Autor: Marceli Najder
Tagi: Artykuły, Judaistyka, II wojna światowa, Polska
Opublikowany: 2014-03-18 11:20
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Rewanż - dziennik z życia spędzanego w ukryciu

Żydzi chowani przez Polaków w piwnicach podczas okupacji nie mieli łatwego życia. Z jakimi problemami musieli borykać się zarówno ukrywani uciekinierzy, jak i ratujący ich Polacy?
REKLAMA
Główna siedziba Gestapo w Berlinie (ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 183-R97512 / CC-BY-SA, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy)

6 sierpnia, piątek

[...] Byłem w komorze, by zamknąć klapę. Obserwowałem, jak są ustawione auta, jak kręcą się warty. Tuż przed naszym nosem, może 50 metrów od nas, stoi rozbity namiot, a przed nim wartownik w hełmie i z karabinem. Jesteśmy więc w samym sosie. Tego, widać, przy wszystkich naszych niemożliwych historiach, nie wzięliśmy w rachubę. Razem z Gestapo czy też policją niemiecką pod jednym dachem... Chętnie by oni na nas zapolowali.

Siedzimy dosłownie jak mysz pod miotłą – mówi się szeptem, uważa się, by nie kichnąć za głośno, by nie kaszleć. Co najgorsze, parzymy się dosłownie w tym gorącu, jakie panuje teraz w piwnicy. Jest przedpołudnie, a temperatura 32 stopnie. Co będzie podczas gorącego obiadu? Jędrzej był rano i oświadczył, że według jego zdania nie będzie przeszkód w gotowaniu obiadu, więc zapasów nie daje. Próbuję spać – nie idzie – jest mi za gorąco, trochę czytam, trochę piszę.

[...]

Sperber nastawił radio tak cicho, że ledwie sam słyszał, a później nam referował. Początkowo umówiliśmy się, by w ogóle nie słuchać, aby nie było interwencji. Oni też mają aparaty radiowe. Wczoraj wieczorem „brali” Amerykę – oprócz tego mieli własne instrumenty,

na przykład harmonię i... wódkę.

Na wódkę też mam chrapę – nie na fuzlowaty samogon, ale czystą lub likier.

Stary Färber postękuje ze strachu – macha rozpaczliwie ręką i oblizuje wargi. Pola też ma pietra, wczoraj wieczorem była ze mną na górze i mimo gorąca ze strachu bryknęła: „A może ktoś zaświeci do komory?”. Ja jakoś, po chwilowych obawach, uspokoiłem się.

Co chwila warczy nad nami samolot – podnoszą się one widać do krótkich lotów patrolowych.

7 sierpnia, sobota

Dni są teraz strasznie monotonne, jedyna rozrywka to wzajemne straszenie się, że gotowi Jędrzeja wyrzucić z mieszkania i temu podobne. Dziś jest strasznie duszno, zanosi się na deszcz. Śpię, usiłuję spać, czytam, usiłuję czytać – jednak wszystko idzie opornie. Jest za parno i za gorąco. Każdy leży z kawałkiem tektury i się wachluje. [...] Rano jest 29 stopni, więc spada temperatura o 3–4 stopnie. Co to jest? Gdyby na dworze był mróz, to byłoby miło wleźć w taki kocioł, ale tak? Wieczorem, gdy siedzi się w komorze, też brak dobrego powietrza – świnie plus pies, niespuszczany z łańcucha, starają się o „dobre” zapachy.

Nowy strach! Cywilom zabroniono przechodzenia przez Zarynek. Mamy więc kolejny powód do strachu: a nuż go wyrzucą? A może komorę zajmą na amunicję? Na targowicy nowa formacja zajęła budynki i nawet wagę do bydła zastawili. Głowa boli mnie od tych dyskusji – którędy uciekać? Kiedy? Jak? Nastrój robi się tragiczny. Jest nas dziewięcioro, więc zrozumiałe, że musi być dziewięć projektów. W końcu „uchwalono”, że Jędrzej wynajmie mieszkanie, domek i my „wysuniemy się”, by przeczekać burzliwy czas. Bo gdyby założyli komorę, jesteśmy „zarżnięci”.

Jędrzej nie bierze tej sprawy tak tragicznie jak my. Widać ma zdrowsze nerwy, nie takie żydowskie, stargane. My wolimy już wszystko widzieć z góry w czarnych barwach. Może gdyby od razu w getcie miało się takie podejście, uratowałoby się więcej ludzi. Nas, Żydów, charakteryzuje, zdaje się, krańcowy optymizm i pesymizm. Mało nam potrzeba, by przejść z jednego w drugie. W getcie większość łudziła się, że zbawienie przyjdzie.

[...]

Gorąco jest dziś piekielnie. Termometr chyba nie pokazuje tyle, ile ja czuję. Musiałoby być 45–50 stopni. Dosłownie staję na głowie. Łóżko parzy, odwracam jasiek z lewa na prawo, szukam chłodnych przedmiotów, przykładam lustro do czoła. Pot perli się porządnie, ręcznik mokry od wycierania. Leżąc przodem, zrobiłem podpór – mówiąc stylem gimnastycznym – chcę, by boki i plecy ochłodły.

Emblemat SS

8 sierpnia, niedziela

Jesteśmy pod czułą opieką policyjnej dywizji SS. Dookoła pawilonu i szopy kręcą się straże pod karabinem. Początkowo wartownik stał tylko blisko pawilonu, dziś pierwszy raz widziałem, że i chodzi dookoła nas. Przełazi przez drut, idzie nad piwnicą. Stałem przy szparze, obserwowałem, jak dwa samoloty podniosły się do lotu, wtem słyszę kroki – o 3–4 metry od szpary przeszedł młody żołnierz, pogwizdując. Hełm, karabin, ręce w kieszeni. O czym ty teraz myślisz, cholerny Niemcze? Czy wiesz, że Żyd patrzy na ciebie z tak bliska?

[...]

Niedziela – słychać gwar na górze, żołnierze się bawią. U Śliwiaków najprawdopodobniej także zabawa, jak można wywnioskować z odgłosów, które dochodzą od strony ich okien.

Z okazji niedzieli Jędrzej się u nas prawie nie pokazuje. Przydałoby się, by choć na parę chwil pokrywę szybu otworzył i wpuścił trochę świeżego powietrza. Dziś jest bardzo parno – nie tyle gorąco, bo przekonałem się, że tu nie temperatura decyduje, ale parne i „zużyte” powietrze. Raz do nas zajrzał i przyniósł młody bób. Jednak apetytu nie mamy. Pola, będąc w szybie (siedziała tam parę godzin na walizeczce), stwierdziła, że jakiś damski gość Śliwiaków spił się i rzyga. Hałas zabawy się wzmaga, słychać nawet kłótnię.

Późno wieczorem przyszedł Jędrzej jeszcze raz. Zabrał wiadro. Nie mógł z nim iść nawet do rzeki, wylał zawartość w kukurydzę i wiadro niepłukane przyniósł z powrotem – śmierdzące. Zostawiłem je na godzinę na górze, niech się przewietrzy. [...]

Gdy wyszedłem z dołu, złapał mnie Jędrzej na pogawędkę, był lekko podchmielony. Opowiadał o pijatyce, a i o tym, że złapano jakiegoś partyzanta – widział po południu, jak prowadził go policjant ukraiński. Przyznał się pono do przynależności partyzanckiej, że jest Żydem, zdradził miejsce pobytu. Jędrek na to konto wypowiedział parę słów na temat Żydów – że muszą się wygadać; dlaczego ten nie uciekał, co miał do stracenia? Po tym przeszedł na nasze tematy. Że ciężko mu bardzo, że Niemcy w rękę zaglądają, że nie sposób gotować dla dziewięciu osób, że on nie rozumie, dlaczego wszyscy „nie biorą spodni na dupę i nie idą do partyzantów”. Mówi o tym już tak długo, pokazuje, każe słuchać artylerii, a tu nic. Tylko żrą się między sobą. Zwraca się do mnie: „Ty masz żonę, to rozumiem, ale co oni mają do stracenia?”. Zacząłem go przekonywać, że partyzantka w naszych warunkach, daleko od frontu, jest beznadziejna i zawsze doprowadza do wybicia partyzantów, bo ich muszą w końcu otoczyć.

9 sierpnia, poniedziałek

Dziewięć miesięcy – trzy kwartały, jak pierwsza partia „naszych” zakwaterowała się u Jędrzeja. Czy liczono wtedy na tak długi okres? Wszyscy twierdzą, że gdyby wiedzieli, iż to tak długo potrwa, nie odważyliby się ryzykować, bo takie życie jest poza pojęciem normalnego człowieka.

[...]

Jesteśmy dziś głodni – rano jeden chleb, a zupa dopiero o wpół do dziewiątej w nocy. Trudno jest im coś gotować. Musimy się pomęczyć. Przy zupie (dwa pełne talerze) tak się spociłem, że ręcznik, którym wycierałem pot, był kompletnie mokry. Wyniosłem go na górę, by na sznurach wysechł.

Siedząc tam, nie byłem świadkiem lekkiej awantury. Weitz ostatnio – mimo że wszyscy, od kiedy są Niemcy, mówią szeptem – siedział na ławce i „buczał”. Pola siedziała na szybie, posłyszała i zeszła go upomnieć. On na to po żydowsku: „Kysz mech in tuchys” [Pocałuj mnie w dupę]. Gdy ona mu odpowiedziała, by się tak chamsko nie zachowywał – spuścił gatki, pokazując „drugą, szlachetniejszą” twarz. Sekundował mu Rath, a Prinz rechotał ze śmiechu. Ojcem całej historii jest Prinz, bo on stale stwarza taką atmosferę, że wobec Poli i mnie taki wypierdek jak Weitz mógł sobie na to pozwolić. Pola złapała za kawałek drewna, a Weitz za mosiężną ciężką zapalniczkę. Pola, z obawy przed głośną kłótnią, wycofała się – na górze bowiem chodzi nad nami warta.

Ja wpierw po zejściu miałem ochotę na awanturę, a nie zrobiłem tego tylko przez Śliwiaka – co on winien, że chamy uratowały się, a taki Nunek ziemię gryzie? Zrobiłem tylko zarzut wszystkim,

że jest to wynik wspólnej pracy, bo nigdy, gdy obelżywie o Poli taki Prinz się wyrażał, nikt nie reagował. Tej męskiej kurwie nie ma co się dziwić – hochsztapler seksualny. Nawet dzisiaj, gdy dupę pokazał, nikt go nie skarcił – a tylko sykali, by cicho było. Staraj się jeszcze o pieniądze, by takie pyski hodować. Mam zamiar dawać tyle tylko, ile na mnie wypada. Resztę dam Jędrzejowi – wolę jemu dać niż im.

Początkowo chciałem rano wszystko Jędrzejowi opowiedzieć, alem zrezygnował. Nie chcę go teraz martwić. Sam pogadam z tymi panami, gdy Niemcy odejdą.

10 sierpnia, wtorek

W nocy byłem bardzo zdenerwowany. Czytałem więc do 1.30 książkę, potem wyszedłem na górę i siedziałem na szybie blisko dwie godziny. Pola też wyszła – obawiała się, bym tam nie zasnął i nie chrapał. Było i jej gorąco, więc skorzystała z okazji.

Spałem krótko, budząc się często. Rano śniadanie bardzo późno – jeden chleb. Pola ma od paru dni kłopoty z żołądkiem, do tego zjadła jeszcze kiszonego ogórka i „poprawiła” sobie sytuację. Lata po kilka razy i jest głodna, bo nie ma co jeść. Mam parę zup konserwowych, może to jej Śliwiakowa zgotuje. Że też bidy idą w parze! Gdyby Niemców na górze nie było, można by o jakąś dietetyczną kuchnię prosić, ale tak jak można im zawracać głowę? Podejrzewam, że to katar kiszek, więc potrwa dłużej.

Czytam ładną rzecz: [Konrad] Haemmerling Był człowiek, co się Shakespeare zwał. Ciekawy to okres dziejów Anglii i Szekspira, znakomicie ujęta książka, dobrze się czyta. [...]

Nie rozmawiam z Rathem i Weitzem, a mam taki sam zamiar wobec twórcy ideowego tej sytuacji, Prinza. Ten widać jakoś przeprosił się ze Sperberem – już rozmawiają. Smutno mu było samemu.

Jędrzej dostał mięso – głowę krowy od Niemców – i raczy nas zupami z mięsem. Dobrze, że jest coś konkretnego do zjedzenia, bo jemy, oprócz jednego chleba, tylko raz dziennie. Na kolację mieliśmy więc taką zupę. Pola nie je, bo jeszcze ma kłopoty z żołądkiem, dostałem więc podwójną porcję. [...]

Wieczorem nowa awantura: Alek z Berkiem. Berkowi dawali całe popołudnie „fest ducha” [dokuczali] – Stary prym wodził. Nagadali sobie paczkę ordynarnych głupstw, a w nocy się pobili. [...] Zamiast jakoś ułożyć się z nim, to judzą go i irytują, robiąc różne psikusy. Bijących się rozdzielono – Berko ma tylko jako rezultat gulę na czole i rozdarty nos.

Rozstrzeliwanie Żydów w Winnicy

11 sierpnia, środa

Temperatura nas wprost dobija, jak długo będzie to jeszcze trwało? Tych parę chwil, gdy siedzimy na górze, mało co nam daje – taki jest smród. Ze świń, od psa, kur, skóra barania się suszy – w ogóle symfonia zapachów. [...]

Zupa kolacyjna była bardzo wcześnie – o wpół do trzeciej. Objadłem się mięsem (z barszczem i fasolą), bo prawie nikt mięsa nie chciał. Miałem przesyt cały dzień. Pola za to głoduje. Dziś pierwszy dzień, kiedy trzymała jaką taką dietę, nie pozwalając sobie na wyskoki. Dzięki temu mniej „biega” – o ile bieganiem można nazywać nasze wczołgiwanie się do korytarzyka.

Wieczorem z ulgą wyłazimy [z Polą] na górę; podczas naszej nieobecności – dyskusja. Mówią Prinz i Weitz. Prinz sądzi, iż wszystko, co się staje, to z winy Poli, że ona jest tym „katzem” – on, bidaka, nie. Weitz zaś uważa, że dobrze przedwczoraj postąpił i nie żałuje tego. Vivant sequentes! [Niech żyją następcy.] Sperber milczał przy tej dyskusji. Robił zaś wyrzuty Weitzowi za jego zachowanie.

Pola wprost mdlała z głodu. Dałem jej kawałeczek suchego chleba.

12 sierpnia, czwartek

Byłem rano półtorej godziny w komorze – chłodno i powietrze mniej smrodliwe aniżeli wieczorem. Obserwowaliśmy pobudkę Niemców – o szóstej. Część śpi w autach, część w namiotach. Rygoru zbytniego u nich nie ma – stosunki przyfrontowe. Chociaż ostatnio mieli, na przykład, karne ćwiczenia w pełnym rynsztunku.

Schodzimy z powrotem. To wchodzenie w szyb przypomina wejście w wieżyczkę łodzi podwodnej – też zamyka się tu hermetycznie klapy (bo wróg na horyzoncie) i zostajemy zdani na to powietrze, które jest we wnętrzu. Te „koje” nasze, brak „widoku”, a obserwowanie komory przez szparę – „peryskop”, nasłuchiwanie i pełne „pogotowie bojowe”... A temperatura – przecież też zbliża się do tamtych warunków. Leżymy cicho, nie ruszamy się, by nie zużywać za dużo powietrza. Wiele razy porównywaliśmy nasze pomieszczenie do łodzi podwodnej i za każdym razem wyszukujemy nowe podobieństwa.

Dziś kilkakrotnie zaszwankowało światło, ale po półgodzinie maksimum pokazywało się znowu. Tęsknimy do chwili, by wyjść na górę i łupać kartofle. Jak mało nam do szczęścia potrzeba. Przedtem zazdrościliśmy ludziom chodzenia po wolnym świecie, teraz marzymy o zamkniętej komorze, ale za to o oddechu pełną piersią – choćby smrodliwym powietrzem.

Jędrzej dostaje prawie codziennie mięso od Niemców i nas tym karmi. Dają mu głowy, nogi, podroby... Wczoraj tak objadłem się mięsem, że dziś z przesytu nie mogę na nie patrzeć. Pola biduje. Jest na diecie, a ona mięso lubi, „popłakuje” więc cały dzień, że takie to jej szczęście – jest mięso, a ona nie może jeść. [...]

13 sierpnia, piątek

Jeśli brak powietrza jest bidą, to dołączony do tego brak światła jest wielką bidą. O 6.00 rano światło zgasło i zostaliśmy w ciemnościach. To ci dopiero przyjemność! Leżę, a myśli się cisną. Myśli, myśli... Męczę się tym myśleniem. [...] Jak długo jest światło, wzrok ma oparcie, czytam, mówię (teraz szeptem) i jakoś opędzam się przed myślami. Ale po ciemku... Leżę, oczy otwarte, ciemność aż kłuje, jakieś płatki ogniste tańczą przed oczyma.

Tak leżeliśmy prawie cały dzień. Trochę paliła się lampa naftowa w korytarzu, by tlenu nie zużywać, na pół godziny przed wieczorem nawet światło elektryczne się pokazało.

Światła nadal nie ma, tylko na bocznych ulicach pracują małe motory – wielki się zepsuł. Jędrzej przyniósł te wieści z miasta, gdzie chodził interweniować w sprawie światła – niby dla tych z SS, bo oni wprowadzili sobie światło do aut i namiotów. Tam przyrzekli, że postarają się przełączyć naszą ulicę do centrum i dać światło. Rzeczywiście, o 21.00 światło było.

Ostatnio dostajemy „obiadokolację” – jeden raz o drugiej lub trzeciej po południu. Marysia pierze żołnierzom bieliznę, więc i nam wtedy gotuje.

Niemcy, ci nasi, nie ruszają się z miejsca. Zapowiadają, że może zostaną tu na zimę. Ci są w bezruchu, za to ci na froncie całkiem żwawo idą do tyłu – tylko kiedy koniec? Wyjdziemy przed zimą czy dopiero na wiosnę?

14 sierpnia, sobota

Byłem śpiący i nie chciało mi się wyjść na górę. Dobrze się spało, bo chłodna noc. Rano słychać było ciężkie strzały artyleryjskie. Znowu artyleria bije gdzieś w górach.

Opowiadał Jędrzej, że był świadkiem, jak jeden ze stacjonujących koło nas samolotów wracał z lotu i sypał jeszcze po drodze ulotki. Jedna ulotka spadła nad Prutem, on biegł do niej, by podnieść, ale ubiegła go jakaś baba. Dała mu ją przeczytać – była po ukraińsku, drukowana. Zwracała się do „band w lasach” (wedle tekstu) z apelem, by poddać się, Żydów będących w ich szeregach wystrzelać, zgłosić się do Niemców – a oni ich przydzielą do policji. Opór jest zbędny, bo ich przywódca, Kołpak, wraz ze swą świtą został złapany. Niech nie wierzą pogłoskom o rozstrzeliwaniu przez Niemców. Niech nie wierzą – a sami się przekonają (uwaga moja).

Widać jednak z tej ulotki, że historia z partyzantami jest prawdziwa i że pomiędzy nimi są Żydzi. Kto będzie kiedyś wiedział o tych bezimiennych bohaterach, oni wszyscy z biegiem czasu na pewno zostaną wybici. [...]

Na obiadokolację coś podobnego jak wczoraj – „pacie” vel ostry rosół. Wziąłem część na zimno, ale nie zastyga, bo dziś rzadsza konsystencja. Po południu Jędrzej otworzył szyb i po dwóch–trzech siedzieliśmy na górze po pół godziny, by się ochłodzić.

[...]

By nikt nie mógł skarżyć się na nudę i brak urozmaicenia, dziś stary Färber miał sprzeczkę z Prinzem. Tłem tego jest stałe wysuwanie [wypychanie] z łóżka Berka przez Prinza, pod pozorem, że jest ciasno, gorąco, że Berko nierówno leży i tym podobne.

15 sierpnia, niedziela

Rano zafasowaliśmy „fryganie” na cały dzień: mleko, mięso zimne, chleby i wiadro wody. Jędrzej obawia się, że w ciągu dnia nie będzie miał okazji, by do nas zajrzeć. [...]

Coś nie widać chętki u naszych Niemców do odejścia, miało to trwać parę dni, a wnet będą dwa tygodnie.

Jednym się pocieszam – że może dni i noce będą chłodniejsze. Za to zaczyna się u nas solidna nuda. Książki wszyscy przeczytali, ja kończę je czytać. Monotonnie, duszno, parno, kłótnie wybuchają więc przy lada okazji.

Poli żołądek już najprawdopodobniej zdrów – wzięła onegdaj opium. Obawiam się tylko, że może trzeba jej będzie dać na przeczyszczenie.

Dziś o mało nie zostaliśmy bez światła. U wszystkich żarówki elektryczne z biegiem czasu powypalały się, nowych nie można dostać (nad każdym łóżkiem-koją było światło). Ja zaś stwierdziłem rano, że moja lampa nie świeci – drucik się przerwał. Złączyłem go na krótszy odstęp, świeci jasno, ale niedługo pociągnie. To byłaby bryndza, bo siedzenie w ciemności lub przy świetle neonu nie należy do przyjemności. Ani czytać, ani pisać. Jędrzej ma wprawdzie żarówki, ale 75 i 150 watów. No, ładne by tu ciepło było, gdyby takie powkręcać.

Niemcy słuchają radia cały dzień – aparaty nastawiają tak głośno, że zupełnie wyraźnie słychać je aż u nas w piwnicy. Ciekaw jestem, czy i dziś zrobią taką pijatykę.

[...]

Dziś po raz pierwszy tego roku jedliśmy gruszki i jabłka.

Rok temu była pierwsza (próbna) rejestracja. Przy tej okazji gestapowcy zastrzelili przeszło 90 mężczyzn – pod pozorem uchylania się od kontroli pracy i niestawienia się do przeglądu. Rok, w którym zaszły decydujące zmiany; rok, który nas Żydów wykończył i w ciągu którego przeszliśmy na terenie Europy już tylko do historii. Gdyby tak cofnął się czas i mielibyśmy możność przeżywania go na nowo, czy potrafilibyśmy ustrzec się przed tym, co później nastąpiło? Rok temu zaczęła się – bezpośrednio po tej próbnej rejestracji – ucieczka na wieś i za granicę. Jakiś instynkt mówił ludziom, że zbliża się krytyczny moment, że należy się ratować. [...]

Mamałyga (autor nieznany, domena publiczna)
  • 16 sierpnia, poniedziałek*

Moja lampa znowu zastrajkowała i to na dobre – żarówka ma w kilku miejscach przepalony drucik. Wiedziałem, że długo nie pociągnie. Jest to bardzo dla mnie niewygodne, czytać nie mogę, a piszę przy świetle z małego transformatora, wiszącego obok Färberów. Dobrze, że Jędrzej przyniósł dziś akurat dwie małe żarówki (dla Prinza i Ratha), więc nie siedzimy przynajmniej w ciemności. Nie wiem tylko, czy do mojej lampki dostanie gdzieś żarówkę z małym cokołem (świecowym). Może zmienię sobie w ogóle oprawkę na normalną, o ile tylko ją wydostanę.

Dzień cały przeleżałem, przedrzemałem, a przede wszystkim przenudziłem się – brak światła. Brakuje nam chleba, nie ma mąki, a też piec nie można, bo Szwaby się kręcą. Jedliśmy rano mamałygę z mlekiem, w południe byłem pierońsko głodny – przegryzłem kromką chleba pozostałego z wczoraj i leżałem dalej głodny aż do kolacji (rosół i kości).

Noce teraz są jasne, aż nieswojo siedzieć w komorze – światło księżyca przebija przez szpary i kładzie szerokie smugi.

17 sierpnia, wtorek

Ranek chłodny – byłem w swetrze, a przemarzłem. Przy oddechu widać parę z ust. Zaczynają się jesienne poranki. Szwaby miały pobudkę o pół godziny wcześniej, a później zbiórkę w rynsztunku. Byłem pewien, że choć część z nich wyjeżdża. Gdzie tam! Grupami pomaszerowali na ćwiczenia, najprawdopodobniej na strzelnicę. Śniadanie – kołesza [kluski] ze słodkim mlekiem. Zaraz po śniadaniu temperatura podskoczyła o 3 stopnie.

Jędrzej ma dziś pesymistyczny dzień. Zanosi się chyba na zmianę pogody, bo go nogi pierońsko bolą i to go, widać, rozstraja. Boi się. Dlaczego? Nie wiadomo, bo jakoś dwa tygodnie z Niemcami przeszło całkiem znośnie (pod względem psychicznym). To zdaje się żona wpływa na niego. On jest więcej zrównoważony, ona zaś od pierwszej chwili obawia się i jest przestraszona. On pozwala na odstępstwa, na przykład – by otworzyć klapę za dnia dla przewietrzenia, ona zaś patrzy na to z ukosa. Zazwyczaj, gdy oni się poprztykają, ona mu wypomina, po co nas przyjął i brał sobie troskę na głowę. Wtedy on wpada w pesymizm i oblicza, że ta historia potrwa jeszcze przez zimę. Obawia się, iż funduszy nie starczy na tak długo, opłakuje siebie – twierdzi, że nie może spać, że niespokojny. Po paru dniach mija ten humor i wraca powoli u niego równowaga, a i ona się uspokaja.

Z racji swego pesymizmu, Jędrzej znowu zabronił Berkowi wychodzenia solo rano, bo Berko głuchy, stary i tym podobne. Przyrzeczono mu tę sprawę uregulować. Jędrzej się boi, by wartownikowi nie zachciało się nad ranem do komory zajrzeć.

Sycylia cała została zajęta.

18 sierpnia, środa

Dzień dzisiejszy byłby tak samo nudny jak poprzednie – mimo że dziś dwa tygodnie, jak Niemcy przyszli „do nas” – gdyby nie odbyło się jubileuszowe mycie. Jędrzej dał wodę i po dwie osoby cichutko myliśmy się na górze. Prosił, by się myć „po polsku” (czyli cicho), a nie „po żydowsku”. Jak duchy uwijaliśmy się, każdy bał się głośniej wodą chlupnąć. Podczas mycia się Poli, Niemcy weszli do świń – Pola przypadła do ziemi. A gdy mył się Prinz, przylazł jakiś Niemiec i stanął przed drzwiami komory. Jędrzej właśnie wtedy dawał nam baniaki z kolacją; wyszedł do niego. W komorze konsternacja – co robić? Zlatywać na dół? Stać? Widział? Nie widział?... Przeszło i jest spokojnie.

Inaczej czuję się po tym myciu – miałem już obawy, że gotów scabies [świerzb] lub jakaś czyracznica na nas się rzucić. Woda była czarna, twarzy w miednicy już myć nie mogłem, spłukałem ją sobie wodą z garnka. Za to po zejściu na dół tym bardziej odczuwało się różnicę w temperaturze – od razu się spociłem. Goliłem się także na górze. Żyletka w ogóle nie chciała brać zarostu, mydło nie chciało się mydlić. To był mój rekord niegolenia się – 16 dni. Tyle samo się nie myliśmy.

Pod Charkowem idą ciężkie walki. Niemcy rzucili 100 tysięcy nowych żołnierzy.

Wieczorem siedzieliśmy na górze i słuchaliśmy, jak Szwaby śpiewają i grają na harmoniach. [...]

19 sierpnia, czwartek

[...] Całe nasze jestestwo jest teraz nastawione tylko na to, by Szwaby odeszły – to nasz najbliższy front. W nocy widzieliśmy, jak z gór wróciło chyba ze 150–200 aut. Może już towarzystwo się zabierze?

Każdy dzień to jakiś jubileusz – dziś miesiąc, od kiedy prowadzę dziennik.

20 sierpnia, piątek

Na dworze, mimo że sierpień, istne piekło. Piekło dla nas – ludzi piwnicy. W komorze duszno, siedziałem trochę, spociłem się i zlazłem na dół, by się ochłodzić. Zimniej u nas nie jest, ale gdy się leży spokojnie, to ma się wrażenie, że jest chłodno.

Na frontach nic nowego, wszystko w oczekiwaniu zmian, nowości, czegoś wielkiego. [...]

Poza tym nuda, odparzone ciało, odciski na tyłku od leżenia. Przewracam się z boku na bok i ani leżeć, ani spać nie mogę.

21 sierpnia, sobota

Jędrzej podarł siatkową koszulkę, prosił więc o pożyczenie jakiejś letniej koszuli. Dałem mu dwie. Po powrocie z miasta opowiedział, że widział się z Wojnarowską. Ma on widać szaloną ochotę się wobec niej zdekonspirować, bo ciągle wdaje się z nią w rozmowę. [...]

Dzisiejszy dzień jest pod znakiem zgliwiałego sera. Jędrzej dostał zepsuty ser szwajcarski od Szwabów, przysmażył nam całą rynkę [rondel] i „fryganie” jest, co się zowie. Bida – że ten ser lubi pić masę wody. W ogóle ta niemiecka gospodarka to wielki mit – pic i fotomontaż, mówiąc z warszawska. Zauważyłem to jeszcze w getcie, a teraz rozszerzyłem ten pogląd na wojsko.

Biją, na przykład, krowę lub barana, to skóry nie zdają do magazynu lub coś podobnego, ale dają ją komuś lub – co ciekawsze – niszczą, zakopując w ziemi. Zostają im kalafiory, więc wiadrami wyrzucają świniom do chlewu na ziemię, a świnie to tratują i z błotem mieszają. Koryto w chlewie po dwóch tygodniach zrobił Jędrzej i to bez żadnej zachęty z ich strony – wpierw świnie jadły z ziemi. Dziś rano widziałem, jak kucharz wylał świniom wiadro białej kawy z kromkami chleba. [...]

Powyższy tekst pochodzi z książki Marcelego Najdera pt. „Rewanż”:

Marceli Najder
„Rewanż”
30 zł
Okładka: miękka – 255 stron, 22 zdjęcia
Seria: Żydzi polscy
Data i miejsce wydania: I
Redakcja: Agnieszka Dębska
ISBN: 978-83-61283-80-5
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Marceli Najder
Farmaceuta i działacz społeczny, poseł na Sejm PRL II kadencji. Od 1943 do wkroczenia Armii Czerwonej ukrywał się u polskiej rodziny pod Kołomyją.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy