Opublikowano
2011-09-25 19:06
Licencja
Wolna licencja

Miscellanea (2): Multi nie coolty

Dewastacje miejsc pamięci, kontrowersje wokół niemieckiego napisu nad wejściem do sztolni zabrzańskiej kopalni, zaśmiecanie żydowskich cmentarzy czy też zaniedbywanie nekropolii wojennych z I wojny światowej pokazują, że choć wielokulturowość mocno wpisuje się w dzieje naszego narodu, to dziś z trudem jest akceptowana. Jest przy tym odrzucana z całym dziedzictwem ziem polskich, prowadząc mieszkańców naszego kraju w ślepy zaułek niezrozumienia.


W ostatnich latach wiele mówiło się o polityce historycznej, o inwestowaniu w historię i przywracaniu jej właściwego miejsca w życiu społecznym. Choć stał za tym zapewne szczytny cel kształtowania poprzez dzieje świadomości społeczeństwa, to jednak realizowano go jednowymiarowo, skupiając się na odnawianiu dawnych mitów historiograficznych i kreowaniu nowych. Nie czyniono tego w celu powiększania wiedzy historycznej Polaków, lecz skierowano swoją uwagę na integrację narodu wokół pewnej interpretacji przeszłości.

Powstanie warszawskie stało się w ostatnich latach najważniejszym elementem prowadzonej w Polsce polityki historycznej. Jego mit nie dla wszystkich mieszkańców Polski jest jednakowo bliski (fot. Jerzy Tomaszewski, na zdjęciu żołnierze zgrupowania „Radosław”, 2 września 1944 r.)

Przyjmując tezę o integrującym charakterze historii, uprawiający politykę historyczną skoncentrowali się wokół pewnych uniwersaliów: wydarzeń i faktów, którym można było przypisać wręcz narodowotwórczy wymiar. Stąd tak wiele wagi przypisuje się powstaniu warszawskiemu, II konspiracji, bitwie warszawskiej, tradycji piłsudczykowskiej itd. Wiedza historyczna miała formować patriotyzm o charakterze ogólnonarodowym.

Taka wizja dziejów wyklucza mówienie o różnorodnościach, a jeśli nawet się o nich wspomina, to wyłącznie w kontekście asymilacji, podkreślając polskość Żyda lub Niemca i jego głębokie oddanie sprawom ojczyzny – Polski. Wszelkie występujące na naszych ziemiach odmienności miały więc jakoby charakter drugorzędny, a wszystko i tak integrować się miało w ramach narodu polskiego. Polskość, niczym komunizm w doktrynie marksistowskiej, stała się celem historii. Wszystko dążyć miało ku uformowaniu się jednolitego narodu, a kolejne klęski, przeplatane pojedynczymi zwycięstwami, tylko jednoczyły społeczeństwo, przekształcając je w jednolitą masę.

Na dodatek z rzeczywistości historycznej wykluczono całe połacie współczesnej Polski, które przez długie lata leżały poza obrębem naszego kraju lub polskich wpływów. Pomorze Zachodnie, częściowo Gdańsk, Mazury, Górny i Dolny Śląsk, nie mogły się odnaleźć w tak skonstruowanej narracji. Powstanie Ruchu Autonomii Śląska i zwrócenie przez jego środowisko uwagi na dziedzictwo historyczne tego regionu uwidoczniły ten problem bardzo wyraźnie. Nie dało się bowiem pogodzić sztampowej polskości – widzianej z perspektywy „Kongresówki” – ze skomplikowaną i niejednoznaczną historią Górnego Śląska. Obowiązująca wizja historii nie dawała sobie rady z poniemiecką schedą, z problemem represji wobec Ślązaków po II wojnie światowej, z lokalnymi dążeniami do zachowania i podkreślania własnej tożsamości itd.

Jerzy Gorzelik, historyk sztuki i przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, często przypomina o konieczności ochrony górnośląskich zabytków – również tych poniemieckich (fot. Jan Mehlich, na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)

Nie można się więc dziwić, że – jak informuje „Dziennik Zachodni” – w planach udrażniania kopalni Królowa Luiza w Zabrzu pominięto rekonstrukcję historycznego napisu w języku niemieckim („Gluck auf!” – „Powodzenia”), który widniał niegdyś przy wejściu do Głównej Kluczowej Sztolni Dziedzicznej. Zwolennicy zarysowanej wyżej polityki historycznej, którzy ciągle dobrze mają się w debacie publicznej, mogliby uznać to za prowokację czy wręcz działanie na rzecz „zakamuflowanej opcji niemieckiej”. Zwyczajny napis świadczący o dziedzictwie regionu stałby się polem bezsensownych debat i nieuprawnionych sądów, a może nawet decyzji personalnych godzących w osoby, dla których historia ważniejsza byłaby od ideologicznego zacietrzewienia.

Trudno się również dziwić, że choć teren województwa łódzkiego usiany jest cmentarzami wojennymi powstałymi po bitwie łódzkiej (1914), uważanej za największą operację manewrową I wojny światowej, to niszczeją one w zapomnieniu gdzieś w gęstwinach lasów. Choć ówczesne walki pochłonęły tysiące ofiar – w tym wielu Polaków – wydarzenie to jest z punktu widzenia dominującej polityki historycznej czarną dziurą. Bitwa ta toczona była przez obcych, zaborców, cóż więc z tego, że dotykała bezpośrednio mieszkańców Łodzi i jej okolic. Nie ma to znaczenia dla górnolotnych rozważań o polskości i patriotyzmie. Po krótkotrwałej fascynacji bitwą łódzką, jaka ogarnęła władze województwa kilka lat temu, nie ma już śladu. Pozostało kilka tablic i setki dzikich cmentarzysk porastających trawą.

Cmentarz wojskowy w Pawlikowicach, na którym leżą polegli w bitwie łódzkiej

I wreszcie – choć to najboleśniejsze – nie sposób się dziwić, że dewastowane są cmentarze żydowskie (łatwo przekonać się za pomocą wyszukiwarki internetowej, że nie jest to proceder wyjątkowy) i miejsca pamięci o zamordowanych Żydach. Nie są to jedynie szczeniackie wybryki niezrównoważonych wyrostków. Pracownicy Gmin Żydowskich mówią np., że nieomal codziennością jest zaśmiecanie kirkutów lub wręcz traktowanie ich jak swoistych wysypisk śmieci. Nie czynią tego wszakże lotne brygady narodowców, tylko zwykli członkowie polskiego społeczeństwa. Wszystko zaś się dzieje przy milczeniu „autorytetów moralnych”, dla których lepszym powodem do zabierania głosu jest postać pewnej gwiazdy death metalu.

Ignorancja i strach władz, nieodpowiedzialny sposób prowadzenia debaty publicznej i zachowania pojedynczych ludzi powodują, że ze świadomości społeczeństwa wypierana jest wiedza o wielokulturowym charakteru naszej historii. A jeśli prawda o tym jest nawet akceptowana, to tylko jako element przeszłości, która dawno minęła. Przeciętny Polak wstydzi się multikulturowości, uważając ją raczej za anomalię, ciekawostkę, ale nie normę. Wspomnienie o państwie, w którym współegzystowali przedstawiciele kilku narodów i szeregu kultur jest wypierane, gdyż zagrażałoby ono wizji historii skupionej na męczeństwie narodu polskiego. Co gorsza, kwestionowałoby też pojęcia „prawdziwej polskości”, „Polaka-katolika” itp.

Wielu powie zapewne, że odrzucenie wielokulturowego charakteru dziejów Polski skutkuje przede wszystkim wzrostem nastrojów szowinistycznych. Z punktu widzenia historyka dostrzegam jeszcze jeden poważny problem. Jest nim obojętność – nie tyle na samą wielokulturowość, co na historię jako taką. Ignorowanie różnorodności jest przecież pierwszym krokiem do zbagatelizowania historii lokalnej, a co za tym idzie, najbliższych związków ludzi z dziejami. To przecież w naszym najbliższym otoczeniu najłatwiej dostrzec mieszaninę kultur, która niegdyś była normą. Opuszczone zbory i cmentarze ewangelickie, pozostałości po kirkutach, obcojęzyczne napisy odkrywane pod odpadającymi tynkami – któż nie obserwuje tego, spacerując codziennie po ulicach swoich miast i miasteczek?

„Historia ogólnopolska”, zuniwersalizowana, staje się daleka, oderwana od rzeczywistości, a więc w oczach wielu nierealna. Od tego już tylko krok do zanegowania potrzeby uprawiania historii i pożytków z tego płynących. Nie taki efekt chcieli osiągnąć twórcy polityki historycznej. Ponowne zbliżenie się do wielokulturowego dziedzictwa naszych dziejów może więc nie tylko uchronić nas przed szowinizmem, nauczyć tolerancji czy otworzyć na innych, ale przede wszystkim pomoże dostrzec nam historię bliską – historię, która działa się obok naszego domu.

Zobacz też

Przypominamy, że felietony publikowane w naszym serwisie zawierają osobiste opinie naszych redaktorów i publicystów. Nie przedstawiają one oficjalnego stanowiska redakcji „Histmag.org”.

Redakcja: Roman Sidorski

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Bogdan Laskowski |

Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł i komentaże. Z uwagi na fakt że dużo podróżuje po kraju i często odwiedzam cmentaże gdyż chcąc poznać ludzi żyjących na danym terenie, ich obyczaje i preferencje zawsze zaczynam zwiedzanie od nekropolii. Na nagrobkach jest wypisana najprawdziwsza historia.Widziałem nekropolie zniszczone, zaniedbane i piękne. Te zadbane były pod opieką następców osób pochowanych. Tam gdzie tych następców nie ma były dewastacje i zniszczenia.Któż ma dbać o cmentarze jeśli nieżyjący następcy. Ale Polska jest krajem unikalnym, ponieważ do II wojny światowej mieliśmy średnio co 30 lat wojenną zawieruchę. Cmentaże w naszym kraju są co kilka kilometrów. Leżą tam polacy,Niemcy, Rosjanie, Żydzi, Ukraićy i inne narodowości. Któż ma dbać o te nekropolie ? Napewno żyjący następcy.Tak robili Niemcy, którzy na cmentażach swoich żołnierzy z I Wojny mieli zatrudnione osoby do pielęgnacji tych miejsc. Lecz od mniej więcej 20 lat sprawy te regulują umowy międzynarodowe na zasadach wzajemności.W pozostałych przypadkach jest Cisza i spokój. Czasami pojawiają siętylko takie artykuły głoszące półprawdy. Czy ktoś widział cmentarz żołnierzy Napoleońskichz 1812 r? Spotkałem jeden w Wilnie na Antokolu. I nikt nie robi z tego powodu problemów.



Odpowiedz

Gość: Stach Głąbiński |

Przesadzamy utożsamiając kult miejsc pochówku z multi- czy niemulti- kulturowością. Zbliżone do histerii celebrowanie smutku czy zadumy nad grobami jest wytworem mody na uczuciowość panującej od 2-giej połowy XX wieku. Ze swoich wspomnień wiem, że jeszcze nie tak dawno temu w większości rodzin utrzymywanie grobu bliskiej osoby kończyło się po kilku latach. Nie dotyczyło to jedynie ludzi bogatych, którzy mogli sobie pozwolić na luksus wyjścia poza krąg zabiegów o utrzymanie żyjących. I to jest normalne. Przecież na całym świecie miejsca, gdzie nie ma szczątków ludzkich należą do wyjątków! Gdybyśmy załamywali ręce nad każdym zaniedbanym pobojowiskiem czy miejscem pochówku, nie zostałoby czasu na nic innego. Pamięć o zmarłych jest piękną cechą, ale bez przesady! Z tego względu, np. we wspomnianym zaśmiecaniu dawnego kirkutu bardziej niż brak poszanowania miejsca oburza mnie to, że odpadków nie wywieziono na specjalnie przygotowane składowisko. Natomiast to, co nazywamy wielokulturowością, jest niezbędnym składnikiem kultury, która bez tego ulega degeneracji, podobnie jak bez tolerancji, umiejętności dialogu i wielu innych umiejętności.



Odpowiedz

Gość: Necrotrup |

Daje się zauważyć dość ciekawe zjawisko. Otóż obecnie, gdy Polska jest państwem jednolitym etnicznie, co chwila słychać tęsknoty za multikulturowością. Tymczasem wystarczy przejrzeć prasę międzywojenną, aby przekonać się, że w państwie wielokulturowym, w II RP, ta wielokulturowość była traktowana jako wada, obciążenie, słabość, coś co należy wyeliminować. Czy więc na pewno chcemy wielokulturowości? Nasze doświadczenie historyczne wskazuje, że nic dobrego z niej nie wyszło co najmniej od czasów pierwszego buntu kozackiego.



Odpowiedz

Gość: jpc |

Przykład konfliktu etnicznego z Rwandy jest o tyle nie trafiony, że tam władza wymordowała dyskryminowanych, a nie odwrotnie.



Odpowiedz

Gość: mbbaran |

Panie Sebastianie! W pierwszych słowach dziekuję za poruszenie tematu, w drugich nieco się powybrzydzam. Na początek natrętna myśl iż \"historia ogólnopolska\" już dawno (a i za PRL też) zredukowana została do dziejów katolickiej części Kongresówki, no może z dodatkiem zmagań na tzw. Kresach lecz tylko tych na północ od Polesia. Od bardziej prawdziwych dziejów Wielkopolski i umownie to określając okolic Lwowa wara. W drugim rzucie kolejna natrętna myśl iż całkowitą i jedyną (uprawnioną do miana Patriotycznej) siłą sprawczą naszej historii są zmagania polsko-rosyjskie oraz polsko-niemieckie lecz tylko od lat 30. XX w. Utajonym lecz obowiązkowym dodatkiem (w miejce Kartaginy) jest ciągłe powtarzanie iż Ruski to kacapy. Wielokulturowości nie da się przywrócić i nie ma co jej żałować. Moim skromnym zdaniem nigdy jej nie było, no z wyjątkiem zawsze lojalnych wobec polskości Ormian. Mniejszości owszem miały swoją kulturę, swój świat, jednak były to światy równoległe do świata polskości, stety i niestety definiowanej praktycznie w 100% przez katolicyzm.



Odpowiedz
Sebastian Adamkiewicz

Członek redakcji portalu „Histmag.org”, doktor nauk humanistycznych, asystent w dziale historycznym Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, współpracownik Dziecięcego Uniwersytetu Ciekawej Historii, współzałożyciel i członek zarządu Fundacji Nauk Humanistycznych. Zajmuje się badaniem dziejów staropolskiego parlamentaryzmu oraz kultury i życia elit politycznych w XVI wieku. Interesuje się również zagadnieniami związanymi z dydaktyką historii, miejscem „przeszłości” w życiu społecznym, kulturze i polityce oraz dziejami propagandy. Miłośnik literatury faktu, podróży i dobrego dominikańskiego kaznodziejstwa. Współpracuje - lub współpracował - z portalem onet.pl, czasdzieci.pl, novinka.pl, miesięcznikiem "Uważam Rze Historia".

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org