Autor: Natalia Pochroń
Tagi: Wywiady, Książki, II wojna światowa, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Historia wojskowości
Opublikowany: 2022-07-14 10:21
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Łukasz Grześkowiak: U-505 to jeden z najbardziej fascynujących okrętów podwodnych II wojny światowej

Jeśli którykolwiek z niemieckich okrętów podwodnych II wojny światowej zasługuje na ekranizację, to jest nim bez wątpienia U-505. Jego losy w wielu miejscach przypominają scenariusz filmowy. Samobójstwo dowódcy na pokładzie, liczne sabotaże i fatum ciążące nad okrętem, spektakularne przejście w ręce aliantów – o tych i innych wątkach z jego fascynującej historii opowiada Łukasz Grześkowiak, autor książki „U-505. Prawda o wojnie na morzu”.
REKLAMA
Łukasz Grześkowiak – ur. 1982 r. w Gnieźnie, obecnie mieszkający w Anglii. Absolwent Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Zainteresowany tematyką II wojny światowej, w tym głównie działalnością niemieckich okrętów podwodnych. Autor publikacji: Walker – pogromca U-Bootów (2013 r.), U-Booty na Morzu Śródziemnym 1941-42 (2017 r.), U-Booty na Morzu Śródziemnym 1943-44. Zagłada (2020 r.) oraz U-505. Prawda o wojnie na morzu (2022 r.). Prelegent podczas międzynarodowego Festiwalu Nurkowania Wrakowego.

Natalia Pochroń: „Marynarka? Po co nam ona? Nie wyobrażam sobie wojny europejskiej, której wynik mógłby zależeć od kilku okrętów” – tym cytatem Hitlera z 1936 roku zaczyna Pan swoją książkę, wskazując, że początkowo nieszczególnie doceniał on możliwości floty wojennej – pomimo tego, że już czasie I wojny światowej niemieckie okręty podwodne udowodniły swoją wartość. Skąd ten sceptycyzm Führera?

Łukasz Grześkowiak: Innym razem wypowiedział jeszcze następujące zdanie: „Po pierwsze czołgi, następnie samoloty a dopiero na końcu okręty wojenne”. Hitler nie znał się na wojnie morskiej. Co prawda zatwierdził „Plan Z” określający rozbudowę floty wojennej, z tym tylko, że na jego podstawie III Rzesza miała osiągnąć stan floty potrzebny do prowadzenia skutecznej wojny przeciwko Wielkiej Brytanii dopiero w 1948 roku. Dzisiaj wiemy, że byłoby to trochę za późno. Chociaż podejście Führera może dziwić, miało swoje uzasadnienie. Dla Hitlera największym wrogiem od zawsze była Rosja i w tym kontekście jest to zrozumiałe – pokonanie tego kraju możliwe było, jak by nie patrzeć, tylko dzięki piechocie, lotnictwu i siłom pancernym.

Ostatecznie chyba zmienił jednak zdanie?

Tak, może nie tyle jeśli chodzi o duże jednostki, które często zalegały w portach, co w stosunku do okrętów podwodnych. Podczas gdy słowa Hermana Göringa dotyczące pokonania Wielkiej Brytanii jedynie przy pomocy lotnictwa okazały się niewiele warte, U-Booty udowodniły swoją wartość bojową i praktycznie w samotności prowadziły wojnę polegającą na odcięciu Wielkiej Brytanii od życiodajnych dostaw. Toczyły swoje działania bojowe od samego początku wojny do jej ostatecznego końca.

SM-U1 - pierwszy okręt podwodny niemieckiej marynarki wojennej
Domena publiczna

Warto tu jednak zaznaczyć, że jeśli chodzi o okręty podwodne, Hitler nie był jedynym, który nie docenił ich znaczenia. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej wynaleziono Asdic – urządzenie służące do wykrywania tychże okrętów. Sprawiło to, że mimo ogromnych sukcesów odniesionych przez U-Booty w I wojnie światowej, większość państw uznała, że są one łatwe do zlokalizowania, a więc nie stanowią większego zagrożenia. Jak pokazała nadchodząca wojna, pogląd taki miał okazać się całkowicie niesłuszny!

Wśród wszystkich niemieckich okrętów podwodnych z okresu II wojny światowej, największą sławą – może poza U-96, znanym z kultowego filmu „Das Boot” – cieszy się U-505. Kiedy okręt ten został włączony do działań wojennych?

Faktycznie, za sprawą doskonałego filmu Petersona, U-96 stał się najsłynniejszym U-Bootem II wojny światowej. Choć jego osiągnięcia – 28 zatopionych statków o łącznym tonażu 190 094 BRT i 4 uszkodzone (33 043 BRT) – nie czynią go najskuteczniejszym niemieckim okrętem podwodnym II wojny światowej, dzięki korespondentowi wojennemu Lotharowi-Güntherowi Buchheimowi zyskał on dużą sławę. Niemniejszą okrył się jednak wkrótce U-505. Okręt ten wszedł do służby z dniem 26 sierpnia 1941 roku. Jest on o tyle wyjątkowy, że był to jedyny niemiecki okręt podwodny, którego dowódca popełnił samobójstwo oraz jedyny, który został zdobyty, a nie przejęty już po wojnie przez Amerykanów.

REKLAMA

No właśnie – o U-505 słyszymy dziś głównie w kontekście tego słynnego zdobycia go przez aliantów. Jego historia jest jednak dużo bardziej interesująca. Jak wyglądała codzienność na  tym okręcie?

Początkowo nie różniła się ona niczym od codzienności innych U-Bootów. Patrole, monotonia, gnijące jedzenie, chrzest równikowy – to rzeczywistość będąca udziałem większości okrętów podwodnych tego okresu. Sytuacja zmieniła się dopiero po przejęciu okrętu przez drugiego dowódcę Petera Zschecha – i to niestety zdecydowanie na minus. Od tego momentu codzienność na pokładzie stała się koszmarem.

Nastąpiły wyraźne podziały na oficerów i resztę załogi, często dochodziło do sytuacji wyżywania się starszych stopniem na młodszych kolegach. To wszystko sprawiło, że nawet tak bezprecedensowy przypadek, jakim był fakt, że U-505 stał się najbardziej uszkodzonym U-Bootem II wojny światowej, któremu udało się bezpiecznie wrócić do bazy, nie zatarł złego wrażenia i krytycznych opinii kadry oficerskiej. „Normalność” wróciła dopiero 8 listopada 1943 roku po przejęciu sterów okrętu przez kolejnego dowódcę – Haralda Lange.

Wnętrze U-505 (fot. Mobilus In Mobili)
CC BY 2.0

Oprócz problemów z dowództwem, U-Boot naznaczony był pewnym fatum – podczas pobytów w bazie w Lorient dochodziło do licznych aktów sabotażu ze strony stoczniowców, co powodowało, że okręt musiał wielokrotnie przerywać dopiero co rozpoczęty patrol ze względu na liczne usterki ujawniające się podczas prób zanurzeniowych.

To pewnie negatywnie wpływało na morale załogi.

Nie do końca. Załoga była bardzo ze sobą zżyta, jej morale do samego końca pozostawało wysokie, a fakt służenia na U-505, nawet mimo licznych aktów sabotażu, napawał jej członków dumą. A z racji tego, że okręt ten nie został zatopiony i praktycznie cała załoga (nie licząc jednego jej członka) przeżyła wojnę, pozwala sądzić, że jest to realny pogląd całej załogi, nie zaś pojedyncze glosy.

Wspomniał Pan, że U-505 był jedynym niemieckim okrętem podwodnym, którego dowódca w czasie służby popełnił samobójstwo. Sytuacja niewątpliwie bezprecedensowa. Dlaczego Zschech zdecydował się na tak radykalny krok?

Faktycznie, samobójstwo Zschecha jest jedynym takim przypadkiem wśród dowódców U-Bootwaffe. Być może inni posiadali silniejszą psychikę, a odpowiedzialność za okręt jak i załogę okazała się silniejsza niż strach i odczucia osobiste? Nad tym można się dziś zastanawiać. Uczciwie trzeba przyznać, że Zschech przejął dowodzenie okrętem w bardzo specyficznym czasie. Brak sukcesów (jedynie jeden zatopiony frachtowiec Ocean Justice o pojemności 7173 BRT) podczas czterech patroli (nie licząc trzech nieudanych prób wyjścia przerwanych sabotażem) to dość mizerny wynik, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że U-505 spędził już wówczas na morzu 118 dni.

Grupa abordażowa z eskorty niszczyciela USS Pillsbury (DE-133), pracująca nad zabezpieczeniem liny holowniczej do dziobu przechwyconego niemieckiego okrętu podwodnego U-505, 4 czerwca 1944 r.
Domena publiczna

Do tego ciągłe sabotaże, docinki innych załóg o fatum rzekomo ciążącym nad U-505, częste ataki bombami głębinowymi – to wszystko w końcu złamało dowódcę. Prawdopodobnie też wtedy uzmysłowił sobie, że model dowódczy jaki przyjął – zdystansowanie i odcięcie się od niemal wszystkich – nie zdał egzaminu, a zamiast autorytetu i poważania wśród członków załogi, wywołał u niego samego poczucie odosobnienia i samotności!

REKLAMA

To wszystko narastało i w pewnym momencie czara goryczy się przelała. Podczas jednego z ataków bombami głębinowymi Zschech nie wytrzymał presji i poszedł się zastrzelić. Pech chciał jednak, że nawet to nie do końca mu się udało – bardzo poważnie się zranił, ale przeżył. Nie było jednak szansy, by go uratować. Na domiar złego jego okropne krzyki wystawiały cały okręt na śmiertelne niebezpieczeństwo – będąc w zanurzeniu należało zachować absolutna ciszę. Wrzeszczący z bólu dowódca doprowadził do tego, że w końcu jeden z członków załogi pomógł mu odejść z tego świata...

W powojennych rozważaniach wielokrotnie padała teza, że Zschech był doskonałym oficerem, ale nie poradził sobie z presją roli dowódcy. Tak uważał chociażby Axel-Olaf Löwe, pierwszy dowódca U-505, winiąc za jego samobójstwo raczej tych, którzy dopuścili go do pełnienia takiej roli. Pan ocenia go znacznie bardziej krytycznie…

Nie spotkałem się z chociażby jedną pozytywną opinią ze strony załogi na temat Zschecha. To prawda, że podczas przygotowania oficerskiego wykazywał się ponadprzeciętnym talentem. Nie potrafił go jednak wykorzystać w realnej służbie. U-Bootawaffe miała swój specyficzny klimat – nie licząc kilku dowódców, oderwana była od związków z polityką, a członkowie okrętów podwodnych wyróżniali się nierzadko bohaterstwem, do którego też nierzadko odwoływali się dowódcy. Doskonale zdawali sobie bowiem sprawę z tego, że jedynie zgrana załoga może zapewnić sukces, ale i przetrwanie. Zschech całkowicie zignorował ten fakt.

Od samego początku obnosił się ze swym arystokratycznym pochodzeniem i traktował wszystkich „z góry”. Nie chwalił, wstrzymywał odznaczenia i awanse, nie interesował się losem załogi. W pewnym momencie doszło do jednego z poważniejszych bombardowań okrętu, które niemalże doprowadziło do zatopienia jednostki. Chociaż jej załoga odniosła wówczas liczne obrażenia, Zschech ani razu nie odwiedził rannych i nawet na chwilę nie zainteresował się ich stanem.

Nawet więc jeśli rzeczywiście posiadał imponujące osiągnięcia na etapie przygotowań do służby i wykazywał się ponadprzeciętnym talentem jako oficer, jak to przyznał Axel-Olaf Löwe, sam sposób odnoszenia się do załogi i dowodzenia nią był karygodny. Rzeczywistość wojenna zweryfikowała w praktyce wiedzę teoretyczną i pokazała, że to zdecydowanie za mało do objęcia samodzielnego dowództwa, tym bardziej bez przygotowania psychicznego do tej roli. Do tego dodałbym jeszcze przesadną ambicję, która zamiast motywować – wywoływała trudną do przezwyciężenia frustrację.

Zainteresowała Cię niezwykła historia U-505? Sięgnij po książkę "U-505. Prawda o wojnie na morzu"!

Łukasz Grześkowiak
„U-505. Prawda o wojnie na morzu”
49,90 zł
Wydawca: Bellona
Rok wydania: 2022
Okładka: miękka
Liczba stron: 320
Premiera: 27.07.2022
Format: 135 x 215 [mm]
ISBN: 978-83-111-6632-5
EAN: 9788311166325

Na tle innych niemieckich okrętów podwodnych, czas służby U-505 jest dość niezwykły. Jak wskazują przytoczone przez Pana w książce dane, z 1154 U-Bootów wcielonych do służby niemieckiej, aż 768 stracono podczas patrolu, a z prawie 41 tys. członków załóg U-Bootwaffe aż 28 tys. poniosło śmierć, a kolejnych 5 tys. dostało się do niewoli. U-505 operował aż cztery lata i przeżyła większość jego załogi. Z czego to wynikało?

REKLAMA

U-505 miał tak naprawdę wiele szczęścia w nieszczęściu. Ja stawiam tu dość odważną tezę – że było to zasługą licznych sabotaży wśród członków załogi okręgu. To właśnie one sprawiły, że w momencie, gdy szala „Bitwy o Atlantyk” zaczęła wyraźnie przechylać się na stronę aliantów, U-505 więcej czasu spędzał w stoczni aniżeli na patrolu. W ostatecznym rozrachunku wyszło mu to na dobre, bo uratowało go przez losem większości straconych U-Bootów.

Daniel V. Gallery na pokładzie przechwyconego U-505, 1944 r.

Ale to oczywiście niejedyny powód. Ostatni patrol odbył pod wodzą bardzo doświadczonego dowódcy Harolda Lange, dla którego bezpieczeństwo załogi było ważniejsze niż brawurowe ataki i pogoń za sukcesem. No i po trzecie – szczęście U-505 polegało też na tym, że „polujący” na niego Daniel Gallery za punkt honoru postawił sobie przejęcie okrętu, a nie jego unicestwienie. Gdyby postanowił inaczej, zapewne doszło by do całkowitego zniszczenia U-Boota, a z nim większości jego załogi.

Gallery’emu udało się dopiąć swego. 4 czerwca 1944 roku U-505 został zajęty przez aliantów – był on pierwszą od 1815 roku nieprzyjacielską jednostką opanowaną przez US Navy na pełnym morzu. Jak do tego doszło?

Dowodzący z pokładu lotniskowca USS Guadalcanal Daniel Vincent Gallery wiedział, że U-Boot znajduje się w okolicy, przy czym zaznaczmy, że „owa okolica” wynosiła czasem nawet tysiąc mil morskich. Jego dokładne zlokalizowanie wymagało więc trochę czasu. W końcu jednak się udało – 4 czerwca 1944 jeden z pięciu niszczycieli eskortowych – USS Chatelain – uchwycił kontakt sonarowy z U-Bootem. W tym momencie grupa niszczycieli momentalnie skierowała się we wskazane miejsce, a z pokładu lotniskowca wystartowały samoloty.

Załoga ratownicza US Navy pracująca nas uratowaniem przechwyconego U-505, 4 czerwca 1944 r.
Domena publiczna

U-505 został namierzony, obrzucony bombami głębinowymi i zaatakowany za pomocą moździerza zwanego „Jeż”. Zdając sobie sprawę z tego, w jak krytycznym położeniu znalazł się U-505, dowódca Lange zarządził wynurzenie i opuszczenie pokładu. Samoloty oraz będące w pobliżu niszczyciele rozpoczęły ostrzał, na skutek którego zginął jeden członek załogi U-Boota. Resztę udało się uratować. W tym samym czasie na pokład U-Boota wysłano specjalnie powołaną już wcześniej grupę abordażową. Weszła ona na pokład okrętu i zamknęła zawory, które przed opuszczeniem pokładu przez Niemców miały doprowadzić do zatonięcia okrętu. Dzięki temu zdobywcom udało się uratować okręt przed zniszczeniem oraz przechwycić wiele cennych materiałów wojennych – w tym między innymi czerwcowe klucze szyfrowe, szyfry kartograficzne, szyfry sygnałów krótkich oraz dzienniki okrętowe. No i następnie wzięto U-Boota na hol i przetransportowano go na Bermudy.

REKLAMA

Mimo zdobycia okrętu i przejęcia wielu cennych materiałów wojennych, alianci nie do końca ucieszyli się z tej akcji. Mało tego – za jej przeprowadzenie Gallery’ego planowano nawet postawić przed sądem wojennym. Dlaczego?

Rzeczywiście, gdy amerykańskie dowództwo dowiedziało się o cennej zdobyczy, wpadło w… furię. Proszę pamiętać, że zdobycie U-505 miało miejsce 4 czerwca 1944 roku, czyli na dwa dni przed planowaną inwazją w Normandii. Gdyby w jakiś sposób Niemcy dowiedzieli się o przejęciu ich okrętów przez wroga, z pewnością natychmiast zmieniliby ustawienie Enigmy, co skutkowałoby tym, że alianci nie byliby w stanie odczytywać wysyłanych wiadomości lub też robiliby to z ogromnym opóźnieniem. Te obawy spowodowały, że Amerykanie objęli przejęcie U-505 ścisłą tajemnicą – doszło nawet do tego, że nadano mu inną nazwę oraz wysłano na odległe Bermudy.

Najłatwiej było oczywiście przetransportować go do Dakaru. Tam jednak znajdowała się ambasada niemiecka, co groziło zdekonspirowaniem całego przedsięwzięcia. A do tego starano się za wszelką cenę nie dopuścić – każdy członek załogi należący do grupy okrętów Gallery’ego otrzymał specjalny list, który kończył się groźbą „by nie puszczać pary z gęby!”.

W historii U-505 przez aliantów pojawia się również wątek polski – Gallery przekonywał, że gdyby nie pewien Polak, okręt z pewnością by zatonął. Dlaczego?

Faktycznie tak było, choć sama historia ma pewne znaki zapytania. Otóż jeńcy z pokładu U-505 przetrzymywani byli na lotniskowcu Guadalcanal. Przesłuchiwanie ich niewiele dawało, gdyż każdy z nich oprócz podania stopnia wojskowego powtarzał utartą formułę, zarzekając się, że jego rolą na pokładzie U-505 było „opróżnianie gówna z wiader”. Dla amerykańskiego dowództwa było to o tyle problematyczne, że w pewnym momencie Earl Trosino – osoba odpowiedzialna za przejęcie U-505 – zaczął obawiać się, że zbyt mocno zanurzona rufa U-Boota może w końcu spowodować jego zatonięcie. A wtedy cały wysiłek przejęcia i ukrycia okrętu poszedłby na marne. Trosino szukał więc rozwiązania problemu. Widząc wysiłki mężczyzny, Polak przebywający na pokładzie lotniskowca – Leon Bednarczyk – zasugerował mu, że jeden z jeńców niemieckich może mieć polskie korzenie, na co miało wskazywać jego imię. Tutaj właśnie pojawia się największy znak zapytania.

Sprzęt detekcyjny i radiowy znaleziony na pokładzie przechwyconego U-505, 1944 r. 
Domena publiczna

Chodziło bowiem o Ewalda Felixa, czasem zapisywanego jako Edward. Czy jest to czysto polskie nazwisko? Niezupełnie. Faktem jest jednak, że gdy Bednarczyk wziął Felixa na stronę i zaczął mówić do niego po polsku, okazało się, że faktycznie ma on polskie korzenie. Zabrano go więc do Gallery’ego, który zapewnił Felixa, że jeśli pomoże on uratować U-Boota, otrzyma w nagrodę specjalne traktowanie i zostanie otoczony opieką. Tak też się stało. Gdy po dwóch dniach Felix został uznany godnym zaufania, zabrano go na pokład U-505, gdzie pomógł we właściwym ustawieniu zaworów, sprzątaniu pokładu i ustawieniu pomp tak, by działały we właściwy sposób.

REKLAMA

Zniknięcie jednego z jeńców zwróciło oczywiście uwagę towarzyszy. Aby ukryć jego poczynania i współpracę z Amerykanami, powiedziano im, że Felix zmarł. Jako że wcześniej cieszył się on dobrym zdrowiem, załoga przejętego okrętu zaczęła snuć pewne podejrzenia. Ostatecznie misja ocalenia U-505 zakończyła się jednak powodzeniem. Amerykanie byli tak wdzięczni za pomoc Felixa, że na pamiętnym zdjęciu z pokładu U-505 znalazł się on pośród reszty pracujących na pokładzie Amerykanów.

W jednym ze swoich listów opisujących zdobycie U-505 Daniel Gallery napisał, że „przechwycenie U-505 może być jednym z ważniejszych punktów zwrotnych w tej wojnie”. Czy rzeczywiście było? Jakie znaczenie miało zajęcie okrętu przez aliantów?

Myślę, że to zbyt daleko idący wniosek. Był to oczywiście nie lada wyczyn, bardzo prestiżowy – dzięki niemu do dziś możemy w pełnej okazałości podziwiać ten niezwykły okręt. Na etapie wojny, w którym Gallery pisał te słowa, nie mógł to być jednak punkt zwrotny. Tak możemy postrzegać inwazję w Normandii – poprzez otwarcie drugiego frontu istotnie przyczyniła się do pokonania Niemiec. Przejęcie U-505 takiej roli nie odegrało. W czerwcu 1944 tak zwana „Bitwa o Atlantyk” była już praktycznie przegrana – i bez przejęcia okrętu podwodnego losy tej wojny na morzu potoczyłyby się identycznie. Nie należy również przeceniać wagi materiałów, jakie Amerykanie znaleźli na pokładzie U-505. Choć były one ważne, i bez ich zdobycia alianci byli w stanie skutecznie rozszyfrowywać kody Enigmy.

Strategicznie zajęcie U-505 nie wpłynęło więc na losy II wojny światowej. Była to jednak kropka nad i ukazująca ostateczną przewagę aliantów, pokazująca, że są w stanie nie tylko zniszczyć, ale i zdobyć jedną z najbardziej śmiercionośnych broni tej wojny.

Jak potoczyły się losy tego okrętu po wojnie?

U-505 poddany został dogłębnej analizie konstrukcyjnej. Gdy już każdy jego cal został dokładnie sprawdzony, a sama konstrukcja uznana za przestarzałą, zapadła decyzja, by oddać okręt na złom. W tym momencie do akcji wkroczył Gallery. Napisane przez niego książki przyniosły mu sławę i rozgłos, a do tego o samym U-505 zaczęło być coraz głośniej. Gallery wyruszył z serią sympozjów naukowych, podczas których zachęcał do zbiórki funduszy na rzecz uratowania historycznego okrętu. Z ofertą przyszło Chicago.

U-505 na wystawie w Muzeum Nauk i Przemysłu w Chicago
Domena publiczna

Jego władze pragnęły umieścić U-Boota w swoim muzeum jako główny eksponat. Najtrudniej było Gallery’emu przekonać Marynarkę Wojenną Stanów Zjednoczonych, aby zrzekła się U-Boota i przekazała go do muzeum. Sława Gallery’ego oraz jego determinacja w końcu przyniosły jednak oczekiwany skutek. U-505 trafił do muzeum w Chicago i pozostaje dziś jedynym przedstawicielem U-Bootów typu IX, który możemy oglądać w całej okazałości – zarówno stacjonarnie, jak i w formie wycieczki wirtualnej. I to prawdopodobnie największa korzyść przejęcia tego okrętu.

Zainteresowała Cię niezwykła historia U-505? Sięgnij po książkę "U-505. Prawda o wojnie wojnie na morzu"!

Łukasz Grześkowiak
„U-505. Prawda o wojnie na morzu”
49,90 zł
Wydawca: Bellona
Rok wydania: 2022
Okładka: miękka
Liczba stron: 320
Premiera: 27.07.2022
Format: 135 x 215 [mm]
ISBN: 978-83-111-6632-5
EAN: 9788311166325
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Natalia Pochroń
Absolwentka bezpieczeństwa narodowego oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Rekonstruktorka, miłośniczka książek. Zainteresowana historią Polski, szczególnie okresem wielkich wojen światowych i dwudziestolecia międzywojennego, jak również geopolityką i stosunkami międzynarodowymi.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy