Autor: Paweł Czechowski
Tagi: Wywiady, Historia polityczna, Historia religii, 1945-1989, Polska
Opublikowany: 2020-06-20 14:27
Licencja: wolna licencja

Roman Kotlarz: tragiczna śmierć kapłana

Ksiądz Roman Kotlarz był przez lata „niewygodny” dla władz PRL-u. Gdy w czerwcu 1976 roku w Radomiu wybuchły strajki, ks. Kotlarz wstawił się za protestującymi robotnikami. 18 sierpnia 1976 roku zmarł, znajdując się wcześniej w fatalnym stanie fizycznym i psychicznym. Wszystko wskazuje na to, że jego śmierć była wynikiem pobić i szykan ze strony bezpieki. O postaci kapłana rozmawialiśmy z ks. dr. Szczepanem Kowalikiem i dr. Arkadiuszem Kutkowskim, autorami książki pt. „Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

Paweł Czechowski: Ksiądz Roman Kotlarz był kapłanem przez ponad 20 lat swojego życia. Jak wyglądała jego posługa przed rokiem 1976 – rokiem protestów? Jak zapamiętali go wierni?

Ks. Szczepan Kowalik (ur. 1981) – doktor historii, absolwent KUL, przewodniczący komisji historycznej w procesie beatyfikacyjnym ks. Romana Kotlarza prowadzonym przez diecezję radomską. Autor i współautor kilku książek, m.in. „Konflikt wyznaniowy w Wierzbicy. Niezależna parafia w polityce władz PRL (1962–1977)”, Lublin 2012.

Szczepan Kowalik: To był zwykły ksiądz – jeden z tych, o których raczej nie pisze się książek. Idący przez życie prostą drogą, wypełniający swoje obowiązki, niewywołujący konfliktów z wiernymi ani z władzą kościelną. Nie miał poza seminarium szczególnego wykształcenia ani godności kościelnych. Zapewne zdziwiłby się, gdyby ktoś mu powiedział, że będą o nim powstawać książki czy filmy. Nawet i dziś niektórzy żyjący jeszcze duchowni – jego znajomi – gdy słyszą o kolejnych pomysłach na upamiętnienie ks. Kotlarza mówią czasem pod nosem z nutą zazdrości: „To ja zbudowałem kościół… to ja skończyłem studia…, a Romanowi, który nic nie zbudował, nic nie wskórał, był bałaganiarzem… stawiają pomniki, nazywają jego imieniem ulice, mówią o nim w telewizji, piszą w gazetach…”. Takie uwagi dziś wywołują uśmiech, ale jednocześnie pokazują, że temu duchownemu, po ludzku patrząc, nie były pisane zaszczyty i splendory. Ale historia potoczyła się inaczej.

Arkadiusz Kutkowski (ur. 1958) – doktor nauk humanistycznych, absolwent Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, członek komisji historycznej w procesie beatyfikacyjnym ks. Romana Kotlarza. Autor lub współautor kilku książek, m.in. „Jak my ich nienawidzimy”. Represje sądowe po proteście robotniczym w Radomiu w czerwcu 1976 r.

Arkadiusz Kutkowski: Urodził się w 1928 r. w małej świętokrzyskiej wiosce, a zmarł w 1976 r. na obrzeżach Radomia, żył więc zaledwie 48 lat. Od dzieciństwa chciał być księdzem, ale do tego, oprócz dobrych chęci i powołania, potrzebna była jeszcze matura. A on miał zaległości w nauce z czasów okupacji niemieckiej. Musiał się dobrze starać, żeby uzupełnić wykształcenie. W 1954 r. przyjął święcenia kapłańskie w diecezji sandomierskiej. Później był wikariuszem w kilku parafiach, a następnie od 1961 r. zastępcą chorego proboszcza w Pelagowie pod Radomiem. W pobliżu był Potkanów – przemysłowa dzielnica Radomia oraz Krychnowice – siedziba jednego z największych w kraju szpitali psychiatrycznych. W tym szpitalu ks. Kotlarz zorganizował po partyzancku posługę duszpasterską. Nie było wtedy kapelanów etatowych, było to działanie właściwie nielegalne, chociaż tolerowane przez personel. Jako kapelan wykazał się ogromnym heroizmem, służąc chorym znajdującym się często w tragicznej sytuacji życiowej, często odrzuconym przez bliskich. Niektórzy umierali na jego rękach, a na „zwykłych” oddziałach szpitalnych zdarzały się przypadki nawróceń za jego sprawą. Dziś te świadectwa jego gorliwości są przedmiotem badań w procesie beatyfikacyjnym.

P.Cz.: W którym momencie księdzem Kotlarzem zainteresowały się PRL-owskie służby? Kiedy okazał się on dla nich „antypaństwowym” kapłanem?

A.K.: Już w momencie przekroczenia furty seminaryjnej władze interesowały się każdym kandydatem do kapłaństwa. Z perspektywy bezpieki wszyscy stanowili potencjalne zagrożenie. Od 1963 r. każdemu alumnowi, księdzu i zakonnikowi zakładano Teczkę Ewidencji Operacyjnej na Księdza, tzw. TEOK. Było tam wszystko, co bezpiece udało się zgromadzić. Miał ją także ks. Kotlarz, została oficjalnie zniszczona w 1989 r., jak większość pozostałych teczek, zutylizowanych podobno w tym celu, żeby nie było problemów w relacjach z Kościołem. TEOK ks. Kotlarza miała dwa razy więcej kart, niż teczki innych księży przeznaczone w tej samej partii do zniszczenia. To świadczy o poziomie zainteresowania jego osobą. Ale archiwa tajnych służby mają to do siebie, że trzeba by zniszczyć wszystko, by zatrzeć wszelkie ślady, dlatego po uporządkowaniu zasobu archiwalnego IPN z czasem zaczęły wypływać dokumenty dotyczące duchownego. Coraz więcej i więcej. I nagle okazało się, że bezpieka interesowała się nim dużo bardziej, niż nam się na początku wydawało.

Koniemłoty - tablica ks. Romana Kotlarza w centrum miejscowości, vis-a-vis kościoła (fot. Jarosław Kruk, CC BY-SA 2.0).

S.K.: Już na pierwszym wikariacie w Szydłowcu, w 1955 r., duchowny naraził się władzom, krytykując nauczycieli z ambony za ich przekonania światopoglądowe. Później omal nie doszło do „zadymy” w Koprzywnicy, gdzie ksiądz przebywał w latach 1958–1959. Znowu poszło o szkołę, a konkretnie o obronę usuwanych wtedy z polecenia władz krzyży w klasach. Parafianie i władze kościelne stanęli murem za wikariuszem i bezpieka musiała wszcząć specjalne działania operacyjne, które zresztą nie zakończyły się sukcesem. W tych parafiach, gdzie władze państwowe tego zażądały, kuria sandomierska musiała zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi dokonać zmiany personalnej i przenieść ks. Kotlarza w inne miejsce. Ciekawie wyglądały sytuacje, gdy ks. Kotlarz pojawiał się tam, gdzie byli duchowni współpracujący z SB. Nie mogli oni zrozumieć, że ksiądz był tak nierozsądny, narażając się władzom wbrew „interesowi Kościoła”. Generalnie główną linią konfliktu ks. Kotlarza z władzami było to, że po prostu nie potrafił przejść obojętnie obok zła, które dostrzegał.

P.Cz.: Jak na przestrzeni lat wyglądały represje skierowane przez komunistyczną władzę przeciwko księdzu?

A.K.: To był cały wachlarz działań prawnych i pozaprawnych. Na gruncie administracyjnym były to częste żądania skierowane do kurii o usunięcie go z zajmowanego stanowiska albo o wydanie mu ostrzeżenia. Były też represje podatkowe, nękanie korespondencją urzędową. Do tego oczywiście permanentna inwigilacja. Później doszła próba skompromitowania. Po jego śmierci bezpieka szukała na jego temat informacji w poradni przeciwalkoholowej, bo chciała zrobić z niego alkoholika. A on był po resekcji większości żołądka i nawet jeść za bardzo nie mógł, a co dopiero upijać się. Niewykluczone, że został też pobity przed 1976 r., gdyż taka informacja znajduje się w jego dzienniku.

S.K.: Były też dziwne zdarzenia, jakieś próby zastraszenia duchownego. Mam na myśli usiłowanie włamania na plebanię w maju 1975 r. Niedoszłego złodzieja pogonił pies, który zaalarmował jednego z parafian. Mężczyzna ten gonił sprawcę jadąc na motorze, ale nie złapał go. Pod plebanią znaleziono narzędzia: siekierę, lampkę, rękawice i worek…

Polecamy książkę Szczepana Kowalika i Arkadiusza Kutkowskiego pt. „Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”:

Szczepan Kowalik, Arkadiusz Kutkowski
„Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”
28,99 zł
Wydawca: IPN
Okładka: miękka
Liczba stron: 528
ISBN: 978-83-8098-787-6
EAN: 9788380987876

P.Cz.: Przejdźmy do roku 1976. W Polsce wybuchają robotnicze protesty – dzieje się tak m.in. w Radomiu. Jak na te wystąpienia reaguje Roman Kotlarz?

A.K.: W dniu protestów ksiądz był w Radomiu. Pojechał tam w godzinach przedpołudniowych na obiad w stołówce prowadzonej przez zakonnice w jednej z parafii, w centrum miasta. Gdy szedł ulicą Żeromskiego, w samym centrum Radomia natknął się na pochód robotników, którzy zmierzali w stronę Komitetu Wojewódzkiego PZPR, by domagać się wycofania podwyżek cen zapowiedzianych dzień wcześniej przez premiera Jaroszewicza. Ksiądz był bardzo podekscytowany tym widokiem, mijanych demonstrantów błogosławił, a oni go głośno pozdrawiali. W godzinach przedpołudniowych, jeszcze przed „gorącą” częścią demonstracji i walkami ulicznymi w mieście, ksiądz wrócił do Pelagowa, choć – zaznaczmy od razu – jeden z represjonowanych robotników utrzymywał potem, że duchowny znalazł się tego dnia w gronie zatrzymanych i trafił do aresztu śledczego przy ul. Malczewskiego. Relacji tej jednak nie udało się potwierdzić.

S.K.: Warto zacytować, co sam ksiądz przekazał o swoim zaangażowaniu w protest. Otóż jak napisał w swoim dzienniku: „idę ul. Żeromskiego, tłoczno, ogonki długie za kupnem, bo podwyżki […] około Prezydium [Miejskiej Rady Narodowej] widzę – biało-czerwone sztandary, wózki fabryczne oblepione, śpiewają Jeszcze Polska nie zginęła! – zbliżam się, błogosławię ich znakiem Krzyża – żegnają się – dziękują – wołają: Kościół z nami, niech ksiądz idzie razem”. Jest to reakcja zgodna z „profilem psychologicznym” księdza Kotlarza: spontaniczna, żywiołowa, pełna fascynacji widokiem demonstrantów, którzy nagle, na tych kilka godzin protestu, stali się ludźmi wolnymi.

Grób ks. Romana Kotlarza (fot. Agnieszka Kwiecień (Nova), CC BY-SA 4.0).

P.Cz.: Co działo się w lipcu i sierpniu 1976 roku? Jak – i dlaczego – ksiądz Kotlarz umiera 18 sierpnia 1976 r.?

A.K.: W kolejnych dniach do duchownego dotarły informacje o represjach zastosowanych przez władze wobec uczestników demonstracji. Gdyby ksiądz nie zareagował na te wiadomości, to pewnie jego historia potoczyłaby się inaczej i nie trafiłby do podręczników historii. Ale on podjął wątek protestów podczas niedzielnych kazań. Część z nich została nagrana przez SB, która po proteście czerwcowym nasiliła inwigilację radomskiego duchowieństwa. Funkcjonariusze zarejestrowali na taśmie magnetofonowej m.in. słowa księdza, jakie padły w czasie mszy św. 11 lipca 1976 r. Komenda Wojewódzka MO w Radomiu natychmiast zawiadomiła Warszawę, że duchowny poparł protest, powiedział, że robotnicy słusznie walczyli o swoje prawa, i że on był z nimi. A pomiędzy tym wszystkim dodał, że modli się za tych, którzy przyszli do kościoła, żeby go podsłuchiwać…

S.K.: Depesza z zapisem tych słów została wysłana do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zwołano też specjalną naradę w radomskiej komendzie. Już 12 lipca 1976 r. ksiądz został wezwany do Prokuratury Wojewódzkiej w Radomiu na rozmowę ostrzegawczą z przybyłym z Warszawy zastępcą dyrektora Departamentu Postępowania Karnego Prokuratury Generalnej Zbigniewem Młynarczykiem, który oznajmił mu, że kazania będące – jak się wyraził – „prymitywnym żerowaniem na uczuciach religijnych” stanowią „poważne przestępstwo zagrożone surową karą pozbawienia wolności”, a ksiądz, który nie dostrzega różnicy między rzeczową dyskusją społeczną i zwykłymi burdami, wandalizmem i bezmyślnym niszczeniem mienia – „taki ksiądz wystawia sobie głębokie świadectwo aspołeczności”.

Parafia Matki Boskiej Częstochowskiej w Pelagowie (fot. Rafał T, Fotopolska.eu, CC BY-SA 3.0).

A.K.: Dodajmy od razu, że z rozmowy tej Młynarczyk przygotował notatkę służbową, która błyskawicznie trafiła do centrali SB. Tam 13 lipca 1976 r. pojawił się na niej wpis-dekretacja z nieczytelnym, niestety, podpisem: „Tow. płk Zenon Płatek przesyłam z prośbą o zapoznanie się. Dyrektora gen. Konrada Straszewskiego informowałem.” Co – mówiąc już wprost – oznaczało, że notatka znalazła się w dyspozycji szefa Samodzielnej Grupy „D” i to za wiedzą kierownictwa Departamentu IV MSW. Naszym zdaniem był to kluczowy moment dla dalszego przebiegu sprawy księdza. Samodzielna Grupa „D” była bowiem zakonspirowaną komórką SB zajmującą się zwalczaniem Kościoła. Stosowała metody przestępcze, niezgodne z obowiązującym prawem, za które normalnie szło się siedzieć do więzienia. Do jej najbardziej znanych „osiągnięć” należała później śmierć ks. Jerzego Popiełuszki.

S.K.: Kilka dni później, 21 lipca 1976 r. do Kurii Diecezjalnej w Sandomierzu wpłynęło pismo Wydziału do Spraw Wyznań Urzędu Wojewódzkiego w Radomiu w sprawie „szkodliwej dla państwa działalności ks. Romana Kotlarza z Parafii Rzymsko-Katolickiej w Pelagowie”. „Ksiądz Kotlarz dopuścił się zarówno przestępstwa publicznego pochwalania zbrodni, jak i nadużywania ambony do celów niemających nic wspólnego z religią oraz szkodliwych dla Państwa” – donosił podpisany pod listem Stefan Borkiewicz, dyrektor Wydziału.

Polecamy książkę Szczepana Kowalika i Arkadiusza Kutkowskiego pt. „Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”:

Szczepan Kowalik, Arkadiusz Kutkowski
„Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”
28,99 zł
Wydawca: IPN
Okładka: miękka
Liczba stron: 528
ISBN: 978-83-8098-787-6
EAN: 9788380987876

A.K.: Niestety, na tym nękanie księdza się nie skończyło. Już na początku lipca pod plebanię w Pelagowie zaczęły podjeżdżać samochody z tajemniczymi osobnikami w środku, którzy następnie bili czy wręcz torturowali księdza. Zachowało się kilka relacji potwierdzających takie zdarzenia. Wśród nich Krystyny Stancel, gospodyni księdza, która tak zeznawała potem w prokuraturze: „Zapukał ktoś. Ja pytam: »Kto jest?«. »Koledzy księdza«. Weszło trzech panów. Przymknęli drzwi. Usłyszałam jak ksiądz upadł na podłogę i zaczął jęczeć. Mówił: »O Jezu, o Jezu!«. Zaczęłam krzyczeć. A ten »Cicho być«, i otworzył marynarkę. Co miał w ręku, to nie wiem. Przylał mi na prawym boku, że miałam znak do trzech miesięcy. Zaczęłam płakać i krzyczeć. Ksiądz na to: »Uciekaj dziecko, uciekaj do dzieci«. Uciekłam...”.

Dawna siedziba KW PZPR w Radomiu (domena publiczna)

S.K.: Ksiądz był przerażony szykanami. Chwilami nie kontrolował swego zachowania. Godzinami leżał w łóżku i jęczał. Tomasz Świtka, ministrant w pelagowskim kościele, wspominał, że spotkał się wtedy z księdzem, który pokazał mu swoje plecy, i że były one sine, czarne jak sutanna. Sam ksiądz wypowiadał jakieś dziwne i niezrozumiałe słowa. Mówił: „Popatrz, lecą bomby, bomby spadają, patrz – w moje plecy trafiają”.

15 sierpnia 1976 r. ksiądz zasłabł w czasie odprawianej mszy św. i stracił przytomność. Nazajutrz przyjęto go do szpitala w Krychnowicach z rozpoznaniem: „Nerwica uogólniona, gastritis chronica, hepatitis”. Lekarz dyżurny stwierdził: „pacjent roztrzęsiony nerwowo, nie może usiedzieć na jednym miejscu, drżenie kończyn, odruch niepokoju i bezsenność”. 17 sierpnia 1976 r. stan zdrowia księdza dramatycznie się pogorszył. „Pacjent biega po salach i wykonuje dziwne, powtarzające się czynności. W godzinach rannych zdradza omamy wzrokowe i słuchowe” – relacjonował personel szpitala. W chwili powrotu świadomości ksiądz informował ordynatora oddziału wewnętrznego, że spotkało go nieszczęście: został pobity we własnej plebanii, i strasznie, okropnie się boi. 18 sierpnia o godz. 8 rano ksiądz Kotlarz zmarł. Sekcja zwłok przeprowadzona przez lekarza dr. Andrzeja Borysowicza wykazała, że przyczyną zgonu była obustronne krwotoczne zapalenie płuc. Mimo wielu świadectw o znęcaniu się nad księdzem, lekarz nie stwierdził obrażeń mogących powstać po pobiciu.

S.K.: Zaznaczmy od razu, że była to tzw. sekcja szpitalna, mająca na celu konfrontację zmian sekcyjnych z rozpoznaniem klinicznym, a więc nie – jak potem z naciskiem podkreślał Borysowicz – sekcja sądowa na zlecenie prokuratury i stąd w dokumentującym ją protokole znalazły się, jak napisano, „uproszczone zapisy”. To ta jednak diagnoza stała się w kolejnych latach podstawą rozstrzygnięć śledczych prokuratury.

A.K.: I zarazem oficjalnego stanowiska władz, które powtarzać będą, że ksiądz zmarł z przyczyn naturalnych. Niestety, wersję tę powtórzy w czasie pogrzebu biskup pomocniczy z Sandomierza Walenty Wójcik, co zdaniem Jana Józefa Lipskiego bardzo utrudniło potem KOR-owi prowadzenie społecznego śledztwa w sprawie ustalenia przyczyn zgonu księdza Kotlarza. Oburzona zachowaniem biskupa była nawet część duchowieństwa. Obecny na pogrzebie ks. Stanisław Drąg, znajomy ks. Kotlarza, stwierdził w złożonej nam relacji, że „biskup powiedział tak jak ubek”.

Robotnicy i płonący Komitet. Inscenizacja protestów radomskich w 2006 roku (fot. Now, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)

P.Cz.: Jak wyglądały próby ustalenia przyczyn śmierci ks. Kotlarza, zarówno w czasach PRL, jak i III RP?

A.K.: To, że sprawa księdza była procedowana w kolejnych latach, zawdzięczamy Komitetowi Obrony Robotników, który już w pierwszym numerze „Komunikatu”, datowanym na 29 września 1976 r., uznał duchownego z Pelagowa za ofiarę represji poczerwcowych. Stało się tak zapewne za sprawą Mirosława Chojeckiego lub Bogumiła Studzińskiego, którzy jeszcze przed formalnym zawiązaniem Komitetu przyjeżdżali do Radomia, szukając kontaktów z osobami represjonowanymi i najprawdopodobniej odwiedzili też Pelagów. Natomiast wspomniane już przez nas tzw. społeczne śledztwo KOR w sprawie zgonu księdza prowadził Wojciech Ziembiński i kontynuował je nawet już po rozstaniu się z Komitetem. Zasłużonemu opozycjoniście udało się zgromadzić imponujący zbiór dokumentów i relacji, w oparciu o które w raporcie przygotowanym dla prymasa Polski stwierdził, że ks. Kotlarz został zamordowany.

S.K.: Takich konkluzji nie przyniosły czynności śledcze prokuratury. Podejmowano je trzy razy: w latach 1981–1982, 1990–1991 i 2008–2013. Kończyły się umorzeniem sprawy ewentualnie – używając prawniczego żargonu – jej niepodejmowaniem. Prokuratura stwierdziła wprawdzie, że ksiądz był kilkakrotnie bity przez funkcjonariuszy SB w Radomiu, ale brak dowodów, by pobicia te miały bezpośredni wpływ na jego zgon, no i nie udało się ustalić nazwisk tych funkcjonariuszy. Podstawą tych werdyktów był oczywiście wspomniany przez nas protokół sekcyjny przygotowany przez dr. Borysowicza – podstawowy dowód w sprawie. Tak na marginesie: w czasie śledztwa w 1991 r. Borysowicz przekazał prokuraturze materiał badania sekcyjnego sprzed 15 lat, który przechował u siebie. Można zapytać: dlaczego trzymał ten materiał tak długo? Dlaczego nie przekazał go wcześniej prokuraturze? I skąd prokuratura miała pewność, że preparaty włączone – w takich okolicznościach – do materiału dowodowego, pochodziły z sekcji zwłok księdza?

Polecamy książkę Szczepana Kowalika i Arkadiusza Kutkowskiego pt. „Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”:

Szczepan Kowalik, Arkadiusz Kutkowski
„Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”
28,99 zł
Wydawca: IPN
Okładka: miękka
Liczba stron: 528
ISBN: 978-83-8098-787-6
EAN: 9788380987876

(aut. IPN, prawa zastrzeżone).

A.K.: Swoistym paradoksem jest, że najistotniejszy – naszym zdaniem – trop śledczy „podpowiedzieli” prokuraturze… uczniowie z Liceum im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, w tym współautor tej publikacji, Szczepan Kowalik. Otóż zbierając materiały do pracy o ks. Kotlarzu na konkurs zorganizowany przez Ośrodek „Karta” dotarli oni do Jacka Nowakowskiego, byłego milicjanta, który opowiedział im o swoim znajomym, byłym funkcjonariuszu SB, mającym jako ostatni widzieć ks. Kotlarza żywego. „Chłopak z desantu, wysoki […] jakby cię wziął za bety, to by cię podniósł do góry, głowę by ci urwało” – tak opisywał go Nowakowski. Przesłuchiwany w prokuraturze Nowakowski relację tę skonkretyzował, co potem pozwoliło zidentyfikować sprawców pobić księdza w gronie funkcjonariuszy grupy „D”, zgodnie zresztą z przytoczonymi wcześniej zapiskami w dokumentacji SB. Niestety: ustaleń nie udało się ująć w formuły prawno-karne, gdyż wspomniani funkcjonariusze w momencie procedowania tego wątku sprawy już nie żyli. Nie dożyli pięćdziesiątych urodzin.

S.K.: Tytułem uzupełnienia: gdy w 1991 r. Prokuratura Wojewódzka w Radomiu wystąpiła do Urzędu Ochrony Państwa o informację, czy w aktach przejętych po likwidowanej SB są materiały dotyczące księdza Kotlarza, otrzymała wprawdzie ich wykaz, ale ograniczony do kilku stosunkowo mało istotnych pozycji. Późniejsza kwerenda przeprowadzona przez IPN znalazła ich znacznie więcej, w tym i wspomnianą notatkę z dekretacją na rzecz Samodzielnej Grupy „D”, która umknęła uwadze „czyścicieli” archiwów. Z naszych ustaleń wynika, że w UOP szukaniem dokumentów zajmował się były funkcjonariusz SB, który w 1989 r. był członkiem trzyosobowej komisji zajmującej się brakowaniem akt. Komisja ta zlikwidowała m.in…. teczkę ks. Kotlarza! To znaczy, że ten sam człowiek najpierw je niszczył, a później ich szukał! W tym sensie sprawa księdza stała się „ofiarą” – jak to ujmujemy w naszej książce – „mieszania się porządków” w pierwszym okresie polskiej transformacji ustrojowej i jej mało przejrzystych jeszcze procedur prawnych. Mówiąc wprost: nie przezwyciężonych pozostałości po PRL i zarządzania częścią jej niechlubnego dziedzictwa przez ludzi związanych z dawnymi służbami.

P.Cz.: Czy istnieją szanse, że śmierć Romana Kotlarza przestanie jednak być „śmiercią nieosądzoną”?

A.K.: Na pewno szansę tę daje rozpoczęty 1 grudnia 2018 r. proces beatyfikacyjny księdza, w ramach którego przesłuchiwani są wszyscy żyjący jeszcze świadkowie mogący złożyć świadectwo o jego pracy duszpasterskiej. Zawsze też można liczyć na odnalezienie nowych dokumentów, niekoniecznie z zasobów IPN.

S.K.: Pamiętajmy również o niezwykłym oświadczeniu, jakie niedługo przed swoją śmiercią złożył emerytowany biskup radomski Edward Materski. Otóż w czasie prezentacji przygotowanej przez radomską delegaturę IPN wystawy poświęconej księdzu, hierarcha dał do zrozumienia, że kilka osób w tajemnicy powierzyło mu informacje na temat zgonu księdza i sumując ten wątek stwierdził: „Trzeba zdecydowanie stwierdzić, że ks. Roman Kotlarz został zamordowany. Nie ma żadnych wątpliwości, że umarł w wyniku pobicia”. Może osoby te odezwą się jeszcze?

Polecamy książkę Szczepana Kowalika i Arkadiusza Kutkowskiego pt. „Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”:

Szczepan Kowalik, Arkadiusz Kutkowski
„Śmierć nieosądzona. Sprawa księdza Romana Kotlarza”
28,99 zł
Wydawca: IPN
Okładka: miękka
Liczba stron: 528
ISBN: 978-83-8098-787-6
EAN: 9788380987876

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Paweł Czechowski
Ukończył studia dziennikarskie na Uniwersytecie Śląskim. W historii najbardziej pasjonuje go wiek XX, poza historią - piłka nożna.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy