Miś Uszatek świętuje swoje urodziny!
Miś Uszatek dla wielu z nas to nie tylko bohater dobranocki z lat 1975–1987, ale po prostu kawałek dzieciństwa. To świetny dowód na to, jak wielką siłę ma prosta, ciepła i mądra opowieść.
Zanim jednak pluszowa lalka ożyła w łódzkim studiu Se-ma-for, Uszatek musiał najpierw zaistnieć na papierze. Wszystko zaczęło się 6 marca 1957 roku. Właśnie wtedy, z połączenia wyobraźni poety Czesława Janczarskiego i talentu ilustratora Zbigniewa Rychlickiego, narodziła się postać, która na zawsze zmieniła polską literaturę dziecięcą. Janczarski doskonale rozumiał, jak myślą i czego potrzebują najmłodsi. Na początku jego niedźwiadek gościł głównie na łamach dwutygodnika „Miś”, którego szybko stał się dumnym patronem i twarzą.
Z czasem historyjki z gazet przeniosły się do książek, które błyskawicznie znikały z półek. W czym tkwiła siła papierowego Uszatka? Z jednej strony przypominał zwykłą pluszową zabawkę, której oklapnięte uszko dodawało uroku. Z drugiej był dla przedszkolaka świetnym kumplem. Mierzył się z podobnymi problemami, popełniał te same błędy i przeżywał te same radości co jego czytelnicy. Dzięki temu książki o Uszatku szybko przekroczyły granice Polski, trafiając do dzieci na całym świecie – od krajów skandynawskich aż po Japonię.
Kwestią czasu było więc przeniesienie tej historii na ekran. Pierwsze próby miały miejsce w 1962 roku, kiedy powstał krótki film na podstawie scenariusza Janczarskiego. Prawdziwy boom nastąpił jednak kilkanaście lat później. W 1975 roku łódzki Se-ma-for, na zlecenie Telewizji Polskiej, ruszył z produkcją lalkowego serialu. Ponieważ Czesław Janczarski już wtedy nie żył, pałeczkę przejął Janusz Galewicz (piszący pod pseudonimem Łukasz Czerwiec), który wymyślał nowe historie w duchu oryginału. Komentarze pisał z kolei Sławomir Grabowski.
Telewizyjny Uszatek nie miałby jednak w sobie tej samej magii, gdyby nie głos Mieczysława Czechowicza. To właśnie ten aktor nadał postaci charakterystyczne ciepło, które uspokajało przed snem całe pokolenia. Twórcy wpadli też na świetny pomysł narracyjny. W środku odcinka Miś był po prostu dzieckiem bawił się ze znaomymi w lesie czy przedszkolu. Ale na początku i na końcu stawał się narratorem. Ubrany w słynną piżamkę, układał się do snu, wspominał miniony dzień i podsumowywał go rymowanym morałem. Wszystko to uzupełniała świetna scenografia i stroje projektowane przez Zbigniewa Rychlickiego, który dbał, by miś ubierał się modnie i adekwatnie do pogody.
Świat Uszatka tętnił życiem dzięki świetnie napisanym postaciom drugoplanowym. Najlepszym przyjacielem misia był Zajączek – roztrzepany, zapominalski i wiecznie pakujący się w kłopoty. Razem z nimi trzymał się Prosiaczek, łagodny łasuch ze swoim nieśmiertelnym „ma się rozumieć” czy „eee, co tam”. Ważne były też Królicze bliźniaczki, które mimo bycia urwisami, potrafiły w obronie przyjaciół postawić się nawet silniejszym baranom. Z czasem do ekipy dołączył szary Kot, który próbował doradzać czasem zbyt upartemu Uszatkowi.
Z dzisiejszej perspektywy dość zabawna historia wiąże się z Kruczkiem. Ten wesoły i wyjątkowo rozsądny piesek niespodziewanie stał się ofiarą politycznej cenzury lat 70. W wersji kolaudacyjnej odcinka „Huśtawka”, po wypadku na placu zabaw, Kruczek rzucił do przyjaciół: „Pomożecie Prosiaczkowi?”. Komunistycznym urzędnikom tekst od razu skojarzył się z okrzykiem Edwarda Gierka „Pomożecie?”. Na dodatek ważną postacią w Komitecie Centralnym PZPR był wtedy… Władysław Kruczek. Pies został po cichu usunięty z serialu.
Oprócz zwierzaków, takich jak plotkująca Sroczka czy bobry, pojawiali się też dorośli: rozsądna Kotka-przedszkolanka, zapracowana Mama Królików czy świetnie gotująca Ciocia Chrum-Chrum. Dzieci pokochały Uszatka tak bardzo, że łódzkie studio pracowało na najwyższych obrotach. Do 1987 roku ekipa zrealizowała aż 104 odcinki. Taka liczba dała Uszatkowi drugie miejsce w rankingu najdłuższych polskich animacji tamtych lat (tuż za Bolkiem i Lolkiem). Ponad sto wieczorynek zapewniało telewizji materiał na bite dwa lata emisji bez żadnych powtórek! Nawet gdy w 1979 roku TVP wstrzymała na chwilę finansowanie, machina się nie zatrzymała. Studio wykorzystało wsparcie z Ministerstwa Kultury i wypuściło cztery odcinki w formie kinowej jako „Nowe przygody Misia Uszatka”. Ponieważ emitowano je w paśmie porannym, miś nie żegnał się już w piżamce, a ikoniczną piosenkę Piotra Hertla „Na dobranoc, dobry wieczór” zastąpiono wersją ze słowami: „Kto pamięta moje imię?”.
Dziś Misia Uszatka można uznać za dobro narodowe. Warto jednak pamiętać, że animacja lalkowa była kawałkiem naprawdę ciężkiej, fizycznej pracy. Lalki pod okiem operatorów szybko się brudziły i zużywały. Do nakręcenia tylko jednego odcinka potrzebowano od dwóch do nawet trzech identycznych figurek. Te, które nie nadawały się już do zdjęć, często trafiały jako prezenty na biurka telewizyjnych dyrektorów. Na szczęście wiele oryginalnych lalek przetrwało do dziś i można je zobaczyć na żywo w Muzeum Dobranocek w Rzeszowie, Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach oraz w Muzeum Kinematografii w Łodzi. I dobrze, bo przypominają nam czasy, kiedy mądry niedźwiadek uczył nas, jak być po prostu dobrym kolegą.
redakcja: Jakub Jagodziński
