Opublikowano
2012-09-24 19:39
Licencja
Wolna licencja

Tadeusz Ołdak – „Wampir z Warszawy”

Mniej więcej w tym samym czasie, w którym dzieje się akcja „Złego” Leopolda Tyrmanda, w Warszawie grasuje Tadeusz Ołdak zwany „Wampirem z Warszawy”. I chociaż milicja mogłaby nadać mu ten sam przydomek, co bohaterowi powieści, miał on z nim niewiele wspólnego.


Prawie każdy czytający „Złego” prędzej czy później zaczyna pałać pewnego rodzaju sympatią do tytułowego bohatera. W przypadku Tadeusza Ołdaka nie grozi to nikomu.

Pomimo prężnej odbudowy lewostronnej części stolicy niemało tam jeszcze było opuszczonych kamienic i niewybuchów. Inaczej rzecz się miała po stronie praskiej, która uległa jedynie nieznacznym zniszczeniom podczas wydarzeń drugiej połowy 1944 roku. I właśnie tam tętniło życie, a większość powracających mieszkańców znalazła tymczasowe lokum, które w jakże malowniczy sposób w swoim powojennych felietonach opisał Wiech. Właśnie tam, na Grochowie, Gocławiu i w Aninie działał Tadeusz Ołdak. Wiosną 1950 roku po Warszawie rozniosła się wieść, że w mieście zaczął grasować seryjny morderca, bardzo szybko okrzyknięty mianem „Wampira z Warszawy”.

Brama kamienicy na ul. Targowej 14 w Warszawie. Praga, tradycyjny stołeczny „zaklęty rewir”, stał się miejscem działalności „Wampira z Warszawy” (fot. Alina Zienowicz, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska).

Pierwszą ofiarą niepozornego i cichego mężczyzny była Waleria Ł. 7 kwietnia ranne słońce odsłoniło światu zbrodnię. Przy torach kolejowym oddalonych o około 50 metrów od ul. Podskarbińskiej idący tamtędy ormowiec ujrzał zmasakrowane zwłoki kobiety. Od razu powiadomił milicję, która niezwłocznie udała się na miejsce zbrodni. Sprawca poszarpał ubranie ofiary i obnażył dolną część jej ciała. W toku śledztwa ustalono następujące fakty: kobieta była duszona wojskowym niemieckim pasem, o czym świadczyły otarcia na szyi. Narzędzie zbrodni znaleziono niedaleko zwłok. Z klamry paska próbowano usunąć dewizę Gott mit uns. Najprawdopodobniej należał on do sprawcy. Ofiara zginęła jednak od licznych ciosów w twarz, zadanych przy pomocy kamienia, również znalezionego obok denatki. Morderca już po zabiciu ofiary zgwałcił ją. W notatce sporządzonej przez śledczych założono, że morderca dokonał swojego czynu w innym miejscu i następnie przeciągnął zwłoki na ulicę Podskarbińską. Nieco inną wersję przedstawili dróżnicy PKP, utrzymujący, że słyszeli krzyki niedaleko przejazdu kolejowego. Próba użycia psów do wykrycia tropu nie dała efektu. W początkowej fazie śledztwa były pewne problemy z identyfikacją zwłok. Dopiero po kilku godzinach śledczy dowiedzieli się, że ofiarą była Waleria Ł., czterdziestoletnia owdowiała matka dwójki dzieci. Zgodnie z zeznaniami świadków była ona widziana wieczorem poprzedniego dnia w towarzystwie nieznanego mężczyzny.

Pomimo rozpoczętego śledztwa sprawca nie został wykryty, nie pozwolił jednak zapomnieć o sobie i uderzył miesiąc później. 7 maja w godzinach porannych do 17. komisariatu Milicji Obywatelskiej, weszła, słaniając się na nogach, w poszarpanym ubraniu, dwudziestoletnia Irena L. Poprzedniego dnia, kiedy wracała z kina około godziny 23.00, na ulicy Żymirskiego zaczepił ją mężczyzna. Po krótkiej szamotaninie zaciągnął ją na znajdujące się nieopodal pole i zgwałcił. Kiedy leżała na ziemi, sprawca, najspokojniej w świecie, zaczął jej opowiadać o sobie. Powiedział, że nazywa się „Zygmunt” zapytał ją również, gdzie mieszka. Gdy wskazała niedalekie budynki, skwitował, że mieszka w domu Kazka Szmaciaka. Po chwili zagroził, że zaraz zacznie ją dusić i kazał iść nad Jeziorko Gocławskiego, gdzie ponownie ją zgwałcił. Jak później zeznał, był przekonany, że Irena L. zginie tej nocy, dlatego powiedział jej dużo o sobie.

W czasie godziny, którą spędził ze swoją ofiarą nad brzegiem jeziora, żalił się między innymi na kalectwo swojego ojca, mówił o swojej pracy, gdzie miało być dużo reflektorów, wspomniał również o wyburzonych przed laty barakach. Dziewczyna miała dużo czasu, aby przyjrzeć się oprawcy. Ubrany był w rodzaj munduru, na głowie miał rogatywkę, zaś u lewej dłoni brakowało mu dwóch palców. W końcu morderca postanowił skończyć rozmowę i zabić swoją ofiarę. Wyciągnął sznurek i zaczął dusić kobietę, jednak nie wystarczyło mu siły, aby dokończyć dzieła. Zirytowany, zaczął rozglądać się za kamieniem, którym mógłby roztrzaskać jej głowę. Irena L. wykorzystała ten moment i wskoczyła do wody. Ołdak wpadł w szał, zaczął kopać piasek i krzyczeć, dziewczyna była jednak uratowana. Przez dwie godziny czekała w trzcinach, po czym uciekła i udała się do komisariatu. Istnieją dwie różne wersje późniejszych wydarzeń. Zgodnie z książką Kto zabija człowieka Irena L. poszła od razu do komisariatu MO, natomiast Stanisław Szczepaniak w swoim artykule pisał, że udała się najpierw do domu.

Jakikolwiek nie byłby przebieg wydarzeń, efekt ostateczny był taki sam. W toku śledztwa ustalono, że w pobliżu miejsca zdarzenia znajdował się dwudziestoletni Wiesław M. Zgodnie z jedną z wersji, uciekł on z domu i 6 maja ukrywał się w stogu siana opodal jeziora. Nie miał on zresztą dwóch palców u lewej ręki, co zgadzało się z rysopisem. Na okazaniu jednak Irena L. zdecydowanie zaprzeczyła, aby on mógł być sprawcą. Śledczy dostali jednak istotną informację: w pobliskim baraku faktycznie mieszkał Kazek Szmaciak. Nie kojarzył on jednak żadnego okaleczonego Zygmunta.

Morderca nie kazał jednak na siebie czekać – 8 maja nasycił swoją chęć mordu. Na terenie ogródków działkowych przy ulicy Żymierskiego odkryto zwłoki 20-letniej Wandy W. Śledczy ustalili, że została ona uduszona, zaś ciało przeniesiono i przysypano ziemią. Dziewczyna została zgwałcona, co więcej, sprawca zabrał ze sobą jej ubranie. Po przesłuchaniu świadków prowadzącym sprawę milicjantom zaczął malować się następujący przebieg wydarzeń. Pracująca w wolskim sklepie WSS Maria W. po zakończeniu pracy udała się do swojej koleżanki, z którą pożegnała się o godzinie 22.00. Z Woli złapała tramwaj numer 24, którym pojechała na Grochów. Wtedy ślad po niej zaginął. Następnego dnia rano zaniepokojona matka rozpoczęła poszukiwania córki, trafiając do ogródków działkowych, gdzie od gapiów dowiedziała się o odnalezieniu zwłok. Przerażona zidentyfikowała swoje dziecko.

Morderca ponownie uderzył cztery dni później. Do szpitala Ministerstwa Zdrowia została przewieziona zgwałcona dziewczyna. Ofiarą okazała się Barbara F., mieszkanka Anina. Zeznania dwudziestolatki dały milicji kolejne istotne informacje. Morderca swoją ofiarę próbował wybrać jeszcze na terenie stacji kolejowej, gdzie proponował nieznanej kobiecie pomoc w niesieniu paczki. Po kategorycznej odmowie swoje zainteresowanie skierował ku Barbarze F. Początkowo poszedł za nią w boczną uliczkę, następnie zapytał o jakąś zmyśloną ulicę, a chwilę później zaczął ją dusić. Dziewczyna straciła przytomność, co najprawdopodobniej uratowało jej życie. Kiedy się ocknęła, zorientowała się, że została zgwałcona i odarta z ubrania. Nie była w stanie podać śledczym dokładnego opisu sprawcy, zeznała jednak, że był ubrany po cywilnemu.

Milicja rozpoczęła zakrojone na dużą skalę poszukiwania. Skupiono się przede wszystkim na trójkącie Grochów-Gocław-Saska Kępa. Poszukiwano człowieka, o którym wiedziano, że należał do którejś ze służb mundurowych. Co więcej, u lewej ręki brakowało mu dwóch palców. Wiadomo również, że przed wojną mieszkał w zburzonych w 1933 roku barakach. W końcu udało się odnaleźć jednego ze starych ich mieszkańców – Stanisława Z., który wskazał na pozostałe mieszkające tam rodziny. Dosyć szybko odkryto, że jednym z ich mieszkańców był Józef Ołdak, a jeden z jego synów nie miał dwóch palców u lewej ręki.

Schwytanie gwałciciela-mordercy było jednym z najważniejszych zadań pionu kryminalnego MO w początkach lat 50. Na zdjęciu - milicyjna Warszawa na zdjęciu współczesnym (fot. Starscream, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).

Na przesłuchanie wezwano obydwu młodych Ołdaków: Jerzego i Tadeusza. Stawił się jedynie ten pierwszy, gdyż jego brat uciekł ze swojego mieszkania w dniu otrzymania wezwania na milicję. Przez 28 dni morderca ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości. Milicji udało się zidentyfikować miejsce jego pobytu dzięki przechwyceniu listów, które wysyłał do żony. 10 czerwca został zatrzymany w miejscowości Tchórznica w domu jego kuzyna Jana B. Początkowo udawał, że nie wie, z jakiego powodu został aresztowany, jednak po pewnym czasie dał za wygraną i przyznał się.

Aby dobrze zrozumieć całą sprawę, należy cofnąć się do 22 lipca 1925 roku, kiedy rodzinie robotnika rolnego Józefa Ołdaka przyszedł na świat pierworodny syn Tadeusz. Podobnie jak w przypadku innych seryjnych morderców, również i jego rodzinny dom nie był oazą spokoju. Przyzwyczajony do widoku maltretowanej i wykorzystywanej seksualnie matki, wychował się w braku poszanowania dla kobiet. Jak sam zeznał podczas przesłuchania: Ojciec pracował w murarstwie. Co zarobił to przepijał. Były awantury. Bił matkę, Mieszkaliśmy w jednej izbie. Wszystko widziałem. Nawet jak się kochali.

Nauka w szkole nie była atutem przyszłego „Wampira z Warszawy”. Powtarzał pierwszą klasę podstawówki aż trzy razy, drugą i trzecią dwa razy. Udało mu się skończyć cztery klasy i na tym zakończył edukację. Do końca życia miał problemy z czytaniem i pisaniem. Jego życie nie należało do najlżejszych. W 1941 roku po raz pierwszy poszedł do prostytutki, następnie eksperymentował w „domach schadzek”, jednak ponieważ wiązały się z tym pewne koszty, został zmuszony do kradzieży. Zakradał się wtedy na bocznice kolejowe i kradł węgiel lub groch. Niejednokrotnie był łapany przez straż kolejową, która go dotkliwie biła. Jego rozbuchany popęd seksualny kazał mu jednak nie rezygnować z procederu. W 1944 roku został zesłany do obozu pracy w Westfalii i na roboty przymusowe do Harten. Z niemieckiego obozu oswobodzili go Amerykanie, po czym wrócił do Polski.

W kraju był związany przez pewien czas ze znacznie starszą od siebie kobietą. W wyniku krótkotrwałego związku zaraził się chorobą weneryczną. Pozostawił kochankę, wcześniej sprzedając jej mieszkanie, i uciekł na Śląsk. Kiedy przepił wszystkie pieniądze, postanowił wrócić do Warszawy i zamieszkać z rodzicami. Był już wtedy uzależniony od alkoholu.

W roku 1946, kiedy pijany jechał tramwajem, uderzył głową w słup i wypadł z pojazdu. Pod jego kołami stracił dwa palce lewej ręki. Zgodnie z inną wersją palce stało się to jeszcze podczas pracy przymusowej w Niemczech. W 1949 roku ożenił się i niedługo potem urodziło mu się dziecko. Po chwili wytchnienia ponownie wpadł jednak w alkoholizm i zaczął tracić panowanie nad sobą. Jak sam zeznał:

Dużo piłem i z tego te napady. Mocno się podniecałem widokiem kobiet, a to, że nie mogłem nawiązać normalnego kontaktu, bardzo mnie denerwowało. Po pierwszym zabójstwie, gdy wróciłem do domu, żona leżała już w łóżku. Nie spała. Spytała mnie, czy nie spotkałem po drodze matki, bo była wieczorem w odwiedzinach. Gdy to usłyszałem, myślałem, że mnie piorun strzeli. Opadłem na łózko i beczałem. Darłem włosy z głowy, gryzłem do krwi swoje palce. Pomyślałem bowiem, że kobieta, którą zatłukłem kamieniem i zgwałciłem, to mogła być moja matka.

Podczas swoim zeznań wyjaśnił wiele kwestii. Wytłumaczył m.in. to, że opowiadał o sobie Irenie L., ponieważ przekonany był, że ją zabije. Każdej ze swoich zbrodni dokonał pod wpływem alkoholu, jednak z pełną świadomością.

31 stycznia 1951 roku został ogłoszony wyrok na jednego z brutalniejszych morderców powojennej Warszawy. „Wampir z Warszawy” za swoje zbrodnie został skazany na śmierć. Wyrok został wykonany 10 kwietnia 1951 roku..

Bibliografia

  • Stukan J., Polscy seryjni mordercy, Zdzieszowice 2009;
  • Sygit B., Kto zabija człowieka, Warszawa 1989;
  • Szczepaniak S., „Wampir” Warszawy, „Problemy Kryminalistyki”, 1965, nr 54.

Redakcja: Tomasz Leszkowicz
Korekta: Agnieszka Kowalska

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Akron |

Prawdziwi bandyci boją się tylko jednego-kary śmierci.Po wykonaniu kary śmierci zawsze w więzieniu było trzy dni ciszy./ZK Nowogard na Pomorzu,lata minione/



Odpowiedz

Gość: Khrtr |

To raczej brak kary śmierci jest wyrazem bezsilności społeczeństwa, które pogrąża się w pacyfiźmie, tzw. prawach człowieka i niebezpiecznych programach reedukacyjnych, zapominając o samej karze (patrz: luksusowe warunki więzienne itp.). Takie upadłe społeczeństwo jest bezsilne, bo nie potrafi nawet należycie ukarać osób, które odbierają życie innym, czym łamią podstawowe zasady współżycia społecznego. "Czapa" zawsze ograniczy ilość zabójstw (czy w ChRL czy w USA). Napisałem o tym wcześniej. To logika. W USA natomiast instytucję k.s. wspomaga dodatkowo prawo do posiadania broni.



Odpowiedz

Gość: Mim |

Kara śmierci jest wyrazem bezsilności społeczeństwa. Już abstrahując od stawania w jednym rzędzie z mordercami. A np. w USA czy Chinach hurtowa czapa nic nie ogranicza.



Odpowiedz

Gość: Khrtr |

@Mim "Gdybyż, gdybyż.." A gdybyż tak wampir przeszedł wewnętrzną przemianę a następnie kolejną i tak oto powróciłby do serii morderstw? Bo wcześniej wypuszczono by go jako rzekomo zresocjalizowanego. Iluż wypuszczonych znów mordowało. Kara śmierci poza tym, że jest sprawiedliwa, działa odstraszająco na innych potencjalnych morderców. Mało jest twardzieli, którzy nie boją się stryczka. A tak zabijają, bo wiedzą, że w razie wpadki, będą co najwyżej siedzieć w celi na koszt podatników. A jak będą grzeczni, to może i wyjdą na wolność. Tak więc "czapa" siłą rzeczy ogranicza ilość zabójstw.



Odpowiedz

Gość: Mim |

A gdybyż tak wampir ów przeszedł wewnętrzną przemianę? Mnóstwo skazanych na śmierć nawraca się, zajmuje działalnością charytatywną, odczuwa skruchę. Jednak mordercy, którym brakuje śmiałości, wyręczają się państwem, by zabijać podobnych ludzi, mimo że z apelami o złagodzenie kary występują papież, dalajlama czy inne osobistości.



Odpowiedz
Paweł Rzewuski

Absolwent filozofii i historii Uniwersytetu Warszawskiego, doktorant na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Publikował w „Uważam Rze Historia”, „Newsweek Historia”, „Pamięć.pl”, „Rzeczpospolitej”, „Teologii Politycznej co Miesiąc”, „Filozofuj”, „Do Rzeczy” oraz „Plus Minus”. Tajny współpracownik kwartalnika „F. Lux” i portalu Rebelya.pl. Wielki fan twórczości Bacha oraz wielbiciel Jacka Kaczmarskiego i Iron Maiden.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org