Opublikowano
2019-11-04 16:00
Licencja
Prawa zastrzeżone

Problem reparacji wojennych

Temat reparacji wojennych, zdawałoby się, dawno zamknięty, nieoczekiwanie znów pojawił się w dyskursie politycznym. W dyskusjach na ten temat za punkt odniesienia uznaje się rozwiązania przyjęte po pierwszej wojnie światowej, uważając, że stworzyły one obowiązujący standard. Tymczasem zapisy traktatu wersalskiego były czymś wyjątkowym. Co więcej – ich skutki okazały się na tyle negatywne, że światowa opinia publiczna zdecydowanie odrzuciła możliwość ich powtórzenia po kolejnej wojnie.


Strony:
1 2

Zwyczaj nakładania na pokonanych w wojnie kontrybucji jest stary jak świat. Po pierwszej wojnie światowej przybrały one jednak takie rozmiary, że uniemożliwiły odbudowę normalnych stosunków gospodarczych. To doświadczenie skłoniło kolejne pokolenia do powściągliwości i umiaru w tej kwestii. W taki sposób podejmowano decyzje w 1945 roku. Dziś, kiedy kwestia reparacji na nowo rozpaliła namiętności części opinii publicznej w Polsce, warto sobie uświadomić te uwarunkowania. Co się zatem stało podczas pierwszej wojny światowej?

Podpisanie traktatu wersalskiego, mal. William Orpen. Fot. Wikimedia Commons

Największym zaskoczeniem dla uczestników konfliktu była jego długość. W sierpniu 1914 roku wszyscy naiwnie wyobrażali sobie, że wojna będzie krótka, tymczasem przekształciła się w wieloletnie zmagania obliczone na wyczerpanie przeciwnika. Zadecydował o tym ówczesny poziom rozwoju techniki wojennej. W świecie, w którym wykorzystywano już karabiny maszynowe, a jeszcze nie istniały czołgi, obrona miała miażdżącą przewagę nad atakiem. To unieruchomiło żołnierzy w okopach na kilka lat. Kolejne natarcia podejmowane w celu przełamania frontu załamywały się, a ich skutkiem były jedynie gigantyczne straty w ludziach. Zarówno liczba zabitych, jak i koszty takiej wojny szybko przekroczyły najśmielsze przewidywania strategów. Kraje uczestniczące w konflikcie zawiesiły więc wymienialność swoich walut na złoto, a następnie zwiększyły emisję pieniądza. Oznaczało to, że stopniowo zaczęły narastać procesy inflacyjne. Na początku była to inflacja utajona. Wprowadzono blokadę cen, a następnie system kartkowy. Rósł nie tyle koszt towarów, ile trudności w dostępie do nich. Dopiero po wojnie w poszczególnych krajach uwalniano ceny i znoszono kartki. Nie był to jednak koniec inflacji, zmienił się tylko jej charakter. Sklepy się zapełniały, ale ceny szybko rosły, wyprzedzając wzrost zarobków. Taką inflację nazywamy jawną.

Szwab zapłaci

Szybko się okazało, że dodruk pieniądza nie wystarcza na sfinansowanie wysiłku wojennego. Trzeba było znaleźć inne sposoby. Co ciekawe, obie strony radziły sobie z tym inaczej. Państwa centralne, czyli Niemcy i ich sojusznicy, finansowały wojnę za pomocą pożyczek wewnętrznych − zadłużały się więc u własnych obywateli we własnej walucie według jej wartości nominalnej. Po wojnie państwo mogło się takiego długu stosunkowo łatwo pozbyć. Wystarczyło uwolnić inflację i, korzystając z tego, że wartość pieniądza spadła, spłacić wierzycieli. Było to oczywiście oszustwo wobec własnych obywateli, ale państwo rozwiązywało problem niewielkim kosztem.

Traktat wersalski a sprawa przynależności Śląska

Artykuł 88 traktatu wersalskiego przewidywał organizację plebiscytu, który miał rozstrzygnąć linię graniczną między Polską a Niemcami. Jakie nastroje towarzyszyły tym wydarzeniom?



Czytaj dalej...

Państwa ententy finansowały wojnę za pomocą pożyczek zagranicznych. Początkowo sojusznicy zadłużali się w Wielkiej Brytanii, a po 1917 roku wszyscy, z Brytyjczykami włącznie, zaczęli pożyczać pieniądze od Amerykanów. Kiedy rysowało się już widmo klęski państw centralnych, uświadomiono sobie pewien paradoks. Otóż sytuacja finansowa zwycięzców była dużo gorsza niż pokonanych. Ci mogli się bowiem pozbyć swojego zadłużenia stosunkowo łatwo, natomiast państwa ententy były zadłużone za granicą w obcych walutach. Uwolnienie inflacji niczego w ich przypadku nie zmieniało. Zachodziła obawa, że ententa wprawdzie wygra wojnę, ale zaraz potem zbankrutuje, a Niemcy będą to obserwować z satysfakcją. W tej sytuacji premier Francji Georges Clemenceau rzucił hasło le Boche paiera − Szwab zapłaci. Aby tak się stało, trzeba było ściągnąć z pokonanych Niemiec reparacje przynajmniej w wysokości długu ententy wobec Stanów Zjednoczonych.

W takiej atmosferze rozpoczynała obrady konferencja pokojowa w Paryżu w 1919 roku. Trzeba przyznać, że Amerykanie nie ułatwiali sojusznikom działania. Prezydent Woodrow Wilson oznajmił, że uważa reparacje wojenne za zły pomysł, i wezwał państwa ententy do rezygnacji z niego. Sam w imieniu Stanów Zjednoczonych zrzekł się ich. Co innego długi wojenne. Te trzeba spłacać. Propozycję brytyjską, by równocześnie umorzyć długi wojenne i zrezygnować z reparacji, Wilson stanowczo odrzucił. W tej sytuacji cały ciężar rozwiązania problemu spoczął na barkach sojuszników europejskich. Ponadto nałożyły się na siebie dwa porządki, które trudno było sprowadzić do wspólnego mianownika. Reparacje miały być realną rekompensatą za poniesione straty i jednocześnie pomóc w spłacie długów wojennych. Propagandowo raczej eksponowano pierwszy z tych motywów, drugi pomijając dyskretnym milczeniem.

Podpisy sygnatariuszy traktatu wersalskiego. Fot. archiwum „Mówią wieki”

30 miliardów

Po rozpoczęciu obrad w Paryżu przedstawiono wstępne szacunki ogólnej sumy reparacji. Mówiło się o 124 mld dolarów (oczywiście w złocie), co było sumą tyleż astronomiczną, co nierealną. Negocjatorzy zdawali sobie z tego sprawę, dlatego odłożyli na później ustalenie całkowitej wysokości odszkodowań. Na razie określili jedynie udział w nich poszczególnych państw. Francja miała otrzymać 52 proc., Wielka Brytania 22 proc., Włochy 10 proc., Belgia 8 proc., Królestwo SHS, czyli późniejsza Jugosławia, 5 proc., pozostali 3 proc. Rachunek opierał się mniej więcej na realnie poniesionych stratach, ale w tym momencie zwrócono uwagę na inną kwestię – zagranicznych długów wojennych. Wielka Brytania poniosła znacznie mniejsze straty niż Francja, na której terenie toczyły się działania wojenne, ale jej zadłużenie było niewiele mniejsze. Przyjrzyjmy się liczbom.

Prawdziwy powód wybuchu I wojny światowej

28 czerwca 1914 r. arcyksiążę Franciszek Ferdynand zginął w Sarajewie z ręki młodego serbskiego nacjonalisty Gawriło Prinicipa. Choć zabójstwo następcy tronu Austro-Węgier było sprawą poważną, wybuch w jego następstwie konfliktu zbrojnego wcale nie był oczywistością. A może I wojna światowa w ogóle nie była nieunikniona?



Czytaj dalej...

Zagraniczne długi wojenne Francji wynosiły ok. 7 mld dolarów, ale Paryż miał zagwarantowany 52-proc. udział w reparacjach. Jeśli ogólna suma reparacji wyniosłaby ok. 14 mld dolarów, Francuzi wyszliby na zero. Dług brytyjski był nieco mniejszy, ok. 5 mld dolarów, ale udział Wielkiej Brytanii w reparacjach wynosił jedynie 22 proc. Aby zrównoważyć brytyjskie straty i wpływy z reparacji, te musiałyby wynieść ok. 25 mld dolarów. Dlatego Wielka Brytania zainteresowana była w podwyższaniu ich ogólnej sumy. Francuzi byli znacznie bardziej powściągliwi. Ponieważ w sferze publicznej można było uzasadniać podwyższanie reparacji tylko realnymi stratami, a brytyjskie były znacznie mniejsze od francuskich, Brytyjczycy jako pierwsi zaczęli się domagać odszkodowań za poległych, przeliczając straty według utraconych na skutek ich śmierci zarobków.

Ten teks pochodzi z najnowszego numeru miesięcznika „Mówią Wieki”:

Tytuł: „Mówią wieki”
Numer: 10/2019 (717)
Wydanie: październik 2019
Cena: 8,50 zł
Kup w wersji elektronicznej!
Zamów prenumeratę!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Ciekawe, kiedy nasi politycy, historycy i publicyści zajmą się wreszcie kwestią odszkodowań od ZSRR i jego sukcesora, czyli Federacji Rosyjskiej, za mienie wyszabrowane lub celowo zniszczone przez Rosjan w Polsce w roku 1945? Pomijam już tu sprawę wyliczenia reparacji należnych ZSRR od Niemiec, z których 15% miało przysługiwać Polsce; chodzi mi głównie o fakt zorganizowanego rabunku i niszczenia przez Armię Czerwoną mienia na Ziemiach Zachodnich i Północnych, mających być rekompensatą dla Polaków za Kresy włączone do ZSRR. Czytam obecnie pracę prof. A. Saksona o zajęciu Prus Wschodnich przez Rosjan, m.in. Olsztyna, niemal nie uszkodzonego przez wojnę. Po jego zajęciu i zrabowaniu najcenniejszego mienia komunalnego i prywatnego, Armia Czerwona wysłała na ulice miasta ekipy z miotaczami ognia, które systematycznie niszczyły budynki, głównie na Starówce. Podobnie działo się w innych miejscowościach pruskich, gdzie jednak głównie używano materiałów wybuchowych. Nasze podręczniki historii mówią dziś tylko o podobnym barbarzyństwie Niemców w Warszawie po powstaniu 1944 r. Pomijając już aspekt moralny takiego zachowania Rosjan, zachodzę w głowę, jaki materialny lub ambicjonalny motyw im przyświecał, by - nie uzyskując dla siebie korzyści - pogorszyć sytuację Polaków.



Odpowiedz

Gość: Komar |

@ bartensteiner - bartensteinerowi się coś pozajączkowało. Ciekawe, że nie żąda odszkodowań od Wielkiej Brytanii i USA za dywanowe bombardowania Szczecina dokonane przez aliantów. Gdyby sukcesorzy ZSRR mieli płacić odszkodowania za zniszczenia na Śląsku i Pomorzu oraz w Prusach Wschodnich, to powinni je płacić wyłącznie Niemcom. Bo to były tereny państwa niemieckiego. I to niemieckie mienie było przejmowane przez Sowietów i przez nich niszczone. Terytorium niemieckie bezpośrednio po wkroczeniu na nie Armii Czerwonej było zarządzane przez radzieckie komendantury wojskowe. Dopiero później - w zasadzie po konferencji poczdamskiej - było przekazane władzom polskim. Pracowałem w dużym zakładzie na Opolszczyźnie - i na własne oczy widziałem fotokopię dokumentu przekazania terenu zakładów (niemieckiej fabryki benzyny syntetycznej) władzom polskim. Ten dokument był datowany na połowę sierpnia 1945. Oczywiście wcześniej ten zakład został ogołocony z urządzeń - ale czemu bartensteiner pisze o rabunku? Czyżby zdaniem bartensteinera sowieckim podludziom nie należało się żadne odszkodowanie za zniszczenia wojenne?
Powtarzam - to były tereny państwa niemieckiego i wcale nie było powiedziane, że będą należały do Polski. Przecież jedyny słuszny premier jedynego legalnego rządu Rzeczypospolitej Polskiej powiedział publicznie: "Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina!". Przecież gdy ZSRR przekazał Polsce w marcu 1945 roku tereny Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego z Zabrzem i Gliwicami, to władze USA i Wielkiej Brytanii złożyły oficjalny protest dyplomatyczny w Moskwie. Sporo wskazywało na to, że Śląsk i Pomorze będą częścią radzieckiej strefy okupacyjnej.
A sukcesorami ZSRR są wszystkie państwa, które powstały na dawnym terytorium ZSRR, a nie tylko Rosja.



Odpowiedz

@ Gość: Komar
To, co piszesz, jest klasycznym odwracaniem kota ogonem. Przecież nie czepiam się Rosjan bombardujących - nawet niepotrzebnie - poszczególnych miast polskich i niemieckich podczas wojny; mam do nich pretensję, że niszczyli te miasta (najczęściej nie bronione) po przejściu frontu, już po konferencji jałtańskiej - gdzie przecież ustalono z grubsza przebieg powojennych granic, a nawet po zakończeniu wojny w Europie. Wspomniani przez ciebie Anglicy i Amerykanie tego nie robili. Ogólny zarys przydziału Polsce ziem zachodnich i północnych przez Rosję był wówczas już wszystkim znany, były tylko niedopowiedzenia, czy w ogóle lub jaką część Prus zostawić sobie, a jaką Polsce. Były także wątpliwości dotyczące tego, na jakiej Nysie, i czy ze Szczecinem, wyznaczyć zachodnią granicę naszego państwa. Nie zapominajmy, że przekazywane nam ziemie miały być rekompensatą za tereny niegdyś polskie, a przyłączone do ZSRR jesienią 1939 r. Rozumiem zakorzenione w zwyczaju prawo mało cywilizowanych zwycięzców do łupów wojennych i nawet jestem gotów przymknąć oko na niestosowanie się przez Rosjan do porozumień z Polakami nt. podziału zdobyczy wojennej. Nic jednak nie usprawiedliwia zwycięzców, gdy celowo, przeważnie na rozkaz, niszczą mienie mające być przekazane Polakom. Gdyby któryś z rosyjskich dowódców zezwolił na dewastację miasta lub fabryki mających wejść, choćby hipotetycznie, w skład ZSRR, natychmiast zajęłoby się nim NKWD lub Smiersz. Gdyby zaś podlegli mu sołdaci robili to na jego rozkaz, przypuszczając choćby przez moment, że to mienie będzie radzieckie - pierwszy lepszy przełożony kazałby go rozstrzelać, nie czekając na proces sądowy. Łatwiej byłoby zrozumieć, gdyby Rosjanie celowo niszczyli domy i fabryki na zachód od Odry - bo można by to było wytłumaczyć chęcią zemsty na Niemcach, ale tam postępowali ze znacznie większym umiarem niż w części Prus mającej wejść w skład państwa polskiego.
Natomiast protest dyplomatyczny Anglii i USA dotyczył wyłącznie faktu, że ZSRR nie czekał na oficjalny podział zdobycznych ziem, które powinny przypaść Polsce dopiero po konferencji pokojowej. Oprócz tego nie nastąpiło faktyczne przekazanie Polsce wspomnianych przez Ciebie terenów na Śląsku, gdyż pełnię władzy zachowali tam jeszcze długo radzieccy komisarze wojskowi.



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ bartensteiner Jak na ogół popieram Waści, tak tym razem nie. Komar słusznie podniósł kwestię niepewności losów tzw. Ziem Odzyskanych. Z kolei rabunkiem, likwidacją, redukcją niemieckiego przemysłu ( śp. Morgenthau się kłania), czy jak tam to nazwać, zajmowali się wszyscy europejscy alianci na całym (na zachodzie też) terytorium Niemiec.
W kwestii głównej, czyli odszkodowań, uważam, iż żądanie ich w 70 lat po wojnie za zajęcie mało honorowe, w dodatku bardzo szkodliwe ekonomicznie.



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ bartensteiner Jak na ogół popieram Waści, tak tym razem nie. Komar słusznie podniósł kwestię niepewności losów tzw. Ziem Odzyskanych. Z kolei rabunkiem, likwidacją, redukcją niemieckiego przemysłu ( śp. Morgenthau się kłania), czy jak tam to nazwać, zajmowali się wszyscy europejscy alianci na całym (na zachodzie też) terytorium Niemiec.
W kwestii głównej, czyli odszkodowań, uważam, iż żądanie ich w 70 lat po wojnie za zajęcie mało honorowe, w dodatku bardzo szkodliwe ekonomicznie.
Z drugiej strony, dość bezsensowne zniszczenia dokonane przez A. Czerwoną w Prusach, mogły być w pewnym stopniu spowodowane osobowością gen. I. Czerniachowskiego - tu fragment jego rozkazu wydanego tuż przed wkroczeniem tam: "Faszystowski kraj musi stać się pustynią, podobnie jak nasz kraj, z którego zrobili pustynię. Faszyści muszą zostać zniszczeni, tak jak zabili naszych żołnierzy."



Odpowiedz

Gość: |

@ bartensteiner - bardzo podoba mi się twoje twierdzenie, że protest USA i WB był tylko formalny i że Polska na pewno otrzymałaby te tereny po konferencji pokojowej. No to ja się pytam: to jak długo Polska miała czekać? To kiedy odbyła się ta konferencja pokojowa? Odpowiedź znamy: nie odbyła się do dziś. Zatem Polska do dziś nie doczekałaby się przyłączenia tych ziem. I o to właśnie chodziło tym, którzy kazali Polsce zwlekać. Rok 1945 był jedynym momentem, a działanie na zasadzie faktów dokonanych - jedyną możliwością, aby zrealizować koncepcję granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. W sporze o granice Polski prowadzonym między Polską (i ZSRR) a państwami zachodnimi nie chodziło o niuanse, która Nysa i czy również Szczecin. Przez kilkadziesiąt lat po wojnie wszystkie państwa NATO (z wyjątkiem Francji) nie tylko kwestionowały granicę na Odrze i Nysie, ale wręcz uważały, że prawnie obowiązującą jest granica polsko - niemiecka z roku 1937. Piszesz, że Polsce należało się w ramach odszkodowań (a nie - jak twierdzisz - jako łupy wojenne) 15% majątku przejętego przez ZSRR. Codziennie chodzę ulicami miejscowości na Opolszczyźnie. Dziś przemierzyłem Opole. Widziałem, ile majątku poniemieckiego przejęła Polska. Ile kamienic mieszczańskich z przełomu wieków. Ile osiedli mieszkaniowych zbudowanych w czasach Republiki Weimarskiej i za rządów Hitlera. Ile gospodarstw rolnych. To wszystko obecnie wykorzystują Polacy. Tego jest naprawdę znacznie więcej, niż owe słynne 15% tego, co zagarnął ZSRR.



Odpowiedz

Gość: Komar |

@ Gość: - to powyższe to ja. Cytat Marka z rozkazu Czerniachowskiego potwierdza, że dla Armii Czerwonej to były tereny niemieckie, na których żołnierze mogli mścić się do woli.
Jeszcze co do "rabunku". Jeszcze raz o zakładzie produkcji benzyny syntetycznej. Sowieci ogołocili ten zakład z urządzeń w roku 1945 i urządzenia przewieźli do ZSRR (o ile wiem, w rejon Kuźniecka). Przypuszczalnie chcieli postawić tę fabrykę na swoim terenie. Ale dokumentacja techniczna tej fabryki została wywieziona przez Niemców przed frontem na Zachód i została przejęta przez Amerykanów. Oczywiście Amerykanie nie oddali Polsce tej dokumentacji. Możemy zatem mówić, że Amerykanie tę dokumentację nam zrabowali.
Dopiero po kilkudziesięciu latach Amerykanie odtajnili tę dokumentację i opublikowali ją w internecie. Stanowi ona część zbioru "Fischer - Tropsch Archive".



Odpowiedz

@ Gość: Komar
Panowie, zajrzyjcie ponownie do podręczników. Już w Teheranie w 1943 r. Stalin zneutralizował stanowisko Roosevelta i Churchilla w sprawie przynależności państwowej ziem zabużańskich obietnicą, że Polska - w ramach rekompensaty za te ziemie - otrzyma daleko przesuniętą granicę na zachodzie oraz Prusy Wschodnie. Dopiero na konferencji jałtańskiej Stalin zgłosił zapotrzebowanie na niezamarzający port bałtycki, czyli Królewiec, Prawdopodobnie rekompensatą za ten port stało się "przydzielenie" później Polsce Szczecina, zwłaszcza że ogólna powierzchnia tej rekompensaty była i tak mniejsza od zabranej do ZSRR. Sprawy te musiały być znane wyższemu dowództwu Armii Robotniczo-Chłopskiej, co jednak nie przeszkadzało Czerniachowskiemu i innym dowódcom nazywać zdobywanych Prus ziemią faszystowskich Niemiec. W ówczesnym stanie prawnym tak przecież było! Natomiast to, że te ziemie zostaną później przekazane Polsce wiedziało doskonale wyższe dowództwo i politrucy, ale nie kwapili się by to powszechnie głosić. Jak się później okazało - celowo, bo było zainteresowane tym, by przekazać poniemieckie mienie Polakom jak najbardziej uszczuplone. Motywy takiego postępowania są nadal tajemnicze i wymykają się ogólnie przyjętym zasadom logiki i moralności.
Jest wiele przykładów na to, że jeszcze po formalnym przekazaniu Polakom jakiegoś miasta lub terytorium (maksymalnie wyszabrowanego, nawet z powyrywanymi ze ścian rurami, futrynami i instalacją elektryczną) zorganizowane ekipy krasnoarmiejców ponownie przybywały na terytorium już formalnie polskie i niszczyły to, co mogłoby się przydać tzw. sojusznikom.
To prawda, że otrzymane przez Polskę tereny - pomimo zniszczeń - były na ogół bogatsze od przejętych przez ZSRR. Dlatego również nie popieram domagania się reparacji od Niemiec, a gdyby miało do tego dojść, to trochę bym się tego wstydził.



Odpowiedz

Gość: AWU |

@ Gość: @ Gość: A ja kilka tyg temu spacerowałem ulicami Lwowa który przed wojną bez wątpienia był najpiękniejszym dużym miastem w Polsce, pamiętam również spacery po Warszawie, zniszczonej systematycznie przez Niemców dom po domu, podczas gdy Rosjanie bezczynnie przyglądali się temu z drugiego brzegu Wisły. "Dzięki" komunistom zainstalowanymi przez Rosjan do zarządzania Perelem jeszcze w latach 90-tych XXw Warszawa była w czołówce rankingu najszkaradniejszych miast Europy, z ochydną totalitarną architekturą socrealizmu dopełnioną klocami z tandetnie wykonanej wielkiej płyty ...



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ Gość: AWU Jak na ogół szanuję Waści poglądy, tak nie widzę związku komunizmu z "tandetnie wykonaną wielką płytą". To ostatnie wynika raczej z "tandetności" umysłów. Czechosłowackie "panelaki" i enerdowskie "Plattenbauten", jakoś były porządniej budowane i porządniej wyglądały, zwłaszcza iż o porządek i czystość dbali sami mieszkańcy. U nas podobny system (np. sprzątania) w najłagodniejszym razie byłby nazwany kołchozem.



Odpowiedz

Gość: Komar |

@ Gość: AWU - wprawdzie to trochę w bok od tematu, ale na zasadzie riposty pozwolę sobie odpowiedzieć. Przedwojenna Warszawa - to nie tylko pałace. Jeśli ktoś chce znać obraz przedwojennej Warszawy, to powinien przejść się nie tylko Krakowskim Przedmieściem, ale także pospacerować po Szmulowiźnie czy wzdłuż ulicy Stalowej. Ja codziennie chodziłem ulicami: Ząbkowską czy Brzeską. Widziałem slumsy Targówka, widziałem, jak w latach sześćdziesiątych znikały rudery "Dzikiego zachodu" - zabudowy na zachód od Pałacu Kultury. Osiedla z wielkiej płyty powstawały już pół wieku temu - i dobrze służą ludziom do dziś. A antykomuniści chcieli zapędzić mieszkańców Warszawy z powrotem do XIX-wiecznych kamienic czynszowych z podwórkami - studniami, do mieszkań, do których słońce nie zaglądało ani razu w roku, do mieszkań, które były rozsadnikami gruźlicy i krzywicy. I to miało być ładne. Ciekawa estetyka.



Odpowiedz

Gość: iks |

Mądre słowa ale to głos wołającego na puszczy



Odpowiedz
Wojciech Morawski

Historyk gospodarki, profesor w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org