Opublikowano
2009-03-24 02:54
Licencja
Wolna licencja

„Strzelisz bracie, to mało ci głowy nie urwie!” Broń ppancerna we wspomnieniach polskich żołnierzy

Polski żołnierz miał sposobność używać praktycznie każdego typu broni wyprodukowanej przed i podczas drugiej wojny światowej. Co ważniejsze, korzystał z niej w rozmaitych sytuacjach i warunkach klimatycznych. Ci, którzy przeżyli zostawili po sobie wiele świadectw pozwalających spojrzeć z ciekawszej perspektywy na temat z pozoru nudny – broń przeciwpancerną.


Zobacz też: 1 września 1939 roku i kampania wrześniowa - jak Niemcy zaatakowały Polskę?

Dla żołnierza podstawową umiejętnością jest opanowanie budowy i obsługi podstawowej broni powierzonej jego trosce i opiece – karabinu. Tylko niektórzy stają się specjalistami. Tak samo działo się podczas II wojny światowej. Na cały batalion piechoty tylko kilkanaście bądź kilkadziesiąt osób miało okazję obsługiwać karabin bądź też rusznicę przeciwpancerną, co czyni ich wspomnienia jeszcze cenniejszymi. Autorzy używali różnych stylów, od spokojnej chłodnej relacji po barwne opisy pełne swobodnego języka. Każda z nich pokazuje historykowi sferę nie ujętą w regulaminach – związanie się z nieporęczną bronią na śmierć i życie.

Pocisk przeszedł na wylot jak przez masło – karabin przeciwpancerny wz. 35

Kampania Wrześniowa obfitowała w wiele starć z niemiecką bronią pancerną. Ciężar walki z nią spoczywał na artylerii różnych kalibrów, ale często do akcji wkraczała tajna broń Wojska Polskiego, zwana dziś popularnie „urugwajem”. Była to broń, jak na owe czasy, bardzo nowoczesna1. Dzięki doskonałej amunicji była w stanie przebić pancerz praktycznie każdego czołgu. Niestety, z racji klęski i powojennej polityki, niewielu żołnierzy Września mogło zostawić swoje wspomnienia dla potomnych w formie pisemnej. Jednak te, które ukazały się drukiem, dostarczają bezcennych informacji.

Najważniejsze dla nas są te pozwalające ocenić skuteczność karabinu. Najczęściej zapis wygląda podobnie do przytoczonej relacji: Porucznik Morawski z 4 szwadronu celnymi strzałami z karabinu przeciwpancernego unieruchomił dwa następne czołgi.2 Czasem są trochę bardziej „gorące”: Mam przed sobą kilka czołgów, w odległości około 400 m. Byłem wobec nich sam z plutonem. Wydałem rozkaz otwarcia ognia dopiero, gdy zbliżą się na 200 m. Trafiliśmy z kb ppanc trzy czołgi, które zaczęły się palić. Do wyskakującej załogi wystarczył ogień erkaemu i karabinków.3

Najrzadsze są wspomnienia zawierające dokładniejszy opis ostrzelanego celu. Składało się na to kilka przyczyn, a najczęstszą z nich było opanowanie pola bitwy przez Niemców. Czasem jednak los dopisywał Polakom: Sam wyrwał strzelcowi rusznicę przeciwpancerną i otworzył ogień na bliskie czołgi. Po chwili udało mu się unieruchomić, a wreszcie zmusić do milczenia jeden z nich. Jak stwierdziliśmy po walce, w samotnym pojedynku człowieka z czołgiem zwyciężył por. Groniowski, gdyż od strzałów jego rusznicy, które wielokrotnie przebiły pancerz, legła cała załoga.4

Ci żołnierze, jak wielu im podobnych, przeprowadzili najważniejszy test każdej konstrukcji, czyli zastosowanie w prawdziwej walce. Dzięki nim w prosty i przejrzysty sposób opisano skutek lat starań polskich inżynierów, dopełniając w ten sposób tabele z danymi i opisy działania pocisku. Potwierdzają też osiągnięcie polskiego kontrwywiadu – Niemcy na czas nie dowiedzieli się o nowej broni i nie wzmocnili pancerzy swoich czołgów.

Istnieje też ciekawa relacja pochodząca z późniejszego okresu. Jej autorem jest pan Czesław Michurski posługujący się pseudonimem „Rom”, zastępca komendanta obwodu BCh. W trudnych warunkach konspiracyjnych ukrył tę nieporęczną broń, przywiązując ją do pala podtrzymującego stożek siana. Jako że nie znał właściwości karabinu, postanowił sprawdzić ja na improwizowanym poligonie: Zaopatrzyłem się przy tym w stary lemiesz od pługa, owinięty gazetą, jako cel próbnego przestrzelenia rzekomego czołgu. Ciemno było, choć oko wykol, lecz przytwierdzony sznurkami do wysokiej sosny lemiesz, owinięty w biały papier, widoczny był z odległości kilkudziesięciu metrów. Pamiętając, że w podchorążówce trafiałem do celu bez pudła, załadowałem jeden z pięciu dostarczonych naboi i... trafiłem w górną najgrubszą część lemiesza. Pocisk przeszedł na wylot jak przez masło i utkwił w pniu drzewa5

Nie był to koniec historii tej broni, część służyła przez długi czas partyzantom różnych formacji jako broń przeciwpancerna i snajperska. Jeden egzemplarz być może wyjechał na zachód, przemycony przez góry, niestety brak o nim jakichkolwiek informacji.6

Made in England – Boys...

Po zakończeniu Kampanii Wrześniowej Polacy wszelkimi drogami uciekali do Francji. Kraj ten nie posiadał jednak broni ppanc piechoty, polegając w tej dziedzinie na lekkich działkach 25mm. Dopiero po przejściu pod brytyjskie dowództwo polski piechur otrzymał broń przeciwczołgową. Tym razem był to karabin przeciwpancerny Boys.

Jego „rodowód” można wyprowadzić prawie że bezpośrednio od karabinu Tankgewehr z pierwszej wojny światowej. O ile sama konstrukcja wyglądała nowocześnie, to amunicja była przestarzała już w 1939 roku. Dla polskich żołnierzy był to jednak niewątpliwie pewien skok, nie zawsze pozytywny. Kb. ppanc. wz. 35 był w zasadzie powiększonym karabinem systemu Mauzera z dodanym hamulcem wylotowym. Boys natomiast posiadał własny sprężynowy opornik, zbiornik z olejem, wystający do góry magazynek, a przede wszystkim potężne kopnięcie. Brało się ono z jednej prostej przyczyny, a mianowicie strzelania silną amunicją 13.9X99B7.

Żołnierze zapoznający się z tą bronią mieli dość mieszane uczucia, jednak szybko nauczyli się korzystać z jej właściwości: Jest wśród nich karabin przeciwpancerny typu Boys. Jest to jedyna tu broń, której muszkę ustawia się nie pod cel, ale w sam jego środek. Karabin ten powoduje przy wystrzale piekielny huk, od którego długo dzwoni w uszach.(...)najmilszą rozrywką było wygarnąć niespodziewanie w latrynę, jeśli siedział tam któryś z kolegów(...)Największą uciechę sprawiał wojak niemiecki lub włoski. Wyrywali sobie wtedy wszyscy Boysa (...) żeby przygrzać facetowi. Nigdy jednak z powodu tego gorączkowego pośpiechu nie zdarzyło się, aby któryś z przeciwników odniósł szwank od naszego karabinu przeciwpancernego. Ale co się nakłaniał naszym pociskom, to się nakłaniał i napadał...8

Komentarzy autorstwa kolegów, którym przerwano tak drastycznie ich chwilę samotności autor wspomnień niestety nie zamieścił.

Pod koniec wojny Boys, praktycznie nieskuteczny już od 1941 roku, został wyręczony z roli broni ppanc przez broń zwaną PIAT (o której za chwilę). Sam jednak nie zniknął z wyposażenia, służąc jako karabin wielkokalibrowy: Nawet rusznice przeciwpancerne poszły w ruch. Rozwalały węgły domów, jak sita dziurawiły żywe cele (...)Niemiecki „w Moerdijk szarpany” przyczółek mostowy na południowym brzegu Mozy przestał istnieć.9 Każda armia na świecie ma tendencję do „chomikowania” broni i amunicji, czy jest to dozwolone przez zwierzchników czy nie. W tym wypadku, wyszło to żołnierzom na dobre.

…i PIAT

PIAT (fot. Balcer, Licencja: CC ASA, źródło: Wikipedia). Rok 1944 przyniósł polskim żołnierzom nową broń – wspomniany PIAT. Pełna nazwa to projector, infantry, anti-tank, czyli przeciwpancerny projektor piechoty; w uproszczeniu zwany miotaczem10. Stanowił on potomstwo w prostej linii „Bombardy Blackerna”, jednej z rozpaczliwie konstruowanych broni z gorącego 1940 roku. Brytyjczycy zrezygnowali z silnego ładunku miotającego na rzecz sprężyny, dzięki której specjalny pręt wyrzucał pocisk z niewielkiego korytka. Przed strzałem strzelec poruszając całą obudową musiał ją napiąć11. W teorii detonacja małego ładunku na dnie pocisku powinna napinać ją za strzelca, w praktyce jednak różnie to wychodziło. PIAT posiadał jednak znacznie większe możliwości penetracyjne niż Boys, dlatego żołnierze szybko polubili nową broń.

Samo przezbrojenie i zapoznawanie się nie przechodziło bezboleśnie: Otrzymaliśmy nową broń o nazwie piat.(...) Krótko mówiąc piat to granatnik przeciwpancerny. Waży około 15 kilogramów.(...) Zaraz przy drugim strzelaniu „piętka” pocisku odskoczyła przy wybuchu w tył i zraniła w nogę Władka Jagiełłę.12 Składano rzecz jasna skargi na problemy ze sprężyną, ale doszukano się także innych wad: Dwa piaty jak rozprute apteki, biały dym, że go pewnie z piwnic Arnhem widać, co za samobójcza broń te piaty.13

O broni przeciwpancernej, przede wszystkim granatniku PIAT, pisał w swoich wspomnieniach Profesor Maciej Bernhardt

Najciekawsze opisy tej broni pozostawili po sobie polscy powstańcy, do których docierały one drogą powietrzną. Pośród ton pyłu i brudu mechanizm sprężynowy miał sposobność do pokazania swoich wad w całej okazałości: Do tej każdej cholery powinni zrzucić brygadę mechaników!(...) Strzelisz bracie, to mało ci głowy nie urwie! A jak pocisk wyleci już z lufy, to się komora zamkowa tak zatka sprężyną, że żaden diabeł jej stamtąd nie wyciągnie!(...) Ja z tego strzelać nie będę.14 Nawet niezapiaszczone, przyprawiały swych właścicieli o ból głowy: _Cała sztuka polega na naciągnięciu sprężyny za pierwszym razem, która jest bardzo twarda. Z mojej piątki udaje się to tylko “Ostremu” i “Edwardowi”. Dużej siły wymaga również samo strzelanie z piata – trzymać go musi przy tym dwóch ludzi. Po każdym strzale sprężyna sama się już naciąga15. Jak widać, była to dość szorstka miłość.

(...) strzela bardzo celnie, ale za to piekielnie głośno – PTDR i PTRS

Swoją porcję wspomnień pozostawili także żołnierze wchodzący w skład 1 i 2 Armii Wojska Polskiego, zmierzający do Polski ze wschodu, razem z Armią Czerwoną. Na wyposażenie otrzymali dwa rodzaje rusznic przeciwpancernych – PTRD-41 i PTRS-4116. Obydwie konstrukcje strzelały amunicją 14.5X114. Różnice polegały na tym, że konstrukcja Diegtariewa działała prawie jak zwykły karabin piechoty, Simonowa była rusznicą samopowtarzalną. Zgodnie z obowiązującymi trendami, obie były maksymalnie uproszczone i pozbawione jakichkolwiek zbędnych elementów. Nie były to rzecz jasna „Wunderwaffe”, jednak pozwalały na zwalczanie transporterów i pojazdów rozpoznawczych, a w sprzyjających warunkach na uszkodzenie lub zniszczenie czołgu. Z czasem stały się bronią snajperską, przeciwsprzętową i przeciwlotniczą17.

Zapoznając się z relacjami żołnierzy z ww. jednostek, trzeba pamiętać o jednym. Dla przeciętnego czerwonoarmisty czy też członka „ludowego” WP każdy czołg był Tygrysem, a każdy StuG czy Jagdpanzer Ferdynandem18. Z tego powodu bardzo trudno jest określić rzeczywistą skuteczność tej broni, acz nie odbiera to innych walorów tym relacjom.

Jak w każdym dobrym związku, ważne jest pierwsze wrażenie: _Najpierw ostre strzelanie z karabinu, pepeszy i rusznicy ppanc. (...) Strzelaliśmy w płytę z czołgu około 5 cm grubości. Odległość do celu 100 m. Pierwszy strzał i nadzwyczajne wrażenie (...) Okazało się, że rusznica ma doskonały amortyzator, zupełnie nie kopie, strzela bardzo celnie, ale za to piekielnie głośno.19 W relacji tej brak niestety jednego, mianowicie opisu warunków fizycznych strzelającego, bo tylko osoba mocno zbudowana mogła nazwać broń tego kalibru nie kopiącą. Relacje z frontu wyglądają zazwyczaj dość blado: _(...) z bliskiej odległości zniszczył z rusznicy jednego „tygrysa” Strz. Antoni Magryn (...) Został później postrzelony przez załogę unieruchomionego czołgu.20

Swoje przeżycia mieli okazję spisać też powstańcy, którzy otrzymali kilkaset sztuk tej broni. Trafiała do nich poprzez zrzuty, a także dzięki desantowi zza Wisły. W warunkach braków w każdej dziedzinie uzbrojenia, było to mile widziane uzupełnienie: Albo te ich karabiny przeciwpancerne, nazywają je peteery. Mieć takich parę sztuk i człowiek by gwizdał na czołgi. -Na lekkie. Podobno Panter ani Tygrysów one nie biorą.-Wszystko jedno, przydały by się.21 Jak słusznie zauważył cytowany powstaniec, poza transporterami i przestarzałymi czołgami włoskimi, niewiele pozostało pancernych celów w Warszawie do zwalczenia tą bronią. Niestety, czasem jej użycie skutkowało tylko i wyłącznie ujawnieniem swego stanowiska: St. strz. Stanisław Lipski „Staszek” leżał przy rusznicy radzieckiej (...) wypalił cały magazynek w kierunku nadciągającego czołgu, mierząc w nasadę wieży. Pięć pocisków błysnęło na pancerzu, maszyna stanęła i skierowała działo w kierunku ogrodzenia. Rąbnął pocisk, jeden i drugi.22

Jak już wspomniałem, z czasem rusznice kierowano do innych celów. Dzięki nim nawet ukryty za solidną osłoną nieprzyjaciel nie mógł się czuć bezpieczny: Przecież rusznica przebija swoim 14-milimetrowym pociskiem około dwóch metrów sypkiego piasku. Można więc próbować przestrzelić bunkier. Mierzę poniżej kominka w nasyp. Strzał, potem drugi, trzeci... piąty. Wybiłem cały magazyn. Celowniczy popatrzał przez moje szkła. Wszystkie pięć pocisków trafiło w cel. Kominek przestał dymić.23 Opis, zgrabnie skonstruowany, ma rzecz jasna sugerować, że ludzie w ziemiance zginęli. Sam tekst dostarcza jednak dowodów na rzecz skromniejszą – albo rura odpadła od „kozy”, albo Niemcy przestali palić w piecu.

I co z tego wynika?

Powyższe wyliczenie w żadnym wypadku nie zamyka typów broni przeciwpancernej piechoty używanej przez żołnierzy polskich w kraju czy za granicą. Nie jest to nawet kompletny zbiór wszystkich relacji żołnierskich w tym temacie. W założeniu (mam nadzieję spełnionym) wybór różnych świadectw ma przypominać o jednym. Bardzo łatwo, badając dowolny rodzaj broni, ugrząźć w gąszczu regulaminów, tabel i wyników testów poligonowych. Są one o wiele łatwiej dostępne niż relacje, rozproszone po tysiącu i jednej książek, nie zawsze dostępnych i trudnych do wyłowienia pośród tysięcy innych, nie dających odpowiedzi na stawiane przez nas pytania. Tymczasem to służba polowa obnaża prawdziwe wady i zalety danej konstrukcji. Niekiedy są to drobne niedoróbki, czasem żołnierze przekonują się że ich broń jest całkowicie nieskuteczna. Najlepszym źródłem informującym o takich wypadkach są właśnie relacje żołnierzy, jako że nie wszystkie informacje, z różnych względów, docierają do wydawnictw oficjalnych.

Zobacz też

  1. Powstanie i po powstaniu – wspomnienia Profesora Macieja Bernhardta
  2. Trudne początki słynnej „bazooki”

Bibliografia

  1. Dec Władysław, Narwik i Falaise, Warszawa 1958.
  2. Drozdowski Bohdan, Arnhem. Ciemne światło, Warszawa 1980.
  3. Instrukcja walki miotaczem przeciwpancernym Wzór I Wielka Brytania 1943 Przedruk sekcji wydawniczej APW, b.m.w., 1944.
  4. Juchniewicz Mieczysław, Szlakiem 36 Łużyckiego pułku piechoty, Warszawa 1959.
  5. Karaszewski Bogumił, Partyzancka broń, Warszawa 1980.
  6. Kaska Adam, Desant, Warszawa 1978.
  7. Konieczny Andrzej, Pelc-Piastowski Jerzy, Wisła ruszyła o świcie, Katowice 1984.
  8. Królikowski B., Ułańska jesień, Lublin 2002.
  9. Lesław M. Bartelski, Mokotów 1944, Warszawa 1986.
  10. Łyżwa Jerzy, Od Wisłoka do Czarnej Elstery, Warszawa 1959.
  11. Majewski Adam, Wojenne opowieści porucznika Szemraja, Lublin 1975.
  12. Pamiętniki żołnierzy baonu "Zośka". Powstanie Warszawskie, wybr. i opr. Tadeusz. Sumiński, Warszawa 1981.
  13. Radwański Tadeusz, Karpatczykami nas zwali, Warszawa 1978.
  14. Satora Kazimierz, Polski karabin przeciwpancerny wz. 35 (UR), [w:] „Wojskowy Przegląd Historyczny”, 2/156, Warszawa 1996.
  15. Wojciechowski Bronisław, W powstaniu na Mokotowie, Warszawa 1989.

Przypisy

1 Podobnie jak w wypadku innych konstrukcji opisanych w tym artykule, powstrzymałem się od opisu właściwości technicznych broni i amunicji. Są to kwestie wystarczająco wyczerpująco opisane w literaturze i internecie, by powstrzymać się od przepisywania ich w tej pracy.

2 A. Konieczny, Jerzy Pelc -Piastowski, Wisła ruszyła o świcie, Katowice 1984, s. 74.

3 B. Królikowski , Ułańska jesień, Lublin 2002, s. 262.

4 K. Satora, K. Satora, Polski karabin przeciwpancerny wz. 35 (UR), [w:] „Wojskowy Przegląd Historyczny” 2/156, Warszawa 1996, s. 164.

5 B. Karaszewski, Partyzancka broń, Warszawa 1980, s. 131.

6 M. Wańkowicz, Monte Cassino, Warszawa 1989, s. 319

7 Wypada dodać, że amunicja ta była dość silna, by nabić strzelcowi solidnego siniaka, ale za słaba, by skutecznie zwalczać niemieckie średnie czołgi. Wystarczy zresztą spojrzeć na amunicję stosowaną w T-gew ( 13X92SR), by zdać sobie sprawę z jej słabości.

8 T. Radwański, Karpatczykami nas zwali, Warszawa 1978, s. 95-96.

9 W. Dec, Narwik i Falaise, Warszawa 1958, s. 279.

10 Tłumaczenie słowa „projector” sprawia trochę trudności; aby być w zgodności z funkcją broni wypadało by wyjść od polskiego określenia „rzutnik”, co jednak brzmiałoby dość dziwnie. Dlatego trzeba pochwalić polskich wojskowych, stosujących termin „miotacz”, patrz: Instrukcja walki miotaczem przeciwpancernym Wzór I Wielka Brytania 1943 Przedruk sekcji wydawniczej APW, b.m.w., 1944.

11 Musiał przy tym naciskać siłą rzędu 90 kilogramów.

12 A. Majewski, Wojenne opowieści porucznika Szemraja, Lublin 1975, s. 229.

13 B. Drozdowski, Arnhem. Ciemne światło, Warszawa 1980, s. 224.

14 Pamiętniki żołnierzy baonu „Zośka”. Powstanie Warszawskie, wybr. i opr. T. Sumiński, Warszawa 1981, s. 382.

15 B. Wojciechowski, W powstaniu na Mokotowie, Warszawa 1989, s. 111.

16 Nazwa tej broni w polskiej terminologii od lat wywołuje spory, sam jestem zwolennikiem utrzymania terminologii wojsk które jej używały tj. pisać „rusznica”, zamiast sprowadzać niejako wszystko do jednego „mianownika”, czyli terminu „karabin przeciwpancerny”.

17 Finowie wprowadzając L-39 do zwalczania samolotów przerobili je i zapewnili odpowiednie podstawy, Rosjanie kazali po prostu swoim żołnierzom skierować broń w niebo, tak jak ich Mosiny. Co dziwniejsze, czasem udawało się im zestrzelić jakiś nisko lecący samolot zwiadowczy lub transportowy.

18 Podobne pomyłki zdarzały się żołnierzom różnych armii, a nawet dziś niektórzy autorzy mylą Panzerkampfwagen IV z założonymi osłonami z Pz.Kpfw. VI. Żołnierz na polu bitwy troszczył się rzecz jasna o przetrwanie, dopiero potem, jeśli w ogóle, przypominał sobie tablice rozpoznawcze. Czytając jednak wspomnienia żołnierzy alianckich z frontu wschodniego ma się wrażenie, ze Niemcy poza Tygrysami i Ferdynandami nie mieli właściwie innych wozów bojowych, co najwyżej jakieś ciężarówki. Stąd też konieczność zachowania odpowiedniej ostrożności.

19 J. Łyżwa, Od Wisłoka do Czarnej Elstery, Warszawa 1959, s. 57.

20 M. Juchniewicz, Szlakiem 36 Łużyckiego pułku piechoty, Warszawa 1959, s. 133.

21 A. Kaska, Desant, Warszawa 1978, s. 86.

22 L.M. Bartelski, Mokotów 1944, Warszawa 1986, s. 523.

23 J. Łyżwa, op. cit., s. 145.

Zredagował: Kamil Janicki

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Maciej Bernhardt |

Ciąg dalszy \"PIAT\'a Strzelanie z PIATa wymagało uprzedniego naciągnięcia spreżyny iglicy. Opanowanie tej czynności wymagało dość dużej siły, zręcz- ności, opanowania chwytów i ruchów. Uczyli nas tego w Kampinosie żołnierze mający już duże doświadczenie z PIATami. Uczyli jak odblo-kowywać iglicę i zwalniać (powoli) jej sprężynę. Zdarzało się bowiem, że cel \"uciekł\" i trzeba było rozładować PIATa. Wysiłek przy odbloko- waniu był chyba nawet większy niż przy napinaniu. T.zw. \"pusty strzał\" (bez pocisku) groził uszkodzeniem mechanizmu iglicy. Napinanie sprężyny iglicy \"na leżąco\" było dużo trudniejsze niz \"na stojąco\", dla tego też przed zajęciem stanowiska ogniowego należa- ło napiąć sprężynę, a po zakończeniu akcji zwolnić ją. Serdeczne pozdrowienia dla Autora omawianego tekstu. P.S. Nie byłem w plutonie osiłkiem, raczej dość przeciętnym pchor. Napinałem i zwalniałem na stojąco tę nieszczesną sprężynę maksi- mum 3 razy (raz za razem). \"Rekord\" w plutonie to podobno 7 razy.



Odpowiedz

Cóż, pojawienie się tej kwestii było do przewidzenia :) Kwestia utrzymania/nieutrzymania tajemnicy istnienia tego karabinu to temat na całkiem niezłą rozprawę...po której autor zapewne musiałby uciekać za granicę. W literaturze można znaleźć rozmaite wiadomości, mniej lub bardziej wiarygodne. Najciekawszą jest opisanie wypadku zdobycia informacji o kb. ppanc. wz. 35 tuż przed wybuchem wojny przez niemieckiego agenta (z przyjemnością napisał bym coś więcej, ale książka ta utonęła w którymś ze stosów). Niekiedy pojawiają się też opisy odkrywania faktu istnienia tej broni dopiero przy niszczeniu sprzętu przed przejściem przez granice rumuńską. Nie zawsze też te karabiny są w słynnych skrzyniach ze sprzętem optycznym, tylko np. w skrzyniach z instrumentami orkiestry pułkowej. Z drugiej strony mamy liczne relacje nt. użycia broni, tudzież odbywania szkoleń przed wojną w jej użyciu. \"Ur\" był też na tyle podobny do zwykłego karabinu, że strzelać z niego mógł nieprzeszkolony żołnierz, choć zgodzę się z Tobą co do problemów z konserwacją i naprawą. Dużo tu wyjaśniła by instrukcja, ale tej jak nie było tak nie ma, ani w Polsce ani za granicą, a niestety nie mam worka pieniędzy na wyjazdy... Największą komplikacją związaną z utajnieniem karabinu była chyba niewiara w jej skuteczność. W końcu tylko przeszkoleni strzelcy mieli okazję obejrzeć przebite płyty, na polu walki rzadko kiedy było to możliwe. Trudno tez oczekiwać od broni tego kalibru spektakularnych fajerwerków po trafieniu. Swego czasu duże nadzieje wiązałem z akcją prowadzoną przez muzeum w Białymstoku, które to prowadziło akcję zbierania informacji o użyciu bojowym \"Urugwaja\". Niestety, albo nie przyniosła ona żadnych efektów, albo nie udostępniają ich osobie z \"zewnątrz\". Stawiam niestety na to pierwsze. Pomimo różnych wątpliwości i zażartych dyskusji można, moim zdaniem, uznać za pewnik dwie rzeczy-Niemcy nie dowiedzieli się o nowej broni na czas, i była ona szeroko używana.



Odpowiedz

Gość: mac ap |

[o karabinach ppanc w Kampanii Wrześniowej] \"Potwierdzają też osiągnięcie polskiego kontrwywiadu – Niemcy na czas nie dowiedzieli się o nowej broni\". Owszem. Tak skutecznie ją chronili, że także polscy żołnierze często nie zdążyli się przeszkolić w jej obsłudze, nie potrafili jej naprawiać ani konserwować.



Odpowiedz

Witam Serdecznie! Dziękuję bardzo za wartościowy wpis. Jest mi tez niezmiernie miło, że poświęcił Pan swój cenny czas na lekturę artykułu. Jako jego autor, musze jednak podjąć próbę jego obrony :) Najpierw kwestia sprężyny. Gdyby całe zadanie miał załatwić ładunek miotający w podstawie pocisku, całą konstrukcję można by wyrzucić zastępując ją np. mechanizmem od zwykłego karabinu powtarzalnego. Wspomniany ładunek miotający pełnił dwojaką funkcję-miał cofać sprężynę i wspomóc lot pocisku. Taki mechanizm zastosowano też w \"przodku\" PIAT-a, bombardzie Blackerna. Zgodzę się za to z opisem działania ładunku kumulacyjnego. W swym artykule nie wchodziłem jednak w tego typu detale, bo po pierwsze każdy kto liznął chociaż sprawę uzbrojenia ppanc to zjawisko doskonale zna, a po drugie samo zjawisko kumulacji opisałem kiedyś w skrócie w http://histmag.org/?id=1197, i nie widzę sensu opisywania tego samego w każdym artykule. Natomiast uwaga o trzymaniu broni przez dwóch ludzi nie pochodzi ode mnie, a z pracy pana Wojciechowskiego. Materiał archiwalny pokazuje, że PIAT (w rękach spadochroniarzy, wiec ludzi silnych i wyszkolonych) lekko podskakiwał. Pozwolę sobie tez zauważyć, że użył Pan terminu \"stosunkowo\" w odniesieniu do odrzutu. Najwidoczniej dla jednych był on silniejszy, dla innych słabszy. Chciałbym też zapytać Pana o jedną rzecz. Wspominał Pan o trenowaniu napinania \"na zimno\". Spotkałem się w jednej z instrukcji z informacją, że zwalnianie sprężyny \"na socho\" jest zabronione, gdyż może to prowadzić do deformacji broni. Jak ta kwestia wyglądała w praktyce?



Odpowiedz

Gość: Maciej Bernhardt |

Zaskoczyła mnie bardzo krytyczna ocena granatników ppanc. PIAT. W naszym batalionie \"Żubr\" miały one bardzo dobrą opinię i zniszczyły wiele zołgów, umocnień oraz gniazd karabinów maszyno- wych (te ostatnie sprawdziłem sam). Uwaga, że wymagały dwóch ludzi do trzymania podczas strzału jest całkowicie błędna. Miałem okazję kilkakrotnie strzelać z PIATA i byłem zaskoczony jego stosunkowo słabym odrzutem. Amunicyjny był potrzebny przed strzalem do wyjęcia zapalnika z chroniącego go \"opakowania\", wlożenia do czubka pocisku i zakręcernia osłony na jego czubku. Napięcie iglicy rzczywiscie wymagało dość dużego wysiłku, a w pozycji leżącej, bez uprzedniego treningu, było bardzo trudne. Ale po 10 - 12 próbach (na zimno) można było to opaniować. W tekście błędnie podano, że zadaniem iglicy (pręta o średnicy ok. 10 -12 mm) było wyrzucenie pocisku na - 100m. (donośność dla celnego strzau). Iglica uruchamia ładunek wyrzucający pocisk. Tylna część pocisku jest przez nią prowadzona. Należało też dodać, że pociski PIATA nie przebijały pancerza, lecz dzięki specjalnemu kumu- lacyjnemu ładunkowi przepalały pancerz o grubości do 100 mm i zapalały wewnątrz czołgu wszystkie elemnty palne. Często powodo-wały wybuch amunicji w czołgu



Odpowiedz
Łukasz Męczykowski

Doktor nauk humanistycznych, specjalizacja historia najnowsza powszechna. Absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu Gdańskiego. Miłośnik narzędzi do rozbijania czołgów i brytyjskiej Home Guard. Z zawodu i powołania dręczyciel młodzieży szkolnej na różnych poziomach edukacji. Obecnie poszukuje śladów Polaków służących w Home Guard.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org