Procesy czarownic w Lublinie w XVII i XVIII wieku

Strach przed mocami ciemności i ich ingerencją w życie ludzkie od zarania dziejów towarzyszył ludziom. Zaowocował on u progu czasów nowożytnych masową psychozą „polowań na czarownice”, w kręgu której znalazła się w początkach XVI wieku Rzeczpospolita. Psychoza ta pociągnęła za sobą milionowe ofiary w całej Europie a na ziemiach polskich pozbawiła życia 15 – 20 tysięcy ludzi.

W mojej pracy planuję ukazać charakter lubelskich procesów nad czarownicami oraz ich tło historyczne, badając cechy wspólne i rozbieżności w sądzeniu wiedźm w pozostałych miastach Korony.

Geneza prześladowań czarownic

Strach przed diabłem i złymi mocami był od wieków nieodłącznym atrybutem cywilizacji chrześcijańskiej. Zjawisko to było typowe dla naszej kultury, zarówno w średniowieczu, jak i w późniejszych epokach. Powszechnie wierzono, że szatan i jego wysłannicy do osiągnięcia swych niecnych celów potrzebują współpracowników wśród ludzi.

Rozpowszechnienie się procesów o czary nastąpiło w późnym średniowieczu, łącząc się ściśle z ówczesną myślą polityczną oraz rozwojem inkwizycji. Opisywane akty zaczerpnęły swą genezę z procesów kacerzy z XII i XIII w., kiedy to Kościół, chcąc całkowicie zdyskredytować swoich przeciwników w oczach całego chrześcijaństwa, oskarżył ich o kontakty z mocami ciemności.

Bulle papieskie oskarżały wówczas tych heretyków o oddawanie czci diabłu pod postacią ropuchy lub czarnego kota. Taki sposób pozbywania się wrogów przejęli w latach późniejszych także inni dostojnicy duchowni bądź świeccy. Przykładem takiego zachowania może być dla nas zarzut arcybiskupa Bremy Gerharda II skierowany w 1320 roku przeciwko miejscowym chłopom niepłacącym podatków, mówiący, że oddają oni cześć szatanowi.

W końcu wieku XV i w wieku XVI stawianie podobnych zarzutów wobec niewygodnych osób stało się wręcz modne, a związany z tym zabobon znacznie przybrał na sile. Niemały wpływ na to wywarły władze kościelne, a szczególnie papież Innocenty VIII, który w swej bulli z 5 XII 1484 r. nakazał surowo karać czarownice, sankcjonując tym samym legalność procesów nad nimi. Od ogłoszenia wspomnianej bulli Innocentego VIII procesy o czary zaczęły nabierać masowego charakteru. Na domiar złego zjawisko to spotęgowały walki wyznaniowe, które rozgorzały w dobie przemian reformacyjnych.

Zarzut rzucania uroków i czynienia czarów stanowił w owych czasach narzędzie terroru skierowane bardzo często w stronę przeciwników religijnych. Oskarżenia te miały na celu umożliwienie luteranom lub kalwinistom protestantyzacji danego państwa, a kontrreformacji jego rekatolizację. Wkrótce nikt nie był w stanie zapanować nad rozwojem omawianego w tym artykule zabobonu. Wszelkie możliwe nieszczęścia, choroby, gradobicia, powodzie czy nieurodzaj tłumaczono sobie wzmożoną aktywnością czarownic, co wywołało niespotykane dotąd prześladowania jednostek słabych, niemogących obronić się przed naciskami społeczeństwa.

Hans Baldung, Dwie czarownice, 1523

Na tle przedstawionej powyżej sytuacji zaistniałej w Europie w początkach XVI w. Polska i Litwa były państwami wyjątkowymi. Dość mała w porównaniu z zachodnią Europą liczba procesów o czary w Koronie nie była bynajmniej spowodowana niewiarą jej obywateli w praktyki magiczne.

Od wieków lud polski wierzył w skuteczność czarów, o czym świadczyć może duża liczba znachorów i znachorek, przeciwko którym od połowy XIII w. występowało partykularne ustawodawstwo kościelne.

Oprócz tego zachowały się instrukcje wizytatorskie, nakazujące poszukiwania w parafiach ludzi praktykujących czary, oraz wzmianki o kazaniach księży, którzy z ambon gromili ludzi uciekających się do guseł.

W skuteczność czarów wierzył nie tylko prosty i niewykształcony lud, ale też wysoko usytuowane osoby: niektórzy rajcy miejscy czy lekarze, którzy nie mogąc wyleczyć chorego prosili o pomoc wiedźmy. Około 1389 r. zdarzyło się, że w celu wykrycia nieznanego sprawcy kradzieży rajcy miasta Poznania uciekli się do pomocy czarnoksiężnika.

Na podstawie powyżej przedstawionych przykładów należy powiedzieć, że dość mała liczba procesów czarownic spowodowana była wiarą ludu w ich skuteczność. Rzucająca się w oczy odrębność Rzeczpospolitej spowodowana była również jej położeniem, niemalże na krańcach Europy oraz jej specyficznymi warunkami wyznaniowymi.

Ponury zwyczaj palenia na stosie domniemanych czarownic przyjął się w Rzeczpospolitej stosunkowo późno. W czasie gdy na zachodzie Europy osiągał on swój punkt kulminacyjny, na ziemiach polskich nie słyszało się o nim za wiele. Co prawda w Polsce w okresie od późnego średniowiecza do początków XVI w. odbyły się nieliczne procesy o znachorstwo, ale nie miały one nic wspólnego z kultem szatana surowo wówczas tępionym na zachodzie Europy. Dopiero w roku 1511 w Waliszewie koło Poznania miał miejsce pierwszy proces o czary zakończony wyrokiem śmierci.

Sytuację tę diametralnie zmienił wiek XVI, w którym na ziemiach Rzeczpospolitej pojawił się nowy rodzaj procesów o czary. Przywędrował on z ziem niemieckich i w swym początkowym stadium rozprzestrzeniał się w miastach o dużym odsetku ludności niemieckiej lub tych osadach, które z tą ludnością prowadziły stosunki handlowe. Nowy typ procesów, w których oskarżenie dotyczyło konszachtów z diabłem, nie odbywał się jednak zbyt często, szerząc się głównie w miastach Wielkopolski i Prus Królewskich. Dopiero wiek XVII przyniósł na ziemiach polskich rozpowszechnienie nowych idei, czemu sprzyjała sytuacja polityczno-społeczna Rzeczypospolitej. Atmosfera kontrreformacji oraz przede wszystkim wyniszczające wojny ze Szwecją, Turcją i Rosją przyczyniły się do tego, że zabiedzone społeczeństwo coraz częściej poddawało się złudzeniom, że wszelkie nieszczęścia które na nie spadły, zostały spowodowane ingerencją nieczystych sił.

Hans Baldung, Hexen beim Schadenszauber, 1508

Tego typu sposób myślenia doprowadził w krótkim czasie do wielu nieszczęść. Narastające konflikty międzyludzkie oraz bieda spowodowały, że społeczeństwo polskie potrzebowało kozła ofiarnego, na którego mogłoby zrzucić winę za wszystkie dotychczasowe niedole. Takim kozłem mogły stać się jednak tylko jednostki słabe, pozbawione szans na odparcie oskarżenia, stąd najczęściej ofiarami trybunałów stawały się kobiety, a znacznie rzadziej mężczyźni. Jak twierdzi Janusz Tazbir, tak zwanych wiedźm spalono siedem razy tyle co mężczyzn oskarżonych o czarnoksięstwo.

Widoczne preferencje w skazywaniu kobiet, domniemanych czarownic wzięły się z uprzedzenia teologów wobec niewiast, odziedziczonego po filozofii średniowiecznej oraz z przeświadczenia, że szatan, aby opanować duszę musi najpierw posiąść ciało danego człowieka. Opisane przekonania stały się podwalinami kolejnego przekonania, głoszącego, że to akt seksualny z diabłem, obok cyrografu i otrzymania szatańskiego piętna, jest niezbędnym warunkiem do stania się czarownicą.

Oprócz przedstawionych powyżej poglądów wielki wpływ na rozwój zabobonu wywarły pseudonaukowe dzieła teologów lub zwyczajnych awanturników, mające na celu napędzanie machiny prześladowań. Typowym i podstawowym dziełem tego typu był „Młot na czarownice”, księga, która wsparta autorytetem papieża Innocentego i uniwersytetu w Kolonii po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1489 roku. Zawierała ona luźno ułożone teorie na temat czarownic, poparte fragmentami z Pisma Świętego oraz dzieł ojców kościoła wyrwanymi z kontekstu tych tekstów. „Młot na czarownice” charakteryzował się dużą poczytnością w krajach zachodu, gdzie doczekał się nawet wielu wydań. W Polsce wniósł on także swój wkład do kultury; przeróbka opisywanego dzieła została dokonana przez prawnika Stanisława Ząbkowica w 1614 r., który chcąc zdyskredytować opisywany tekst, nieświadomie przyczynił się do jego rozpowszechnienia

w Rzeczpospolitej. Ze wszystkich pism traktujących o sprawach piekła i czarów to omówione powyżej uzyskało w Polsce największy rozgłos.

Oprócz „Młota na czarownice” na tereny Korony i Litwy dotarły także inne nie mniej naukowe księgi pomagające rzekomo rozpoznawania wpływ czarów na życie ludzkie. Powstały na ich wzór rodzime pozycje, takie jak „Postępek prawa czartowskiego przeciwko narodowi ludzkiemu” Cypriana Bazylika czy „Czarownica powołana” nieznanego autorstwa.

Nawiązania do problematyki czarów znaleźć można również w dziele J. Haura czy w „Nowych Atenach” Benedykta Chmielowskiego. Wspomniane teksty, pomimo naukowego charakteru, zawierały także śmiałe teorie na temat czarów mające na celu udowodnienie istnienia czarnoksięstwa.

J. Haur zawarł w swym najbardziej znanym dziele następujące twierdzenia:

Jest także i w tej materii wiele niedowiarków, że w czary i opętanych nie wierzą, trzeba by na dowód i uznanie tej prawdy posłać takich na rezydencją w głębokie ruskie kraje, nie tylko by się o tym nasłuchali, ażeby się przypatrzyli strasznym i dziwnym dziejom, co w takich razach z ludźmi dzieje. Bodajbyś wierzył, niżeli przymierzył. (…) Znajduje się tego niemało w Wielkiej Polsce, w Śląsku, w Niemczech i w Węgrach. Zakorzeniło się to licho między ludźmi bardzo gęsto…

Przedstawione powyżej twierdzenia pochodzące z końca XVII wieku częstokroć powodowały u ludzi niepoddających ich krytycznej analizie wybuchy nienawiści w stosunku do domniemanych czarownic, czego skutkiem stawały się kolejne procesy.

Cechą charakterystyczną procesów XVII-wiecznych stała się wzrastająca rola diabła. Strach przed wysłannikami piekieł oraz ich ziemskimi poplecznikami wywołał równocześnie wzrost liczby procesów, tak w Rzeczpospolitej, jak i w pozostałych państwach europejskich. Dodatkowo nagonkę tę potęgowała chęć zrzucenia na kogoś winy za wyniszczające kontynent wojny i wszelkie nieszczęścia.

Lublin w roku 1618 — Widok miasta Lublina Hogenberga i Brauna

Ludność wielu państw europejskich wpadła wręcz w panikę, która spowodowała wzrost liczby oskarżeń czarownic. Mieszkańcy miast i wsi zaczęli obawiać się swoich sąsiadów i przedstawicieli innych narodowości, którzy z jakiś powodów mogliby rzucić na nich zły urok.

Jeśli chodzi o procesy czarownic, Lublin XVII i XVIII wieku nie odbiegał od wzorców utrwalonych w pozostałych miastach Korony. Przejmował on na bieżąco wzorce napływające z ościennych państw i miast, w tym XVII-wieczną modę na oskarżenia związane ściśle z działalnością księcia piekieł i jego wysłanników.

Podsumowując, należy zwrócić uwagę na charakterystyczną prawidłowość, że geneza prześladowań czarnoksięstwa, zarówno w Rzeczpospolitej, jak i w pozostałych częściach Europy, opierała się na podobnych lub wręcz takich samych fundamentach — strachu przed złem przyjmującym w każdym z państw mniej lub bardziej rozwinięte formy.

Oskarżenie i jego cele

W źródłach dotyczących ziem polskich w XVII i XVIII wieku spotykamy się z dwoma rodzajami procesów o czary. Pierwszy z nich dotyczy sądzenia czarownic, a drugi donosicieli, którzy niesłusznie zarzucili komuś praktykowanie czarów. Obawa przed posądzeniem o sprawowanie magii była tak wielka, że oskarżony wytaczając sprawę człowiekowi, który na niego doniósł, zabezpieczał się przed dalszymi konsekwencjami zarzutu. Możliwość obrony oskarżonego w opisany powyżej sposób nie spowodowała jednak zaniknięcia procesów czarownic, a jedynie spadek ich liczby, gdyż kary nakładane na tych, którzy oskarżali kogoś o czary były o wiele mniej dotkliwe niż skutki, jakie mogli oni spowodować.

Praktyka polskich sądów nad czarownicami zakładała, że donos na domniemaną wiedźmę musiał być wnoszony przez oskarżyciela prywatnego, co prawdopodobnie wiązało się z zadawnionym sporem między sądami duchownymi i miejskimi o prawo karania czarownic.

Sposób zakładania sprawy o czary, czyli donosu na domniemaną wiedźmę, był różny w zależności czy oskarżyciel pochodził ze wsi, czy z miasta. W mieście osobą inicjującą proces był zazwyczaj poszkodowany, który skarżył się, że konkretna osoba zadała mu lub członkowi jego rodziny diabła. W celu złożenia doniesienia poszkodowany udawał się do wójta lub innego wysokiego dostojnika miejskiego, przy czym nie jest wiadome czy jednocześnie musiał on wnieść jakąkolwiek opłatę sądową. Po złożeniu skargi na daną osobę władze miejskie rozpoczynały odpowiednią procedurę. Jeżeli zarzuty postawione domniemanej czarownicy wydawały się słuszne, zazwyczaj od razu rozkazywano aresztować tę osobę i osadzić w miejscowym więzieniu.

Młot na czarownice. Okładka wydania z 1669 roku

Na wsi tego rodzaju procedura wyglądała nieco inaczej. Najczęściej donos i aresztowanie danej osoby poprzedzały plotki o jej konszachtach z diabłem. Plotki te stawały się początkiem dochodzenia sądowego, jeżeli znalazła się choć jedna osoba uważająca się za poszkodowaną przez czarownicę. Poszkodowany udawał się wówczas do dziedzica lub sołtysa wsi, który zanosił jego skargę do odpowiednich władz w mieście.

Z zapisków źródłowych wynika, że najczęściej na ziemiach polskich czarów używano w następujących celach:

  • aby szkodzić drugiej osobie, co zazwyczaj sprowadzało się do „zadania komuś czarów w jadle lub napoju”, bądź też sprowadzenia nieurodzaju czy wywołania chorób u bydła w gospodarstwie tej osoby,
  • aby przysporzyć samemu sobie lub komuś określonych korzyści,
  • aby doprowadzić do śmierci drugiej osoby, w który to podpunkt wlicza się mężo-

i żonobójstwo oraz dokonanie aborcji.

Potwierdzenie przedstawionych powyżej celów praktykowania czarów, będących zarazem podstawowymi zarzutami, przekazuje nam jedno z dzieł tamtej epoki:

…czarownicy i czarownice (…), którzy chrześcijańskiej wiary wyrzekając się w ugodę albo w społeczność z diabłem wchodzą, za którego pomocą, zażywszy do tego nauki zakazanej, ludziom i bydłu szkodzą… To hultajstwo za pomocą diabelską nienawiść między małżeństwem wzbudzają, sprawie małżeńskiej i potencji rodzącej przeszkadzają, pokarm w mamkach wysuszają i gubią, poronienie w białogłowach, także w bydle wyrzucenie płodu, a niekiedy i w całych trzodach czynią (…) deszcze, grady, błyskawice, wiatry i grzmoty sprowadzać i wzbudzać mogą (…). Nadto zabijają dusze w ciałach sposobem różnym...

Tego typu praktyki zarzucano czarownicom w całej Europie, w tym także na ziemiach polskich. W Lublinie czarów używano w większości wymienionych powyżej celów. Czarownice Lublina i okolic miały podobno używać następujących sposobów, by założone rezultaty miały się ziścić:

  • obcowały z diabłem, najczęściej pod postacią kozła,
  • nasyłały diabła na różne osoby w celu wywołania u nich pożądanych schorzeń,
  • używały do praktyk czarodziejskich hostii lub trupich kości.

Wśród lubelskich oskarżonych o czary największą grupę stanowili mieszkańcy wsi, a na drugim miejscu plasowali się mieszczanie. Cechą najbardziej rzucającą się w oczy jest brak wśród oskarżonych osób wywodzących się ze stanu szlacheckiego lub z wysoce postawionego mieszczaństwa, co jednak nie stanowi ewenementu na skalę Rzeczpospolitej czy ogólnoeuropejską.

Spalenie wiedźmy Anny Vögtli w Willisau w Szwajcarii w 1447. Grafika z 1513

Bogate grupy społeczne potrafiły wykorzystać procesy czarownic do własnych celów, nie stając się prawie nigdy ich ofiarami. Patrycjat zazdrośnie strzegący swojej uprzywilejowanej pozycji oraz pragnący nie dopuścić przedstawicieli niższych warstw do władz miejskich, niejednokrotnie za pomocą procesów pozbywał się swoich konkurentów.

Sąd wójtowsko-ławniczy złożony zazwyczaj z przedstawicieli najbogatszego mieszczaństwa wysyłał częstokroć na stos opozycjonistów, a w szczególności ich żony i córki.

Podobnie jak najbogatsze mieszczaństwo, szlachta polska dysponowała silną bronią wobec poddanych sobie chłopów. Szlachcic mógł pozbyć się niewygodnego dla siebie poddanego, oskarżając go o praktykowanie magii, co niekiedy miało swoje podstawy w rzeczywistości, gdy chłopi chcąc pozbyć się okrutnego dziedzica uciekali się do porad znachorki.

Specyficzną cechą procesów czarownic na ziemiach polskich było wykluczenie z nich całej warstwy uprzywilejowanej – szlachty. Prawo polskie zakładało, że wyrok może zostać wydany, jeżeli udowodni się winę, a w przypadku czarów nie było to wykonalne. Można jednak było poddać oskarżonego torturom i w ten sposób wyciągnąć od niego obciążające zeznania. Od tego procederu istniał wyjątek. Szlachta nie mogła być brana na męki, dzięki czemu stała się wręcz nietykalna w kwestii oskarżeń o praktykowanie magii.

Przedstawioną powyżej prawidłowość doskonale widać na przykładzie sądów nad czarownicami w Lublinie w XVII i XVIII wieku. Pośród dziesięciu procesów będących właściwym przedmiotem analizy w tej pracy, ani jeden nie dotyczył bezpośrednio szlachcica lub bogatego mieszczanina. Warto również zauważyć, że żadna z dziesięciorga wiedźm nie pochodziła z uprzywilejowanej warstwy, czego nie można powiedzieć o osobach, które złożyły na nie oskarżenie. Trzy donosy pochodziły od osób ze stanu szlacheckiego, trzy kolejne od czarownic poddanych torturom, jeden z mieszczaństwa oraz dwa ze wsi. Dwaj donosiciele są nieznani.

W szczegółach wygląda to następująco (Wszystkie dane pochodzą z publikacji źródłowej: M. Dąbrowska-Zakrzewska, Procesy o czary w Lublinie w XVII i XVIII w., „Prace i materiały etnograficzne”, t. 11(1947)):

  • Procesy o czary, dotyczące Marny i Jadwigi oraz Zofii Filipowiczowej.
  • Maryna i Jadwiga pochodziły z miasta.
  • Zofia Filipowiczowa pochodziła ze wsi Ryków, donos na nią złożył szlachcic Paweł Podlodowski.
  • Proces o czary i obcowanie z diabłem Zofii Baranowej.
  • Kobieta ta pochodziła z Gródka Słonego — wsi pod Lwowem.
  • Donos na nią złożyły bliżej nieokreślone czarownice poddane torturom.
  • Proces o czary i nasyłanie diabła dotyczący Oryszki, Hłacholichy i Steczki Koczana.
  • Steczko Koczan pochodził z Sokołówki, Hłacholicho z Przewłoczney, Oryszko z Ozydowa.
  • Donos złożył chłop Michał Popiel, szukający winnych nagłej śmierci brata.
  • Proces o czary i spędzenie płodu, dotyczący Reginy Sokołkowej.
  • Kobieta ta była mieszczanką.
  • Donos złożył mieszczanin, przedstawiciel cechu Laurenty Zyznowski.
  • Procesy o używanie do czarów hostii, Maryny Białkowej i Katarzyny Rajtajowej.
  • Maryna Białkowa pochodziła ze wsi Kamionka.
  • Katarzyna Rajtajowa pochodziła ze wsi Wierzbica.
  • Oskarżenie obu kobiet pochodziło od czarownic poddanych torturom.
  • Proces o udział w nasłaniu diabła dotyczący Anny Swedyckiej i Reginy Lewczykowej.
  • Anna Swedycka pochodziła ze wsi Stara Sól.
  • Oskarżenie pochodziło od szlachcica Karola Gołuchowskiego.
  • Regina Lewczykowa pochodziła ze wsi.
  • Donos złożył chłop Albert Koziełek.
  • Proces o nasłanie diabła i używanie do czarów hostii, Justyny Michaliny i innych czarownic.
  • Zarzut złożył ród Pogorskich, który twierdził, że owe kobiety działały na zlecenie ich konkurentów na Podolu — rodu Metyków. Wszystkie oskarżone kobiety pochodziły ze wsi, donos złożył nieznany z imienia szlachcic.

Jak można zauważyć w powyższym zestawieniu, zarzut praktykowania czarów postawiony chłopkom padał we wszystkich przypadkach z ust szlachcica, oskarżenie ze strony chłopstwa skierowane było przeciwko chłopkom a mieszczaństwa wobec mieszczanek.

Przedstawione spostrzeżenia świadczą o tym, że każda z klas ówczesnego społeczeństwa polskiego miała w nim ściśle określone miejsce, które determinowało jej zachowania. Zgodnie z tym twierdzeniem, przedstawiciel konkretnego stanu mógł oskarżyć o praktykowanie czarów tylko osobę o klasie społecznej niższej lub równej swojej własnej.

Charakter oskarżeń przedstawionych w omawianym zestawieniu wydaje się dla nas współczesnych czymś wręcz absurdalnym. Jednakże dla większości ludzi z XVII i XVIII zarzuty te były dowodami niebywałej aktywności szatana na ziemi, czyniąc z obarczonych nimi kobiet wrogów publicznych.

Proces i wyrok

Po złożeniu doniesienia na domniemaną czarownicę, będącego jednocześnie czynnikiem rozpoczynającym procedurę sądową, poddawano ją tzw. pławieniu wywodzącemu się ze średniowiecznych sądów bożych. Próba wody stosowana była w celu wybadania czy dana osoba utrzymywała jakiekolwiek kontakty z diabłem. Polegała ona na wrzuceniu oskarżonej do wody i obserwacji czy domniemana czarownica unosi się na niej, czy tonie. Opisy pławienia wiedźm w Lublinie nie zachowały się do naszych czasów, jednakże rzeczą pewną jest, że były obrzędem praktykowanym w lubelskim sądownictwie omawianego typu.

Szczegółowe sprawozdanie dotyczące pławienia czarownic zachowało się jednak w aktach ostatniego procesu o czary w Polsce przeprowadzonego w Doruchowie. Przebieg wydarzeń z tej relacji był zapewne bardzo podobny do praktyk sądu wójtowsko-ławniczego miasta Lublina.

Wprowadzano je na most (tzn. czarownice), miały ręce powiązane; brano jedną kobietę po drugiej, założono pod pachy powróz; czterech ludzi na tym powrozie spuszczało ją powoli z mostu na wodę. Żadna z nich nie tonęła, albowiem suknie, a zwłaszcza obszerne spódnice, nim namokły, unosiły każdą z nich na powierzchni wody.

Kąpiel czarownicy miała podwójne znaczenie, ponieważ oprócz dowodzenia kontaktu z diabłem oskarżonej, powodowała ona, że szatan opuszczał ciało badanej nie udzielając jej jakiejkolwiek dalszej pomocy.

Po przeprowadzeniu próby wody, która prawie w każdym przypadku wypadała na niekorzyść oskarżonej poddawano ją przesłuchaniu.

W Lublinie badanie oskarżonego i spisanie protokołu zeznań odbywało się pod ratuszem w obecności wójta oraz jego delegata lub ławnika. Sąd, którego kompetencją było rozpatrywanie spraw czarownic występuje w źródłach jako „iudicum bannitum criminale necessarium” i oprócz czarów zajmował się on także mordami rytualnymi, profanacją hostii oraz świętokradztwem.

Praktyka sądownicza procesów o czary w XVII i XVIII wieku wymagała, aby przed wydaniem wyroku oskarżony przyznał się do winy zgodnie z zasadą „ut communis exigat justitia, nemo ad poenam iudicatur, nisi propria confessione convicatur”. W celu wymuszenia zeznań i przyznania się do winy osoby oskarżonej poddawano ją torturom. Na okoliczność maltretowania, czarownicę poddawano przeszukaniu w celu wybadania czy nie ma przy sobie magicznych przedmiotów. Następnie ścinano jej wszystkie włosy, łącznie z łonowymi, gdyż według wierzeń mogły one być podstawą siły czarownicy, a na sam koniec rozbierano oskarżoną prawie do naga, zasłaniając jedynie okolice narządów płciowych.

W oczekiwaniu na kolejne czynności procesowe czarownicę przetrzymywano w więzieniu. Sposoby więzienia lubelskich oskarżonych nie są nam znane, ale można przypuszczać, że były one podobne do preferowanych w pozostałych polskich miastach. Na terenach Rzeczypospolitej stosowane były dwa sposoby więzienia domniemanych czarownic. Pierwszy z nich najbardziej rozpowszechniony na ziemiach państwa polsko-litewskiego przywędrował na nie z zachodu Europy. Polegał on na przetrzymywaniu oskarżonej w beczce od kiszenia kapusty w pozycji bynajmniej nieuchodzącej za wygodną.

Kobieta wsadzona w beczkę, miała ręce i nogi z tyłu związane, które tą dziurą zewnątrz kołkiem drewnianym zatknięte były, tak, że ani stać, ani siedzieć nie mogąc, przez cały czas, aż do okropnej egzekucji klęczeć musiała.

Ten typ torturowania był prawdopodobnie stosowany w Lublinie, choć nie jest to pewne. Tylko w przypadku przekazów z procesu Zofii Baranowej zachowała się wzmianka o przetrzymywaniu jej item fasa, czyli w beczce.

Drugi z możliwych sposób więzienia czarownic polegał na umieszczaniu ich w kłodzie, urządzeniu składającym się z dwóch kloców drzewa dopasowanych do siebie wyżłobionymi otworami na ręce i nogi. Po włożeniu w kłody dłoni i stóp danej osoby cały przyrząd zawieszano tak, by oskarżony nie dotykał ziemi.

Oba omówione powyżej sposoby przetrzymywania oskarżonych cechowały się dbałością o pozbawienie czarownic kontaktu z podłożem, gdyż podobno było ono źródłem ich siły.

Przekazy zawarte w księgach miejskich miasta Lublina mówią, że torturowanie oskarżonych o czary odbywało się w piwnicy pod ratuszem. Izba tortur była miejscem specjalnie przeznaczonym do tego celu, a na jej wyposażenie składały się: stół, krzesła lub ława, krucyfiks i narzędzia katowskie. Sąd, który składał się zazwyczaj z wójta i dwóch ławników zasiadał za stołem („panowie zastolni”), a siedzący z boku pisarz notował zeznania osób torturowanych. Przed stołem zasiadali „panowie przedstolni”, czyli instygator urzędowy lub prywatny oraz przedstawiciel samorządu wiejskiego lub dziedzica. Wszystkie osoby z wyjątkiem świadków miały na głowach czapki, co było praktykowane także w procesach pozostałych typów. Cały komplet sędziowski w życiu codziennym był zbieraniną rzemieślników lub kupców należących głównie do stanu mieszczańskiego.

Jak już wcześniej wspomniałem, zgodnie z obowiązującymi normami, wydanie wyroku na oskarżonego wymagało od niego przyznania się do winy. W tym celu domniemaną czarownicę lub czarownika poddawano torturom kilkustopniowym, mającym na celu złamanie nawet najbardziej wytrzymałej osoby. Pierwszym etapem maltretowania oskarżonego było rozciąganie kości. Omawiany proceder polegał zazwyczaj na wykręcaniu rąk i nóg delikwenta przy użyciu ławy lub drabiny.

Drugim sposobem zadawania tortur, stanowiącym zarazem ich kolejny etap, było przypalanie ogniem. Ofiara tego typu praktyk zazwyczaj przytwierdzona była do bloku lub ławy, a zadaniem kata było przypalanie jej boków lub pach świecą, rozpaloną blachą lub siarką.

Dokładne opisy gnębienia lubelskich oskarżonych nie zostały niestety opisane w analizowanych w tej pracy księgach miejskich. Zachowały się jedynie lakoniczne wzmianki poruszające tę tematykę.

Oto zestawienie typów tortur zastosowanych w każdym z dziesięciu procesów stanowiących przedmiot mojego badania:

  • Proces Maryny i Jadwigi
  • Maryna została trzykrotnie poddana rozciąganiu. Przyznała się do zarzucanych czynów po pierwszym przypalaniu
  • Tortury zadane Jadwidze nie są znane.
  • Proces Zofii Filipowiczowej
  • Typ zadanych tortur nie jest znany, przekaz źródłowy opisuje jedynie zeznania oskarżonej.
  • Proces Zofii Baranowej
  • Typ zadanych tortur nie jest znany, przekaz źródłowy opisuje jedynie zeznania oskarżonej.
  • Proces Reginy Sokołkowej
  • Typ tortur nie jest znany, przekaz źródłowy zawiera zeznania oskarżonej.
  • Proces Maryny Białkowej
  • Marynę poddano trzykrotnemu rozciąganiu i trzykrotnym mękom przy palu tortur. Oskarżona przyznała się do winy przy pierwszej próbie przypalania.
  • Proces Anny Swedyckiej
  • Typy zadanych tortur nie są znane, przekaz źródłowy zawiera jedynie wyrok i zeznania.
  • Proces Oryszki, Hłaholichy i Steczki Koczana.
  • Typy tortur nie są znane, przekaz źródłowy zawiera jedynie zeznania oskarżonych.
  • Proces Reginy Lewczykowej
  • Typy zadanych tortur nie są znane, przekaz źródłowy zawiera jedynie wyrok.
  • Proces Katarzyny Ratajowej
  • Katarzynę poddano trzykrotnemu rozciąganiu i przypalaniu. Przekaz źródłowy nie informuje nas jak zakończyła się sprawa.
  • Proces Justyny Michaliny i innych oskarżonych
  • Typ zadanych tortur nie jest znany, źródło zawiera zeznania oskarżonych ad punctum interrogatoriorum.

Jak wykazuje powyższe zestawienie, zastosowane tortury, pomimo niezwykłej prymitywności w porównaniu z praktykami zachodnioeuropejskimi, stanowiły proceder o bardzo dużej skuteczności, co potwierdza fakt, że żadna z katowanych osób nie wytrzymała tortur trzeciego stopnia.

Po wymuszaniu zeznań od oskarżonego następowało ogłoszenie wyroku, którego charakter zależał od rangi popełnionego przestępstwa. Wyrok skazujący zapadał zawsze, gdy oskarżony przyznał się do winy. Istniała jednakże możliwość pozwalająca na skazanie czarownicy lub czarownika, który nie przyznał się do zarzucanych mu czynów, wytrzymując wszystkie tortury. W tego typu przypadkach oskarżonego skazywano zazwyczaj na śmierć przypisując jego niezwykłą wytrzymałość na ból działalności mocy piekielnych.

Oto zestawienie wyroków jakie zapadły w procesach lubelskich czarownic:

  • Proces Maryny i Jadwigi
  • Wyrok skazujący na chłostę i wygnanie z miasta.
  • Proces Zofii Filipowiczowej
  • Wyrok skazujący na publiczną chłostę i wygnanie ze wsi.
  • Proces Zofii Baranowej
  • Wyrok skazujący na chłostę.
  • Proces Reginy Sokołkowej
  • Wyrok skazujący na infamię i śmierć przez spalenie na stosie.
  • Proces Maryny Białkowej
  • Wyrok skazujący na śmierć przez ścięcie.
  • Proces Anny Swedyckiej
  • Wyrok skazujący na śmierć przez spalenie żywcem na stosie.
  • Proces Reginy Lewczykowej
  • Wyrok uniewinniający.

Powyższe zestawienie charakteryzuje się dużym odsetkiem wyroków skazujących na śmierć. Kara śmierci przez ścięcie czy spalenie, zapadła w przypadku: dokonania aborcji (Regina Sokołkowa), profanacji hostii poprzez używanie jej do czarów (Maryna Białkowa) oraz nasłania diabła (Anna Swedycka), wiążąc się najprawdopodobniej z rangą tych czynów.

Dostępny materiał źródłowy nie pozwala na głębsze zanalizowanie przedstawionych w zestawieniu procesów. Możemy jedynie pokusić się o przypuszczenie, że wykonanie kar nastąpiło zgodnie z tradycjami przyjętymi w pozostałych miastach Rzeczypospolitej.

Praktyka polskich sądów miejskich wymagała, aby karę śmierci wykonano albo w dniu wydania wyroku, albo rankiem dnia następnego. Pośpiech w wykonaniu kary wiązał się z chęcią pozbawienia skazańca czasu na porozumienie się ze wspólnikami i przygotowania ucieczki, bądź też na złożenie apelacji do sądu zadwornego czy też do właściciela miasta. Wykonanie wyroku odbywało się w miejscach specjalnie przeznaczonych do tego celu. W Lublinie takim miejscem był prawdopodobnie plac przed ratuszem, gdzie oprócz palenia czarownic, chłostano skazańców.

Każdy z wykonywanych wyroków, bez względu na typ, połączony był ze zwyczajowo przyjętym trybem poniżania skazańca, stając się niebywałą rozrywką dla tłumu widzów.

Podsumowując informacje zawarte w tym artykule, należy zwrócić uwagę na to, że pod względem praktyk stosowanych w sądownictwie czarownic, Lublin pod żadnym względem nie odbiegał od norm przyjętych w pozostałych miastach Rzeczypospolitej. Praktyki sądownicze tego miasta różniły się od praktyk stosowanych w innych polskich osadach prawdopodobnie tylko drobnymi szczegółami będącymi odgłosem tradycji lokalnych.

Podsumowanie

Przeprowadzona przeze mnie analiza informacji źródłowych dotyczących procesów o czary w Lublinie w XVII i XVIII w. wykazała liczne podobieństwa z analogicznymi procesami w innych miastach Rzeczpospolitej.

U genezy prześladowań czarnoksięstwa w Lublinie leżały te same przyczyny co w pozostałych częściach dotkniętego tym zabobonem świata. Strach przed złymi mocami był w omawianym mieście prawdopodobnie równie wielki, jak i w innych osadach, a absurdalne zarzuty stawiane oskarżonym i rażąca niesprawiedliwość sądów (w których oskarżony nie miał większych szans na obronę) sprawiała, że posądzeni o czary najczęściej nie mogli uniknąć kary.

W tej pracy nie udało mi się w pełni wyczerpać tematyki procesów czarownic w Lublinie. Taki stan rzeczy został spowodowany szczupłością przekazów źródłowych, w których nie można odnaleźć bliższych informacji o oskarżonych, opisach tortur czy przede wszystkim wykonaniu wyroku. Lubelskie księgi miejskie nie zawierają także całościowego przebiegu większości procesów, ograniczając się do podania zeznań lub samego wyroku.

Powyżej opisany stan rzeczy jest najprawdopodobniej spowodowany warunkami, w jakich przez stulecia przetrzymywano księgi miejskie oraz okresami wojen i okupacji, jakie owe księgi przetrwały. Analizując dzieło edytorskie Marii Dąbrowskiej-Zakrzewskiej spotyka się niekiedy uwagi autorki o nieczytelności określonego fragmentu lub jego niedotrwaniu do naszych czasów.

Bibliografia

Wydawnictwa źródłowe:

  1. Baronowski B., Lewandowski W., Nietolerancja i zabobon w Polsce, Łódź 1952
  2. B. Chmielowski, Nowe Ateny albo Akademia wszelkiey sciencyi pełna, t. III, Lwów 1754, s. 239 – 247
  3. Dąbrowska-Zakrzewska M., Procesy o czary w Lublinie w XVII i XVIII w., „Prace i materiały etnograficzne”, t. 11 (1947)

Opracowania naukowe:

  1. Baranowski B., Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII wieku, Łódź 1952
  2. Bardach J., Leśnodorski B., Pietrzak M., Historia ustroju i prawa polskiego, wyd. 5., Warszawa 2003
  3. Delumeau J., Strach w kulturze zachodu, Warszawa 1986
  4. Koranyi K., Czary i gusła przed sądami kościelnymi w Polsce w XV i w pierwszej połowie XVI w., „Lud”, t. 27(28), s. 3 – 32
  5. Kornayi K., Czary w postępowaniu sądowem, Lwów 1927
  6. Koranyi K., Ze studiów nad wierzeniami w historii prawa karnego, t. 5, Lwów 1928
  7. Tazbir J., Procesy o czary, Warszawa 1978
  8. Wrzesiński S., Potępieńcy średniowiecznej Europy, Kraków 2007

Zredagował: Kamil Janicki

Korekta: Małgorzata Misiurek

Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Rafał Woźnialis
Magister historii, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Interesuje się historią najnowszą, filozofią, fizyką teoretyczną i muzyką klasyczną.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy