Te zdjęcia mogły wylądować na śmietniku, czyli jak 6000 negatywów ożywiło historię dawnego Białegostoku

opublikowano: 2026-06-10, 06:20
wszelkie prawa zastrzeżone
Niewielki album fotograficzny z giełdy staroci zapoczątkował jedno z najciekawszych odkryć archiwistycznych w regionie. Dzięki sile lokalnej społeczności udało się odnaleźć autora blisko 6000 negatywów, które przez 40 lat przeleżały w ukryciu. O unikalnym projekcie „Miastowieś”, cyfryzacji historycznych kadrów oraz o potędze fotografii, która ratuje od zapomnienia nieprzypudrowaną codzienność PRL-u, rozmawiamy z autorem zdjęć oraz Mariuszem Bieciukiem, koordynatorem przedsięwzięcia realizowanego przez Centrum im. Ludwika Zamenhofa.
reklama
(fot. Janusz Kalinowski)

Janusz Kalinowski na przełomie lat 70. i 80. uwiecznił swoim aparatem nieoficjalne, reporterskie życie miasta, doskonale chwytając moment transformacji i uderzający kontrast między ginącymi, drewnianymi domkami a rosnącymi osiedlami z wielkiej płyty. Teraz jego zdjęcia można podziwiać m.in. w internecie.

Magdalena Mikrut-Majeranek: Historia pozyskania fotograficznego archiwum brzmi niemal jak scenariusz filmowy. Jak doszło do tego, że niewielki album anonimowych negatywów z giełdy staroci doprowadził Państwa do zgromadzenia monumentalnej, bo liczącej aż 6000 zdjęć, kolekcji?

Mariusz Bieciuk: Nasze archiwum społeczne działa już od kilkunastu lat. Jeden z kolekcjonerów, pan Andrzej Ściński, przyniósł do nas album zawierający około tysiąca klatek. Zdigitalizowaliśmy je, a po publikacji na naszej stronie internetowej wywołały bardzo duże zainteresowanie. Zauważyłem, że wśród zdjęć znajdują się autoportrety. Wrzuciłem więc na lokalną, historyczną grupę jeden z nich z pytaniem: „Czy ktoś zna tego chłopaka?” Podałem też czas, kiedy mniej więcej zdjęcie zostało wykonane. W zaledwie pół godziny zdobyłem numer telefonu do autora fotografii. Tak udało się nam go odnaleźć. Co więcej, okazało się, że pan Janusz ma tych zdjęć znacznie więcej.

Fotografie są unikalne. Pokazują historię Białegostoku, o której obecnie już niewiele się wie, a jeszcze mniej mówi. Na kliszy udało się uchwycić proces urbanizacji miasta, kiedy wyburzano drewnianą zabudowę i zastępowano ją blokami z wielkiej płyty. To mało udokumentowany okres w dziejach naszego miasta, dlatego te reporterskie zdjęcia pana Janusza są dla nas bardzo cenne.

(fot. Janusz Kalinowski).

Ich odkrycie, błyskawiczne zidentyfikowanie autora i wyeksponowanie fotografii pokazuje siłę lokalnej społeczności. Jak zareagował Pan na fakt, że po ponad 40 latach dawne fotografie wywołały tak ogromne zainteresowanie i zostały ponownie „odkryte”?

Janusz Kalinowski: Byłem bardzo zaskoczony i zdziwiony, kiedy zobaczyłem, że moje zdjęcia zostały opublikowane w Internecie. Nie wiedziałem w jak sposób mogły tam trafić, ponieważ zdjęcia cały czas leżały u mnie w domu. Wszystko wyjaśniło się kiedy zadzwonił do mnie pan Mariusz i wyjaśnił, że negatywy zostały przekazane do Centrum im. Ludwika Zamenhofa. To była piękna niespodzianka. Zdjęcia odnalazły się po 40 latach, a przecież równie dobrze mogły wylądować na śmietniku.

Czy zajmował się fotografią zawodowo, czy była to tylko młodzieńcza pasja?

Janusz Kalinowski: To była tylko młodzieńcza pasja. Zdjęcia wykonywałem jeszcze w czasach licealnych podczas zajęć pozalekcyjnych, ponieważ szkole mieliśmy kółko fotograficzne.

(fot. Janusz Kalinowski).

A co najbardziej Pana interesowało i przyciągało?

Janusz Kalinowski: Interesowały mnie sytuacje nieoczywiste i nieoficjalne. Fotografowałem życie codzienne, ludzi, mijane budynki. Wszystko. Były to zdjęcia niepozowane. Interesowało mnie wyłapywanie sytuacji dokumentujących życie miasta jak na przykład procesja Bożego Ciała. Posiadam zdjęcie człowieka leżącego wówczas na chodniku, którego inni przechodnie po prostu omijali... Z kolei podczas pochodu pierwszomajowego uchwyciłem kadr, na którym widać panów, prawdopodobnie ze służb specjalnych, w płaszczach, z lornetkami, obserwujących tłum z dachu sklepu. Później, po ukończeniu szkoły, zupełnie o nich zapomniałem. Robiłem już tylko zdjęcia rodzinne, najczęściej podczas wakacji.

reklama

Na zdjęciach uwieczniono Białystok z przełomu lat 70. i 80. XX wieku w okresie silnych przemian, w tym zanikającą drewnianą zabudowę dawnej dzielnicy Chanajki oraz rozwój osiedli z wielkiej płyty. Taki materiał, w przeciwieństwie do sztampowych zdjęć prasowych, to przecież doskonała historia społeczna.

Janusz Kalinowski: Tak, to był ogromny kontrast. Blokowiska z wielkiej płyty sąsiadowały z rozpadającymi się drewnianymi domkami, w których toalety, sławojki, znajdowały się na zewnątrz. Na przełomie lat 70. i 80. w szkole wmawiano nam propagandę sukcesu, uczono, że Polska to potęga gospodarcza, ale na ulicach rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Na moich zdjęciach widać nieprzypudrowaną codzienność. Uchwyciłem też wesołe miasteczko. Kiedy po 40 latach zobaczyłem, jak dawniej wyglądały takie atrakcje, byłem mocno zdziwiony. Minęły niby tylko cztery dekady, a mamy zupełnie inny świat.

(fot. Janusz Kalinowski).

A dzięki wspomnianym fotografiom ten „stary świat” udało się zrekonstruować.

Mariusz Bieciuk: W Białymstoku jest bardzo mało takich reportaży z ulicy. Nie można powiedzieć, że ich nie ma zupełnie, bo są, ale najczęściej dotyczą Podlasia. A takich, które zostały opracowane jest jeszcze mniej, dlatego nasz projekt związany z cyfryzacją negatywów jest tak wartościowy

Białystok ma specyficzny charakter. Większość białostockich osiedli to dawne wsie włączone w granice miasta, stąd zresztą wziął się tytuł naszego projektu „Miastowieś”. Dlatego też przez lata dominowała tu taka właśnie wiejska, drewniana zabudowa. Na zdjęciach pana Janusza widać pozostałości drewnianych domów czy właśnie sławojek na tle wieżowców. Uchwycono proces burzenia starej zabudowy, kwartał po kwartale, i wznoszenia nowych blokowisk. Na niektórych uwieczniono obrazki z życia codziennego jak wieszanie prania.

Mamy też zdjęcia z bazarów, i takie przedstawiające przechodniów na ulicy, ludzi stojących w kolejce do sklepu, albo w bawiących się w Wesołym Miasteczku czy pracowników wypełniających swoje codzienne obowiązki zawodowe, jest i udokumentowany wyścig kolarski. Miasto na tych zdjęciach żyje. W tamtym czasie oficjalna prasa pokazywała głównie wyreżyserowane wydarzenia i przecinanie wstęg. Prawdziwych reportaży prosto z ulicy jest bardzo mało, dlatego ten zbiór ma unikalną wartość dokumentacyjną.

Zainteresował Cię nasz materiał? Więcej informacji na temat projektu znajdziesz na stronie internetowej Białostockiego Ośrodka Kultury, a zdjęcia znajdują się w zasobach Mediateki CLZ.

reklama
(fot. Janusz Kalinowski).

Zdjęcia pana Janusza pokazywano już w różnych miejscach, jeszcze zanim dowiedzieliśmy się, kto jest ich autorem. Były prezentowane między innymi podczas 21. Rybnik Foto Festivalu. Kolega Marcin Pawlukiewicz przygotował slideshow, który został wówczas pokazany publiczności. Były też inne zbiorowe wystawy. Zdjęcia pana Janusza są świetnie odbierane zarówno przez starszych mieszkańców Białegostoku, jak i przez tych młodszych. Cieszy nas też, że projekt zyskał finansowanie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a naszym partnerem jest Centrum Archiwistyki Społecznej.

(fot. Janusz Kalinowski)

Jednym słowem Pan Janusz ma dryg i oko do wykonywania zdjęć. Nie żałuje Pan, że nie rozwijał Pan tej pasji po ukończeniu szkoły?

Janusz Kalinowski: W liceum chętnie uczestniczyłem w zajęciach kółka fotograficznego. Fotografia mnie fascynowała, ale byli tam też ludzie, którzy świetnie podpowiadali, jak robić jeszcze lepsze zdjęcia. Przeszkodą była jednak technologia. Wywoływanie zdjęć to skomplikowana sprawa.  Wszystko trzeba było robić samodzielnie: naświetlać negatyw, wywoływać zdjęcia, później odbijać na papierze… A to należało wykonywać w ciemni. W sumie „bawiłem” się w to dobrych parę lat. Wtedy te zdjęcia nie wydawały mi się cenne. Ale po 40 lat zupełnie inaczej na to patrzę. Udało mi się zatrzymać w kadrze tamten Białystok, którego już nie ma.

Wiele scen zapadło mi mocno w pamięci. Pamiętam zdjęcie dokumentujące pewien wypadek, do którego doszło na ulicy. Na ziemi leżała kobieta, prawdopodobnie nie żyła, ponieważ jej twarz została przykryta gazetą, a otaczał ją wianuszek ludzi. Stali i patrzyli się na nią… Teraz podobna sytuacja jest nie do wyobrażenia.

(fot. Janusz Kalinowski).

Zbiór około 6000 negatywów nigdy wcześniej nie był opracowany ani udostępniony publicznie. Jak od strony technicznej będzie wyglądał proces pracy nad tak dużą kolekcją, aby przetrwała dla kolejnych pokoleń?

Mariusz Bieciuk: Wstępnie już przepakowaliśmy, uporządkowaliśmy i skatalogowaliśmy negatywy. Niebawem zaczynamy ich digitalizację. W tym roku planujemy zeskanować około 2000 klatek i udostępnić je na portalu zbioryspoleczne.pl prowadzonym przez Centrum Archiwistyki Społecznej oraz w Podlaskiej Bibliotece Cyfrowej. W przyszłym roku chcemy opracować kolejne 4000 zdjęć. W sumie do Sieci trafi około 7000 zdjęć.

Projekt „Miastowieś” to nie tylko digitalizacja, ale również m.in. planowane na 2027 rok warsztaty dla młodzieży.

Mariusz Bieciuk: Tak, poza digitalizacją będziemy realizować jeszcze kilka innych inicjatyw. W finale projektu wydany zostanie drukowany katalog prezentujący dawne fotografie Białegostoku. Będzie to taki sentymentalny powrót do przeszłości. Dodatkowo, planujemy zorganizować cykl warsztatów reporterskich w formule koła fotograficznego dla młodzieży, nawiązujący do sposobu pracy autora kolekcji. Zależy nam, by młodzi ludzie zobaczyli, że można fotografować świat w taki nieoczywisty sposób. Wiele osób mówi, że dobra fotografia obroni się sama, wyraża więcej niż tysiąc słów, ale nie do końca się z tym zgadzam. Uważam, że zdjęcie zawsze powstaje w określonym kontekście, a ten kontekst powinien być znany i to chcemy też pokazać młodym ludziom.

reklama
(fot. Janusz Kalinowski).

Dzisiejsza fotografia uliczna wygląda jednak zupełnie inaczej. Mamy ograniczenia prawne, ochronę wizerunku i zupełnie inne podejście do fotografii.

Mariusz Bieciuk: Zdecydowanie. Kiedyś można było podejść do robotników pracujących na budowie i po prostu zrobić im z bliska zdjęcie, a dzisiaj byłoby to bardzo źle widziane. Te fotografie to znak czasów i dowód na to, jak bardzo zmieniły się granice naszej prywatności.

Janusz Kalinowski: Dzisiaj każdy robi mnóstwo zdjęć cyfrowych, które żyją zaledwie kilka dni i giną pod stertą innych. Natomiast dawniej proces analogowy wymagał czasu – wywoływanie w ciemni przy czerwonym świetle było skomplikowane i zawsze niosło ze sobą niespodziankę. Siła starej fotografii polega na tym, że ogromnie zyskuje na wartości po latach.

Realizowane przez Państwa działania cieszą się zaufaniem społecznym skoro osoby z zewnątrz przychodzą i dzielą się swoimi pamiątkami i historiami.

Mariusz Bieciuk: Bardzo ważne dla nas jest budowanie sieci społeczności wokół archiwum. Zdjęcia pana Janusza zostały do nas przyniesione przez osobę niezwiązaną z instytucją. Sami pewnie byśmy do nich nie dotarli. Potem ktoś pomógł zidentyfikować autora, a kiedy ten dowiedział się o naszym przedsięwzięciu, przekazał nam kolejne zdjęcia. Mieszkańcy Białegostoku coraz chętniej dzielą się zdjęciami pochodzącymi z prywatnych archiwów domowych. My z kolei udostępniamy zgromadzone materiały tym osobom, które się do nas zgłoszą z prośbą o wykorzystanie materiałów. Dokumentacja krąży, a to pokazuje jak ważne są archiwa społeczne. Dla nas jednak punktem wyjścia jest historia mówiona, nagrania rozmów ze świadkami historii, a zdjęcia stanowią dodatkowy walor.

(fot. Janusz Kalinowski).

A czy po tym niespodziewanym odkryciu chwycił Pan ponownie za aparat i ruszył w miasto, aby uwieczniać dzisiejszy Białystok?

Janusz Kalinowski: Muszę przyznać, że tak. Wróciłem do fotografowania, ale niewielka ilość czasu wolnego mnie mocno ogranicza. Próbuję sobie przypomnieć, jak to się robiło.

Nadal fotografuje Pan starym aparatem czy teraz wykonuje Pan zdjęcia cyfrowe?

Janusz Kalinowski: Zdecydowanie wolę cyfrowy aparat. Uwielbiam nowinki technologiczne. Klasyczna fotografia wymaga czasu, a efekt finalny, czyli zdjęcia stanowią niespodziankę dla fotografującego. Teraz dużo wygodniej robi się zdjęcia. Możemy wielokrotnie powtarzać ujęcia, korygować ustawienia. Dawniej nie było takiej opcji. Mam zresztą pomysł, żeby teraz spróbować wrócić w te same miejsca i sfotografować je współcześnie, by stworzyć zestawienie „dawniej i dziś”.

To doskonały materiał na kolejną wystawę! Życzę realizacji wspomnianych planów i bardzo dziękuję za rozmowę.

Materiał powstał dzięki wspołpracy reklamowej z Białostockim Ośrodkiem Kultury.

Zainteresował Cię nasz materiał? Więcej informacji na temat projektu znajdziesz na stronie internetowej Białostockiego Ośrodka Kultury, a zdjęcia znajdują się w zasobach Mediateki CLZ.

reklama
Komentarze
o autorze
Magdalena Mikrut-Majeranek
Doktor nauk humanistycznych, kulturoznawca, historyk i dziennikarz. Autorka książki "Henryk Konwiński. Historia tańcem pisana" (2022), monografii "Historia Rozbarku i parafii św. Jacka w Bytomiu" (2015) oraz współautorka książek "Miasto jako wielowymiarowy przedmiot badań" oraz "Polityka senioralna w jednostkach samorządu terytorialnego", a także licznych artykułów naukowych. Miłośniczka teatru tańca współczesnego i dobrej literatury. Zastępca redaktora naczelnego portalu Histmag.org.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone