Autor: Piotr Kuncewicz
Tagi: Artykuły, Historia społeczna, Historia religii, Judaistyka, Ujęcia przekrojowe
Opublikowany: 2013-11-21 08:49
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

O co chodzi w „Żydokomunie”?

Żydzi zaangażowali się w rewolucję październikową i budowali fundamenty władzy bolszewickiej. Co ich do tego skłoniło? Jak to oceniać?
REKLAMA
Ossip Zadkine (fot. Polygoon Hollands Nieuws; Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported license.)

Strasznie, mroczno i niebezpiecznie było być Żydem. Ale zarazem było też pięknie i wzniośle należeć do elity wybranej przez samego Boga, do mniejszości, której zaszczytny i nadziemski wręcz los był znany i zrozumiały wyłącznie dla samych współbraci. Rozkosz być Żydem, księciem na wygnaniu, rozkosz nieznana i niepojęta dla goja, który w najważniejszych sprawach pozostawał zwyczajnym ignorantem, jeżeli nie głupcem. Ale żadnemu człowiekowi nie wystarczą prawdy uparcie ignorowane przez pozostałych. A ludzka, codzienna rzeczywistość była niewesoła, darzyła Żyda prawie wyłącznie niebezpieczeństwem i pogardą. Stanowiła pokusę i wyzwanie, aby ją odmienić.

Myśli takie były może obce chasydom albo nawet i ogółowi Aszkenazyjczyków, gdyż dla nich wszystkie wartości, o które warto się było ubiegać, zawierała ich własna wiara. Ale bogaci Sefardyjczycy, którzy już zakosztowali ludzkiego uznania, potrafili docenić możliwości, w które obfitowała epoka nowożytna. To oni właśnie stanowili żydowską kulturalną większość w Holandii, Francji i Anglii. To oni pierwsi odkrywali Amerykę Południową i cieszyli się szacunkiem i równością w Północnej. We wszystkich tych krajach Żyd był, czy zaczynał być, po prostu normalnym człowiekiem, darzonym szacunkiem za własny dorobek, a nie wyklinanym za wiarę i pochodzenie. Zresztą wiara w osiemnastym wieku bardzo straciła na znaczeniu, właściwie została cieniem tego, czym była niegdyś. Bóg stawał się Wielkim Budowniczym, którego można było czcić na różne sposoby, niekoniecznie oparte na jakichkolwiek dogmatach.

Wielka Rewolucja Francuska upomniała się wprost o prawa człowieka, a nie Boga, wypisując na swoich sztandarach hasło „Wolność, Równość, Braterstwo”. Nie było to jednak skierowane przeciw Bogu, bo któż przy zdrowych zmysłach walczyłby z Absolutem, ale przeciw Kościołowi jako ostoi dogmatu. I chociaż sama rewolucja stała się ostatecznie krwawym szaleństwem, to jej hasła, raz głośno powiedziane, już na zawsze zyskały prawo obywatelstwa w ludzkich umysłach. Rewolucja się skończyła, ale doba napoleońska rozniosła na całą Europę wieść, że „wszyscy ludzie wolni są braćmi”. Idee oświeceniowe, laickie, postrewolucyjne na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku zaczęły się rozszerzać w całej zachodniej Europie, czyniąc swoimi beneficjentami także Żydów. Nie był to wprawdzie żadną miarą proces automatyczny i równomierny, ale raz wprawione w ruch równouprawnienie nigdy już nie dało się na trwałe zatrzymać. Żyd stawał się, podobnie jak ludzie z innych warstw i stanów, obywatelem.

Co innego jednak oficjalne założenia prawne, a co innego pozycja towarzyska. Zresztą proces prawdziwego równouprawnienia postępował powoli i ciągle jeszcze były stanowiska niedostępne dla innowierców, na przykład katedry uniwersyteckie, członkostwo przeróżnych klubów i gremiów czy stanowiska rządowe. Pod tym względem wyróżniała się i wyróżnia do dzisiaj frankfurcka z pochodzenia dynastia Rothschildów, która zakorzeniła się w różnych krajach europejskich i wszędzie zyskała pozycję dominującą. Nie musiała liczyć się z barierą chrztu, do bajecznych bogactw dołączyła arystokratyczną tytulaturę, pałace, zamki, parki i winnice rozsiane po całym kontynencie, a nade wszystko wielką legendę. Samo nazwisko Rothschild stało się synonimem powodzenia i bogactwa, znają je nawet ci, którzy nie wiedzą, że taka konkretna rodzina istnieje. Ale nie każdy był Rothschildem.

Heinrich Heine

Zarówno potomkowie Mendelssohna, jak i innych twórców niemieckiej Haskali, przeszli ostatecznie na chrześcijaństwo i przestali być Żydami. Chrześcijanami zostali także poeta Henryk Heine i Karol Marks, a Heine wyraził się nawet, że „chrzest jest przepustką do kultury zachodniej”. Ci, którzy tego rodzaju poczynania uważali za apostazję, doprowadzili do reformy judaizmu. Już Mendelssohn uważał, że trzeba się zwrócić do samej Biblii, pomijając Talmud, a inni poszli jeszcze dalej. Tacy reformatorzy jak Joseph Wolf, Abraham Geiger czy Samuel Holdheim prowadzili do całkowitej zmiany obrządku liturgicznego, aż do rezygnacji z obrzezania.

Już w 1818 roku otworzono w Hamburgu pierwszą zreformowaną synagogę, którą nazwano Tempel, i wydano stosowny modlitewnik. Odtąd temple zaczęły powstawać obok synagog w innych miastach, choćby w Warszawie i Krakowie, służąc maskilom, ludziom z reguły bogatszym i bardziej oświeconym. Podział ten utrzymał się do dzisiaj, oczywiście nie w Polsce. W ogóle zresztą laik powinien wiedzieć, że inne były obrządki aszkenazyjskie, inne sefardyjskie, a pośrednich odmian także niemało. Sama reforma wzorowała się na kościołach protestanckich, bardziej nowoczesnych od katolickiego, który nieco zreformował się dopiero w dwudziestym wieku, po drugim soborze watykańskim, i też nie bez oporów. Reforma synagogi dotyczyła szat liturgicznych, śpiewów, kazań i ogólnie odwracała się od Talmudu. Całego judaizmu w każdym razie nie objęła, nawet w Niemczech, ale stała się poważną siłą w Anglii i Stanach Zjednoczonych. Różnie to w różnych miejscach wyglądało, ale zmiany dotyczyły także rezygnacji z oczekiwania na Mesjasza i powrotu do Ziemi Obiecanej. A to już dotykało istoty wiary.

Same Niemcy stały się w dziewiętnastym stuleciu ośrodkiem intelektualnym Żydów na skalę całego świata. Przy czym nie chodziło o studia talmudyczne, a o refleksję historyczną. Zwykło się bowiem przyjmować, że historiografia żydowska umarła na całe tysiąclecia wraz z Józefem Flawiuszem. Nie jest to zupełnie ścisłe. Każda epoka miała swoich kronikarzy, pojawiały się też opracowania syntetyczne na różnym poziomie, od Jozipponu po Józefa Ha-Kohena. Ale w dziewiętnastym wieku towarzyszyła takim pracom rozległa refleksja metodologiczna. Tacy uczeni jak Izaak Markus Jost, wielki, niezmiernie pracowity i zasłużony Leopold Zunz, Samson Raphael Hirsch czy najbardziej znany, a tak często tu przywoływany Heinrich Graetz z Wrocławia – przeorali całe dzieje żydowskie i oparli je na całkiem nowych podstawach. Monumentalne, jedenastotomowe dzieło Graetza świadczy o wielkim talencie po prostu literackim i zyskało sławę światową. Może trudno się zgodzić z jego poszczególnymi twierdzeniami, na przykład dotyczącymi Kabały czy odpowiedzialności Polaków za rok 1648, ale równie znakomitego dzieła już po nim nie napisano. Równocześnie kwitły przeróżne badania szczegółowe, wydawano też masę starych tekstów i materiałów. Szczególnie Berlin był potężnym ośrodkiem judaistycznych studiów.

Historia bywa wielką przeciwniczką wiary, o czym nie tylko Żydzi mieli okazję się przekonać, a stulecie dziewiętnaste słusznie bywa nazywane „wiekiem pary i historii”.

Znaną powszechnie cechą neofitów wszelkiego autoramentu jest ich nadgorliwość, zarazem dziwna i śmieszna. W dziejach żydowskich zjawisko to wyglądało szczególnie groźnie, ponieważ nowi chrześcijanie, dobrze znający problematykę żydowską, stawali się najgroźniejszymi wrogami swoich byłych współwyznawców. Powtórzyło się to niezliczoną liczbę razy, także i ja pisałem o tym wielokrotnie. Prawda, że od nowych chrześcijan oczekiwano takiego stanowiska, a często wręcz do niego zmuszano. Ale bardzo często gorliwość neofitów przekraczała rzeczywistą potrzebę. Co było białe, odmieniało się w czarne, co dobre – w złe, co wzniosłe i piękne, obracało się w szpetne i śmieszne.

Synagoga Tempel w Hamburgu, I połowa XIX wieku

Epoka nowożytna stała się świadkiem takiego zjawiska na skalę dotąd niespotykaną. Bo przypadki konwersji były dotąd względnie nieliczne, raczej indywidualne niż masowe. Trzeba było wielkiego wysiłku wewnętrznego, by zakwestionować prawdy wyznawanej dotąd wiary, zresztą tym większego, im mniejszych rzeczy dotyczyły; przecież prawdę powiedziawszy, liczne odłamy chrześcijaństwa, islam i judaizm nie różnią się niczym istotnym. Istotna była natomiast przynależność do określonej wspólnoty wyznaniowej. Tu sprawy stawały się rzeczywiście dramatyczne, ponieważ trzeba było „ukochać, co się nienawidziło dotąd”, wedle formuły sławnej, a odnoszącej się do nieco innej sytuacji, i radykalnie zmienić otoczenie i środowisko, ludzi i obyczaje. Otóż tu odmieniło się wiele. Cywilizowany na modłę europejską Żyd nie musiał zmieniać niczego, bo jego środowisku było to obojętne. Mnie i tak zupełnie nie interesuje, kto z moich przyjaciół jest katolikiem, a kto protestantem czy prawosławnym, kto Żydem, a kto muzułmaninem, i podobnie musieli zachowywać się przedstawiciele innych środowisk wielkomiejskich.

Żyd, który nie chciał być Żydem, mógł nim nie być i wcale nie musiał nienawidzić czy wstydzić się swojego pochodzenia. A jednak najczęściej to robił. Odium dotyczące Żydów było tak często i przy tylu okazjach wyrażane czy po prostu nieukrywane, że musiało działać wprost na podświadomość. Nie dotyczyło już religii, w której zresztą najwidoczniejszy był zabobon czy to, co się zabobonem wydawało. Ale krytyce podlegał język – „żargon”, jak powszechnie mówiono, bo jidysz doczekał się nobilitacji dopiero współcześnie, kult pieniądza i tchórzostwo, brud i nieporządek żydowski. Ponieważ te argumenty funkcjonują i dzisiaj, należy im się jakieś omówienie.

O nieporządku zresztą pisać nie mogę, bo nie wiem, w czym jest lepszy nieporządek polski od żydowskiego. Co do brudu – to nikt go w starożytności Żydom nie zarzucał, była to cecha powstała w warunkach ciasnego getta. Podobnie tchórzostwo i lękliwość zrodziły się dopiero w diasporze, ponieważ na tym między innymi polegała strategia przetrwania. Nieco inaczej mają się sprawy z kultem pieniądza, o którym piszą sami historycy żydowscy. Pamiętamy, że w sytuacji, kiedy pożyczanie na procent zostało w średniowieczu chrześcijanom wzbronione, a Żydom z kolei zamknięto dostęp do handlu, roli i rzemiosła, jedynym środkiem utrzymania stały się dla nich operacje finansowe. I jeszcze coś – Abrahams, opisując drabinę prestiżu w środowiskach żydowskich, ujawnia, jak powoli najwyższy szacunek zaczął otaczać nie tych najbardziej uczonych, ale najbogatszych. Powód był prosty: to oni właśnie w największym stopniu finansowali potrzeby gminy, to oni płacili najwyższe podatki. Podobno zresztą ów „kult pieniądza” powstawał dopiero od XV wieku poczynając.

Ale w sumie środowiska rdzennie żydowskie, aszkenazyjskie raczej niż sefardyjskie, nie miały w sobie niczego, czym mogłyby imponować niewierzącym, czy to gojom, czy Żydom. Prezentowały się raczej przerażająco, zwłaszcza w dziewiętnastym racjonalnym i pozytywistycznym stuleciu. Stąd pewnie pojawiło się przedziwne zjawisko żydowskiego antysemityzmu dość powszechnego w dziewiętnastym wieku. Antysemitą bywał Heine, nawet blisko z nim związane osoby, mówi się o żonie, nie wiedziały, że jest on Żydem! Ale nie była to tylko sprawa obojętności. Paul Johnson pisze wręcz o nienawiści, jaką żywili do siebie samych Żydzi-apostaci. Najmocniej odnosiło się to do Karola Marksa.

Antysemityzm Marksa był znany od dawna, chociaż w latach realnego socjalizmu niewiele i z zażenowaniem o tym mówiono. A już zupełnie nie wspominano, że był to antysemityzm całej formacji kulturowej, że podobne poglądy miała Róża Luksemburg, Trocki, a zapewne i dziesiątki czy setki innych działaczy lewicowych. Za Marksem utożsamiali oni cechy żydowskiego charakteru z kapitalizmem i pieniądzem: „pieniądz jest zazdrosnym Bogiem Izraela...Wyzwalając świat od targowania i pieniądza, a tym samym od rzeczywistego i praktycznego judaizmu, nasz wiek wyzwoli sam siebie” – w ten sposób Marks uogólnił swój antysemityzm na cały ustrój kapitalistyczny.

Co podobno nie przeszkadzało temu, że rozumował i postępował zupełnie jak typowy Żyd. Trochę śmiesznie brzmi konstatacja Johnsona o „rabinicznej metodologii” Marksa, że „wszystkie wnioski wyciągał tylko i wyłącznie z książek”. Podejrzewam, że i sam Johnson, i ja, i każdy parający się historią pisarz także będzie miał „metodologię rabiniczną”, bo każdy jest więźniem swojej biblioteki. Marksowi bliski był także „religijny temperament”, a kontrolę nad przyszłą rewolucją miała sprawować elita intelektualna, co podobno również jest żydowskie. W takim razie Żydem był widocznie także Platon, który przewidywał podobną dyktaturę filozofów...

Karol Marks

Doprawdy nie wiem, czy komunizm wynikał z połączonej żydowskości i antysemityzmu Marksa, wydaje mi się, że raczej ze starych marzeń ludzkości i pewnie także z nauk Jezusa Chrystusa, choćby o bogaczu i uchu igielnym. Jest wszakże pewne, że Żydzi wywarli na jego teorię i praktykę wpływ przemożny i potężny. Chociaż przecież sam Marks, acz najdobitniejszy, nie był bynajmniej pierwszym utopistą, który wpadł na pomysł opracowania lepszego ustroju społecznego, a ci, którzy go potężnie wyprzedzili, wcale nie byli Żydami: Morus, Bacon, Campanella i wielu innych. Wiek dziewiętnasty też miał swojego Fouriera, Proudhona i licznych kontynuatorów. Ale dlaczego właśnie Żydzi znaleźli się na lewicy?

Johnson buduje jakieś wymyślne konstrukcje, chyba zupełnie niepotrzebnie, przydatne może Anglikowi, lecz nie przedstawicielom podobnie jak Żydzi znękanych narodów. Polacy na przykład też zostali pozbawieni własnego państwa i możliwości decydowania o swoim terytorium, i także znaleźli się w większości na lewicy, a w każdym razie nasz udział we wszystkich rewolucyjnych ruchach i spiskach był olbrzymi. A równocześnie podobnie jak Żydzi wierzyli w swoje posłannictwo. U Żydów był to co prawda raczej kryzys takiej wiary w mistyczne rozwiązanie, w Mesjasza, w sprawiedliwość ostateczną. Zrozumiałe, bo Polacy cierpieli sto lat, a Żydzi – tysiące. Dawne ustroje trzeszczały w posadach, trzeba było znaleźć jakiś nowy, w każdym razie inny etos Żyda. Poza sferą religijną wyłoniły się dwa: jeden – bojownika o własne państwo i terytorium, drugi – etos rewolucjonisty. Oba były w ostrym konflikcie ze sobą.

Żyd-syjonista miał na względzie narodowy interes partykularny, Żyd-rewolucjonista przeciwnie, chciał stworzyć społeczeństwo uniwersalne, zapewniające równe prawa wszystkim, bez względu na przynależność narodową, która tym samym była czymś nieistotnym, a tak naprawdę szkodliwym. Komunista przyszłości miał być „tylko” i „aż” człowiekiem, co nie było tylko żydowską obietnicą, ale marzeniem wszystkich światłych umysłów. Gorki zapewniał, że „Człowiek to brzmi dumnie”, a Kipling pouczał syna wierszem, że jeśli spełni niełatwe warunki, m.in. jeśli potrafi „nikomu panem, nikomu sługą być, to zyska ogromnie wiele, a co więcej, człowiekiem będziesz, synku mój”. Takich przykładów w literaturze dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej jest bardzo dużo. No więc Żyd także chciał być człowiekiem, a nie mógł tego osiągnąć w aktualnych warunkach. Do czegoś podobnego dążył i dziewiętnastowieczny Polak, co prawda z mniejszą stanowczością, ale kiedy warunki mu na to pozwoliły, został człowiekiem określonym, to znaczy Polakiem. A Żydzi, przeżywszy przygodę z komunizmem, wybrali także status człowieka określonego, czyli Żyda-syjonisty. Ale o tym pomówimy później.

Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że była jeszcze inna, najkorzystniejsza dla świata alternatywa: Żyd mógł się spełnić jako intelektualista bądź artysta. Intelektualizm leżał w żydowskiej tradycji, ale ograniczał się raczej do Tory, Talmudu bądź Kabały, a wycieczki do innych dziedzin, poza medycyną, były przez ortodoksów surowo tępione i obrzucane klątwami, by przypomnieć tylko sławny zakaz z roku 1232. Teraz, w czasach nowożytnych, klątwy utraciły już swoją moc i naród żydowski wydał z siebie naprawdę niebywałą liczbę twórców wszelakiego autoramentu, nawet w dziedzinach, które tradycyjnie były dla Żydów surowo zakazane, jak na przykład plastyka. Wzbudziło to nawet w Paryżu i Berlinie obawy, zabawne, śmieszne i niepotrzebne, o autentyczność kultury narodowej. Wszystkie narody składają się na kulturę świata, a jeśli idzie o kultury narodowe, pochodzenie etniczne ich twórców jest zupełnie bez znaczenia. Trudno byłoby wykreślić z kultury polskiej Kopernika, Słowackiego czy Lindego, choć jeden miał w swoich żyłach krew niemiecką, drugi ormiańską, a trzeci szwedzką. Nie inaczej jest i w innych krajach.

Cały potencjał czterech czy pięciu tysiącleci historii żydowskiej nagle uwolniony od religijnych serwitutów wyowocował w kulturze i nauce doprawdy imponująco. Biorąc rzecz procentowo, to Żydzi chyba w stosunku do liczebności swojego narodu zajmują pierwsze miejsce w dziele budowania kultury światowej. Nie sposób nawet wyliczyć najważniejszych. Mendelssohn, Offenbach, Meyerbeer, Strauss, Mahler, Schönberg, Rubinstein, Menuchin, Soutine, Chagall, Zadkin, Pissarro, Kisling, Bergson, Proust, Freud, Marks, Einstein, Charlie Chaplin – to tylko cząstka, bez której trudno by sobie nawet wyobrazić kulturę europejską. Nie ma sensu przeciwstawiać ich komukolwiek i czemukolwiek, bo działali w ścisłej łączności z innymi. Nie ma też żadnej „cechy żydowskiej”, która by łączyła i wyróżniała tak odmiennych od siebie twórców. Można by wprawdzie rzec, że wszyscy oni byli nowatorami, ale przecież każdy wielki uczony czy twórca jest nowatorem niezależnie od rasy, kasty, języka czy narodu. Tuwim-Żyd był nowatorem, ale Przyboś, polski chłop, jeszcze większym. Wszelka gadanina na ten temat jest po prostu jałowa.

Gustav Mahler

Wróćmy jednak do etosu rewolucjonisty. Historycy wymieniają różne powody, które przyczyniły się do radykalizacji żydowskiego stanowiska. Na pierwszym miejscu widnieje tak zwana sprawa damasceńska z roku 1840, czyli oskarżenie o mord rytualny popełniony na zakonniku dominikańskim, z całym repertuarem skierowanych przeciw Żydom tortur i egzekucji. Damaszek należał w tym czasie do Turcji, ale sprawa odbiła się szerokim echem na całym świecie i wywołała międzynarodowe interwencje. To znów jakiegoś żydowskiego chłopca porwano rodzicom w Rzymie i siłą ochrzczono. Ale niewątpliwie najgłośniejszy był proces Alfreda Dreyfusa, oficera sztabu armii francuskiej, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Działo się to w latach 1894–1895, a niedługo przedtem Francuzi przegrali z Niemcami wojnę i utracili Alzację i Lotaryngię. Cała Francja podzieliła się na dwa stronnictwa i musiało minąć kilka lat, zanim niewinność Dreyfusa została udowodniona. Zresztą znamy całą sprawę z Wyspy pingwinów Anatola France’a.

Wszystko to prawda, ale fałszywe oskarżenia nie były dla Żydów nowością, a jednak nie wywoływały chęci czynnego buntu. Chociaż w tym czasie liczba Żydów wzrosła od mniej więcej dwóch milionów do siedmiu, ale wzrosła też liczba mieszkańców Europy w ogóle. Teraz jednak powstają żydowskie organizacje międzynarodowe; Lassalle kładzie podwaliny pod niemiecką socjaldemokrację, a we Francji powstaje Alliance Israelite Universelle i tak dalej.

Większość europejskich Żydów mieszkała w Niemczech, Austrii i na tych terenach Rzeczypospolitej, które w wyniku rozbiorów zostały włączone do państwa carów. Warunki bytowania na tych terenach rażąco różniły się od ówczesnych zachodnioeuropejskich. Rosja nigdy nie chciała i nie miała Żydów, ale po rozbiorach Polski musiała zaakceptować ich obecność wraz z ludnością zaanektowanych terenów. Zaakceptowała – ale z nienawiścią. Stworzyła dla nich specjalne prawa i bardzo restrykcyjne przepisy wykonawcze, które dodatkowo zmieniały się ustawicznie. Przede wszystkim obowiązywała wspomniana już czierta osiedłosti, poza którą osiedlanie się Żydów było zabronione. Niewiele to pomagało, bo i pomóc nie mogło, skoro właśnie w głównych ośrodkach imperium skupiło się szkolnictwo i wykształciły wielkie centra handlowe, nęcące szansą awansu życiowego i znacznych korzyści materialnych. Przez całe stulecie z hakiem trwała głucha walka Żydów o dostęp do rosyjskich

terenów, a towarzyszyły jej nieustające rugi i pogromy, niezliczone grzywny i ograniczenia neutralizowane bujnie rozwiniętym systemem łapówek. Żydom nie wolno było uprawiać różnych zajęć i zawodów, nie wolno było leczyć się w uzdrowiskach, uczyć się w określonych szkołach, podróżować, zatrzymywać się w pewnych hotelach, posiadać ziemi, a w niektórych przypadkach i akcji kapitałowych, i tak dalej, i tak dalej. Naturalnie, zmieniało się to w różnych okresach, bywało raz lepiej, a raz gorzej.

Rosja była jedynym europejskim państwem oficjalnie antysemickim, a była nim od zawsze. Nigdy nie taiła, że Żydów nie chce, a jeśli są, to powinni jak najszybciej gdziekolwiek wyjechać. Władze nie tylko prześladowały, lecz zohydzały i ośmieszały Żydów, nastawiając przeciw nim nie tylko rdzenną ludność, lecz także wielkie przecież w Rosji mniejszości narodowe. Zarzucano Żydom wszystko i zazdroszczono im wszystkiego. Bo nawet tego, że każdy zakaz potrafią przekroczyć za łapówkę. Żydzi, mało troszcząc się o sprawowanie oficjalnych urzędów, stali się jednak potęgą finansową. Sytuacja stawała się niemożliwa i absurdalna.

Jakby tego było jeszcze mało, władze w cichym porozumieniu z ludnością urządzały pogromy. Pogrom to słowo rosyjskie, które przyjęło się we wszystkich językach świata, chociaż sama praktyka była bardzo stara. Pogrom nie miał na celu mordowania, ale zniszczenie i rabunek, chociaż przy okazji dochodziło i do zabójstw, wcale nawet licznych. Pierwszy współczesny pogrom rosyjski nastąpił w 1871 roku w Odessie, co się potem stało tradycją tych rejonów. Ukrainy po prostu. Ale największa seria pogromów nastąpiła dziesięć lat później, w roku 1881. Poczynając zresztą od tego momentu, na przełomie stuleci rokrocznie dochodziło do jakichś krwawych ekscesów, którym towarzyszyło wydawanie nowych praw przeciw Żydom.

Synagoga Tempel w Krakowie (fot. Tobol, domena publiczna)

Szczytem wszystkiego była sławna do dzisiaj prowokacja znana jako Protokoły mędrców Syjonu. Ten stary pamflet Maurice’a Joly z roku 1864, skierowany przeciwko Napoleonowi III, w ogóle nie odnosił się do Żydów. Przerobiony w carskiej Ochranie i przedstawiony Mikołajowi II, został opublikowany w roku 1905. Stosunkowo szybko zrobił kolosalną karierę, służąc antysemitom wszystkich krajów, i do dzisiaj jest najpoważniej wznawiany w krajach arabskich. Czytałem ten tekst w opracowaniu Janusza Tazbira i przede wszystkim poraziła mnie jego naiwność. Trudno poważnie traktować na przykład tezę, że metro buduje się po to, aby wysadzać w powietrze nieposłuszne miasta... Ale nawet gdyby to nie był falsyfikat, nie widziałbym w nim niczego nadzwyczajnego. Przeróżne kraje i narody sięgały po władzę nad światem, Rzymianie, Tatarzy, Anglicy, Niemcy... A nawet w możliwym swego czasu zakresie i Polacy. Dlaczego miałoby to być wzbronione akurat Żydom? Ale tu oczywiście chodziło o to, by wykazać, że jest spisek, że Żydzi knują...

Polityka nieustannego szykanowania Żydów odnosiła skutek – Żydzi rzeczywiście wyjeżdżali, gdzie się dało. Zwłaszcza rok 1881 zapisał się ogromną falą wyjazdów. Johnson posuwa się do tego, że uważa tę datę za najważniejszą w historii Żydów od roku 1648, czyli od powstania Chmielnickiego, a może nawet od wypędzenia z Hiszpanii w roku 1492. W Rosji w roku 1914 nadal pozostawało pięć i pół miliona Żydów. Ale dwa miliony emigrantów udało się do Stanów Zjednoczonych, tworząc z czasem najliczniejsze skupisko Żydów na świecie, co miało stać się głównym zapleczem odrodzonego państwa Izrael. Na razie na historię świata o wiele większy wpływ mieli ci, którzy w Rosji mimo wszystko zostali. Z nich właśnie rekrutowały się kadry rewolucji bolszewickiej.

Zabawne są usiłowania tych autorów, którzy i Żydom sprzyjają, i o rewolucji chcą powiedzieć jak najgorzej. Wywodzą tedy, że ogół żydowski bał się rewolucji i jej nie sprzyjał, a jedynie „nieżydowscy Żydzi” byli jej zwolennikami. Jest to pokraczny, a najzupełniej zbyteczny wykręt. Żydzi byli rewolucjonistami, bo nie mieli innego wyjścia, a podobnie zwolennikami fermentu byli Polacy i Irlandczycy, bo tylko wymodlona „wojna ludów” mogła ich wyzwolić. Po odzyskaniu niepodległości przez te kraje duch rewolucyjny opadał, dokładnie tak samo jak utworzenie państwa Izrael oznaczało koniec „żydokomuny” wedle dawnej diagnozy Cata Mackiewicza. Wedle Chestertona zamach na cara był straszliwą zbrodnią, wedle Mickiewicza – wprost przeciwnie. Ci cudaczni „nieżydowscy Żydzi” byli chyba po prostu ateistami (a w każdym razie nie mogli być fundamentalistami), a jeśli nie byli, to przeżywali wewnętrzne konflikty i problemy. Mogło być i tak, jak w Dwunastu Błoka. Łączenie Boga z rewolucją ma ogromną tradycję, od „ducha bożego w bluzach paryskiego ludu po Jezusa z karabinem na ramieniu”.

Róża Luksemburg z Zamościa, z tradycyjnie rabinicznego domu od dwunastego pono wieku, nie tylko nie uważała się za Żydówkę, ale w ogóle lekceważyła sprawy narodowe, wszystkie i wszystkich. W następstwie czego morze atramentu wylano na niszczenie sławnych „błędów luksemburgizmu”. To właśnie jej dzieła były fundamentem poglądu, że „Związek Radziecki jest ojczyzną wszystkich komunistów świata” (chociaż, formalnie rzecz biorąc, Związek Radziecki jeszcze nie istniał, kiedy w 1919 roku została zamordowana), ale ów pogląd nie oparł się próbie czasu.

W każdym razie nawet z książek samych żydowskich autorów, choćby Erenburga czy Stryjkowskiego, wynika, że komunizm cieszył się wśród Żydów ogromnym poparciem. W Polsce przynajmniej KPP, czyli Komunistyczna Partia Polski, była niemal wyłącznie żydowska, ale także SDKPiL została założona czy współzałożona właśnie przez samą Różę Luksemburg, a jej działacze także w znacznym stopniu byli Żydami. Nie inaczej wyglądała sytuacja – pisze w swoich Żydach Andrzej Żbikowski – „kiedy na Kresy 17 września wkroczyły wojska radzieckie. Większość tutejszych Żydów – około 1 500 000 stałych mieszkańców i co najmniej 300 000 uchodźców z głębi Polski, w przeciwieństwie do Polaków odniosła się do Rosjan bardzo pozytywnie. Wkraczające wojska witano owacjami, budowano bramy powitalne udekorowane kwiatami, spontanicznie powstawały komitety i straż obywatelska czy też milicja ludowa. Komunizująca młodzież żydowska brała dosłownie sowieckie hasła: uciskanym przez sanację mniejszościom narodowym żołnierze Kraju Rad mieli wszak przynieść wolność, równość i sprawiedliwość”. Cała bieda w tym, że kiedy historia zaczyna zbliżać się do współczesności, koniecznie chcemy kogoś to usprawiedliwiać, to potępiać. Ja na przykład jestem srodze rozczarowany stanowiskiem Żydów wobec Rosjan, chociaż przecież nie ma to najmniejszego sensu. Żydzi mieli swoje dobre racje, czego wkrótce już dowiodły obozy zagłady.

Największą lewicową, socjalistyczną partią żydowską był powstały w 1893 roku Bund, ale nie był nią dla Trockiego, który na zjeździe w 1903 roku wystąpił przeciw niemu tak ostro, że bundowcy w ogóle opuścili londyńską salę i socjaldemokracja rosyjska mogła przyjąć odpowiednio radykalną postać. Przywódcy żydowscy byli bardzo liczni; na Węgrzech komunistyczną rewolucją 1919 roku dowodził Bela Kun, taką samą rolę pełnił rok wcześniej w Bawarii Kurt Eisner – zresztą podobnie zamordowani jak Róża Luksemburg w Berlinie. A że rewolucja, jak wiadomo, z reguły pożera swoje dzieci, więc z towarzyszy Lenina po niedługim czasie nie pozostał niemal nikt żywy. A było pośród nich Żydów bardzo wielu: Kamieniew, Bucharin, Radek, Kon i tak można by wymieniać długo, choć po prawdzie znalazło się tam miejsce szczególnie fatalne i dla Polaka. Jednak najbardziej znacząca postać to niewątpliwie Lew Trocki, czyli Lew Dawidowicz Bronstein, nie tylko wykonawca, ale i strateg, przy którym nawet Stalin mógł wyglądać na umiarkowanego. To on stworzył Armię Czerwoną i dowodził nią, on praktycznie doprowadził rewolucję bolszewicką do zwycięstwa. Mówi się o nim, że był niemal antysemitą, ale prawo do tego antysemityzmu rezerwował wyłącznie dla siebie. Rzeczywiście to biali mordowali Żydów, pono zabili ich przeszło siedemdziesiąt tysięcy. Czerwoni natomiast wydali 27 lipca 1918 roku dekret zrównujący ze sobą antysemityzm i kontrrewolucję. Określenie „żydokomuna” miało w tym czasie sens rzeczywisty.

Nikita Chruszczow i Stalin, koniec lat trzydziestych

Miało się to jednak wkrótce odmienić. Nawet na początku bolszewicy nie oszczędzali synagog i wspólnot kultowych, tak zresztą jak nie oszczędzali jakichkolwiek innych świątyń. Ale udział Żydów w organach czerezwyczajki był naprawdę olbrzymi, podobnie było z komisarzami politycznymi i ze specgrupami odbierającymi chłopom ziarno. Kiedy jednak po śmierci Lenina doszło do śmiertelnej rozgrywki między Stalinem a Trockim, Żydów potraktowano jako naturalne zaplecze tego drugiego. Jak wiadomo, Trocki przegrał, uciekł i został ostatecznie zamordowany w Meksyku w 1940 roku. Jeszcze wcześniej, od 1920 roku, przystąpiono do rozprawy z socjalistycznym Bundem i z syjonistami. Przerwano Wszechrosyjski Kongres Syjonistyczny, aresztowano delegatów, zamknięto syjonistyczną gazetę, tysiące zesłano do obozów. Ale chyba nie było to objawem antysemityzmu, bo podobne środki stosowano wobec wszystkich mniejszości. Sprawami żydowskimi miały zawiadywać „jewsekcje” obsadzone naturalnie przez Żydów-rewolucjonistów. Ale i one zostały z czasem rozwiązane przez Stalina.

Czy Stalin był jakoś szczególnie antysemitą? Twierdzi się tak powszechnie, ale wygląda na to, że Stalin był po prostu antywszystkim. Nie ma narodu, z rosyjskim na pierwszym miejscu, który by obficie nie ucierpiał w roku 1937. Wygląda na to, że szczególnie mocno cierpieli Żydzi, ale po prostu byli pod ręką. Stalina nie można chyba oskarżać o szczególniejszą narodowościową idiosynkrazję, skoro równie ciężko doświadczył samych Gruzinów, a miał także obyczaj likwidowania ludzi, którym szczególnie wiele zawdzięczał. Bez względu na pochodzenie. Może właśnie Żydzi byli mu szczególniej potrzebni w roli kozłów ofiarnych?

Ostatnim akordem stosunku Stalina do Żydów było zaaranżowanie procesu lekarzy kremlowskich, Żydów przeważnie. Ale przecież to on sam zadecydował, kto będzie go leczył! Widocznie więc do czasu im ufał. A jego nagła śmierć ocaliła podobno nie tylko lekarzy, ale i Mołotowa, i samego Berię. Zresztą przez cały poprzedni okres jego polityka kierowała się nade wszystko krwawym kaprysem albo może i przezornością każącą mu usuwać wszystkich, którzy zadomowili się w jego otoczeniu. Komunistyczna Partia Polski została z jego rozkazu zniszczona, ale masy żydowskie w Polsce z entuzjazmem przyjęły sowiecką inwazję. Ich entuzjazm także został przyjęty z aplauzem; położenie Żydów w czerwonym Lwowie różniło się zdecydowanie od losu Polaków – świadectwa dostarcza literatura: pamiętniki, poezja i proza. Putrament wspomina nawet w swoich pamiętnikach, że cenzura zabroniła prasie polskojęzycznej używać określenia „Żyd” jako rzekomo antysemickiego; zamiast tego musiano pisać „Jewrej”, co dawało efekt iście przedziwny i odwrotny od zamierzonego. Co prawda Putrament podejrzewał prowokację. Można zatem sądzić, że wtedy Żydzi cieszyli się względnym, bo przede wszystkim deklaratywnym zaufaniem władzy radzieckiej. Jednakże te rodziny żydowskie, które nie ukrywały swej lojalności wobec państwa polskiego, przywiązania do demokratycznych wartości, były związane z PPS, miały oficerów wojska polskiego lub nie kryły sympatii do Trockiego – szybko stały się obiektem zainteresowań NKWD, stałej inwigilacji, a następnie jawnych prześladowań i deportacji razem z rodzinami polskimi na Syberię lub do Kazachstanu. W ogóle trzeba w tym miejscu przypomnieć, że od 1928 roku powstawał Żydowski Obwód Autonomiczny ze stolicą w Birobidżanie, nad Amurem, w Kraju Chabarowskim. Gdyby Stalin chciał, mógłby tam zesłać Żydów, jak zsyłał na Syberię Tatarów. Byłoby to zapewne znacznie trudniejsze, ale jednak wykonalne.

Lew Trocki, maj 1917

Nie zrobił tego i został nagrodzony. Kiedy Niemcy z kolei w 1941 roku napadli Związek Radziecki, to właśnie Żydzi stanowili centrum oporu. Oni organizowali przemysł zbrojeniowy i całe zaplecze, najzajadlej walczyli na froncie i ofiarnie dźwigali ciężary wojny. Gdyby nie Żydzi, Związek Radziecki przegrałby wojnę. Pisze o tym bardzo wielu autorów, a między innymi Aleksander Wat w książce Mój wiek. Pamiętnik mówiony. Niemcy z kolei utożsamiali nagminnie bolszewizm z Żydami, jak z tego widać nie bez pewnej racji. Stalin zaś zawiesił swoją politykę antyżydowską i powołał nawet Żydowski Komitet Antyfaszystowski. Nie bez kozery zresztą: agenci i partyzanci rosyjscy działający na niemieckich tyłach byli bardzo często Żydami. I na odwrót, partyzantka lewicowa rzeczywiście starała się pomagać Żydom. Byłem naocznym świadkiem słynnej bitwy pod Rąblowem, w każdym razie widziałem pikujące za wzgórzem niemieckie samoloty. Moja matka, która ówcześnie była lekarką w Wąwolnicy, została zmuszona do wyjazdu do Rąblowa. Opowiadała potem, że partyzantów to tam prawie nie było, a oddziały Moczara składały się w przeważającej mierze z cywilnych Żydów, z kobiet i dzieci. Opowiadam o tym gwoli sprawiedliwości, bo przecież ten sam Moczar wystąpił jako spiritus movens antyżydowskiej kampanii 1968 roku.

Czy Stalin ufał Żydom, czy nie, to jednak ufał im bardziej niż Polakom, Czechom czy Węgrom, skoro te właśnie kraje wyposażył w żydowskie ekipy, które po wojnie sprawowały władzę. Skończyło się tak, że Żyd stał się symbolem rosyjskiej, bolszewickiej przemocy, i ta czkawka nie mija do dzisiaj. Powszechnie też sądzono, że Żydzi zostali przez nową władzę uprzywilejowani. Po ludzku można by sądzić, że ludziom, którzy przeżyli holocaust, powinna się należeć rekompensata, ale i sami Polacy przeżyli bardzo wiele i nie byli skłonni do wyrozumienia dla tych, których uważali za nowych najeźdźców. Historia obu stronom spłatała straszliwego figla. Zresztą dobra passa Żydów nie trwała długo: zakończyły ją procesy Slansky’ego czy Rajka, a polski Berman miał szczęście. Stalin podobno wręcz wyjątkowo go nie lubił.

Tymczasem jednak Andriej Gromyko poparł na forum ONZ koncepcję stworzenia żydowskiego państwa. Jakiekolwiek były spekulacje polityczne w tej sprawie, a były na pewno, ZSRR poparł w 1947 roku Izrael, a w 1948 uznał go oficjalnie. Kraje uzależnione od Rosji zrobiły to samo, a blok komunistyczny via Czechosłowacja zaopatrywał nowe państwo w broń przeciw Arabom. To chyba szczyt zbliżenia rosyjsko-żydowskiego, bez którego Izrael po prostu by nie powstał. Ale niemal dokładnie od tego momentu stosunki te zaczęły się psuć.

Stalin rozgraniczał politykę wewnętrzną od zagranicznej. W samym Związku Radzieckim rządził, jak chciał, i wiadomo, jak to było. Po okresie wojennym, kiedy nastąpiło złagodzenie jego polityki, wrócił do poprzednich praktyk. W tymże 1948 roku został z jego rozkazu zamordowany aktor żydowski Salomon Michaels, co stało się kanwą dramatu G. Salvatorego Stalin, wstrząsająco zinterpretowanego w Teatrze Telewizji Polskiej przez Tadeusza Łomnickiego i Jerzego Trelę. Zapewne tych morderstw było więcej i przedtem, i potem, ale dotyczyły mniej znanych osób. Natomiast jeśli idzie o Izrael, to Stalin być może planował włączenie go do „demokracji ludowych”. Partia komunistyczna nie była tam zanadto mocna, ale istniała, natomiast gospodarka kraju opierała się w znacznej mierze na kibucach, czyli jedynej na świecie udanej formie kolektywnej gospodarki. Zresztą na cokolwiek liczył Stalin, to mu się to w wypadku Izraela nie powiodło.

W1952 roku do władzy w Egipcie doszedł pułkownik Abd-El Gamal Naser i nastąpiło odwrócenie sojuszy: Arabowie zaczynają korzystać z pomocy Związku Radzieckiego, początkowo przy budowie tamy na Nilu, potem także z pomocy militarnej. Polityka proarabska jest niezmiennie prowadzona przez Rosję aż do dzisiaj, mimo upadku Związku Radzieckiego. W lutym1953 roku Stalin zerwał stosunki dyplomatyczne z Izraelem.

Demokracje ludowe nie poszły jego śladem, bo to było na miesiąc przed śmiercią Stalina. Ale ze wszystkich tych krajów Żydzi zaczynają wyjeżdżać, zresztą niekoniecznie do państwa Izrael. Wyjazd z „ojczyzny wszystkich proletariuszy” bynajmniej nie był łatwy. Ponieważ brakowało bezpośrednich połączeń z Izraelem, w grę wchodziły kraje pośrednie, buforowe. Ale w 1957 także i Polska zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem i następuje pierwsza chyba po wojnie oficjalna nagonka na Żydów, jeszcze bardzo delikatna i pośrednia. Odsuwanie Żydów od stanowisk i urzędów miało po trosze trwać następne dziesięć lat, towarzyszyły temu jakieś niejasne dla postronnych walki frakcyjne w Komitecie Centralnym PZPR.

Nikt nie wspominał o antysemityzmie, natomiast monotonnie krytykowano syjonizm. Chyba tego wówczas nie doceniałem, uważając, że chodzi o zakamuflowany antysemityzm, bo przecież każdy Żyd musi być au fond syjonistą. Dzisiaj byłbym ostrożniejszy. Etos syjonisty i etos rewolucjonisty były sobie przeciwstawne i komuniści mogli uważać syjonistów za zdrajców. Pewnie można by spytać, jakich to prawdziwych komunistów można było w Polsce zobaczyć, ale chyba istniała jeszcze przedwojenna garść ideowców, jakimś cudem niezrażona rosyjską praktyką socjalizmu. Zapewne dla ludzi pokroju Gomułki bardziej niż pochodzenie liczył się wybór, jakiego dany człowiek dokonał.

A Żydzi rzeczywiście wybrali i trudno temu się dziwić. Wprawdzie sam „syjonizm” był dążeniem do przywrócenia państwa żydowskiego i wraz z ustanowieniem Izraela stracił rację bytu, skoro rzecz się dokonała, ale na to miejsce przyszła duma ze swojego państwa i troska o jego rozwój. Rzecz zwyczajna wśród narodów żyjących w diasporze, powiedzmy, dla Polonii. Trudno było od Żyda wymagać, aby był wrogiem żydowskiego państwa! A tego właśnie chciano. Rozłam był nieunikniony.

Oddziały izraelskie w walce, 1948

Nie wynika z tego, aby wszyscy Żydzi chcieli natychmiast zamieszkać w Izraelu, państwie na dorobku, nieustannie zagrożonym wojną. Ale chcieli mieć prawo do sympatii, do wspierania i pomagania. Na upadek etosu rewolucjonisty złożyły się poza tym jeszcze inne okoliczności. Przede wszystkim państwo socjalistyczne okazało się karykaturą swoich haseł i założeń. Ustrój był dyktatorski, a co najmniej autorytarny. Można się było wprawdzie za cenę kłamstw, a w polskim wypadku przemilczeń, jakoś z nim ułożyć. Ale to była nudna zwyczajność, tyle że gorsza i biedniejsza niż w kapitalizmie – a dobre cechy ustroju dały się widzieć dopiero z oddali, z dystansu czasowego. Można było wiele zwalić na prowizorkę, na stan walki i oblężenia, ale to z czasem wygasło (nie myślę tu w ogóle o Polakach, bo nam socjalizm kojarzył się po prostu z brakiem wolności i dominacją Rosji). Rozwód i z tego powodu stawał się nieunikniony.

I jeszcze jedna okoliczność. Nowatorstwo w sztuce bądź nauce było zaraz po rewolucji poczytywane za wspieranie jej, co się zresztą nie odnosiło wyłącznie do Żydów. Dzieje nadrealizmu to początkowo sojusz z rewolucją, a potem zerwanie lub wybór albo – albo. W latach trzydziestych komunizm zrezygnował z popierania nowatorów na rzecz form bardziej tradycyjnych, zresztą to powszechnie znany problem. I ponownie Żydzi nowatorzy, choć nie tylko Żydzi, zostali odepchnięci. „Żydokomuna” i na tym odcinku odchodziła w przeszłość.

Nie używam tego słowa jako potępienia, nie staram się nawet oceniać tego bardzo istotnego nurtu. Z drugiej strony – nie chcąc czynić jakichś przedziwnych wygibasów – nie mogę zaprzeczyć, że to zjawisko miało miejsce, choć dziś należy już do przeszłości. Komunizm był jedną z największych żydowskich pasji dziewiętnastego i dwudziestego wieku i w znacznej mierze ich tworem. My, którzy przeżyliśmy to wielkie nieszczęście, jak powiada Aleksander Wat, nie jesteśmy chyba w stanie sprawiedliwie ocenić tego fenomenu. Zapewne oceny socjalizmu realnego zawsze będą rozbieżne i niejednoznaczne. Podobnie stało się z rewolucją francuską, krwawym koszmarem, bez której wszakże dalszy rozwój ludzkości byłby niemożliwy. Co zostawi światu komunizm? Byłoby tragiczne, gdyby tyle cierpień poszło zupełnie na marne. Ale tak nigdy się nie dzieje.

Ocena uczestnictwa Żydów w ruchu rewolucyjnym zależy od przyszłej ogólnej oceny eksperymentu komunistycznego, na którą, jak mówiłem, jeszcze grubo za wcześnie. A naród żydowski miał przeżyć coś jeszcze bardziej przerażającego: holocaust.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Goj patrzy na Żyda. Dzieje braterstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność autorstwa Piotra Kuncewicza:

Piotr Kuncewicz
„Goj patrzy na Żyda. Dzieje braterstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność”
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 428
Format: 235 x 150 mm
ISBN: 978-83-244-0141-3
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Piotr Kuncewicz
Polski pisarz, poeta, krytyk;.historyk literatury i publicysta. Wieloletni szef Związku Literatów Polskich. Napisał m.in. wielotomową historię literatury polskiej XX wieku Agonia i nadzieja (1991-1994) i Goj patrzy na Żyda. Dzieje braterstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność (2000).

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy