Autor: Wojciech Dutka
Tagi: Beletrystyka, I wojna światowa i dwudziestolecie międzywojenne, Śląsk, Niemcy, Austria, Szwajcaria
Opublikowany: 2022-05-07 13:24
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Lekcja Herr Schneidera

Lato 1932 roku. Młody i ambitny nauczyciel Martin Weber podejmuje pracę w jednej ze szkół w Gliwicach. Cień ideologii nazistowskiej padający na miasto wkrótce doprowadzi do konfliktu...
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Wojciecha Dutki „Sen o Glajwic”.

Gleiwitz, wrzesień 1932 roku

Martin Weber miał tego dnia poprowadzić pierwszą lekcję filozofii w klasie jedenastej, a więc maturalnej. Dyrektor Fernhuber powierzył mu ją celowo, ponieważ miał być to dla niego najpoważniejszy test. O poprzednika Weber nie pytał, nie chcąc być porównywanym. Dla młodego nauczyciela najtrudniejsze jest znalezienie własnej, niepowtarzalnej ścieżki pracy z młodymi ludźmi, jeśli zatem ktoś wzoruje się na innych — popełnia jeden z podstawowych błędów. Weber był jednak dość wiernym wyznawcą poglądów Ferdinanda Ebnera, wyrażonych w książce Słowo i miłość, w której ten ujmował filozofię w kontekście odpowiedzialności za słowo wygłaszane, wyrzucane pod wpływem emocji — jako środek komunikacji, który pomnaża dobro lub zło. Weber stał na stanowisku, że posługując się słowem, można zbudować relację z drugim człowiekiem, a w tym przypadku z uczniami. Obawiał się jednak pierwszej lekcji w klasie, której nie uczył wcześniej. Pewne znaczenie odgrywał też fakt, że w klasie maturalnej nie było łatwo wejść w buty po kimś innym. Zresztą — Weber nie miał takiej natury.

Haus Oberschlesien w Gliwicach, 1928/1929 rok

Wkroczył do sali pewnie, a w dłoni trzymał dziennik oprawiony w skórę. Dziennik jest w szkole najbardziej wyrywanym przedmiotem przez okrągły rok, a nauczyciele z dużym stażem wiedzą, kiedy go wziąć, żeby uzupełnić braki. Jednak Weber jako neofita miał wpojoną obowiązkowość i codziennie wpisywał tematy, które można było od linijki mierzyć. Gdy wszedł do klasy, zobaczył, że tym razem wpatruje się w niego szesnaście par oczu. Na twarzach jednych zauważył ciekawość, u innych była ona przemieszana z ledwo maskowaną pogardą, co zawsze towarzyszy przyjściu do szkoły nowego nauczyciela.

— Filozofii nie wyczytacie z podręcznika — rzekł Weber. — Z jakiego korzystaliście?

Niemiecka filozofia dla gimnazjum Jurgena Prochnowa — odparł jeden z uczniów, przeraźliwie chudy i patykowaty chłopak o pokrytej trądzikiem twarzy.

— Możecie tę książkę schować do szafy. Przyda się wam dopiero przy powtórce do egzaminu.

— Przepraszam, co pan powiedział? — zapytał go chłopak w drugiej ławce, gładko wygolony blondyn.

— Powiedziałem, że możecie schować podręczniki do szafy. Tam jest ich miejsce. Podręczniki zwalniają z myślenia. Wy macie zacząć myśleć sami.

Słowa Webera ucieszyły klasę. Siedziało tam szesnastu młodych i mających naturalną potrzebę buntu ludzi, którym przez ostatnie dziesięć lat wkładano do głowy posłuszeństwo wobec reguł i zasad, a także traktowanie podręcznika jako prawdy objawionej.

— Filozofia to umiłowanie mądrości. To już z pewnością słyszeliście. Jednak jak możemy miłować mądrość, skoro się nie znamy i się nie przedstawiliśmy — rzekł nauczyciel. — Ja nazywam się Martin Weber i kocham filozofię, bo daje ona wolność. Chciałbym, żeby teraz każdy z was przedstawił się jednym zdaniem, które jest dla niego ważne. To może być cytat lub wasze własne przemyślenie.

Chłopcy, zdumieni, popatrzyli po sobie. Wszyscy wymagali od nich kucia, twardości jak stal na zajęciach gimnastyki Schneidera, a teraz ten nowy nauczyciel zachęcał ich do odrzucenia sztampowych reguł i wkroczenia na ścieżkę indywidualnego myślenia i rozwoju.

— Nikt tak z nami nie rozmawia — zauważył blondyn.

— To najwyższy czas, żeby zacząć coś nowego.

Każdy z chłopców przedstawił się i starał się powiedzieć jedno zdanie. Czasami tak banalne jak wykuty na sprawdzian z łaciny soczysty cytat z Cycerona, ale trzy wypowiedzi zrobiły wrażenie. Blondyn, Johanes Kampka, wyskoczył z Heglem, którego wpychają do głowy uczniom wraz z pojęciem ducha historii uosabiającego wielkość narodu niemieckiego. Chudzielec, Jonas Koperwas, przypomniał sobie coś z Heinego, lecz największe wrażenie zrobił cytat z Nietzschego, którego użył inny chłopak — o śniadej twarzy i nieco dłuższych włosach, Kurt Schneider:

W synu staje się przekonaniem, co w ojcu jeszcze kłamstwem było.

Wtedy Weber zrozumiał, dlaczego nauczyciel kultury fizycznej tak bardzo się nim interesował.

— Tak, proszę pana, Herr Schneider to mój ojciec — przyznał odważnie chłopiec.

Cała klasa zamilkła.

— Powinieneś być więc dumny, że chodzisz do naszej szkoły — odparł Weber.

Jedna ze stron przewodnika po Gliwicach (Führer durch Gleiwitz) wydanego w 1934 roku

 * * *

— Zabieram was na spacer do parku — oświadczył Weber.

Chłopcy radośnie na to przystali, a nauczyciel uznał, że po oświadczeniu młodego Schneidera trzeba rozładować w klasie sytuację. Mieli przed sobą teraz dwie godziny filozofii, więc profesor stwierdził, że najlepiej zrobić lekcję na łonie natury. Weber zerknął na biblioteczkę pełną pomocy naukowych, w tym przypadku tekstów filozoficznych. Wybrał bez wahania Obronę Sokratesa Platona. Doszedł do wniosku, że to ich wszystkich odblokuje. Postanowił zagrać wysokim tonem, odnosząc się bezpośrednio do etyki, a więc zakreślając najtrudniejsze, bo właśnie aksjologiczne wymagania, i chciał odnieść to do rzeczywistości, jaka ich otaczała.

Opuszczając szkołę, odnotował woźnemu godzinę w rejestrze wyjść. Wrzesień był piękny i ciepły. Poszli do parku. Weber kazał się rozłożyć na trawie między drzewami.

— Nie muszę was pytać, kim był Sokrates, ale chcę zapytać, czy oskarżenia, które doprowadziły do jego procesu, były słuszne?

Uczniowie podchwycili temat i od razu Weber zauważył, że ścierały się dwa sposoby myślenia. Pierwszy zakładał prymat państwa nad jednostką, a drugi nadawał jednostce prawo do decydowania o sobie. Jednak wszystkich zmroziła odpowiedź młodego Schneidera, który kłócąc się z kolegami o naturę zarzutów stawianych mędrcowi, rzekł im:

— Ja myślę, że Meletos oraz dwaj inni oskarżyciele, którzy stawiali zarzuty Sokratesowi, uosabiają zło, tkwiące nie w ludzkiej naturze, ale w społeczeństwie.

— Co masz na myśli, Herr Schneider? Młody syn wuefisty popatrzył nauczycielowi w oczy.

— Mówię o złu, które tkwi w naszym narodzie.

Kilku uczniów popatrzyło po sobie, jak gdyby nie w pełni dowierzali swoim zmysłom. Młody Schneider przekroczył nieprzekraczalną granicę. Wszyscy przecież wiedzieli, jakim mrocznym bogom jego ojciec oddał serce i duszę. Jednak zdanie Kurta można było interpretować na dwa sposoby. Nie tylko dlatego, że młody Schneider miał najlepszą ocenę z logiki na sprawdzianie. Kto był złem? Czy plutokraci odpowiedzialni za wielki kryzys, który zepchnął sześć milionów mężczyzn w bezrobocie, a ich rodziny w nędzę i wystawanie w kolejkach po talerz zupy serwowanej przez jakąś kościelną lub świecką charytatywną kuchnię? A może socjaliści walczący o prawa robotnicze? A jeśli nie oni, to może partie nacjonalistyczne, w tym ostatnia — malarza z Monachium?

— Mówisz odważnie, Schneider — rzekł profesor Weber. — Co jednak masz na myśli, mówiąc o złu?

Schneider uśmiechnął się. Był zbyt inteligentny, by otwarcie mówić to, co myśli. Przecież w klasie znajdowali się różni chłopcy, wśród nich byli sympatycy Hitlerjugend, choć na razie nierozpoznani przez Webera, który ich uczył za krótko. Kurt zbyt dobrze znał rzemień swego ojca, którym stary Schneider, nazista i członek dawnych Freikorpsów, wbijał chłopakowi do głowy umiłowanie dla niemieckich cnót.

— Wolność polega też na tym, panie profesorze, że każdy może interpretować moje słowa tak, jak chce.

Weber zrozumiał, że czeka go walka o duszę tej klasy.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Wojciecha Dutki „Sen o Glajwic” bezpośrednio pod tym linkiem!

Wojciech Dutka
„Sen o Glajwic”
49,99 zł
Wydawca: Lira
Rok wydania: 2022
Okładka: twarda
Liczba stron: 448
Format: 135 x 197 [mm]
ISBN: 978-83-67084-59-8
EAN: 9788367084598
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Wojciecha Dutki „Sen o Glajwic”.

— Jak pan sobie radzi? — zapytał dyrektor Webera któregoś dnia jesienią, gdy ten stał na korytarzu przy oknie wychodzącym na obszerny plac wykorzystywany przez nauczycieli gimnastyki.

— Dziękuję, panie dyrektorze. Myślę, że początek jest dobry.

— Słyszałem, że wciąga pan uczniów w dyskusje.

— Wyłącznie filozoficzne.

Dyrektor Fernhuber uśmiechnął się pod nosem.

— Ma pan talent polemiczny.

Lotnisko w Gliwicach w 1940 roku

Po czym odszedł spokojnym, flegmatycznym krokiem. Weber miał wrażenie, że dyrektor wysyła małe, zakodowane oznaki sympatii. W pewnej chwili profesor spojrzał na plac apelowy. Chłopcy stali w jednej kolumnie, prawie jak w wojsku. Wszyscy nosili takie same spodenki oraz białe podkoszulki na ramiączkach. Jakikolwiek inny strój był zakazany, a nauczyciele gimnastyki słynęli w niemieckiej szkole z bezwzględnej dyscypliny. Zresztą wielu z nich było weteranami Wielkiej Wojny, która zostawiła w nich niezabliźnione ukąszenia. Weber postanowił przyjrzeć się temu z bliska, zwłaszcza że dostrzegł chłopaków z klasy maturalnej, których uczył.

Pośrodku placu stał kozioł, przez który należało skoczyć. Nauczyciel kultury fizycznej przed wykonaniem tego ćwiczenia poczęstował uczniów oraz tych, którzy mimowolnie to mieli usłyszeć, jak Weber, patriotyczną tyradą:

— W szkole uczycie się różnych tak zwanych mądrości, ale ja wam mówię, że te mądrości są śmiechu warte! — krzyczał członek NSDAP i nauczyciel gimnastyki Christoph Schneider. — Ja wam mówię, że Niemiec musi wykazywać się żelaznym duchem! Ciałem twardym jak to żelazo!

— Panie profesorze — rzekł młody Schneider — ależ żelazo z natury jest kruche. Żeby zrobić stal, trzeba dodać równie kruchego węgla!

Klasa znieruchomiała. Jak gdyby tych chłopców poraził piorun. Stary Schneider zmierzył syna wściekłym wzrokiem i powoli, krok za krokiem, podszedł do niego, patrząc mu w oczy. Młody Schneider przyjął wyzwanie i cały czas patrzył we wściekłe oczy ojca.

— Jeśli jeszcze raz podważysz moje słowa, to popamiętasz…

Nie spodziewał się kontry syna, natychmiastowej i błyskotliwej.

— Jako uczeń spodziewam się od nauczycieli w naszej szkole odpowiedzi i zachęt zgodnych z logiką. Ja tylko uściślam, profesorze Schneider, pańską metaforę. To stal od Kruppa jest niemiecką marką twardości i niezawodności. Stal, a nie kruche żelazo.

Stary Schneider być może w domu potraktowałby syna pięścią, ale teraz przed frontem wszystkich chłopców w klasie nie mógł tego zrobić, choć zapewne bardzo żałował. Weber przypatrywał się tej scenie z uczuciem narastającego zdenerwowania. Zrozumiał, że młody Schneider toczy z ojcem realną wojnę, w której obie strony wierzą w to, co robią. I teraz patrzył na ten spektakl bez słowa, z posmakiem grozy.

Schneider dostrzegł Webera. Musiał zakończyć tę konfrontację.

— Masz skoczyć jak należy albo skopię ci tyłek w domu!

Kurt nabrał prędkości i skoczył przez kozioł bez problemu. Był proporcjonalnie zbudowany, dość szczupły, ale panował doskonale nad ciałem. Wykonaniu ćwiczenia nie można było zarzucić niczego. Jednak za nim stał syn rzeźnika Matthias Neudeck. Weber spojrzał na niego i wiedział od razu, że ten nie da rady. Przy wzroście metr siedemdziesiąt ważył może ze sto kilo. Potężny, kluchowaty, niezdarny, nikomu niewadzący i potulny jak baranek grubas, który od początku robił za klasowego głupka. Podobno do szkoły kilka lat wcześniej dyrektor Fernhuber przyjął go, bo ojciec Neudecka był właścicielem rzeźni, masarni i kilku sklepów z mięsem w Gleiwitz. A niepisaną zasadą szkoły było mieć w swych szeregach synów ludzi wpływowych w mieście.

Herr Schneider, proszę, niech pan mnie zwolni z tego skakania — wychliptał Neudeck, ale jego prośba przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego.

Stary Schneider nie znał takiego pojęcia jak litość.

— Za dużo nażarłeś się dziś wątrobianki, co?

— Nie lubię wątrobianki.

— Gówno mnie obchodzi, co jesz na śniadanie. Masz skoczyć — powiedział nauczyciel z naciskiem.

— Proszę pana, ja…

— Skoczysz albo przez tydzień zostajesz w kozie!

DeFaKa-Haus na Wilhelmstraße w Gliwicach w 1940 roku

Kozą nazywano piwnicę pod szkołą, gdzie Schneider przetrzymywał krnąbrnych w jego pojęciu uczniów.

— Proszę pana, bardzo proszę…

Chłopcy z klasy podchwycili temat.

— Zobaczymy, jak trzęsie się słonina — syknął Kampka, ulubieniec nauczyciela. — Rusz dupsko, pieprzony spaślaku! Neudeck musiał wykonać ćwiczenie. Schneider raz jeszcze wyjaśnił, co ma zrobić, ale wiedzieć a zrobić — to są dwie różne rzeczy. Niezdarnie rozpoczął nabieg i zamiast skoczyć, nadział się na kozioł. Weber patrzył z niesmakiem na salwy śmiechu, które wstrząsały chłopcami z klasy. — Ty klucho! — Ty pieprzona cioto!

— Twoje dupsko jest jak katafalk! — krzyknął Kampka, wybijając się w obelgach spośród szyderstw chłopaków z klasy.

Weber chciał zainterweniować. Myślał o tym. Ale nie znał do końca uczniów i nie docenił tego, że Neudeck już trochę przywykł do szkolnego okrucieństwa. Wrócił na miejsce i rozpoczął nabieg raz jeszcze. Zdążył się odbić, ale zamiast skoczyć przez kozioł, wpadł na niego i usiadł okrakiem jak na jakimś koniu na biegunach. Klasa dosłownie tarzała się ze śmiechu na placu. Schneider zaczerwienił się na twarzy z wściekłości.

— Ty gruba p… — syknął, nie zważając na to, że Weber stał już w pobliżu drzew i wszystko dokładnie słyszał.

Weber miał coś powiedzieć, gdy powstrzymał go silny głos z tyłu:

— Nawet niech pan się nie waży!

Profesor odwrócił się. Za jego plecami stał nauczyciel, który przypatrywał mu się w pokoju nauczycielskim podczas rozpoczęcia roku szkolnego. Szczupła twarz i duże, głęboko osadzone oczy nadawały mu jakiś niejednoznaczny i trudny do oceny powab smutku. Człowiek ten nosił starannie wyprasowaną koszulę oraz elegancką, choć nie ekstrawagancką marynarkę z tak delikatnej i cienkiej wełny, że można było od razu poznać bywalca sfer wyższych lub bardzo bogatego mieszczanina. Weber znał ten typ ludzi.

— A to z jakiego powodu?

— To nie jest najgorsze zło, jakie istnieje w tej szkole. Nie zdoła pan przeciwdziałać Schneiderowi, jeśli o to panu chodzi, skazując tego otyłego chłopaka na ostracyzm w klasie.

— To, co robi Schneider, jest niedopuszczalne.

Odpowiedź była błyskawiczna i zupełnie zaskoczyła Webera.

— To, co robi Schneider, jest powszechne w niemieckich szkołach. Czy pan zdaje sobie sprawę, kolego, z czasu, w jakim pan żyje?

— Staram się rozeznawać prawdę, gdy ją widzę. A tu… — Weber wskazał ręką na ucznia Neudecka — …widzę, jak nauczyciel znęca się nad uczniem. To haniebne dla tych, którzy się z tego śmieją!

— Proszę nie podnosić głosu — rzekł twardo nieznajomy nauczyciel. — Neudeck poradzi sobie, bo jest dla tej społeczności szkolnej swoisty. Są inni uczniowie, którzy za chwilę mogą stać się uczniami trzeciej kategorii, tak jak setki tysięcy ludzi w tym kraju. Słyszę od uczniów, że prowadzi pan wciągające zajęcia. Proszę wykorzystać swój potencjał do tego, żeby pomóc im w byciu ludźmi.

— W byciu ludźmi?

— W obronie człowieczeństwa — rzekł ów drugi nauczyciel. — Miarą naszego czasu nie są subtelności Heideggera z jego Bycia i czasu, tylko książka austriackiego przybłędy, który ten kraj zniszczy. Dziwię się, że muszę mówić panu takie rzeczy otwarcie. Od filozofa wymagałbym więcej finezji w rozumieniu sensów między zdaniami.

Weber musiał przyznać, że ta argumentacja miała siłę.

— Nie wiedziałem. Myślałem, że dyrektor Fernhuber skutecznie przeciwstawia się NSDAP.

— Och, gołąbku, ciszej, na Boga! Nazwy są niebezpieczne. Ja mówię brunatna hołota.

— Też niezbyt subtelnie.

— Ale za to dosadnie — odparował nieznajomy. — Zapewniam kolegę, że Fernhuber nie kiwnie palcem, gdy przyjdzie czas. To stary pruski nacjonalista, który nie przyjmuje do szkoły Polaków, choć jak zapewne pan wie, w okolicach Gleiwitz oraz w samym mieście mieszka ich bardzo wielu. Granica obeszła się z nimi dość brutalnie w tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim roku.

— Tak jak z naszymi po polskiej stronie — odparł Weber. — Gwarantuję panu, że jest im lepiej w Polsce jako mniejszości niż Polakom u nas.

Grupa członków Hitlerjugend wybrana przez Urząd Polityki Rasowej NSDAP, 1933 rok (fot. Bundesarchiv, Bild 119-5592-14A / CC-BY-SA 3.0)

Nieznajomy zapewne długo jeszcze mógłby mówić o meandrach i złożoności Gleiwitz, ale do uszu wszystkich doszedł ryk starego Schneidera.

— Złaź, gamoniu, z tego kozła!!!

Zmęczony, spocony Neudeck powlókł się na miejsce, a Schneider pozwolił sobie na małą, wściekłą tyradę, jak to z powodu grubasa nie zdążył zrealizować wszystkich zaplanowanych na tę lekcję ćwiczeń. Zadzwonił dzwonek i chłopcy pomaszerowali do stojącej po lewej stronie i połączonej ze szkołą sali gimnastycznej.

— Nie zdążyłem się przedstawić — rzekł nieznajomy. — Nazywam się Joachim Klemper i uczę języka niemieckiego i historii Niemiec.

Weber natychmiast wyciągnął rękę. Klemper ją uścisnął. Miał delikatne i spocone dłonie. Weber nie lubił takich dłoni i żałował, że nie mógł wytrzeć swoich chusteczką.

— Cóż, nie we wszystkim zapewne się zgadzamy, ale będziemy razem uczyć w tej szkole i dbać o dobro młodzieży.

— Mamy walczyć o ich człowieczeństwo. Nim minie rok, przyzna mi pan rację — odparł Klemper.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Wojciecha Dutki „Sen o Glajwic” bezpośrednio pod tym linkiem!

Wojciech Dutka
„Sen o Glajwic”
49,99 zł
Wydawca: Lira
Rok wydania: 2022
Okładka: twarda
Liczba stron: 448
Format: 135 x 197 [mm]
ISBN: 978-83-67084-59-8
EAN: 9788367084598
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Wojciech Dutka
(Ur. 1979) – pisarz, nauczyciel i historyk. Człowiek spełniony. Uwielbia wędrówki po górach, dobry teatr, a także smak przygody i wytrawnego czerwonego wina. Jednak największą pasją jest pisanie. Czuje się dobrze zarówno w powieści historycznej, przygodowej, jak i sensacyjnej, ale z powodzeniem uprawia kolaż tych gatunków. Autor cyklu powieści poświęconych postaci szpiega-arystokraty Antoniego Mokrzyckiego, wydanego przez Lirę.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy