Opublikowano
2019-07-10 18:02
Licencja
Prawa zastrzeżone

Powrót szlachcica i czas pomsty

Jest rok 1630. Żegota Nadolski powracający w swe rodzinne strony odkrywa ślady straszliwej zbrodni. Czy uda mu się odnaleźć sprawców? Oto początek powieści, która trzyma w napięciu do ostatniej strony.


Strony:
1 2 3 4 5

Wiosna roku 1630 była dżdżysta i zimna. Co rusz z nieba skapywały ciężkie krople, zamieniając drogi w błotniste pułapki. Trudno było iść piechotą. Buty grzęzły, oblepiając się brudem. Toteż z mozołem szedł towarzysz jazdy kozackiej polskiej Żegota Nadolski. Cały przemókł. Nie zwracał na to jednak uwagi. Przez lata przywykł nie do takich niewygód. Czasem, gdy but zbyt głęboko utkwił w grzęzawisku, na usta cisnął mu się jakiś grubszy wyraz. Zaraz wstrzymywał popędliwy język, szepcąc pod nosem nabożne słowa modlitwy. Ubrany w nieco lepsze tylko od chłopskiego odzienie, zakryty woskowanym kapturem, w butach rozmiękłych od wilgoci, z pokorą przyjmował przeciwności losu. Tylko zawinięta w skóry szabla przewieszona przez plecy była znakiem, że to nie chłop brnie przez błota, lecz człowiek wojskowy. Towarzysz pancerny, wizerunek z epoki (ok. 1620 roku, domena publiczna). Gdyby kto zajrzał pod kaptur, zobaczyłby posiwiałe przedwcześnie włosy i obwisłe wąsiska. Twarz, przeorana blizną, zmroziłaby takiemu ciekawskiemu krew. Szare oczy były jakby zapatrzone nie w otaczającą wiosnę, lecz we własne myśli. A te widać nie były radosne, ale niczym ponure niebo wiszące tego dnia tak nisko. Tymczasem wokół zieleń buchnęła z żywiołowością, sycąc wzrok swą spokojną barwą. Życie wracało po zimie, dając nadzieję zmartwychwstania. Trawa, nad wyraz rozrosła, chłonęła wilgoć, zapowiadając obfitość siana. Drzewa kierowały swe liście ku życiodajnemu deszczowi, szumiąc wśród padających kropli odwieczną melodię. Świat poił się łapczywie, jakby szykując zapasy na gorszy czas. Szedł więc Żegota powoli, przypominając sobie coraz to bardziej znajome kształty i obrazy. Zbliżał się do stron rodzinnych, które opuścił dziesięć lat wcześniej. Wszystko niby było podobne. Zagajniki, chałupy, krzyże przydrożne. Jemu wydały się jednak mniejszymi, postarzałymi, zgarbionymi, jak i jego postać. Bo też i w innym czasie wyjeżdżał. Wtenczas zdawało mu się, że świat stoi przed nim otworem, a zapałem i męstwem łatwo fortunę ujarzmi. Teraz gorycz miał w duszy i pustkę.

Poszedł lata temu z innymi za Żółkiewskim. Bo i cóż mu pozostawało? Majątek rodzice zostawili mu ubogi. Ledwie, by utrzymać siebie i żonę z dziećmi. Ot, parę chłopskich chałup, stary dwór modrzewiowy i nieurodzajne grunta. Zadłużył się więc, z chłopów przysposobił pocztowych i poszedł wojować. Mówili, że na mołdawskiej wyprawie łupy zdobędzie, sławą okryć się może. Prosiła go Zośka, by nie zostawiał jej z maleńkimi. Zaklinała, że złe przeczucia w jej duszy się lęgną. Ale nic to było dla Żegoty, który zbywał śmiechem głupie babskie gadanie. Gdybyż czas mógł odwrócić. Ale z tamtego człeka nic się nie ostało. Pod Cecorą ledwie z życiem uszedł, cudem tylko bez ran. Potem udał się z towarzyszami na Turka, by straty powetować. I tu jednak ni bogactwa, ni sławy nie zdobył. Pokój podpisano, a dla Żegoty żadna z niego korzyść nie przyszła. Wciąż długi i pusta kiesa. Zamiast więc jak inni wrócić do domu, ruszył na Litwę, gdzie Radziwiłł już ze Szwedami wojował. Myślał, że przy magnackim boku łatwiej przyjdzie mu los poprawić. Gdy przyszedł rozejm z Gustawem Adolfem, nie wrócił w strony rodzinne. Rozmiłował się w bogatym dworze, gdzie schlebiała mu pańska łaskawość. Posłał tylko pocztowego, by Zośce wieści zawiózł i skromny łup przekazał. Sam zaś oddał się ucztom i bezeceństwom.

Lew północy kontra husaria, czyli bitwa pod Gniewem

22 września 1626 roku rozpoczęła się bitwa pod Gniewem nazywana bitwą dwóch Wazów. Walcząc przeciwko zreformowanej szwedzkiej armii husarii nie udało się powtórzyć sukcesu spod Kircholmu.



Czytaj dalej...

Westchnął spod ciężkiego kaptura, gdy czas ten sobie przypomniał. Dziewkom nie przepuszczał. Za kołnierz nie wylewał. Radziwiłł świadom, że Szwed się przyczaił, trzymał przy sobie żołnierzy i niczego nie żałował. Żył więc Nadolski jak w jakimś amoku, łapczywie chłonąc nieznane mu wcześniej uciechy. Bo i cóż Zośka? Gdzie jej tam do biegłych w miłosnej sztuce dwórek? Gdzież zaściankowym ucztom i kuligom do pańskiego stołu? Któż to byli lokalni posesjonaci przy Radziwille? I przyszedł w końcu, jak kara za grzechy, ten dzień, gdy pocztowy późnym latem 1624 roku od Zośki powrócił.

Żegocie łza w oku stanęła i potoczyła się bruzdą ku wilgotnym wąsiskom. Pamiętał aż nazbyt wyraźnie. Ledwie dobudził się po nocnej biesiadzie. W głowie szumiały mu jeszcze wina i miody, których sobie nie żałował. W łożu leżała dworska murwa, ze skórą bladą, włosami sklejonymi potem i oddechem nasiąkłym przetrawionymi napitkami. Zwiesił Żegota nogi ze skraju łoża i wpatrywał się nieprzytomnie w pocztowego, który garbiąc się i czapę mnąc w dłoniach po raz wtóry powtórzył ciężkie jak głazy słowa, że Tatarzy najechali folwark i wszystkich ubili. Zośkę i dzieci. Michałka i Marysię. Że dwór spalony, a ludzie w las uciekli. Wstał chwiejnie Nadolski i chłopem potrząsnął. Słowa uwięzły mu w gardle. Szarpał gwałtownie Semka, ściskając mu ramiona. Aż w końcu z ust popłynęło mu wycie nieludzkie, z którym stoczył się bez przytomności na podłogę. Myślał pocztowy, że pan padł martwy rażony apopleksją. Niewiele się omylił. Kiedy Żegota oczy otworzył, nie mógł ruszyć ni ręką, ni nogą. Zawezwany medyk krew puścił, ale nadziei nie dawał. Chorego z łoża ruszać zabronił. Leżał więc szlachcic, wpatrując się całymi dniami w bieloną powałę kwatery. Świat zamknął mu się z głowie. Nie znał nikt jego myśli, bo ustami ruszyć nie zdołał. Lecz choćby i mógł, pewnie z bólu słowa by nie wykrztusił. Trudno byłoby bowiem znaleźć jakieś lekarstwo na jego niedolę i cierpienie. I poczucie, że za jego to winy Bóg karę surową nałożył. W dwie niedziele Nadolski posiwiał jak gołąb. Pachołek trzymał go przy życiu, pojąc piwną polewką z roztartym serem. Miesiąc minął, nim powiekami poruszył. Kolejny, kiedy dłoń uniósł. Za tym słowa bełkotliwe, jeszcze nikomu niezrozumiałe, wypowiedział. Tylko on pamiętał, że była to pełna goryczy modlitwa na głos powtarzana, bardziej jak rzucana Bogu groźba.

Odrodzenie potęgi – husaria Jana Sobieskiego - „Mówią Wieki” Koń husarski na rycinie Zygmunta Glogera (domena publiczna)

W pół roku na nogi stanął. Wychudły i posępny jak nocna mara. W członkach wróciło mu życie, choć czucia w lewej ręce nie odzyskał. Lewy kąt ust martwo w dół się na zawsze osunął. Jak odbicie jego duszy, która skamieniała. Semko jął konie na powrót szykować, sądząc, że teraz rychło pan będzie chciał na swoje ruszyć. Burknął gniewnie Nadolski i nahajem głupią myśl z łba pachołka wygnał. Nie miał już domu. Dokąd było mu wracać? Na groby? Usta zaciął Żegota, całymi dniami ledwie kilka słów wypowiadał, a jeśli już, to w gniewie. Tylko w szabli od rana się wprawiał, w tym gubiąc myśli, które mało go do obłędu nie wiodły. Mrok objął jego głowę. I zląkłby się ten, kto by znał te jego rozmyślania. Jako że zwykle były o śmierci. Przemieszane modlitwą, by jak najrychlej nadeszła. W zacięciu i zatraceniu, w rozpaczy wracał do sił.

Ten tekst jest fragmentem książki Macieja Liziniewicza „Czas pomsty”:

Maciej Liziniewicz - „Czas pomsty” - okładka Tytuł: „Czas pomsty”
Autor: Maciej Liziniewicz
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Typ oprawy: miękka - broszurowa
Data premiery: 19.06.2019
Język wydania: polski
EAN: 9788324583683
Liczba stron: 416
Wymiary: 205 × 135mm
Cena: 39,90 zł
Kup ze zniżką w księgarni wydawnictwa Publicat!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3 4 5
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy
Maciej Liziniewicz

Ur. 1974. Pisarz, z wykształcenia socjolog. Autor powieści „Scheda” i „Czas pomsty”.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org