Pela – dziewczynka z białego miasta
Ten tekst jest fragmentem książki Celiny Mioduszewskiej „Pela z białego miasta”.
Listopadowy wiatr grasował od kilku dni i wymiatał z zakamarków ulicy Czystej wszystkie brudy. Ziąb był tak przenikliwy, że z domu wychodził tylko ten, kto musiał. Niejeden właściciel lichszych zabudowań drżał na samą myśl, że wiatr, nie daj Boże, coś uszkodzi. To strapienie dotyczyło też Jana Siedleckiego od niedawna mieszkającego przy ulicy Czystej i zarabiającego na utrzymanie rodziny świadczeniem usług szewskich. Niewielkie pomieszczenie, w którym przyjmował klientów i naprawiał różnego typu obuwie, przylegało do dwóch pomieszczeń mieszkalnych, które zajmował wraz z żoną Zuzanną i trojgiem dzieci.
Najmłodsze, urodzone niespełna kilka dni temu, było dziewczynką o osobliwym imieniu Placyda.
Dziećmi zajmowała się Zuzanna, a Jan od rana do nocy siedział pochylony nad robotą. Podnosił się ze stołka tylko wtedy, gdy w zasięgu ręki nie było potrzebnych w danej chwili narzędzi. Zobowiązał się wykonać na sobotę dwie pary ciżemek, a że był już czwartek, musiał się uwijać z robotą.
Obydwie pary miały być zrobione z czarnej skóry licowej, a ich rozmiar miał być identyczny. Klientka przypominała po wielekroć o konieczności wyłożenia butów płócienną podszewką. Co do cholewki, miała mieć wysokość dwudziestu centymetrów i być sznurowana czarną tasiemką. Na życzenie wymagającej klientki obcas miał być pięciocentymetrowy i obciągnięty skórą, a nosek – węższy i na końcu ścięty.
Składająca zamówienie pochodziła ze wsi, a ciżemki miała sprezentować córce i chrześniaczce z okazji ślubu tej drugiej. Dziwiło Jana to zamówienie, bo takie kosztowne w przypadku wieśniaczki było wyjątkowe. Ludzi ze wsi nie stać było na takie wydatki.
Z tymi ciżemkami miał się wyrobić na sobotę, a już na poniedziałek planował szycie butów męskich z cholewami. Klientów miał w bród, bo robił dokładnie, z wysokogatunkowej skóry, a i do zdzierców nie należał. Tylko czasem plecy odmawiały mu posłuszeństwa. Niedogodnością jesienną porą stawało się też oświetlenie. Zmierzch zapadał coraz wcześniej. Letni czas to zupełnie co innego.
*
Mijały dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, oczekiwano na Boże Narodzenie, później na Wielkanoc, na cieplejsze dni. I tak w kółko. Nastał nowy wiek, nowa epoka w dziejach, a życiowy kołowrotek monotonnie się kręcił, dzieci rosły, a wraz z nimi nowe potrzeby i wymagania.
Placyda była trzecim z kolei dzieckiem i szybko się okazało, że jest dziewczynką, jak to mówią, pojętną i chcącą się uczyć. Zuzanna, jak każda rozsądna matka, zamierzała kształcić swoje dzieci. W miarę możliwości starała się zapewnić edukację na etapie szkoły powszechnej.
Gdy w tysiąc dziewięćset dziewiętnastym roku rozeszła się wieść o założeniu Państwowego Gimnazjum im. Księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, marzyła, by któreś z jej dzieci mogło pobierać nauki w tej zacnej szkole. Najzdolniejsza była Pela, stąd wybór padł na nią.
Nastał letni wieczór. Jeden z tych błogich, późnoczerwcowych wieczorów wonnych świeżą jeszcze zielenią, ciepłych i wyzwalających w człowieku wiarę i nadzieję, a co za tym idzie – optymistyczne patrzenie w przyszłość.
Starsze dzieci były gdzieś na mieście, młodsze skryły się w zakamarkach podwórka, a małżonkowie, przysiadłszy na ławce pod domem, delektowali się błogą ciszą wieczoru. W takich to okolicznościach Zuzanna postanowiła porozmawiać z Janem o dalszej edukacji Peli. Ale jakiś głos z głębi duszy podpowiadał jej, że jeszcze nie czas na taką rozmowę. A że za nic w świecie nie chciałaby zrezygnować ze swego planu, postanowiła inną porę doby przeznaczyć na tę trudną, jak przewidywała, konwersację.
Przede wszystkim postanowiła być szczególnie miłą i przystępną dla męża, a w dodatku nie szczędzić mu w porze dnia pochwał, a nocą pieszczot. Zdążyła już poznać życie małżeńskie na tyle, by wiedzieć, jak postępować w rozmaitych okolicznościach. A rozsądek był ważny.
Po pięknej nocy zwykle budzi się taki sam dzień. Tym bardziej wtedy, gdy jest niedziela. Zakład jest nieczynny i rodzina może pobyć razem. Od lat przyjętym zwyczajem u Siedleckich było chodzenie do kościoła na sumę. W pobliżu znajdowały się już prawie dwie świątynie. Prawie, bo budowa tej nowej na wzgórzu św. Rocha nie była jeszcze ukończona. Wprawdzie msze odprawiały się w kaplicy, ale pobyt w niej to nie to samo, co gościna duchowa w przestronnym wnętrzu. Rodzina udała się zatem na mszę do fary. Bycie w farze nadawało mocy i splendoru. Bo fara to historia, tradycja i poczucie przyziemnego dowartościowania.
Po sumie był niedzielny obiad i podczas niego Pela zwróciła się do matki:
– Mamo, a czy to prawda, że poeta Karpiński, który był częstym gościem w pałacu u Izabeli Branickiej, napisał kolędę Bóg się rodzi?
Pytała, nie licząc na odpowiedź. Jej pytanie miało raczej charakter informacyjny. Chłonęła wszelkie wieści niczym gąbka wodę i dzieliła się nimi z rodzicami i rodzeństwem.
Zuzanna i Jan wymienili się spojrzeniami, ale żadne z nich nic nie wyrzekło. Wobec tego Pela kontynuowała:
– A wiecie, że ta pieśń po raz pierwszy wybrzmiała właśnie w naszej farze? – dodawała z entuzjazmem. – A kościół to jest w ogóle takie piękne miejsce! – dodała. – Kiedyś namaluję najpiękniejszy na świecie obraz i znajdzie on swoje miejsce w naszym nowym kościele – zapewniała, patrząc w okno.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Celiny Mioduszewskiej „Pela z białego miasta” bezpośrednio pod tym linkiem!
W jej wypowiedzi było tyle rozmarzenia i zarazem planów związanych z przyszłością, że trudno było przejść koło tego obojętnie.
Fakt ten utwierdzał matkę Peli w przekonaniu, że musi podjąć starania związane z kształceniem córki.
Nad Białymstokiem zapadła noc. Jedna z tych nocy, które kochającym się ludziom nie dają spać. Gorące powietrze dodatkowo rozgrzewało ciała małżonków. W takich chwilach do działania przystępują bodźce zewnętrzne.
Leżący na wznak Jan przypomniał sobie słowa księdza zasłyszane w kościele: „Używaj z życia z niewiastą, którą ukochałeś”. Westchnął, przewrócił się na bok i przystąpił do działania.
Zuzanna zareagowała natychmiast. Nastał czas błogich pieszczot, uniesień i tłumionych westchnień. Zaspokojony cieleśnie mężczyzna jest skłonny do ustępstw. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę Zuzanna mająca do ugrania z małżonkiem ważną sprawę. Jeszcze przypomniała sobie słowa babki Niemotko: „Chłop głodny, to zły”. Rankiem nie mogła się ociągać ze wstawaniem.
Jan uwielbiał boćwinkę z kartoflami. Poszła skoro świt do ogródka, bo ze względu na wielkość trudno było nazwać go ogrodem, nawyrywała młodych czerwonych buraków wraz z liśćmi i przystąpiła do przygotowywania wywaru. Tylko nie pasowały jej te stare kartofle, bo już nowych by wszyscy zjedli. Niestety, na te jeszcze nie pora. W sumie to dobrze, że zeszłoroczne mieli, bo u innych to i takich nie było.
Podczas śniadania ni stąd, ni zowąd Pela zaczęła się popisywać wiadomościami o rodzie Branickich. Mówiła o szlachetnej Izabeli, o jej rozmiłowaniu w kulturze, o pomocy ubogim i też o tym, że dbała o kształcenie poddanych. Wraz z mężem łożyli na klasztory i kościoły. To przecież też z ich inicjatywy, co nie omieszkała zaznaczyć Pela, zbudowano kaplicę na wzgórzu św. Rocha. Mówiła o tym wszystkim z taką lekkością i zapałem jednocześnie, że matka nie mogła wyjść z podziwu dla tego swego mądrego dziecka.
Po posiłku dzieci rozeszły się tu i tam, bo każdy chciał mieć chwilę dla siebie. W kuchni zostali tylko we dwoje. Jan i Zuzanna. Dlatego postanowiła wreszcie porozmawiać z małżonkiem o Peli, tym bardziej że dziewczyna w swojej wypowiedzi przywołała wieść o założeniu Gimnazjum im. Księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej.
– Janie, Pela taka zdolna, powinna się uczyć – zagadnęła.
– Nie wiem. Pewnie powinna, ale czy damy radę?
Jan nie chciał się przeciwstawiać Zuzannie, bo przecież wiedział, że ma rację, ale bił się z myślami, czy będzie w stanie zarobić na utrzymanie już dziewięcioosobowej rodziny, co dopiero mówić o wydatkach związanych z nauką w takiej szkole.
– Janku, będziemy żyć oszczędniej. A gimnazjum na miejscu, niechby się dziewczyna uczyła.
A że los prawdopodobnie sprzyja osobom o imieniu Placyda, Jan się zgodził ze świadomością, że w zakładzie będzie musiał spędzać jeszcze więcej czasu, żeby zarobić na wszystko.
*
Pela zamknęła za sobą drzwi zakładu ojca i wyszła na ulicę. Jej ciało poczuło rześkość październikowego poranka. Podążała pospiesznie, by zdążyć do szkoły na czas. Poranny dyżur przy drzwiach wejściowych budynku gimnazjum miała sama Jadwiga Szumska, której za nic w świecie nie chciała się narazić.
Gdy znalazła się na ulicy Mickiewicza i ujrzała jeszcze inne podążające w tym samym kierunku uczennice, odetchnęła z ulgą. Wskazywało to bowiem na to, że zdąży przed godziną siódmą pięćdziesiąt. Taką zakładał szkolny regulamin. O godzinie siódmej pięćdziesiąt wszystkie uczennice musiały być w szkole.
Pela dygnęła przed panią Jadwigą i udała się do szatni. Jeszcze zanim do niej dotarła, usłyszała za sobą głos nauczycielki dyżurnej.
– Pelu, pamiętasz, że dzisiaj będziemy sprawdzać dzienniczki?
Obejrzała się za siebie i potwierdziła skinieniem głowy. Szybko jednak doszła do wniosku, że taka odpowiedź może być potraktowana jako lekceważenie nauczyciela, zawróciła więc, pokonała kilka schodków w górę i zwróciła się do stojącej jeszcze przy drzwiach pani Jadwigi:
– Tak, pamiętam, proszę pani.
Dziewczyna lubiła swą nauczycielkę o ciemnoblond włosach upiętych za uszami. Jej dobrotliwe spojrzenie dodawało Peli odwagi i budziło zaufanie. Lubiła, gdy pani Szumska się uśmiechała, bo wówczas najbardziej napięta sytuacja lekcyjna stawała się rozładowana. Może dlatego, że wszystkie widziały wtedy dużą szparę w przednim górnym uzębieniu nauczycielki i wyobrażały sobie różne przypadki jej wykorzystania. Pewnie to głupie i zupełnie nieakceptowane, ale Pela oczyma wyobraźni widziała panią Jadwigę z pestką słonecznika w buzi. Zastanawiała się, czy nauczycielce uda się ją bez problemu wypluć.
Pani Szumska miała około trzydziestu lat i mówili, że pochodzi z ziemi kaliskiej i jest siostrą pisarki Marii Dąbrowskiej. Ubierała się zwykle w spódnice sięgające poniżej kolan i marynarki, spod których wystawały kołnierzyki koszulowych bluzek. Czy podążała za modą? Pela nie była w stanie tego ocenić. Czy należała do kobiet ładnych? Najbezpieczniej było określić jej typ urody jako przeciętny. Do Białegostoku przybyła prosto z Warszawy, gdzie ukończyła kurs pedagogiczny. Z ogromnym zapałem angażowała się w pracę w szkole.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Celiny Mioduszewskiej „Pela z białego miasta” bezpośrednio pod tym linkiem!
W ten październikowy poranek wchodziła do klasy na lekcję języka polskiego. Miała przed sobą kilkanaście nastoletnich panienek, jednakowo ubranych i chcących się uczyć.
– Powstańcie! – wyrzekła i złożyła ręce.
Uczennice, przyjąwszy wyprostowane postawy, z rękami złożonym stosownie do modlitwy zaczęły deklamować: „Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam zdolności i ochoty, aby ta nauka była dla nas pożytkiem doczesnym i wiecznym. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen”.
Zanim pani Szumska zapisała na tablicy temat lekcji, do klasy wszedł inny nauczyciel i poprosił o wyłożenie na ławki dokumentu „Dzienniczek ucznia”. Irena Leska i Regina Podbielka nie miały, więc nauczyciel wpisał ich nazwiska na listę przewinień.
Gdy wreszcie porządkowy opuścił salę, polonistka mogła przystąpić do realizacji tematu. Brzmiał on: „Dwa światy w balladzie Adama Mickiewicza Romantyczność”. Pela, podobnie jak jej koleżanki, śledziła tok lekcyjny, słuchała wykładu nauczycielki o okolicznościach powstania ballad, o zainteresowaniu poety kulturą ludu z okolic Kowna, zaznaczała w tekście podział na role, a nawet zgłosiła się do odczytania wypowiedzi Karusi.
Na koniec zajęć pani Szumska przekazała informację z zaznaczeniem, że ważna.
– Dziewczęta, we wtorek o godzinie piętnastej w tej sali mamy zajęcia koła teatralnego, jesteście mile widziane.
– Dobrze, proszę pani, przyjdziemy! – Zosia i Helenka Klepackie z entuzjazmem wyznały swą aprobatę.
– Proszę pani, chętnie bym przyszła, ale w tym czasie są też inne zajęcia – odpowiedziała Pela.
– A jakież to, moja panno? – starała się dowiedzieć nauczycielka zaskoczona taką reakcją uwielbianej uczennicy. Uczennicy, którą uważała za intelektualistkę o artystycznej duszy.
– Przepraszam, ale moje zainteresowania idą w innym kierunku – odparła dziewczyna nadzwyczaj zdecydowanie.
– Tak? A w jakimż to, jeśli mogę wiedzieć?
– Tą dziedziną jest malarstwo.
– Rozumiem – odrzekła nauczycielka. – Trudno. Zapraszam zatem Helenkę i Zosię.
– Przyjdziemy, proszę pani.
Pela z utęsknieniem czekała na zajęcia koła plastycznego. Uwielbiała zgłębiać tajniki tej dziedziny artystycznej, a nade wszystko radość sprawiało jej pochylenie nad kartką papieru i nanoszenie na nią obrazów wykreowanych przez wyobraźnię.
Po lekcji języka polskiego i literatury polskiej tego dnia w planie lekcji były jeszcze zajęcia z geografii Polski, a po nich już można było udać się na zajęcia dodatkowe, co dziewczęta lubiły w szczególności. Jedne szły na lekcje chóru, inne na kółko teatralne, a jeszcze inne, a wraz z nimi Pela, na spotkanie ze sztuką malarską. A gdy dzień szkolny się kończył, wychodziły na ulicę, a każda była podobna do drugiej. Wszystkie w granatowych beretach z orzełkiem w koronie, w identycznych czarnych fartuchach z białym kołnierzykiem, ciemnych pantoflach i beżowych pończochach. Podzielone na grupki, po dwie, czasem trzy, o czymś rozmawiały. Czyżby o domowych zadaniach? A może o lekcjach w dniu następnym? Ani jedno, ani drugie. Nadszedł czas podsumowania dnia. Podzielenia się wrażeniami.
– Wiecie, Maria miała dziś brudne ręce. Naprawdę! – mówiła do koleżanek przejęta Róża.
– A ja nie miałam chustki do nosa – przyznała się Pela.
– I co? – dociekała Róża.
– Wychowawczyni pogroziła mi palcem.
– A, dziewczyny, pamiętacie? – dopytywała Helenka. – Jutro klasówka z geografii – przypominała.
– Muszę jeszcze się pouczyć, choć obiecywałam tatkowi, że poukładam buty na półkach – dywagowała Pela.
– Masz rodzeństwo, niech cię wyręczy – podpowiadała tym razem druga z sióstr.
– Tak, ale to ja miałam zrobić. Wiesz, chciałabym się im jakoś odwdzięczyć. Tylko ja, z całej naszej gromadki, mogę się uczyć – tłumaczyła Pela.
Szły niespiesznie, przydeptując mieniące się jesienną paletą barw liście. Złoty polski październik czarował swą urodą. Ale czy nastoletnie panny dostrzegały to? Pochłonięte szkolnymi zadaniami, myślące o jedzeniu, w milczeniu weszły na ulicę Czystą. Pela otworzyła drzwi ojcowskiego zakładu, a koleżanki poszły dalej.
Powoli zapadał jesienny mrok, a wraz z nim ni stąd, ni zowąd nadciągała wichura. Jej powiewy wciskały się do mieszkania szewca Siedleckiego wszystkimi niedogodnymi nieszczelnościami. Gasiły ogień w palenisku kuchni i knot oświetlającej wnętrze lampy. Zuzanna co rusz wyglądała przez okno, czy wichura czasem nie strąciła któregoś z dachów okolicznych domów. Jan założył pikowany spencerek i wyszedł na podwórze, żeby sprawdzić, czy chociaż drzwi chlewka i szopy zostały domknięte. Ledwo wiązali koniec z końcem, więc wszelkie szkody byłyby im nie na rękę.
Plany Peli związane z przygotowaniem się do klasówki legły w gruzach. Ale to nic – pomyślała. Pójdzie do szkoły wcześniej i zajdzie do szkolnej kaplicy. Pomodli się, poprosi o pomoc Najświętszą Panienkę i wszystko będzie dobrze.
