Autor: Czesław Szurmiak
Tagi: Wspomnienia, II wojna światowa, Polska, Sylwetki i biografie
Opublikowany: 2022-10-01 14:14
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Nadzieje ocalenia w domowych kryjówkach

Liczne egzekucje i represje niemieckie wobec Polaków w czasie II wojny światowej budziły przestrach i trwogę. Aby uniknąć aresztowania, należało czasem uciec się do fortelu.
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Czesława Szurmiaka „Z ułańskim rodowodem. Wspomnienia własne”.

Podczas surowej zimy 1942 roku na naszym terenie w zasadzie nie działo się nic szczególnego. Wiadomości z konspiracyjnej prasy informowały sporadycznie o rządach terroru hitlerowskiego aparatu przemocy i o stratach ponoszonych przez Polaków niezależnie od tego, czy należeli do podziemnej armii, czy nie.

Bolesne to były wiadomości o licznych egzekucjach wykonywanych na Polakach na terenie całego kraju, a w szczególności, kiedy Niemcy stosowali odwet na ludności za wykryte działania dywersyjne. Stąd świadomość każdego Polaka kształtowała się zgodnie ze smutną prawdą: czego można się spodziewać po Niemcach prócz bestialstwa?

Usuwanie zwłok ofiar egzekucji ulicznych w Warszawie. W dniach 16 października 1944 do 15 lutego 1944 roku Niemcy dokonali co najmniej 33 jawnych egzekucji ulicznych, podczas których zamordowano przynajmniej 1200 Polaków.

Na tle tych wszystkich grozą przejmujących wiadomości moja osobista sytuacja w mojej własnej ocenie, pomimo ukrywania się, wyglądała całkiem znośnie. Byłem na wolności – wolności nie mającej ceny, pomimo znacznych ograniczeń. Chwilami w myślach porównywałem mój los do losu więzionych ludzi, katowanych i torturowanych, a w końcu zabijanych. Taki kontrast pomiędzy moim położeniem a położeniem ludzi będących w szponach oprawców wprowadzał do mego stroskanego serca uczucie zażenowania, gdy ktoś ubolewał nad moim losem, a nie mówił o tych, którzy najbardziej cierpieli z rąk okupanta.

Bezsilność podbitego narodu dodawała goryczy, dlatego każde działanie przeciwko Niemcom cieszyło i wnosiło nadzieję na lepsze jutro. Byliśmy wtedy, my, młodzi Polacy, żołnierzami, lecz każdy indywidualnie musiał się troszczyć o własne bezpieczeństwo i o środki do przetrwania, dając równocześnie z siebie w walce z okupantem to wszystko, na co kogo było stać. Upływający czas przynosił jednak powolne oswajanie się z całokształtem narzuconych warunków życia. Zaczęło się rodzić pewnego rodzaju przyzwyczajenie w połączeniu z otępieniem wobec ciągle istniejącego zagrożenia ze strony niemieckiej służby bezpieczeństwa. Takie otępienie w sytuacji narastającego terroru okupantów było bardzo niebezpieczne i mogło mieć tragiczne następstwa.

Trzeba tu koniecznie przypomnieć, że dla mnie, mieszkańca przykoszarowego domu, zagrożenie wynikało szczególnie z faktu istnienia niemieckiej kwatery tuż za ścianą w największym frontowym pokoju naszego domu. Nawet dziwiło nas, że mały parterowy drewniany trzypokojowy domek wynajmowany przez naszą rodzinę od pierwszych miesięcy okupacji na tyle zainteresował niemiecką kadrę oficerską z sąsiednich koszar, że znaleźli się chętni do zajęcia w nim pokoju na stałą kwaterę. W związku tym mieliśmy Niemców po prostu „na karku” – bo jako sublokatorzy często czegoś potrzebowali z naszej kuchni, np. naczyń czy wody na herbatę. Trudno było im odmawiać, gdyż poważniejszych wymagań nie mieli. Jednakże cała nasza rodzina odczuwała ogromne skrępowanie, oczywiście ze mną na czele. Dlatego w okresach zaostrzenia niemieckich rygorów wobec ludności polskiej prowadziliśmy intensywny nasłuch, co się dzieje za ścianą.

Z opinii wyrażanych w dyskusjach oraz zasłyszanych głosów czy nastrojów w społeczeństwie wyciągaliśmy wnioski co do dalszych poczynań Niemców [zarówno] w stosunku do nas samych, jak i ogółu Polaków. Przechwyciliśmy kiedyś pogłoskę, że Niemcy będą nas wysiedlać z obrębu koszar, na szczęście nie sprawdziła się ta wersja. Razu pewnego jeden z niemieckich lokatorów bez pukania wpadł do kuchni z garnkiem po ciepłą wodę. Akurat zastał mnie przy jedzeniu w pokoju. Zdziwiony moim widokiem, wziąwszy wypełniony garnek wody, wycofał się, przy czym rzucił na mnie nieufne spojrzenie. Czułem wtedy, że mógł nie rozpoznać rodzinnego podobieństwa, ponieważ siedziałem w cieniu przy stole. Na wszelki jednak wypadek po dobrej chwili mój ojciec za poradą matki wziął talerz jabłek i zaniósł tym lokatorom, mówiąc po niemiecku, że właśnie znajomy chłopak przyniósł ze wsi owoce i chcemy ich poczęstować. Przez ten wybieg ojciec sprawdził, że oficer Wehrmachtu, zadowolony z otrzymanych jabłek, wcale nie zainteresował się rzekomym dostawcą. Nie przypuszczał, że w zasięgu ręki miał osobnika poszukiwanego przez niemieckie organa policyjne.

Zdarzały się także przypadki, że jacyś inni Niemcy ze sprawami do naszych lokatorów pomyłkowo trafiali do naszych drzwi i bezpardonowym dobijaniem się wywoływali popłoch rodziny, szczególnie, gdy w tym czasie przebywałem w domu. W sumie ta niemiecka kwatera kosztowała nas wiele nerwów.

Nic dziwnego, że w rodzinnych dyskusjach często usilnie proszono mnie, abym znalazł takie rozwiązanie, które by mi dawało pełne bezpieczeństwo, przede wszystkim w czasie przebywania w domu. Chodziło po prostu o zorganizowanie odpowiedniej kryjówki w wypadku potrzeby szybkiego ukrycia się przed nalotem Niemców. Niebawem intensywne rozmyślania doprowadziły do sprecyzowania planu wykonania dwóch odrębnych skrytek dających doraźnie szybkie i pewne ukrycie.

REKLAMA

Pierwszy pomysł polegał na wykopaniu w kuchni wnęki pod podłogą z wejściem przed frontem paleniska kaflowej kuchni. Właśnie ten kawałek podłogi, obitej kwadratowym arkuszem blachy zabezpieczającej przed wypaleniem podłogi żarem z paleniska, przeznaczyłem na wejście. Na tej blasze zawsze stała skrzynka z opałem i trudno byłoby przypuścić, że całość jest ruchoma. Bowiem po odstawieniu skrzynki oraz po podniesieniu wspomnianej blachy spojonej z kawałkiem wyciętej podłogi można było łatwo wejść do schronu i zamknąć za sobą ruchomą pokrywę. Końcową czynność maskującą miał wykonać ktoś z domowników przez nasunięcie skrzynki z opałem na pokrywę okutą blachą.

Oczywiście realizacja nie należała do łatwych. Jako główny projektant musiałem podjąć wysiłek wykonania szeregu pracochłonnych czynności. Pierwszą z nich było wycięcie za pomocą dłuta części podłogi o rozmiarach około pół metra na pół metra, a więc desek łącznie z belkami podtrzymującymi deski podłogi.

Należało dotrzeć do gołej ziemi, która w swej zbitej i zasuszonej masie niełatwo ustępowała pod uderzeniami toporka. Na szczęście po wybraniu za pomocą krótkiej saperskiej łopatki pierwszej warstwy ziemi, następne warstwy, już nie twarde, łatwiej dawały się wybrać łopatką.

Urobek wybranej ziemi był natychmiast usuwany i wyrzucany poza dom wiadrami. Tam równomiernie rozsypywaliśmy ją wzdłuż ścian domu, co imitowało podsypkę chroniącą przed wilgocią. Mój ojciec chętnie przystąpił do pracy ze mną i tak na zmianę przez tylne okno, żeby Niemcy nas nie widzieli, wynosiliśmy w wiadrach wybraną ziemię pod ściany domu. Cała praca trwała kilkanaście dni, aż do momentu, kiedy wykopany dół osiągnął głębokość kryjącą stojącego człowieka, a szerokość dołu pozwalała na wygodne siedzenie na dole, gdzie stał taboret. Gotowość użycia w razie potrzeby tego schronu polegała na postawieniu pokrywy pionowo przy otworze wejściowym do schronu. Krótka kilkuszczeblowa drabinka wpuszczona do dołu miała ułatwiać wejście.

Czesław Szurmiak z siostrą w 1940 roku (prawa zastrzeżone)

Przewidywałem na podstawie prób, że wszystkie czynności, a więc wejście, zamknięcie za sobą pokrywy oraz zasunięcie na nią skrzynki z opałem przez inną osobę miało trwać nie dłużej niż 10–15 sekund. Zamierzałem także doprowadzić do schronu kabel elektryczny zakończony żarówką, celem oświetlenia wnętrza, jednak do realizacji tego nie doszło. Oprócz wyżej opisanej kryjówki, postarałem się zorganizować jeszcze jedną, tym razem na strychu naszego parterowego domku. Pomysł polegał na wykorzystaniu otworu prowadzącego na strych, który to otwór był wycięty w drewnianym suficie werandy.

Najtrudniejszym zadaniem było wspięcie się przy pomocy jakiegoś szczebla, aby głową podnieść uchyloną na zawiasach pokrywę. Potem należało wciągnąć się w górę i cicho zamknąć za sobą pokrywę. Najlepiej byłoby posługiwać się jakąś drabinką, jednakże stojąca drabina sugerowałaby z miejsca, że ktoś po niej mógł uciec i schować się na strychu. W związku z tym wykonałem urządzenie pomocnicze składające się z kółka połączonego ze starym końskim strzemieniem grubym drutem [mającym] około metra długości. To ruchome urządzenie przypięte do ściany kołkiem ułatwiało wspięcie się na górę, po czym dla zatarcia śladów można było to urządzenie wciągnąć za sobą na strych.

Będąc już na strychu, szedłem do doskonale przygotowanego i zamaskowanego schowka. Po naciśnięciu odpowiedniego klawisza, znanego tylko mnie, odchylała się jedna z szerokich desek, za którą kryło się pomieszczenie dla stojącego. Po nasunięciu tejże deski na swoje miejsce nikt nie mógł przypuszczać, że za nią schował się człowiek.

Tak więc ubezpieczyłem się na wypadek, gdyby pogoń za mną dotarła, poprzez strych werandy, aż na strych główny parterowego domku. Po wykonaniu obydwu kryjówek, tj. piwnicznej i strychowej, poczułem się bezpieczniej, tym bardziej, że kilka alarmowych ćwiczeń wykazało całkowitą sprawność urządzeń oraz moją własną umiejętność korzystania z kryjówek. Postarałem się następnie o uzyskanie oceny kilku wtajemniczonych ludzi – przydatności i innych walorów kryjówek. Osoby te wyrażały pełną aprobatę dla pomysłów, które ich zdaniem całkowicie zapewniały mi bezpieczeństwo w razie najścia nieproszonych gości.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Czesława Szurmiaka „Z ułańskim rodowodem. Wspomnienia własne” bezpośrednio pod tym linkiem!

Czesław Szurmiak
„Z ułańskim rodowodem. Wspomnienia własne”
50 zł
Wydawca: Instytut Pamięci Narodowej
Rok wydania: 2022
Liczba stron: 520
ISBN: 978-83-8229-432-3
EAN: 9788382294323
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Czesław Szurmiak
(1917-1993) W 1939 r. ukończył Szkołę Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu. Wziął udział w kampanii wojennej w składzie 23. Pułku Ułanów Grodzieńskich w Armii Odwodowej "Prusy". Podczas II wojny światowej był oficerem szkoleniowym i dywersji w Komendzie Obwodu ZWZ-AK Łańcut. Po wkroczeniu Armii Czerwonej nie zgłosił się do poboru, co w połączeniu z przynależnością do AK spowodowało, że został aresztowany przez komunistyczny aparat represji. W celi więzienia WUBP w Rzeszowie przebywał ponad 2 miesiące. Po zwolnieniu zgłosił się do służby wojskowej, z której został zwolniony w 1952 r., na fali czystek przedwojennych oficerów Wojska Polskiego. Ponownie przyjęty do służby w 1957 r., z której odszedł w stan spoczynku w 1973 r., w stopniu pułkownika kwatermistrzostwa.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy