Opublikowano
2018-10-09 15:12
Licencja
Wolna licencja

Rudolf Weigl – człowiek, który karmił wszy

Opracował szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu. W trakcie okupacji ocalił tysiące ludzkich istnień. Choć był Niemcem z pochodzenia, za ojczyznę wybrał Polskę. Nie otrzymał Nobla, choć w samym międzywojniu dostał 70 nominacji do nagrody. O Rudolfie Weiglu, postaci niezwykłej, ale też nieco zapomnianej, rozmawialiśmy z Mariuszem Urbankiem, autorem książki „Profesor Weigl i karmiciele wszy”.


Strony:
1 2 3

Paweł Czechowski: Ma Pan na swoim koncie wiele biografii, m.in. Juliana Tuwima czy przedstawicieli słynnej Lwowskiej Szkoły Matematycznej. Dlaczego tym razem zdecydował się Pan napisać akurat o Rudolfie Weiglu?

mariusz urbanek Mariusz Urbanek (ur. 1960) – pisarz i publicysta, absolwent studiów prawniczych na Uniwersytecie Wrocławskim. W przeszłości pracujący m.in. we „Wprost” i „Polityce”, obecnie związany z miesięcznikiem „Odra”. Kierownik Gabi­netu Świad­ków Historii w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich. Autor kilkudziesięciu książek, w tym licznych biografii (fot. Martyna Urbanek, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5). Mariusz Urbanek: Dobór bohaterów moich książek wynika zawsze z chęci poznania bliżej kogoś, kto nie tylko zrobił coś ważnego, nie tylko był wybitnym twórcą lub uczonym, ale stawał w życiu przed decyzjami dramatycznymi. Kiedy musiał wybierać między dobrem i złem w sytuacji, gdy wybór dobra wiązał się ze śmiertelnym zagrożeniem. Rudolf Weigl wszystkie te warunku spełnił. Wielki uczony, który pokonał tyfus plamisty, opracowując pierwszą skuteczną szczepionkę przeciwko tej chorobie, kilka razy otarł się o nagrodę Nobla, w czasie wojny balansował między życiem i śmiercią, a poza tym był bardzo barwnym człowiekiem. Czegóż chcieć więcej?

P. Cz.: Jak to się stało, że pochodzący z niemieckojęzycznej rodziny zamieszkałej na Morawach Weigl został Polakiem? Największy wpływ na to miał jego ojczym, ale przecież język polski jeszcze dość długo nie był jego „pierwszym”...

M.U.: W żyłach Rudolfa Weigla nie było polskiej krwi. Jego przodkowie przyjechali na początku XIX wieku gdzieś z pogranicza Austrii i Niemiec na Morawy i tam otworzyli warsztat, a potem mieli fabrykę montującą samochody, karety i bicykle. Po śmierci ojca Rudolfa – chłopiec miał wtedy cztery lata – matka wyszła za Polaka, nauczyciela gimnazjalnego Józefa Trojnara. I tak zaczęła się polska historia pogromcy tyfusu plamistego. Polskiego zaczął uczyć się mając około siedmiu lat, jego koledzy z gimnazjum wspominali, że miewał na początku spore kłopoty z językiem. Ale dorosły Rudolf Weigl nie miał już w ogóle obcego akcentu.

P.Cz.: Jakie cechy pomogły mu odnieść późniejsze naukowe sukcesy? Kogo wskazałby Pan jako osobę, która najmocniej wpłynęła na naukowy rozwój młodego Rudolfa?

M.U.: Oprócz niezbędnej pracowitości, której Weiglowi nigdy nie brakowało, zwykle o sukcesie, i to w każdej dziedzinie, decyduje pasja, przekonanie, że robi się coś ważnego, nowego, przełomowego. Weigl rozpoczynał studia w czasie, gdy żywa była legenda tzw. łowców mikrobów, takich jak Ludwik Pasteur, Robert Koch czy Paul Ehrlich, którzy znajdowali sposób na choroby, z którymi ludzkość wcześniej sobie nie radziła. Tyfus plamisty był taką właśnie chorobą, w XIX wieku zmarło na tyfus kilkaset tysięcy ludzi, w czasie i po wielkiej wojnie, którą później nazwano pierwszą światową, kilka milionów. To było wyzwanie. A mentorem i mistrzem Weigla był prof. Józef Nusbaum-Hilarowicz, promotor jego pracy doktorskiej i szef katedry na Uniwersytecie Lwowskim. Był uczniem wielkiego Benedykta Dybowskiego, zesłańca na Sybir po powstaniu styczniowym i badacza fauny Bajkału.

Myślę, że Weigl czuł się następcą obu. Z Nusbaumem, jak mówi się dziś, nadawali na tych samych falach, obaj byli fanatycznymi pracoholikami. Nusbaum wymagał od swoich podwładnych pracy siedem dni w tygodniu, a kiedy wreszcie dał im jedną wolną niedzielę, to i tak nie wytrzymał. Wieczorem poszedł – tłumacząc, że to tylko na chwilę – do swojej pracowni. Zastał tam przy mikroskopie… Weigla.

rudolf weigl Rudolf Weigl przy pracy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe nac.gov.pl, domena publiczna) P. Cz.: Metody badań Weigla związane z wszami były niezwykle innowacyjne. Kim byli tytułowi „karmiciele wszy” – kto takim karmicielem zostawał, z jakich pobudek? Nie jest to przecież najprzyjemniejsze zajęcie.

M.U.: Żeby wyprodukować szczepionkę przeciwko tyfusowi plamistemu, potrzebne były zakażone wszy. W czasie wojen czy epidemii było o nie łatwiej, ale do masowej produkcji konieczna była hodowla laboratoryjna. Problemem było bowiem to, że wszy przenosiły zarazki tyfusu z człowieka na człowieka, natomiast nie zakażały się między sobą. Weigl opracował metodę sztucznego zarażania wszy tyfusem, zanim jednak choroba się rozwinęła, ktoś musiał je karmić, czyli pozwolić insektom pić swoją krew. Na początku robili to zaszczepieni oczywiście wcześniej pracownicy Instytutu, ale w miarę rozwoju produkcji szczepionki potrzeba ich było coraz więcej i zatrudniano karmicieli, którym za to płacono. W czasie okupacji niemieckiej i największej produkcji jednocześnie wszy karmiło około półtora tysiąca ludzi.

P.Cz.: Badania Weigla i wynalezienie szczepionki przeciwko tyfusowi, co oczywiste, już w międzywojniu przyniosły mu sławę. Patrząc na przytaczane przez Pana anegdoty, można chyba powiedzieć, że biolog ową sławę bardzo lubił. Czy można by rzec, że nawet do pewnego stopnia się nią „bawił”?

M.U.: Był człowiekiem bardzo dowcipnym, to nie ulega wątpliwości i dziś już nie wiadomo na pewno, które z anegdot prezentujących go jako roztargnionego profesora nieco już starej daty, w dodatku karmiącego własną krwią wszy, były prawdziwe, a które wymyślał sam Weigl. Na przykład o tym, jak przyjechawszy na konferencję naukową do Warszawy zapomniał, w którym mieszka hotelu i potem obdzwaniał kolejne recepcje wypytując, czy przypadkiem nie zatrzymał się tam Rudolf Weigl ze Lwowa.

Oczywiście cieszył się sławą, ale nie dlatego, że przynosiła zaszczyty. Odebrać order i tytuł szambelana papieskiego od papieża pojechał dopiero po paru latach, bo wcześniej szkoda było mu czasu. Ale czasem dostawał nagrody pieniężne i to już było ważne, bo pieniądze przeznaczał na badania. Nauka wtedy też była kiepsko finansowana.

Polecamy książkę Mariusza Urbanka pt. „Profesor Weigl i karmiciele wszy”:

Mariusz Urbanek -
Profesor Weigl i karmiciele wszy - okładka Autor: Mariusz Urbanek
Tytuł: Profesor Weigl i karmiciele wszy
Wydawnictwo: Iskry
Oprawa: twarda z obwolutą
Wymiary: 150 × 235
Druk: Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca
Redakcja: Agnieszka Dziewulska
Data wydania: 2018-10-03
EAN: 9788324410095
ISBN: 978-83-244-1009-5
Cena: 44,90 zł
Kup ze zniżką w księgarni Wydawcy!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy
Paweł Czechowski

Ukończył studia dziennikarskie na Uniwersytecie Śląskim. W historii najbardziej pasjonuje go wiek XX, poza historią - piłka nożna.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org