Opublikowano
2013-08-08 12:30
Licencja
Wolna licencja

Naukowy czy naukawy? O tekście Grzegorza Wołka raz jeszcze

Głos Macieja Gawlikowskiego w dyskusji wokół Konfederacji Polski Niepodległej, w odpowiedzi na replikę Grzegorza Wołka, historyka z Biura Edukacji Publicznej IPN.


Zachęcony przez prof. Antoniego Dudka w dyskusji na Facebooku, postanowiłem zabrać jeszcze raz głos w tej sprawie.

Konfederacja Polski Niepodległej - geneza i działalność do wprowadzenia stanu wojennego Dyskutowany tekst Grzegorza Wołka, historyka z Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej Bardzo trudno dyskutuje się z kimś, kto nadaje inne znaczenia słowom, kto twierdzi, że jakieś sformułowanie znaczy co innego niż jego definicja. Być może nie jakieś uprzedzenie do Konfederacji Polski Niepodległej, lecz właśnie ta bariera językowa powoduje problemy z efektem pracy badawczej Grzegorza Wołka. Napisałem:

Wołkowa wizja KPN, to sterowana przez Służbę Bezpieczeństwa grupa, która tworzy koncesjonowaną partię niepodległościową, aby zapobiec tworzeniu się struktur konspiracyjnych, niezależnych od bezpieki.

Wzburzyło to Grzegorza Wołka: Taka teza w tekście nie pada, a krytyków, jeżeli uważają inaczej, proszę o konkretny cytat. Proszę bardzo, oto on:

Duży stopień nasycenia agentami SB środowiska KPN (włącznie z zarejestrowaniem w okresie 1969-1977 Leszka Moczulskiego jako TW „Lech” ), przynajmniej w fazie jego formowania, sugeruje, że komunistyczne władze i ich służby specjalne nie rozbiły tego ruchu w momencie tworzenia tylko z powodu pewności, że jest on całkowicie kontrolowany. Niestety dostępne materiały archiwalne nie są w stanie tej tezy w pełni potwierdzić, niemniej jednak jej nie wykluczają. Wydaje się, że z perspektywy SB korzystniejsze było istnienie zinfiltrowanej opozycji o profilu niepodległościowym niż struktury zakonspirowanej (a tym samym pozostającej poza wszelką kontrolą)”.

Tekst ten jest trudny do analizy ze względu na jego dziwną polszczyznę, ale przekaz jest jasny:

1. środowisko tworzące KPN było nasycone w dużym stopniu agentami Służby Bezpieczeństwa; w tym kontekście wymieniony jest Leszek Moczulski;
2. władze komunistyczne i SB miały pewność kontroli nad środowiskiem tworzącym KPN;
3. tylko dlatego ruch ten nie został rozbity przez represje;
4. wydaje się, że z perspektywy SB korzystniejszy był taki kontrolowany ruch niż ewentualne spontanicznie powstające grupy;
5. tez tych Wołk nie jest w stanie udowodnić na podstawie dokumentów - „niestety” jak dodaje z żalem.

Przeanalizujmy po kolei te punkty.

Widmo Reniaka krąży po IPN-ie Maciej Gawlikowski polemizuje z tekstem „Konfederacja Polski Niepodległej - geneza i działalność do wprowadzenia stanu wojennego”, autorstwa historyka tej organizacji Grzegorza Wołka. Ad 1. Wykazałem w poprzednim tekście, że kilku rzeczywistych, szkodliwych agentów oraz kilka agenturalnych płotek wśród 50 sygnatariuszy to nie jest znaczne nasycenie agenturą. Na dodatek nie są znane przypadki, aby ci agenci skutecznie wpłynęli na linię polityczną czy program KPN. Dodanie w tym kontekście nazwiska Leszka Moczulskiego to zabieg kuriozalny. Zarzuty wobec niego dotyczą lat wcześniejszych, na dodatek nie są przekonująco udokumentowane. Znając materiały archiwalne w tej sprawie jestem przekonany, że nie ma dowodów na współpracę Moczulskiego z SB w latach 1969-76. Wyrok sądu lustracyjnego, który dał wiarę zeznaniom funkcjonariuszy SB niemal jak jeden mąż obciążających Moczulskiego (czy to nie zastanawiające?) został uchylony przez trybunał w Strasburgu.

Agentura wśród założycieli Konfederacji to ludzie wprowadzeni wcześniej przez bezpiekę do ROPCiO. Przyczyny wyjaśnia dobrze historyk, dr Grzegorz Waligóra:

Otwarta formuła ROPCiO ułatwiała wprawdzie podejmowanie działań na rzecz poszanowania praw obywatelskich bez wyraźnej deklaracji przystąpienia do organizacji politycznej, ale brak wewnętrznych struktur utrudniał kierowanie nią, a także stwarzał niebezpieczeństwo przenikania do ROPCiO agentów SB.

Dwa lata trwał proces oczyszczanie się KPN i pod koniec 1982 roku po tej agenturze nie ma śladu. Taki był koszt jawnego, otwartego działania.

Ad 2. Na takie twierdzenie Wołk nie ma cienia dowodu. To tylko pomówienie, nie mające nic wspólnego z naukowymi hipotezami.

Ad 3. Grzegorz Wołk twierdząc, że działaczy KPN-u poddawano represjom w niewielkim stopniu, wykazuje się nieznajomością tematu. W polemice dodał jeszcze:

[nasycenie agenturą - przyp. MG] mógł to być powód do ograniczenia najbardziej represyjnych kroków wymierzonych w KPN, czyli aresztowań i wieloletnich wyroków pozbawienia wolności.

W odpowiedzi Grzegorz Wołk, historyk z Biura Edukacji Publicznej IPN, odpowiada na zarzuty wobec swojego tekstu poświęconego Konfederacji Polski Niepodległej, z którym na łamach Histmaga polemizował Maciej Gawlikowski Czy Wołk nie wie jaka była wówczas sytuacja międzynarodowa? Czy słyszał o podpisaniu Aktu Końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w Helsinkach? O ratyfikacji przez PRL Międzynarodowych Paktów Praw Człowieka? Czy zna politykę ekipy Gierka wymagającą dobrych kontaktów z Zachodem? Nawet jeśli tego wszystkiego nie wie, powinien znać wypowiedź gen. Adama Krzysztoporskiego, dyrektora Departamentu III MSW, z narady 21 września 1976 r. kiedy tłumaczył on czemu opozycji nie stawia się przed sądem, nie zamyka do więzień:

Bardzo trudno nam walczyć z opozycją. Są pewne ograniczniki, do których musimy się stosować. Nie możemy dzisiaj tej opozycji, którą znamy, w stosunku do której mamy udokumentowane fakty szkodliwej politycznej działalności, zwalczyć przy pomocy Kodeksu Karnego. Nam się to po prostu nie opłaci. Bilansujemy swoje zyski i straty, straty polityczne byłyby tu większe. Nobilitowalibyśmy opozycję, gdybyśmy z nią poszli do sądu. Wywołalibyśmy naprawdę niepotrzebnie dużą akcję polityczną przeciwko naszemu krajowi w całym zachodnim świecie.

Okładka broszury programowej "Rewolucja bez Rewolucji" (fot. Mirek Robert/wikipdia; Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana) Represje lat 1977-80 wobec opozycji to najczęściej nękanie licznymi zatrzymaniami na 48 godzin, wyrzucanie z pracy, zakaz publikacji, czasem pobicia przez „nieznanych sprawców”. Na tym tle prześladowania wobec KPN wydają się zdecydowanie najmocniejsze. Kiedy 11 listopada 1979 na ulice Krakowa wyszedł marsz zorganizowany przez KPN, zakończyło się to atakiem gromady tajniaków i zatrzymaniem wielu ludzi. Rok wcześniej - 11 listopada 1978 - demonstracja ROPCiO przeszła nieniepokojona przez SB. Przed 11 listopada 1979 w Warszawie aresztowano przywódców KPN, a Andrzeja Czumy i wielu innych pozostawiono na wolności (sam Wołk o tym pisze w swoim tekście).

Opisaliśmy to dokładnie wraz z Mirosławem Lewandowskim w książce „Niepokonani”, cytując relacje m.in. Adama Macedońskiego, Romany Kahl-Stachniewicz czy Stanisława Palczewskiego, którzy dowodzili na wielu przykładach, że w pierwszej połowie 1980 r. działać w KPN było im bardzo trudno, dużo trudniej niż wcześniej w ROPCiO. Leszek Moczulski był zatrzymywany w 1977 roku na 48 godzin „tylko” kilkanaście razy, a od powołania KPN aż do Sierpnia 1980 więcej dni spędzał w aresztach niż na wolności. Roman Kściuczek, działacz ze Śląska, został poważnie pobity, zamknięty na wiele miesięcy w areszcie pod zmyślonymi zarzutami i tak zastraszony, że wreszcie wycofał się z działalności. Zdzisława Jamrożka - lidera lubelskiej KPN - bezpieka napadła w domu. Był szarpany, straszony bronią, z której esbecy strzelali ślepymi nabojami. Nie bez znaczenia jest, że napadnięty był inwalidą - miał zniekształcone kończyny, poruszał się o kulach i był niewidomy.
Jak się to łagodne - według Wołka - traktowanie KPN-u, ma do tego, że cały niemal „karnawał Solidarności” Leszek Moczulski i inni przywódcy Konfederacji spędzili w więzieniu? Wylądowanie w areszcie z zarzutem, za który kodeks karny przewidywał karę śmierci to dowód łagodności władz?

Ad 4. Wołk twierdzi, że z perspektywy SB korzystny był kontrolowany ruch o programie niepodległościowym, a nie ewentualne spontanicznie powstające grupy. Zwraca tu uwagę bezpodstawne, oszczercze pisanie o KPN jako o „ruchu kontrolowanym”, a to właśnie wprost wynika z tekstu.

Ad 5. To kolejne kuriozum. Obiektywny, rzetelny, uczciwy historyk pisze, że „niestety” nie może udowodnić swoich wymysłów. Bardzo żałujemy, ale to nic, i tak będziemy te tezy głosić powiedzą zapewne jego koledzy po fachu z kręgu Antoniego Macierewicza. Wołk dodaje:

Sformułowanie „Niewykluczone, że w toku dalszych badań uda się ustalić personalia i rolę kolejnych osób, które SB traktowała jako swoich współpracowników” jest zwykłym postulatem badawczym, pozbawionym z mojej strony wszelkich emocji.

Niewykluczone, że wszystko to agenci i okaże się to w trakcie prac. Prowadzonych oczywiście bez emocji, choć z czytelną tezą. Aż dziw bierze, że Wołk jest tak szczery w deklaracjach.

Pisze Wołk:

Maciej Gawlikowski zdaje sobie sprawę, że zbierałem i dalej zbieram relacje świadków historii, m.in.… jego samego. Sam zresztą pomógł mi dotrzeć do wielu krakowskich konfederatów. Przy artykule, który miał na celu odtworzenie głównie faktografii, relacjami posiłkowałem się w ograniczony sposób. Nie oznacza to jednak, że wykorzystałem tylko jedną. (...) w odniesieniu do relacji świadków historii Maciej Gawlikowski sam sobie przeczy pisząc, że powoływanie się na Tadeusza Stańskiego, w opisywanym okresie jednej z trzech najważniejszych osób w KPN, jest „sięganiem po źródła zupełnie absurdalne”. Czyżby istnieli równi i równiejsi świadkowie historii?”.

To bardzo nieładny chwyt. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że autor zbiera relacje i... nie wykorzystuje ich w dotychczasowych publikacjach na temat KPN. Pisze, że powołał się w dyskutowanym tekście na więcej niż jedną taką relację, a jak łatwo sprawdzić - nie powołał się na żadną. Tak właśnie - nie wykorzystał ani jednej z zebranych przez siebie relacji! Raz zacytował Tadeusza Stańskiego, ale nie jako świadka historii, jednego z przywódców KPN w latach 1979-84, ale obsadził go w swojej roli - badacza esbeckich akt z zasobu IPN, przywołując jego opinię na temat liczby agentów, których Stański ustalił czytając udostępnione mu dokumenty. To już zupełne pomieszanie z poplątaniem! Tę pracę powinien wykonać sam Wołk, powinien się na tym znać i poprzez szeroką kwerendę archiwalną ustalać esbeckie zapisy, następnie konfrontować je z innymi źródłami. Czemu tego nie robi? Czy uznaje, że lepszym badaczem archiwów jest świadek historii, któremu udostępniane są tylko akta dotyczące jego osoby?

Ta bezradność autora i niechęć do żmudnego badania archiwów jest widoczna w sprawie szczecińskiego współpracownika SB, Lachowicza:

Także w przypisie podałem literaturę na podstawie której stwierdziłem fakt współpracy z SB Marka Lachowicza (...). Należałoby uszczegółowić, iż w myśl ustaleń Marcina Stefaniaka i Artura Kubaja, Lachowicz został zarejestrowany jako TW dopiero w marcu 1982 r. Oznacza to, że w opisywanym przeze mnie okresie nie mógł działać na polecenie SB.

I znów pudło! Gdyby Grzegorz Wołk przeczytał przywołany przez siebie tekst Marcina Stefaniaka lub gdyby sam zbadał archiwa, wiedziałby, że Lachowicz był zarejestrowany jako TW 6 lat wcześniej (jak pisze Stefaniak: „TW Wydziału III KW MO w Szczecinie w okresie od 6 XII 1976 r. do 14 VI 1982 r. (...) 14 czerwca 1982 r. został przejęty przez Wydział XI Departamentu I MSW”).

11 listopada 1981 - wiec współorganizowany przez KPN na Placu Matejki w Krakowie przy symbolicznym Grobie Nieznanego Żołnierza, wśród kombatantów, m.in. płk. Józef Herzog (ostatnie wystąpienie publiczne) (fot. Romana Kahl-Stachniewicz; Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana)

Dokumenty SB były mi potrzebne jedynie do odtworzenia faktografii, m.in. kto, kiedy i z kim się spotkał czy też do ustalenia przebiegu manifestacji - pisze Wołk. Nie rozumiem pojęcia „odtworzenie faktografii”. Tej faktografii działań KPN nigdy nie było, więc trzeba ją dopiero stworzyć. I tworzenie jej na podstawie dokumentów SB jest błędem warsztatowym. To tylko jedno ze źródeł, które powinno być brane pod uwagę. W aktach SB jest masa przekłamań - są czasem podane błędne daty, miejsca, pomyleni uczestnicy wydarzeń. Nierzadko zdarza się, że niezbyt mądry oficer SB spisuje ze słuchu meldunki jeszcze głupszego konfidenta, co w efekcie daje komiczny efekt. Esbecy w zależności od potrzeb zaniżają lub zawyżają nakłady bibuły, liczebność demonstracji, liczbę nielegalnych struktur. I na podstawie takich notatek powstają zbiorcze raporty wydziału, następnie komendy, wreszcie ministerstwa. A teraz Grzegorz Wołk na ich podstawie ustala fakty. To więcej niż błąd.

Jedyne, co pozostało Grzegorzowi Wołkowi po porażce, jaką jest dyskutowany tekst, to przekonanie czytelników, że jest on... naukowy. I właśnie ten wątek przewija się w polemice autorstwa historyka z IPN. Pisze: mój artykuł ma charakter naukowy, dodaje nawet nieskromnie: Przede mną nikt nie badał historii KPN w sposób naukowy. Brzmi śmiesznie, ale to poważny zarzut wobec kilku co najmniej osób badających dotychczas historię Konfederacji. Przykładowo - w czym niby badania Wołka są bardziej naukowe niż badania Marcina Kasprzyckiego z krakowskiego oddziału IPN? Różnią się tym, że Kasprzycki opublikował starannie i fachowo opracowaną książkę („Konfederacja Polski Niepodległej w Krakowie w latach 1979-1990. Wybór dokumentów”) a Wołk dwa krótkie artykuły rojące się od błędów. Czy na tym polega naukowość?

Artykuły publicystyczne w naszym serwisie zawierają osobiste opinie naszych redaktorów i publicystów. Nie przedstawiają one oficjalnego stanowiska redakcji „Histmag.org”.

Zobacz też:

Redakcja: Michał Przeperski

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Mirosław Lewandowski |

@ Gość Dlaczego merytoryczna krytyka skandalicznego tekstu historyka IPN miałaby być "sporem kombatanckim"?



Odpowiedz

@Roman Sidorski Byłbym wdzięczny Panu za poszukanie innych przykładów potencjalnie głupich wpisów p. Iwana Głupiego :-) Recz niewarta kruszenia kopii. Historia opozycji niepodległościowej może się komuś wydać zupełnie niestotna - jak panu Iwanowi Głupiemu - skoro wolność przyniosły nam przecież bankiety w Magdalence :-)



Odpowiedz

Gość: Gość |

Ja chyba czytam jakieś inne komentarze niż panowie Lewandowski czy Sidorski. Iwan Głupi nie nazwał NIKOGO kombatantem, tylko spory kombatanckimi, nie odnosząc się do żadnej osoby. Chyba że Panowie potraficie czytać w myślach?



Odpowiedz

Gość: Mirosław Lewandowski |

@Roman Sikorski Usunięto 4 kolejne moje komentarze do wypowiedzi I.Głupiego, w których cytowałem fragment jego wypowiedzi i zgadzałem się z nim. Mogę się tylko domyślać, że I. Głupi to jakaś ważna persona i z tego powodu podlega takiej ochronie. Nie rozumiem, dlaczego nie można napisać, że wpis I. Głupiego: 1) jest atakiem ad personam na jednego z polemistów, gdyż nie odnosi się do jego argumentów, tylko przyprawia mu gębę kombatanta (z tego powodu ten wpis przede wszystkim powinien zostać usunięty), 2) zawiera opinię nie popartą żadnym argumentem czy cieniem dowodu. Uważam więc, że wpis I. Głupiego rażąco odbiega od poziomu merytorycznej krytyki tekstu Grzegorza Wołka, którą zaprezentował Maciej Gawlikowski.



Odpowiedz

Jeszcze do Pana Lewandowskiego: proszę po prostu nie komentować użytkowników, a jedynie ich wypowiedzi, to naprawdę bardzo proste. Jak się dany użytkownik przedstawia, nie ma dla mnie znaczenia, dopóki jego pseudonim nie łamie regulaminu sam w sobie. Gdyby ograniczył się Pan do treści zawartej w dwóch wypunktowanych fragmentach swojego ostatniego skasowanego komentarza, nie byłoby problemu. Dodam przy tym, że gdyby Iwan napisał np. "Maciej Gawlikowski jest głupi", jego komentarz zostałby również usunięty. Nazwanie kogoś "kombatantem" trudno wszakże uznać za obraźliwe (nawet jeśli faktycznie jest niemerytoryczne).



Odpowiedz
Maciej Gawlikowski

Ur. 1967 r., dziennikarz, autor filmów i publikacji o tematyce historycznej. Książka „Gaz na ulicach”, której jest współautorem (z Mirosławem Lewandowskim) uzyskała tytuł Książki Historycznej Roku 2012 w konkursie organizowanym przez TVP, Polskie Radio i Instytut Pamięci Narodowej. W latach 80. zaangażowany w opozycji antykomunistycznej, 1983-1990 w Konfederacji Polski Niepodległej.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org