Marcin Przewoźniak, Adam Pękalski – „Skoki przez epoki. Osiem podróży w przeszłość” – recenzja i ocena
Marcin Przewoźniak, Adam Pękalski – „Skoki przez epoki. Osiem podróży w przeszłość” – recenzja i ocena
Recenzowana publikacja ta składa się z ośmiu opowiadań z różnych okresów historycznych. Bohaterami każdego z nich są młodzi ludzie, których losy – często bardzo trudne – wprowadzają nas w realia konkretnej epoki. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć problemy, z jakimi dawniej musieli się mierzyć dzieci i dorośli. Oprócz samych opowieści książka zawiera komentarze sympatycznego szczura, który po każdym rozdziale wyjaśnia historyczne niejasności. Taki zabieg pozwala uporządkować zdobytą wiedzę, ułatwia dziecku zrozumienie kontekstu opisywanych wydarzeń i przynosi wymierne korzyści edukacyjne.
„Niesamowite, prawda? Oto szkoła jest otwarta „prawie” dla wszystkich! No tak, prawie. Dla tych, którzy mają z czego płacić, na pewno. Dla tych, którzy nie muszą pracować w polu. I dla tych, którzy nie są dziewczynami. Dziewczyny po dawnemu musiały iść do pracy albo siedzieć w domu. Pamiętacie tę nieszczęsną, znudzoną Jadwinię sprzed stu lat? Holga też ma przed sobą lata wyszywania i czekania, aż znajdzie się kandydat na męża”.
Przez stulecia codzienne życie dzieci było pasmem ogromnych wyrzeczeń, a dostęp do edukacji stanowił przywilej nielicznych. Od dzieci oczekiwano przede wszystkim użyteczności – gdy tylko uczyły się chodzić, przydzielano im obowiązki dostosowane do wieku. W ten sposób od najmłodszych lat wdrażano je do pracy na rzecz utrzymania całej rodziny, co uczyło odpowiedzialności, ale też brutalnie skracało dzieciństwo. Co więcej, w dawnych czasach powszechne było przekonanie, że dzieci stanowią własność rodziców i powinny pracować na równi z dorosłymi, by odwdzięczyć się za swoje utrzymanie. Surowe traktowanie przez opiekunów dodatkowo pogarszało i tak niełatwe położenie młodego człowieka, całkowicie pozbawionego prawa do decydowania o sobie.
„Ojciec zabrał syna, w domu sprał dębinką, wylewając w ten sposób swój żal, że chłopak rachmistrzem nie zostanie. Potem wysłał go do cegielni, by tam siłę i ruchliwość oddawał za dwa grosze na tydzień. Niech pracuje, skoro dorósł, przecież jedenasty rok skończył! Wypłatę odbierał od syna w niedzielny wieczór. Grosz dawał matce, drugi zatrzymywał sobie. Ojciec uważał, że Paszko miał co jeść, miał gdzie spać, zatem nie potrzebował pieniędzy”.
Od dzieci wymagano bezwzględnego posłuszeństwa i szacunku, a o ich przyszłości decydował ojciec, niezależnie od ich własnych pragnień i talentów. Potomstwo traktowano często instrumentalnie, jako zabezpieczenie na starość. Wynikało to nie tyle z braku cieplejszych uczuć, ile z twardych realiów ekonomicznych – dzieci miały w przyszłości utrzymać niedołężnych rodziców w ramach rewanżu za opiekę w okresie niemowlęcym. Postęp technologiczny i narodziny przemysłu również potrafiły drastycznie zmienić sytuację materialną całych rodzin, spychając rzemieślników w skrajne ubóstwo.
Skrajna bieda, brak perspektyw oraz brak dostępu do edukacji sprawiały, że wiele dzieci kończyło na ulicy. Pozbawione opieki i zmuszone do walki o przetrwanie w patologicznym środowisku, nie miały szans na prawidłowy rozwój. Sytuacji nie ułatwiały też realia ówczesnego szkolnictwa. Dopiero w XX wieku w Europie zaczęto odchodzić od stosowania kar cielesnych jako metody wychowawczej. Wcześniej bicie uczniów było normą. Dobrze obrazują to realia szkół w okresie zaborów – na przykład w zaborze rosyjskim czy pruskim, gdzie oficjalne placówki podlegały rygorystycznej polityce depolonizacji. W szkołach tych surowo karano za używanie języka polskiego, starając się całkowicie wykorzenić tożsamość narodową młodego pokolenia.
„Wszyscy mówili po rosyjsku, choć byli Polakami. Za mówienie po polsku podczas przerwy można było zarobić parę kijów w siedzenie od nauczyciela. Albo zaliczyć trzy godziny zamknięcia po lekcjach w kozie, czyli w brudnej komórce, gdzie trzymano miotły. W szkole stosowano obie te kary naraz. Dlatego Zygmunt wymienił szybkość tramwaju, używając rosyjskich miar. Każdy mógł sobie przeliczyć w pamięci, że to będzie szesnaście kilometrów na godzinę”.
Książka Marcina Przewoźniaka przypomina, że choć czasy i ludzkie oczekiwania nieustannie ewoluują, to właśnie kolejne pokolenia dzieci niosą ze sobą nadzieję na rozwój. To dzięki tym ludziom, którzy z biegiem lat nie zatracili młodzieńczej ciekawości świata i przekory, ludzkość zawdzięcza przełomowe wynalazki oraz postęp technologiczny. Śledząc opowieści zawarte w tej publikacji, można zreflektować się nie tylko nad historią, ale też nad tym, jak będzie wyglądać przyszłość następnych pokoleń za kilkadziesiąt lat.
„Skoki przez epoki” stanowią doskonałą propozycję dla młodych czytelników. Jeśli chcemy rozbudzić w dziecku zainteresowanie historią, ta książka będzie świetnym wyborem. Angażujące opowiadania, żywy język autora, a także duża czcionka i barwne ilustracje sprawiają, że warto podarować tę pozycję swoim podopiecznym. Lektura może stać się także doskonałym pretekstem do rodzinnych rozmów, dzielenia się własnymi wspomnieniami z dzieciństwa oraz opowieściami o dawnych zabawach, co pozwala na moment zatrzeć barierę pokoleniową. Ze względu na walory edukacyjne i literackie oceniam tę książkę na mocne 9 w dziesięciostopniowej skali. To wartościowa pozycja do wspólnego czytania. Zachęcam do lektury!
