Patrycja Hereć – „Pewnego razu na Ostrowie. Tom I” – recenzja i ocena
Patrycja Hereć – „Pewnego razu na Ostrowie. Tom I” – recenzja i ocena

To debiut literacki Patrycji Hereć. Przyznam już na wstępie, że gdy poproszono mnie o recenzję powieści o pierwszych Piastach, lekko zmarszczyłam nos. Ile to podobnych książek oferują wydawcy? Tytuł „Pewnego razu na Ostrowie” przywiódł mi na myśl filmy Sergia Leone i z takim też nastawieniem przystąpiłam do lektury. Spodziewałam się krwawej łaźni, a przynajmniej spaghetti westernu osadzonego w państwie Polan. Nic z tych rzeczy. I bardzo dobrze!
Wciągnęłam się, przyznaję. Największą zaletą książki Patrycji Hereć jest żywy, plastyczny język. Autorka nie sili się na stylizację języka, ten zmienia się zależnie od sytuacji: w sytuacjach oficjalnych staje się, co oczywiste, bardziej formalny, a w prywatnych rozmowach schodzi jeden, dwa szczeble niżej. To zdecydowanie lepsze rozwiązanie jeśli opowieść jest dobrze skonstruowana, nie potrzebujemy hipnozy w postaci archaicznej polszczyzny. Dzięki takiemu zabiegowi dialogi brzmią naturalnie, a historia przestaje być odległym, zakurzonym mitem. Staje się żywym dramatem.
I tak, to rzeczywiście dobra opowieść. Hereć „uczłowiecza” swoich bohaterów, podobnie jak „uczłowiecza” język. To najlepsze narzędzia, jakie można było wykorzystać do budowania atmosfery i zainteresowania odbiorcy. Widać, że autorka wykonała solidną pracę nad materią historyczną, której nie przytłacza jednak ciężarem faktografii, lecz przepuszcza ją przez filtr zwykłych, ludzkich emocji. Nie ma tu dopisywania – jest próba zrozumienia i urealnienia.
Główną bohaterką jest Dobrawa, a nie Mieszko I: mamy tu więc kobiecą perspektywę. Ale spokojnie: barwnie odmalowanych bohaterów jest tu dużo więcej. W mojej ocenie to dobry, nieoczywisty i nieoklepany wybór. Co ważne, nie sprawia on, że mamy do czynienia z typową historią kobiet (co już wydaje mi się pójściem na łatwiznę) i „przywracaniem podmiotowości”. Przeciwnie takie ujęcie przynosi więcej uważności i delikatności, co zresztą pozwala wybrzmieć wszystkim wątkom. Dobrawa staje się soczewką, w której skupiają się napięcia epoki – od brutalnego starcia systemów wierzeń po subtelne intrygi dworskie, o których kronikarze zazwyczaj milczeli.
Oczywiście Dobrawa przechodzi przemianę z niepozornej czeskiej księżniczki w silną kobietę, ale ta siła nie bierze się znikąd. Jest wynikiem trudnych kompromisów, bólu i ciągłej konieczności nawigowania między światem chrześcijańskich wartości a pogańską surowością. Autorka nie daje swojej bohaterce taryfy ulgowej; jej „siła” jest okupiona samotnością i koniecznością odnalezienia się w świecie zdominowanym przez mężczyzn, dla których Dobrawa jest jedynie kartą w politycznej rozgrywce.
To, co jednak najbardziej mnie uderzyło, to sposób, w jaki Hereć maluje tło. Nie znajdziemy tu spektakularnych, wyreżyserowanych bitew, do których przyzwyczaiła nas proza batalistyczna. Zamiast tego dostajemy duszny, oblężony gród, gdzie największe starcia toczą się przy stole narad lub w sypialni. To „wczesne średniowiecze bez retuszu”: brudne, pełne lęku przed nieznanym i przesycone zapachem dymu z palenisk.
To oczywiście można potraktować jako wadę. Nic bowiem tak nie dynamizuje narracji, jak krwawe starcia i brutalność właściwa epoce. Tego rodzaju rozwiązania bez dwóch zdań nadałyby recenzowanej powieści większy impet i uczyniły ją bardziej panoramiczną. To jednak dopiero pierwszy tom, więc zapewne wiele przed nami. Tym sposobem autorka zostawia nas z poczuciem niedosytu (w pozytywnym sensie tego słowa), a nie znużenia. Po prostu chciałoby się już sięgnąć po drugą odsłonę „Pewnego razu na Ostrowie”.
Hereć udowodniła, że zamiast pisać kolejną „wielką kronikę”, można po prostu opowiedzieć historię o ludziach, którzy – choć żyli w odległych czasach – zmagali się z tym samym, co my: z potrzebą przynależności, strachem przed zmianą i ceną, jaką przychodzi płacić za własne wybory. Bardzo dobry debiut, a poprzeczka zawieszona jest wysoko. Czekam na więcej.
