Autor: Michał Staniszewski
Tagi: Artykuły, Historia wojskowości, Sylwetki i biografie, XVIII wiek, Ameryka Północna
Opublikowany: 2017-12-08 14:57
Licencja: wolna licencja

Rangersi wskazują drogę. Robert Rogers i narodziny amerykańskich komandosów

Rangersi to jedna z najważniejszych elitarnych jednostek US Army. Korzenie tej formacji sięgają jeszcze XVIII wieku, a jej twórca Robert Rogers był postacią o tyle skuteczną, co kontrowersyjną...
REKLAMA

6 czerwca 1944 roku amerykańskie łodzie desantowe dobiły do normandzkich plaż, a z ich pokładów zaczęli wybiegać żołnierze w zielonych mundurach. Jednak w jednej barce strach sparaliżował grupę wojaków, co zainteresowało jednego generała. Pod ogniem podszedł do barki i zapytał się stłoczonych szwejów z jakiej są jednostki. Nim dowódca grupy zdążył się zameldować, z tyłu padł okrzyk „5. Batalion Rangersów”. Reakcja generała była następująca: „Rangersi tak!? Więc do cholerny jasnej prowadźcie! (Rangers!? God dom it – lead the way!”.

Rangersi odegrali ważną rolę w D-Day. Na zdjęciu żołnierze 2. Batalionu Rangersów na Pointe du Hoc, klifie mającym strategiczne znaczenie (domena publiczna).

Tym rozkazem gen. Norman Cota nie tylko zapewnił annałom historii ciekawą anegdotę, nie tylko „stworzył” jedno z dwóch zawołań rangersów, lecz także odwołał się do wielowiekowej ich tradycji w amerykańskich dziejach – tradycji sięgającej czasów kolonialnych, ostatecznie ukształtowanej przez wojnę z Francuzami i Indianami (czyli po europejsku wojnę siedmioletnią). Ale jak to się wszystko zaczęło?

Rangersi: narodziny archetypu

Angielskie słowo „ranger” kojarzy się raczej ze strażnikiem w parku narodowym – najsłynniejszym w moim pokoleniu był Strażnik Smith z Parku Jellystone, walczący z cwanym misiem Yogi. W rzeczywistości etymologia tego słowa nie jest do końca jasna. Najprawdopodobniej jest to nawiązanie do słowa „range” – odległość. Pierwszy raz pojawia się ono w 1622 roku, w liście kpt. Johna Smitha z Kolonii Wirginia, który napisał:

Kiedy miałem 10 ludzi zdolnych do działań poza granicami [kolonii], nasza wspólnota była bardzo silna. Penetrowałem [w org. I ranged] ten nieznany kraj przez 14 tygodni.

Aby dokonywać tych „penetracji” Smith potrzebował odpowiedniego typu ludzi. Nie mogli to być ani szlachetni panowie, ani rzemieślnicy ani rolnicy szukający sobie miejsca w Nowym Świecie. Można powiedzieć, że nie na darmo Anglicy do kolonii zsyłali za karę różnych kryminalistów (był to pomysł sięgający końca XV wieku, kiedy John Cabot w imieniu Henryka VII odkrył Nową Funlandię). Robert Black w swoim artykule o początkach rangersów dał dość ciekawy opis idealnych kandydatów. Byli to:

ludzie o ponurych spojrzeniach przeczesujący teren i szukający wrogich Indian. Byli milicją – żołnierzami-obywatelami – ale uczyli się łączyć indiańskie metody walki z europejskimi (..) Skoro tylko szukali wroga, w użyciu pojawiały się takie słowa jak odległość [w org. range], penetrowanie [w org. ranging] oraz ranger. (…) Tak właśnie narodził się amerykański ranger.

Opis ten jest jednocześnie idealistyczny i prawdziwy. Idealistyczna jest wiara, że byli to żołnierze-obywatele. Choć w koloniach obwiązywała zasada, że wszyscy są zobowiązani w ciągu minuty stawić się na wezwanie do obrony wspólnoty (stąd określenie [minute-men]), jednak żeby iść w puszczę ze Smithem potrzeba było nieco innych cech charakteru i umiejętności, niż wykazywał zwykły milicjant.

„Dziadek” rangersów

Benjamin Church (domena publiczna).

Na to miano z pewnością zasłużył płk Benjamin Church (1639-1718), pierwszy ranger-bohater kolonii. Jego kariera zaczęła się w czasach tzw. Wojny Króla Filipa w latach 70. XVII wieku. Wbrew pozorom nie była to walka z Europejczykami, a starcie kolonii Nowej Anglii (dzisiejsze Massachusetts, Rhode Island, Connecticut oraz Maine) z konfederacją plemion indiańskich pod przywództwem niejakiego Metacometa, zwanego przez Anglików „Królem Filipem”.

Walka z Indianami polegała na rajdach uderzających w ziemie nieprzyjaciela. Europejczycy przyzwyczajeni do bardziej regularnych metod wojennych nie do końca sobie z tym radzili. Szczególnie trudne było wyćwiczenie nawyku indywidualnych umiejętności do walki w puszczach. Żołnierzy należało np. uczyć celować przy strzale – muszkiety lontowe i kołowe były groźne jako broń zespołowa (ogień salwowy), a muszkiety skałkowe dopiero się pojawiały. Do tego chodziło o umiejętność walki wręcz, skradania się, krycia i forsownych marszów w trudnych warunkach. Dlatego też gubernator kolonii Plymouth Josiah Winslow 24 lipca 1676 roku polecił Benjaminowi Churchowi:

sformować kompanię 200 ochotników Anglików i Indian, przy czym Anglików nie może być więcej niż 60 (…) w celu zlokalizowania, ścigania, zwalczania, zaskoczenia lub okiełznania naszych indiańskich wrogów lub jakiejkolwiek ich części, z którą z woli Bożej się Pan zetknie (…).

Wspomniana kompania miała się składać z ochotników (gubernator dopuszczał nawet rotację kadrową w oddziale w zależności od potrzeb). Sam Church „na podstawie swojego najlepszego osądu” miał dowodzić kompanią i decydować (jednak z delikatnym uwzględnieniem zdania żołnierzy) o awansach w oddziale. Przy tak wolnej ręce na sukcesy nie trzeba było czekać – już 12 sierpnia, niecałe trzy tygodnie po sformowaniu oddziału, Church i jego ludzie wytropili grupę Metacometa na bagnie Miery, gdzie ochrzczony Indianin John Alderman osobiście zastrzelił „Króla Filipa”, którego żona i dziecko skończyli jako niewolnicy na plantacji na Bermudach. Jak widać oddział był skuteczny.

Metacomet (Król Filip), wódz Wampanoagów (domena publiczna).

20 lat później Church znowu zebrał grupę zabijaków i ruszył do walki podczas Wojny Króla Wilhelma (1689-1697). Przeprowadził cztery wyprawy na tereny dzisiejszego stanu Maine i Kanady, zajmowane wówczas przez sprzymierzonych z Francuzami Akadyjczyków (plemię Indian). W walkach brał udział osobiście, co ze względu na wiek można uznać za nie lada osiągnięcie. Ostatecznie awansowano go na stopień majora wojsk prowincjonalnych. W czasie kolejnego konfliktu (tzw. Wojna Królowej Anny 1702-1713) poprowadził swoją ostatnią wyprawę w życiu, zanim wziął na dobre rozbrat z życiem rangera.

Zostawił jednak naśladowców – w walkach z Akadyjczykami czy Francuzami (tzw. Wojna Króla Jerzego 1744-1748) odznaczyły się oddziały Johna Lovewella, Johna Gorhama czy Benoniego Danksa. Nie były to jednak jedyne tego typu jednostki – w czasie wojny szereg kolonii wystawiało dla ochrony przed sprzymierzonymi z Francuzami różnego rodzaje kompanie zwiadowców. Do jednej z nich zaciągnął się szukający przygód nastolatek Robert Rogers (1731-1795).

POLECAMY

Polecamy e-booka Michała Gadzińskiego pt. „Perły imperium brytyjskiego”:

Michał Gadziński
„Perły imperium brytyjskiego”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 98
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-11-2

„Ojciec” rangersów

Robert Rogers (domena publiczna).

Jest coś w stwierdzeniu, że osoby nie radzące sobie w spokojnym, cywilnym życiu, świetnie sprawdzają się jako żołnierze na wojnie (w wojsku jest nawet taki nieformalny podział na „bohaterów czasu pokoju” i „bohaterów czasu wojny” – zazwyczaj zbiór pierwszych nie zawiera się w zbiorze drugich). Nie inaczej było z Rogersem. Po zakończeniu Wojny Króla Jerzego musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ciężko określić co robił ten zdemobilizowany zwiadowca, on sam w swoich pamiętnikach opisuje to dość enigmatycznie. Wiadomo jedynie, że zamieszany był w fałszerstwo weksli, a nawet zatrzymano go pod takim zarzutem, jednak z jakiegoś powodu oskarżenia nie wniesiono – może dlatego, że był to rok 1754.

Wówczas na kontynencie amerykańskim wybuchł konflikt, który do dziś jest tam nazywany Wojną z Francuzami i Indianami. Dla nas Europejczyków był to jeden z frontów wojny siedmioletniej – aczkolwiek pamiętajmy, że walki w Ameryce rozpoczęły się dwa lata wcześniej (mimowolnym ich inicjatorem był młody mierniczy oraz oficer milicji kolonii Wirginii George Waszyngton). Choć wydawałoby się, że los Kanady – odciętej od metropolii – jest przesądzony, to Brytyjczycy zaczęli walkę od serii dość kompromitujących niepowodzeń.

Wojna zaczęła się od klęski George’a Washingtona w widłach rzeki Ohio. Francuzi, mając lepsze stosunki z Indianami, urządzali małe terrorystyczne wypady na brytyjskie kolonie. Regularne siły brytyjskie sobie z nimi nie radziły, gdyż nie były do tego szkolone – co wykazała bitwa czy raczej masakra jednostek gen. Edwarda Braddocka nad rzeką Monongahela. Zresztą kierowano je do tradycyjnych działań operacyjnych, milicja kolonialna była sezonowymi jednostkami, a pogranicze płonęło. Gubernatorzy poszczególnych kolonii powołali więc dowódców wojskowych, którzy mieli rozwiązać wspomniane problemy.

Gubernator New Hampshire William Shirley postawił to zadanie płk. Johnowi Winslowowi. Ten, biorąc przykład ze swojego przodka Josiaha Wilsona, znalazł odpowiedniego do tego typu działań człowieka – 25-letniego Rogersa. Ten w 1756 roku przybył do Plymouth, spotkał swoją przyszłą małżonkę Elisabeth Browne i rozpoczął formowanie kompanii zwiadowców.

„Wszyscy rangersi podlegają prawu wojennemu”

Rogers potrzebował przede wszystkim doświadczonych zabijaków, nie tyle znających pogranicze, co pozbawionych skrupułów. Dokonał jednak ciekawej zmiany – rekrutował każdego, kto się nadawał. Wcześniej kompanie rangersów tworzono zazwyczaj z Indian, jedynie kadra podoficerska i oficerska była biała. Rogers brał każdego – białego, czarnego, Indianina, Metysa. Jeśli ktoś się nadawał, to zostawał rangersem. Wśród nich byli bracia świeżo mianowanego kapitana Rogersa: James, Richard i najprawdopodobniej John.

Pierwsza kompania została sformowana w Forcie William Henry w styczniu 1757 roku. Jednostka wykazała się w trakcie zimowych rajdów, czego dowodem był sukces w bitwie (a właściwie potyczce) „na śnieżnych rakietach” w rejonie Fortu Carillion. W tym starciu okazało się, że indywidualne wyszkolenie rangersów znacznie przewyższało indiańskie i francuskie. Wielkim atutem było również wyposażenie – i nie chodzi tu tylko o długolufowe gwintowane karabiny, lecz także takie dodatki jak rakiety śnieżne – przeciwnicy rangersów tonęli w śniegu, podczas gdy ich przeciwnicy nie mieli takich problemów.

Fort Carillion (obecnie Fort Ticonderoga) położony na granicy Nowej Anglii i Kanady (fot. Americasroof, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 Generic).

Efektywność rangersów skutkowała powstaniem drugiej kompanii, która brała udział w walkach o Fort William Henry w 1757 roku (jak wyglądało to oblężenie pokazuje film [Ostatni Mohikanin] z 1992 roku). Fort upadł, Brytyjczycy wymaszerowali uwolnieni na słowo do Albany, jednak Indianie mieli inne zdanie. Zaatakowali Brytyjczyków oraz sprofanowali zwłoki poległych i zmarłych – w tym Richarda Rogersa (zmarł na ospę). Ostatecznie w 1757 roku Rogers i jego ludzie zostali skoszarowani na Wyspie Gubernatora na rzece Hudson. Tu rozpoczęło się tworzenie Korpusu Rangersów.

„W trakcie marszu zachowuj się tak, jakbyś podchodził jelenia”

Rogers skupił się na ostrym szkoleniu żołnierzy, a ponieważ wcześniejszymi działaniami zdobył już nieco sławy, ochotników nie brakowało. Niestety skutkowało to pewnym sporym problemem – brakiem środków finansowych. Ochotnicze jednostki prowincjonalne powstawały częściowo z funduszy poszczególnych kolonii, ale resztę dopłacał dowódca – stąd na czele regimentów stawali zazwyczaj bogaci i najbardziej szanowani obywatele kolonii.

Rogersowi pomogła sława oraz uznanie jakie zdobył dotychczas – nie miał więc problemów z uzyskaniem pożyczek. Zresztą kto skąpiłby na formację, o której dowódca wojsk brytyjskich w Ameryce John Campbell, 4. hrabia Loudon, pisał do królewskiego syna Wilhelma Augusta, diuka Cumberland:

Armia nie jest w stanie działać w tym kraju bez rangersów, których powinno sformować się spory komponent, a zrealizowanie tego pomysłu będzie znaczącym wsparciem dla tego kraju, ponieważ tylko oni będą w stanie rozprawić się z Indianami w ich własny [tj. indiański – przyp. M.S] sposób.

Umundurowanie żołnierzy Rogersa (domena publiczna).

Tylko najpierw trzeba było ich wyszkolić, wyposażyć i ubrać. Rangersi nosili zielone umundurowanie, kaszkiety lub szkockie berety ([bonnets]). Teoretycznie uzbrojeni byli w długolufowe gwintowane karabiny skałkowe Pensylvannia Rifle (jak sama nazwa wskazuje to słynny „karabin z Kentucky”), tomahawki (lub siekiery) i nóż. Przy czym była to teoria – w praktyce wielu ochotników stawiało się z własną bronią.

Podstawową jednostką taktyczną Korpusu była kompania. W szczytowym okresie tworzyło go jedenaście kompani (od 1200 do 1400 żołnierzy), z czego trzy składały się w całości z Indian (dwie złożone z ochrzczonych tzw. „Morawskich Indian” z plemienia Mohawk oraz jedna z Pekotów i Moheganów). Wpierw szkolono ich indywidualnie nie tylko w obsłudze broni, lecz także w marszu i (co najważniejsze) w niemal bezszelestnym poruszaniu się w terenie. Zdaniem Rogersa system szkolenia miał sprawić, że żołnierze mieli:

nauczyć się obsługiwania własnej broni z zręcznością oraz bezzwłocznie ładować i szybko strzelać z karabinu na stojąco, leżąco albo leżąc na ziemi. Mają bez przerwy precyzyjnie strzelać, nie marnując czasu na celowanie. Polowania oraz małe premie finansowe zrobią z nich wytrawnych strzelców wyborowych.

Następnym etapem była nauka wykorzystania indywidualnych umiejętności żołnierzy w ramach pododdziału, np. w trakcie ataku ogniowego (natarcie w tyralierze – jeden szereg prze do przodu ładując broń w biegu i zajmując teren, drugi osłania go ogniem). Jednak podstawowym zadaniem Korpusu były szybkie i zaskakujące rajdy na zaplecze przeciwnika. A miały one być przeprowadzane według 28 zasad opracowanych przez dowódcę Korpusu, które do dziś znane są jako 28 Zasad Zagonów Rogersa.

POLECAMY

Kup książkę: „Polacy na krańcach świata: XIX wiek”

Mateusz Będkowski
„Polacy na krańcach świata: XIX wiek”
39,9 zł
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org] i Wydawnictwo CM
Liczba stron: 422
Format: 145 x 210 [mm]
ISBN: 978-83-66022-39-3

Książka dostępna także jako e-book w 3 częściach: Część 1, Część 2, Część 3

„Nigdy nie próbuj walki, kiedy nie masz szans”

W styczniu 1758 roku kpt. Rogers po raz kolejny postanowił się z grupą swoich ludzi zasadzić na Francuzów w rejonie Fortu Carillion. Ci ostatni byli tym razem gotowi i wraz ze swymi indiańskimi sojusznikami sami wciągnęli w zasadzkę rangersów (zasada „złapał Kozak Tatarzyna…” jak widać nie tyczy się tylko kresowych stepów). Rangersi musieli zniknąć równie błyskawicznie jak się pojawili, ponieśli przy tym spore straty – ich dowódca również stracił nieco osobistych drobiazgów (w tym patent oficerski – na tej podstawie Francuzi ogłosili, że Rogers poległ). Legenda głosi, że zjechał na śniegu ze stoku aż do Jeziora George – faktu tego nie potwierdzono, ale domniemana droga wkrótce została ochrzczona jako Zjeżdżalnia czy Ślizg Rogersa ([Rogers Slide]).

Widok Louisburga w czasie oblężenia w 1758 roku (aut. Pierre Canot, domena publiczna).

Gen. James Wolfe pisząc do swojego ojca na temat szykowanej brytyjskiej ekspedycji przeciwko francuskiej twierdzy w Louisbourgu w 1758 roku stwierdził:

Ma przybyć jakieś 500 rangersów, którzy z wyglądu są tylko odrobinie lepsi od kanalii.

Była to pewnie trafna opinia, aczkolwiek rangersi również dołożyli swoją cegiełkę do zdobycia głównej fortalicji Nowej Francji. Nie tylko jako pierwsi desantowali się i zdobyli przyczółki, lecz także zabezpieczali główne siły brytyjskie oraz nękali ogniem snajperskim Francuzów na wałach i bastionach.

Niestety, ten sukces został przesłonięty przez kolejną kompromitującą porażkę brytyjską w walkach o Fort Carillion, gdzie nawet obecność Rogersa na niewiele się zdała. Mimo to gen. James Abercombie mianował go na stopień majora w brytyjskich wojskach regularnych.

„Unikaj korzystania ze znanych brodów rzecznych, bo nieprzyjaciel zazwyczaj obserwuje właśnie te”

Rok 1759 to apogeum sukcesów Rogersa. Szykując się do natarcia na Quebec, gen. Wolfe potrzebował odwrócenia uwagi Francuzów. Gen. Jeffrey Amherst (nowy naczelny dowódca brytyjskich wojsk w Ameryce) zaproponował przeprowadzenie dalekiego rajdu na zaplecze przeciwnika. Wolfe do tego celu mógł wydzielić:

dwie kompanie jankesów, a nawet więcej ponieważ są lepsi w zagonach i zwiadzie niż do jakichkolwiek innych zadań czy czujności.

Nie była to dla Wolfe’a wielka strata – przynajmniej jego zdaniem. W innym liście do przyjaciela, pisząc o składzie swoich sił, wprost napisał o:

sześciu nowo sformowanych kompaniach północnoamerykańskich rangersów – jeszcze nie gotowych i najgorszych żołnierzy na świecie.

Rogers wybrał się na daleki rajd, uderzając w rejon Saint Francois-du-Lac, gdzie znajdowały się bazy wypadowe Indian i Francuzów terroryzujących pogranicze. Rogers zdewastował te tereny, odciągając siły ppłk. Jeana Dumasa, francuskiego bohatera znad Monogaheli. Choć poniósł spore straty (ok. 1/3 sił) udało mu się wycofać na pozycje wyjściowe. Dumas go nie doścignął i jednocześnie nie wsparł głównych sił francuskich, które właśnie przegrały Kanadę w bitwie na Równinie Abrahama. Ironią losu jest to, że w tym starciu zostali śmiertelnie ranni obaj głównodowodzący – Brytyjczyk James Wolfe i Francuz Louis de Moltcalm.

Rok później Amherst oddał rangersów pod dowództwo gen. Roberta Mocktona, który wysłał swoich zagończyków w teren w celu zajęcia Fortu Detroit. Zdemoralizowani Francuzi poddali się bez walki. Rangersi rozpoczęli nudną służbę garnizonową, z której zostali odwołani w 1761 roku. Ponieważ ich usługi nie były już praktycznie potrzebne, zostali zdemobilizowani. Jedyną pociechą dla Rogersa był fakt, że jako major w regularnej armii z racji braku przydziału otrzymywał teraz połowę uposażenia.

Trudne życie cywila

Rogers ożenił się z Elisabeth Browne w 1761 roku. Wbrew późniejszym twierdzeniom wcale nie wiodło mu się tak źle jak sam głosił. Choć zakończył służbę z licznymi długami, jednak miał je spłacić sprzedając większość świeżo otrzymanych ziem w New Hampshire, zaś do uprawy reszty zakupił niewolników oraz tzw. służbę kontraktową (ludzi, którzy koszt przejazdu do Ameryki zobowiązywali się odpracować – taka brytyjska forma niewolnictwa). Jednak ten niespokojny duch musiał się chyba kiepsko czuć w takich warunkach.

Dlatego też szukał wciąż wojny – zgłaszał się do tłumienia zamieszek indiańskich, brał udział m.in. w tłumieniu powstania Pontiaca, którego o dziwo unieśmiertelnił pisząc o nim dramat Pontiac albo Dzikusy w Ameryce. Tragedia. Sztuka o dziwo zebrała w Londynie wcale dobre recenzje. Pogranicze go jednak ciągnęło, ale handel futrami nie przyniósł spodziewanych zysków. Próba podbudowania finansów przy pomocy gry w karty przyniosła wprost odwrotne skutki.

Globus z 1765 roku z widocznym Przejściem Północno-Zachodnim (fot. Minnesota Historical Society, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported).

W 1765 roku Rogers udał się do Anglii, gdzie na audiencji przyjął go nawet sam król. W trakcie rozmowy Rogers namawiał Jerzego III do sfinansowania wyprawy w celu odszukania legendarnego Przejścia Północno-Zachodniego – dojścia do Pacyfiku poprzez Ocean Arktyczny. Monarcha miał większy problem, mianowicie długi wojenne do spłacenia, więc na pocieszenie mianował Rogersa królewskim gubernatorem Fortu Michilimackinac z prawem do szukania Przejścia na własną rękę. Zadowolony Rogers wrócił do Ameryki nie wiedząc, że sytuacja się pokomplikowała.

Miejsce przyjaznego mu Amhersta zajął gen. Thomas Gage, który uważał Rogersa za prowincjonalnego nuworysza i dorobkiewicza. Można powiedzieć, że „zbierał kwity” na nieświadomego niczego gubernatora. Ostatecznie fantazyjne plany Rogersa oraz intrygi jego podwładnych sprawiły, że Gage aresztował go i osadził w więzieniu. Rogers (dzięki pomocy przyjaciół Amhersta) ostatecznie wykaraskał się z kłopotów, ale jego sytuacja finansowa stała się krytyczna. Próbował sądzić się z Gage’em o odszkodowanie (niezwykle potrzebne, bo osadzono go w więzieniu za długi), jednak w zamian za przyznanie z powrotem połowy uposażenia majorowskiego ułożył się ze swoim nemezis. Ale zadłużenie zostało, a Rogers radził sobie z obecną sytuacją coraz gorzej, w czym nie pomagał mu pociąg do butelki.

Polecamy e-book Marka Telera pt. „Kochanki, bastardzi, oszuści. Nieprawe łoża królów Polski: XVI–XVIII wiek”

Marek Teler
„Kochanki, bastardzi, oszuści. Nieprawe łoża królów Polski: XVI–XVIII wiek”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 79
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-12-9

Książkę można też kupić jako audiobook, w tej samej cenie. Przejdź do możliwości zakupu audiobooka!

Upadek legendy

Brytyjczycy próbowali przerzucić część kosztów ostatniej wojny na kolonie – w końcu to one zyskały najbardziej (upadek Kanady). Doprowadziło to do zamieszek i niepokojów w północnoamerykańskich koloniach. Taką właśnie sytuację w 1775 roku zastał Robert Rogers – rozbity, zniechęcony i lekko otumaniony alkoholem.

George Washington w 1776 roku (aut. Charles Willson Peale, domena publiczna).

Rogers był odcięty od ostatnich wydarzeń, zaś koloniści dalej pamiętali go jako znakomitego dowódcę i zwiadowcę. Widok obrzękniętego pijaka trochę ich więc zaskoczył – tak samo jak jego bliskich. Do końca nie wiadomo co się stało – wpierw podejrzewano go o szpiegostwo na rzecz Korony, później zaproponowano mu etat w tworzącej się Armii Kontynentalnej, jednak odmówił. Z kolei po jakimś czasie zreflektował się i napisał do Washingtona, oferując swoje usługi, ale nowy dowódca Armii Kontynentalnej nie miał do niego zaufania.

Wynikało to z faktu niejednoznacznego zachowania Rogersa – aczkolwiek okoliczności nie tyle tłumaczą sytuację, co pozwalają ją zrozumieć. Rogers formalnie był żołnierzem brytyjskiej armii bez przydziału. Powinien wpierw wystąpić z wojska i potem wstąpić do tworzących się wojsk kolonistów, tak jak zrobiło wielu innych. Być może nie chciał tracić stałego źródła dochodu, a przystąpienie do patriotów przed złożeniem dymisji potraktowano by jako dezercję. Wówczas Rogersowi groziłaby śmierć – co nie było takie nieprawdopodobne (w takiej samej sytuacji znalazł się wzięty do niewoli gen. Charles Lee). Poza tym Rogers krążył od tawerny do tawerny, mówiąc wszystko, co chciał usłyszeć jego aktualny sponsor.

W końcu Rogers w 1776 roku sformował oddział Rangersów Królowej (Queen’s Rangers), wyposażony na wzór jego dawnego korpusu. Wielu byłych rangersów zaciągnęło się pod komendę dawnego dowódcy, ale chyba raczej bardziej dla żołdu niż z wiary w królewską sprawę. Co ciekawe, wielu innych wstąpiło do Armii Kontynentalnej, osiągając całkiem wysokie stopnie wojskowe – przykładem tego jest zwycięzca bitwy pod Bennington w 1777 roku gen. John Stark.

Nathan Hale na amerykańskim znaczku pocztowym z 1925 roku (domena publiczna).

Rangersi Królowej służyli nie tylko jako zwiadowcy, lecz także jako jednostka kontrwywiadowcza. Rogers miał osobisty sukces w tej materii – podobno sam zidentyfikował i zdemaskował szpiega amerykańskiego kpt. Nathana Hale’a podając się za skrytego patriotę. Pomimo tych sukcesów w maju 1777 roku został odwołany ze stanowiska z powodu „kłopotów zdrowotnych”. Dowództwo po nim przejął ppłk John Graves Simcoe – autor pierwszej zachowanej kartki walentynkowej.

Próbował swoich sił jeszcze raz – jako podpułkownik (mimo wszystko dostał awans) sformował drugi oddział Rangersów Króla (King’s Rangers), jednak ostatecznie w 1779 roku komendę nad oddziałem przejął jego brat James. Robert – zniszczony przez alkohol – nie miał co ze sobą zrobić. Powrót do Ameryki był zamknięty kwestią Hale’a i zachowaniem w terenie jego rangersów, Brytyjczycy nie mieli pożytku z pijaka. Podobno dostał się na pewien czas w ręce jakiegoś kapra, który oddał go do dyspozycji jego wierzycieli. Przebywał też w Nowym Jorku, z którego wyjechał w 1783 roku wraz z ewakuującą się armią brytyjską.

Jego żona w międzyczasie uzyskała rozwód na podstawie niewierności i porzucenia przez męża. Rogers osiadł w Londynie, gdzie żył praktycznie w nędzy. Gdy tylko miał pieniądze natychmiast je przepijał. W 1795 roku schorowany, przepity i wynędzniały Robert Rogers zmarł w osamotnieniu. Pieniędzy ledwo starczyło na opłacenie ceremonii i grobu, z którego płyta nagrobna ostatecznie zaginęła. Bohater Wojny z Francuzami i Indianami pochowany jest gdzieś na terenie cmentarza kościoła pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Newington.

Spuścizna Rogersa

Robert Rogers należy do dość kontrowersyjnych postaci amerykańskiej historii. Nawet dziś uznaje się go za postać nie do końca jednoznaczną. Z jednej strony to symbol amerykańskich wojowników pogranicza, z drugiej zaś zdrajca sprawy niepodległości. Ale czy aby na pewno? Benedict Arnold wpierw wygrał dla swego kraju wolność pod Saratogą, a później postanowił zmienić patriotyczny błękit munduru na królewską czerwień. Rogers w gruncie rzeczy pozostał żołnierzem nieregularnych sił prowincjonalnych Jego Królewskiej Mości. W zasadzie nigdy nie wystąpił z tego wojska.

Tak naprawdę znany jest bardziej specjalistom niż ogółowi. Nawet w jego rodzinnym Methuen (stan Massachusetts) lokalne liceum używa jako maskotki „Rangersa”, ale przemilcza faktyczne więzi z rangersami. Nie został skazany na wieczne potępienie jak Arnold, ale w zasadzie nie propaguje się wiedzy o nim – aczkolwiek jego postać pojawiła się na wielkim i małym ekranie. Lecz to widzowie muszą zdecydować, czy widzą go jako odkrywcę i podróżnika o twarzy Spencera Tracy’ego z filmu Northwest Passage (1940) czy brutalnego zgorzkniałego zwiadowcę o twarzy Angusa Mcfaydena z serialu TURN. Washington Spies (2014-2017).

Robert Rogers pozostawił po sobie ślad w historii amerykańskiej i kanadyjskiej armii. Do miana spadkobierców Rangersów Rogersa pretendują kanadyjski Regiment Rangersów Królowej z Yorku, 1. Batalion 119. Pułku Artylerii Polowej Gwardii Narodowej z Michigan oraz 75. Pułk Rangersów, w którym służą Amerykańscy Rangersi ([US Rangers]).

Amerykańscy rangersi w Afganistanie (domena publiczna).

Właśnie – rangersi… Tego typu jednostki pojawiały się i znikały w armii amerykańskiej przez lata. Niektóre istnieją do dziś, tylko przekształciły się w policję jak Strażnicy Teksasu ([Texas Rangers]). Jednak to rangersi kultywują tradycje swojego najwybitniejszego żołnierza. Drugą dewizą rangersów jest łacińskie Sua Sponte – „Z własnej woli”, co symbolizuje fakt, że rangers na ochotnika zgłasza się trzy razy: do wojska, do szkoły spadochronowej i do rangersów. Bo do takiej roboty najlepszy jest ochotnik.

Do dziś w Podręczniku Rangersa znajduje się 28 Zasad Zagonów Roberta Rogersa – oczywiście odpowiednio uproszczone i zmodyfikowane przez ppłk. Williama Darby’ego, podobnie jak Regulamin Rogersa ([Robert Rogers Standing Orders]) wymyślony przez Kennetha Robertsa na potrzeby powieści Northwest Passage.

W Dzień Pamięci w 2005 roku na Wyspie Rogersa (czyli dawnej Wyspie Gubernatora, gdzie szkolił się Korpus Rangersów) odsłonięto statuę przedstawiającą naszego bohatera. Muszę przyznać, że pozycję przyjął cokolwiek dziwną – może ma to symbolizować jego zadanie, czyli wskazywanie drogi? W każdym razie statua została postawiona w miejscu, gdzie przed 260 laty Robert Rogers stworzył święte zasady działania amerykańskich jednostek specjalnych.

Pamiętajmy więc słowa gen. Sheparda z gry Call of Duty. Modern Warfare 2: „RANGERS LEAD THE WAY!”.

Bibliografia:

  • Źródła:
  • Journals of Major Robert Rogers, London 1765;
  • Rogers Robert, A concise account of North America, London 1765;
  • The life and letters of James Wolfe, London 1909.
  • Opracowania:
  • Black Robert W., The Beginning of the American Ranger, „Gung-Ho”, Oct. 1984, ss. 20–22;
  • Cuneo John, Robert Rogers of the rangers, New York 1959;
  • Loescher Burt G., Rogers Rangers. The First Green Berets, San Matteo 1969.

POLECAMY

Polecamy e-booka Michała Gadzińskiego pt. „Perły imperium brytyjskiego”:

Michał Gadziński
„Perły imperium brytyjskiego”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 98
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-11-2

REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Michał Staniszewski
Absolwent Wydział Historycznego UW, autor książki „Fort Pillow 1864”. Badacz zagadnień związanych z historią wojskowości, a w szczególności wpływu wojny na przemiany społecznych, gospodarczych i kulturowych - ze szczególnym uwzględnieniem konfliktów XIX wieku.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy