskały mniej niż to, na co liczyły, podobnie jak Jugosławia, która musiała zrezygnować z części węgierskiego terytorium na rzecz Rumunii. Zyski terytorialne Polski kosztem Niemiec oraz Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców kosztem Austrii osłabiały plebiscyty, w których większość głosujących, bez względu na pochodzenie etniczne, opowiedziała się za utrzymaniem swojej dotychczasowej przynależności państwowej. Nawet Rumunia, która w zasadzie uzyskała wszystko, o co zabiegała, nie utonęła w powszechnej radości. W Bukareszcie, podobnie jak w Warszawie, nastroje w 1919 roku psuły tzw. traktaty mniejszościowe, zobowiązujące państwa Europy Środkowo-Wschodniej do respektowania praw mniejszości narodowych. Na ich straży miała stać Liga Narodów, ukochane dziecko Wilsona i ostatnie wspomnienie idealistycznych zasad, z którymi przyjechał do Paryża. Zupełnie niezależnie od treści tych traktatów sam fakt, że narzucono im takie zobowiązanie, jednocześnie zwalniając od niego na przykład Niemcy (nie wspominając o zwycięskich mocarstwach), wywoływał sprzeciw wszystkich sił politycznych. Doprawdy, nie było łatwo znaleźć inne zalety tego pokoju poza tą, że ostatecznie zakończył wojnę. A i tej zasłudze paryskiej konferencji nie było dane długie trwanie.

Przemeblowanie świata w roku 1919 udało się zatem najwyżej średnio. Ale przecież litera traktatów to nie wszystko, o co chodzi podczas wielkich kongresów. Dla młodych państw, które wciąż jeszcze nie miały ani stabilnych granic, ani uporządkowanej sytuacji wewnętrznej, Paryż stał się pierwszą prawdziwą okazją do wkroczenia na dyplomatyczne salony. Eksperci, tacy jak Eugeniusz Romer, zrobili tam lepsze wrażenie niż ich polityczni zwierzchnicy. Kiedy po zakończeniu konferencji Bowman po raz kolejny napisał do Romera, trudno było ocenić, czy żartuje, czytając słowa: „Błagam Cię, drogi przyjacielu, zaangażuj się w sprawy administracji i nie dopuść do tego, by Twój nowy rząd i nowi urzędnicy okazali się tak samo głupi, jak ci, którzy obecnie rządzą krajem”.

No cóż, w naszej części świata już od dawna intelektualiści udają się lepiej niż politycy…

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Macieja Górnego „Polska bez cudów. Historia dla dorosłych” bezpośrednio pod tym linkiem!

Maciej Górny
„Polska bez cudów. Historia dla dorosłych”
44,99 zł
Wydawca: Agora
Rok wydania: 2021
Okładka: twarda
Liczba stron: 352
Premiera: 27.10.2021
Format: 135 x 210 [mm]
ISBN: 978-83-268-3744-9
EAN: 9788326837449

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Maciej Górny
Historyk, doktor habilitowany nauk humanistycznych. Pracuje w Instytucie Historii PAN. Zajmuje się m.in. historią historiografii i historią Europy Środkowo-Wschodniej.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy