Autor: Sofka Zinovieff
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, XIX wiek, Historia współczesna, Europa Wschodnia
Opublikowany: 2021-04-28 17:13
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Śladami czerwonej księżniczki

Podobnie jak tysiące rosyjskich arystokratów, Sofka musiała uciekać z Rosji owładniętej rewolucją bolszewicką. Niemal sto lat po narodzinach swojej babci, brytyjska dziennikarka Sofka Zinovieff postanowiła odwiedzić, odkryć i zrozumieć kraj swoich przodków...
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Ten tekst jest fragmentem książki Sofki Zinovieff „Czerwona księżniczka”.

Przyjechałam do Sankt Petersburga Czerwoną Strzałą. Gdy o północy poprzedniego dnia wsiadałam do pociągu na ruchliwym moskiewskim Dworcu Leningradzkim, prezentował się obiecująco – pomalowany na elegancki odcień bordo, z wypisaną na bokach nazwą. Podobało mi się, że ma kolor czerwony – kolor krwi, wolności, miłości i magii, także kolor flagi bolszewickiej, w języku rosyjskim związany ze słowem „piękno”. To odpowiedni kolor dla Sofki i dla mojej podróży. Przed każdym wagonem stała elegancka konduktorka w mundurze, czapce i białych rękawiczkach. Wyglądały, jakby zaraz miały zasalutować. Albo dokona egzekucji. Trudno było wśród żegnających się w ostatniej chwili podróżnych nie pomyśleć o tylu innych rosyjskich podróżach koleją – o legendarnym ekspresie transsyberyjskim, niezliczonych wyjazdach na zesłanie, na wojnę, do łagru, o radosnych powrotach, o uralskiej podróży bez powrotu rodziny Romanowów, o przyjeździe Lenina z Finlandii. I oczywiście o słynnej podróży Anny Kareniny.

Kadr z filmu Anna Karenina z 193 roku. Od lewej Basil Rathbone i Greta Garbo

Miałam też własne wspomnienia. Jako dwudziestoparolatka przez ponad rok mieszkałam w Moskwie, gdzie pracował mój ukochany, Grek, Vassilis. Sofka uważała moją przygodę za bardzo zabawną i domagała się sprawozdań na piśmie. Zanim wyjechaliśmy z Vassilisem z Moskwy do Londynu, komunizm upadł, a ja byłam w szóstym miesiącu ciąży. Przedtem jednak odbyliśmy kilka krótkich podróży do Leningradu (zanim po raz trzeci w ciągu stulecia zmienił nazwę, wracając do oryginalnej). Widzieliśmy letnie „białe noce”, podczas których chodziliśmy wśród tłumów o drugiej nad ranem jak duchy w mlecznej poświacie, i zimowe białe dni, gdy spacerowaliśmy wzdłuż zamarzniętych kanałów i zaśnieżonych parków. Czy to możliwe, że pamiętam z tamtych czasów samowary w pociągach? A może to z jakiejś powieści? Na pewno podawano herbatę w wysokich szklankach z metalowym uchwytem przedstawiającym wizerunki radzieckich lokomotyw.

Były jeszcze podróże Sofki. Kiedy była dzieckiem, babcia zabierała ją pociągiem do położonych w odległych częściach kraju majątków i do wód w Niemczech czy Szwajcarii. Podczas licznych podróży do Francji na pewno jeździły luksusowym pociągiem łączącym Sankt Petersburg i Niceę zwanym „pociągiem wielkich książąt”. Zajmowały cały wagon, w którym mieściła się: dobrze wyposażona sypialnia, garderoba, salon i jadalnia prowadząca do przedziału zajmowanego przez Sofkę i jej opiekunkę, kolejnych przedziałów dla pokojówek i dla służących płci męskiej.

Jedna z budzących respekt, umundurowanych konduktorek wskazała mi mój przedział. Na widok trojga towarzyszy podróży prysły fantazje i wróciłam do rzeczywistości początków XXI wieku. Na dolnej koi piętrowego łóżka – z moim numerem – siedziała rozłożysta kobieta o maleńkich oczkach i ogniście pomarańczowych włosach. Naprzeciw niej zajęła miejsce młoda, krągła Japonka, mówiąca tylko w swoim ojczystym języku i ukradkiem ocierająca łzy oraz pociągający piwo z butelki mężczyzna około czterdziestki o przebiegłym wyrazie twarzy i złotych zębach. Dwoje Rosjan, najwyraźniej gotowych wykorzystać czas na imprezę, przedstawiło się z uśmiechem – Aleksiej jechał odwiedzić syna studiującego w Petersburgu, a Natasza wracała po urlopie do pracy w firmie komputerowej. Powietrze było gorące i cuchnęło alkoholem, starym potem, lokomotywą i zjełczałym masłem. Na nowo przypomniałam sobie, jak obco się czułam, mieszkając w Rosji. Wychowana z rosyjskim nazwiskiem, w rosyjskiej religii, na rosyjskiej literaturze (choć w tłumaczeniu), przy całym uporze mojego ojca, że jestem „w połowie Rosjanką”, spodziewałam się, że będę się czuła w Rosji jak u siebie, chociaż nie znam języka. Prawdziwym szokiem było odkrycie, że wszystko, co do tej pory znałam, to na wpół zapamiętane, przefiltrowane przez dwa pokolenia wspomnienie przedrewolucyjnej Rosji. Mój ojciec organizował grzybobrania w rosyjskim stylu, próbował przekonać mnie i moich dwóch braci, że miska obrzydliwego kwaśnego mleka to przepyszna pustokwasza. Kiedyś spędził całe wieki, robiąc drewnianą, stożkowatą formę, żebyśmy mogli zrobić prawdziwą słodką paschę do wielkanocnego kulicza. Ale to w żaden sposób nie przybliżyło mi Rosji radzieckiej, tak jak lektura Turgieniewa nie pomogła mi zrozumieć jej struktury politycznej.

Natasza od razu przejęła dowodzenie. Wyprosiła nawet wszystkich z przedziału, żebym mogła się przebrać do snu i namówiła Japonkę na zamianę łóżek (całe szczęście, bo nie wiem, jak wdrapałaby się na górną koję). W końcu wszyscy znaleźli się w swoich łóżkach, ale wcale nie było łatwo zasnąć. Ramię Aleksieja niebezpiecznie zwisało nade mną w ciemnościach, Natasza okropnie śmierdziała, a na dodatek chrapała straszliwie przez całą noc.

Kiedy rano dotarliśmy na przedmieścia Sankt Petersburga, było szaro i mokro, choć lato miało się dopiero ku końcowi. Natasza obudziła mnie dość brutalnie, twierdząc, niezbyt zgodnie z rzeczywistością, że już dojeżdżamy. W pośpiechu spożyłam śniadanie w postaci salami o smaku czosnkowym, bułki i Kit-Kata z nieapetycznego pudełka. Japonka wciąż ocierała łzy. Było mi niedobrze ze zmęczenia i chciało mi się płakać. Nagle cała podróż wydała mi się stratą czasu. Egzystencjalne pytanie Gogola: „Rosjo, czego ode mnie chcesz? Jaka niewyjaśniona więź nas łączy?” zmieniło się w: „Rosjo, czego ja chcę od ciebie?”. Wiedziałam, że nie pozostał nikt, kto miałby związek z Sofką. Jej współcześni dobiegaliby teraz setki, ale i tak niemal wszyscy po rewolucji uciekli. Nielicznych, którzy pozostali, uwięziono lub stracono albo zmienili nazwiska i trafi li gdzie indziej jako ktoś inny. Ponury nastrój przeminął jednak, kiedy konduktorka przyniosła mi zamówioną (i opłaconą w kopiejkach) herbatę z cytryną. Nadal podawano ją w wysokich szklankach, a wrzątek pochodził z elektrycznego samowara na korytarzu.

Leningrad w 1991 roku (fot. fdecomite; CC-BY-2.0)

Na stacji oskubał mnie młody taksówkarz, który nalegał na zapłatę w obcej walucie. Pojechaliśmy przez zaspane miasto, słuchając warczącego rosyjskiego rapu. Kiedy ostatni raz widziałam ten kraj, dopiero co upadł Związek Radziecki. Rosjanie myśleli o tym, że czas zapomnieć o kolejkach za chlebem, opóźnionej wypłacie pensji, pustych półkach, szarych ubraniach i wyschniętym trupie Lenina, wciąż jeszcze straszącym na placu Czerwonym. Przygotowywali się na zbiór obiecywanych owoców demokracji i kapitalizmu. Teraz wydawało się, że kolejny sen przeminął, a Rosję czekają kolejne transformacje i cierpienia. Słyszałam, co prawda, że w Moskwie pojawiło się mnóstwo najdroższych w Europie hoteli, restauracji, butików i luksusowych aut. Stołeczna elita buduje coraz bardziej ostentacyjne wille, a autorzy bestsellerów prześcigają się w opisach zbytków, w których żyją nowobogaccy – od chirurgii plastycznej poprzez zagraniczne wakacje po domowych masażystów i markowe ubrania. Ale duża liczba Rosjan żyje w nędzy, mówi się też, że epidemia AIDS przyczynia się do spadku średniej długości życia. Sankt Petersburg tymczasem pozostał w tyle za rozwijającą się stolicą.

Znajomy powiedział mi, iż niektórzy filmowcy doszli ostatnio do wniosku, że jest to jedyne europejskie miasto, które bez dodatkowych zmian może wystąpić w roli powojennego Berlina. Zarezerwowałam sobie kwaterę przy ulicy Bolszaja Morskaja. Taksówka stanęła przed budynkiem o ładnej, żółtobrunatnej fasadzie, maskującej ponury i brudny dziedziniec pełen błotnistych wybojów i chwastów. Wyliniały pudel obwąchiwał coś pesymistycznie, a w domu ktoś uciszał płaczące niemowlę. Z okna na pierwszym piętrze, niczym z ramy XIX-wiecznego portretu, spoglądał na mnie mężczyzna z długą, tołstojowską brodą.

Pchnęłam metalowe drzwi, wchodząc na zawilgoconą klatkę schodową o wybiałkowanych ścianach. Poczułam się jak intruz, który wtargnął do powieści Dostojewskiego.

Moja gospodyni, Irina Siergiejewna, była niewysoką kobietą około sześćdziesiątki, o krótko ostrzyżonych blond włosach, zadbanych paznokciach i ciepłym sposobie bycia. Duże, ciemne mieszkanie, do którego mnie wpuściła, miało wysokie sufity i ściany zdobione starymi, wzorzystymi tapetami. Wąski korytarz prowadził do pokoju po frontowej stronie budynku, z widokiem na kanał Mojki i pomalowany na ekstrawagancki, kanarkowy odcień żółci Pałac Jusupowa. To był Petersburg marzeń, „brat wody i morza” – jak ujął to Osip Mandelsztam, Petersburg luksusowych rezydencji na brzegach kanałów i ociekających przepychem cerkwi; zamieniona w kamień wizja Piotra Wielkiego, most prowadzący w przeszłość do XVIII-wiecznych fajerwerków Oświecenia. Z tej perspektywy mogłam sobie śmiało wyobrazić, że komunizm był tylko jednym z etapów w historii tego „cudu Północy” (zwanego potocznie Piterem), niezwykłym XX-wiecznym eksperymentem, który teraz przeszedł na zawsze do historii. Kiedy jednak moja gospodyni zaczęła swoją opowieść, zdałam sobie sprawę, że ten moment jeszcze nie nadszedł.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Sofki Zinovieff „Czerwona księżniczka” bezpośrednio pod tym linkiem!

Sofka Zinovieff
„Czerwona księżniczka”
39,90 zł
Wydawca: Bellona
Okładka: miękka
Liczba stron: 300
Format: 135×215 mm
EAN: 9788311161702

Ten tekst jest fragmentem książki Sofki Zinovieff „Czerwona księżniczka”.

– Wynajmowanie pokoi to jedyny sposób, żeby przeżyć – wyjaśniła Irina Siergiejewna, która pracowała kiedyś jako naukowiec, a teraz za skromną opłatą wynajmowała cudzoziemcom pokoje ze śniadaniem. Szybko weszła w rolę mojej petersburskiej matki i kiedy tak pomagała mi się rozgościć w moim pokoju, zrozumiałam, że mam szczęście, iż na nią trafiłam. Później opiekowała się mną podczas choroby, biegała po sklepach za najlepszym kefirem i pomagała mi w poszukiwaniu korzeni Sofki. Była jedną z tych archetypicznych silnych Rosjanek, których cierpienie tylko zwiększa ich odwagę i zdolność przetrwania. – Jest bardzo ciężko – kontynuowała. – W czasach radzieckich przynajmniej o coś dbali, malowali schody raz na trzy lata. Były darmowe lekarstwa, a gdy coś się zepsuło, przychodzili to naprawić. – Mówiła do mnie po rosyjsku tak długo, jak pozwalała na to moja słaba znajomość języka, a kiedy tej nie wystarczało, przechodziła na ostrożny, powolny angielski, by po jakimś czasie znów przerzucić się na rosyjski. Taka metoda komunikacji sprawdzała się nad podziw dobrze.

Bolszewik, obraz Borysa Kustodijewa z 1920 roku

– Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nienawidzę komunistów – mówiła Irina Siergiejewna. – Kiedy Gorbaczow przyjechał tu pierwszy raz, wyszliśmy na ulice witać go kwiatami. Ale teraz go nienawidzimy. Obcokrajowiec tego nie zrozumie. Teraz w Rosji nie ma pracy, mamy przestępczość, wojnę w Czeczenii, skinheadów na ulicach, a emerytura wynosi sto rubli. Widuję staruszki liczące kopiejki, by sprawdzić, ile jajek mogą sobie kupić. To nie do wytrzymania…

W kuchni Irina Siergiejewna posadziła mnie przy okrągłym stole, na którym stały już: piękna zastawa, dżem w kryształowej miseczce i wazon z kolorowymi ogrodowymi kwiatami. Usmażyła naleśniki i zaparzyła kawę. Pod nogami plątał się jej pies pekińczyk, zamiatając podłogę pysznym ogonem. – Jana, Januszka, kochanie… – zagruchała, podnosząc z podłogi łagodne stworzenie i czule je całując. Po drugiej stronie dziedzińca widać było „tołstojowskie” okno. – Wszyscy ludzie mieszkający po drugiej stronie dziedzińca pracowali w Teatrze Maryjskim. Nadal mieszkają w lokalach komunalnych – wyjaśniła Irina Siergiejewna. – Najgorsze jest to, że nie mają nawet łazienki, tylko toaletę. Muszą raz w tygodniu chodzić do bani, publicznej łaźni. A we frontowej części budynku jest restauracja… bywający tam Rosjanie potrafią na jeden posiłek wydać sto euro.

Po śniadaniu zmęczona brakiem snu, ale z odrobiną nadziei w sercu wyszłam do miasta. Może i nie ma już ludzi, którzy pamiętaliby Sofkę, ale tutaj, w jej mieście, mogę chodzić po jej śladach, widzieć miejsca, które ona widziała i nawiązać z nią jakiś kontakt poprzez dzielące nas dziesięciolecia. Poszłam prosto na Nabrzeże Angielskie, gdzie przyszła na świat. Pogoda się zmieniła i nastał jasny, słoneczny dzień. Gdy dotarłam na brzeg Newy, znad szerokiej, błękitnej rzeki wiała słona bryza. W czasach młodości Sofki nabrzeża były modnym miejscem spacerów, pełnym eleganckich oficerów w kolorowych mundurach, młodych kobiet w towarzystwie przyzwoitek, całych rodzin, które wychodziły zaczerpnąć świeżego powietrza. Zimą wynajmowało się trojkę. Ciągnięty przez trzy konie powóz po ośnieżonych drogach i przez zamarzniętą rzekę sunął na wyspy.

Wciąż jest to romantyczne miejsce. Przemianowane na Nabrzeże Czerwonej Floty w czasach, gdy Petersburg był miastem Lenina, wróciło dziś do dawnej nazwy. Młode pary przychodzą tu na spacery, dziewczęta trzymają bukiety od swoich wielbicieli. Jednym z ulubionych powiedzonek Sofki było: „Jeśli masz pieniądze na dwa bochenki chleba, kup jeden i jakieś kwiaty”. Niewątpliwie mieszkańcy Petersburga praktykują tę mądrość. Dosłownie co druga osoba niesie kwiaty. Minęło mnie kilku marynarzy z szerokimi, białymi wstęgami na białych czapkach. Szli w stronę okrętu Aurora, który w 1917 roku wystrzelił pierwszy pocisk w kierunku Pałacu Zimowego. Cała scena nie mogła się zbytnio różnić od tych, które widywała Sofka podczas swoich pierwszych spacerów z wiejską nianią. Tradycyjnie do opieki nad niemowlętami najmowano wiejskie kobiety. Można je zobaczyć na starych zdjęciach, czasem ubrane w ładne chłopskie stroje z charakterystycznym ludowym nakryciem głowy, trzymające pulchne utytułowane niemowlęta. Sofka zapamiętała szeroką, płaską twarz swojej niani, „niepodobnej do opiekunek w literaturze rosyjskiej”, bo „wcale nie opowiadała bajek ani nie śpiewała piosenek”. Spacerowały jednak obok Miedzianego Jeźdźca, posągu Piotra Wielkiego autorstwa Falconeta, zgodnie z legendą związanego z losem miasta. Patrzyłam na pływające po rzece statki, od eleganckich jachtów po ciężkie barki, i myślałam o Sofce. Z drugiego brzegu Newy, z Wyspy Wasiliewskiej, gdzie Piotr założył swoje święte miasto, spoglądały na mnie takie same piękne fasady budynków.

[…]

To były niezwykłe czasy. Rosja była bogatsza niż kiedykolwiek wcześniej, handel kwitł, a rewolucyjni terroryści przycichli. Powoli odchodziła w zapomnienie upokarzająca porażka w wojnie z Japonią i rzeź krwawej niedzieli roku 1905, gdy wojsko i policja ostrzelały pokojową demonstrację robotniczą. Liberałowie wciąż mieli nadzieję, że kraj zreformuje się sam, rewolucjoniści stracili zapał, a przebywający na wygnaniu Lenin skarżył się, że nie doczeka dnia rewolucji. Sankt Petersburg był u szczytu kulturalnego rozkwitu zwanego srebrnym wiekiem. Rosyjscy malarze, poeci, pisarze, muzycy i tancerze wyznaczali europejskie trendy, trudno było nadążyć za nowymi ruchami – symboliści, moderniści, akmeiści i futuryści rywalizowali o uwagę opinii publicznej z dyletantami, buntownikami, rewolucjonistami, pamflecistami, pornografami, cyganerią… Kręgi dworskie mogły tego zbytnio nie dostrzegać, ale Sankt Petersburg wrzał. Był to ostatni szalony rozkwit, zanim wojna i rewolucja zmiotły wszystko.

Krwawa niedziela. Wojska w Sankt Petersburgu (Bundesarchiv, Bild 183-S01260 / Unknown / CC-BY-SA 3.0)

Sofka urodziła się w konserwatywnym środowisku petersburskiej arystokracji, ale wokół świat się zmieniał – nad miastem latały pierwsze samoloty, oglądano pierwsze filmy (ogromnie popularne), pierwsi śmiałkowie zakładali w domach telefony. Kiedy Sofka była niemowlęciem, Diagilew zabrał swoje Balety Rosyjskie na występy do Paryża, a jej rodzice słuchali być może pierwszych koncertów muzyki Strawińskiego i Prokofiewa, podziwiali grę aktorską Sarah Bernhardt i słuchali śpiewu legendarnego basa Fiodora Szalapina. Jest wysoce prawdopodobne, że skusił ich także skandalicznie erotyczny taniec Wacława Niżyńskiego w Teatrze Maryjskim.

Próbując szczęścia, zadzwoniłam do drzwi domu pod numerem siedemdziesiątym i wchodząc na korytarz, wyjaśniłam cel swojego przybycia siedzącej za biurkiem kobiecie. Przerwała wyjadanie miękkiego białego sera z foliowego woreczka i zadzwoniła po kierownika. Uprzejmy pan z trockistowską bródką z widoczną przyjemnością wysłuchał opowieści o mojej babci. Informacja, że była z rodziny Dołgorukich, zrobiła na nim tak duże wrażenie, że wbrew sobie poczułam się bardzo dumna. Wiedziałam, że rodzina Dołgorukich była jednym ze starych rosyjskich rodów – miałam różne dokumenty przedstawiające genealogię rodu aż do księcia Ruryka Kijowskiego, który żył w IX wieku. W 1154 roku Dołgoruki założył Moskwę. „Długie ręce” (nazwisko pochodziło stąd, że protoplasta słynął z pamiętliwości i mściwości wobec wrogów) łączyły bliskie relacje polityczne i uczuciowe z rodziną Romanowów. Mimo to nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie wrażenie może wywrzeć to nazwisko na współczesnych Rosjanach, zauroczonych carską przeszłością i spoglądających na te trudne, choć malownicze czasy przez różowe okulary. Gdy już raz poznałam wartość rodowego nazwiska mojej babki, postanowiłam bezwstydnie posługiwać się nim na każdym kroku, w nadziei, że zachęci ludzi do rozmowy ze mną. Rzeczywiście, zdziałało cuda. Pamiętałam o przestrogach dziadka Kiryła dotyczących żałosnych rosyjskich emigrantów ględzących w nieskończoność o niegdysiejszej wielkości i bogactwie swoich rodów. – Robią to prawie zawsze ci, którym w ich własnym życiu się nie powiodło. Mój ojciec ostrzegał nas, by nigdy nie mówić o minionej chwale – mówił dziadek. Ale nie potrafiłam sprostać tak wysokim wymaganiom.

„Trocki” wyjaśnił, że w budynku mieścił się kiedyś instytut naukowy, ale obecnie dom był w trakcie przebudowy na centrum handlowe połączone z salą konferencyjną i hotelem. Miały się tu także znaleźć teatr i kawiarnia. – Cały budynek ma zostać odnowiony w przedrewolucyjnym stylu i umeblowany antykami – poinformował. – Projektanci muszą się ściśle stosować do wskazówek konserwatora. Po remoncie dostanie pani u nas apartament prezydencki – zażartował. Zapytałam, kto jest fundatorem projektu – Rosjanie czy obcokrajowcy?

– Rosjanie, Rosjanie… – zaśmiał się gorzko „Trocki”. – Rosjanie ukradli już dość pieniędzy. Wszyscy są teraz bandytami. Za czasów radzieckich może i było surowiej, ale człowiek był pewny jutra. – „Trocki” potrafił w dziwaczny sposób idealizować jednocześnie dwa oblicza dwudziestowiecznej Rosji, postrzegane zwykle jako przeciwstawne. Potrafiłam sobie wyobrazić, że wobec chaotycznych przemian dnia dzisiejszego zarówno surowa opiekuńczość państwa radzieckiego, jak i dostojeństwo i elegancja czasów carskich miały swój urok.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Sofki Zinovieff „Czerwona księżniczka” bezpośrednio pod tym linkiem!

Sofka Zinovieff
„Czerwona księżniczka”
39,90 zł
Wydawca: Bellona
Okładka: miękka
Liczba stron: 300
Format: 135×215 mm
EAN: 9788311161702

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Sofka Zinovieff
(Ur. 1961) brytyjska pisarka i dziennikarka, doktor antropologii Uniwersytetu w Cambridge.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy