Trump kontra Kim. Zderzenie osobowości?

opublikowano: 2020-11-22 18:58
wszystkie prawa zastrzeżone
poleć artykuł:
Spotkanie Donalda Trumpa i Kim Dzong Una w czerwcu 2018 roku odbiło się szerokim echem na całym świecie. Poprzedziły go długie miesiące przepychanek politycznych. Obaj mieli coś do udowodnienia. Zderzenie silnych charakterów czy zręcznych trybunów ludowych o silnym zapleczu?
REKLAMA

W siódmym roku sprawowania władzy Kim Dzong Un miał już na koncie kilka sukcesów. Zrobił duże postępy w umacnianiu swojej pozycji i zdążył rozlokować swoich popleczników. Ruszył też naprzód z polityką byungjin, oznaczającą rozwój gospodarki i programu atomowego, budowanie miejsc rekreacji i pomników obrony narodowej, a także pozorne kreowanie nowoczesnej, postępowej Korei Północnej. Byungjin miała stanowić ratunek dla kraju, wyczerpanego po wielkim głodzie lat dziewięćdziesiątych i zmagającego się przez wiele lat z ubóstwem, po tym, jak Związek Radziecki odciął pomoc gospodarczą. Kim stworzył i rozwinął programy atomowe oraz rakietowe, a także testował nowe projekty w różnych lokalizacjach, tym samym realizując swój cel „dywersyfikacji” programu nuklearnego. Zademonstrował też przed wrogami inne możliwe zagrożenia ze strony Korei Północnej, takie jak cyberbojówki i sprawność w posługiwaniu się bronią chemiczną. Jednak nie tylko Kim testował granice międzynarodowej tolerancji i bezkarnie buntował się przeciw zasadom wyznaczanym przez resztę świata – zaledwie garstka sankcji została rzeczywiście wprowadzona w życie, ani trochę nie zagroziwszy stabilności północnokoreańskiego reżimu. Dyktator z Pjongjangu przetrwał kadencje trojga swoich największych przeciwników: Baracka Obamy, Park Geun-hye i jej poprzednika Lee Myung-baka. W przeciwieństwie do Kima prezydenci Obama i Lee oraz prezydentka Park zostali wybrani w procesie demokratycznych wyborów, a później odeszli ze stanowisk – Obama i Lee po wyborach w swoich krajach, a Park po roku pokojowych protestów, które poskutkowały pozbawieniem jej urzędu. Pomimo spekulacji, że nie przetrwa długo na stanowisku przejętym po śmierci ojca w 2011 roku, Kim od lat cieszy się stabilną pozycją.

Pomniki konne Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila (fot. Nicor; CC BY-SA 3.0)

Kiedy w 2016 roku na prezydenta Stanów Zjednoczonych został wybrany Donald Trump, Kim z pewnością tak jak wszyscy starał się rozgryźć tego niekonwencjonalnego przywódcę. Miał powody do podejrzliwości wobec Trumpa – wnioskując z komentarzy na temat Korei Północnej wygłaszanych przez ówczesnego kandydata na prezydenta. We wrześniu 2015 roku, podczas republikańskiej debaty prezydenckiej, Trump nazwał Kim Dzong Una „maniakiem” z dostępem do broni jądrowej. W wywiadzie telewizyjnym w lutym 2016 roku Trump wypalił, że gdyby został prezydentem, zmusiłby Chiny do sprawienia, by Kim „zniknął w taki albo inny sposób”. Nie udawał przy tym, że ma choćby odrobinę szacunku do dyktatora: „No tak, to zły gość i nie wolno go lekceważyć […]. Nie można lekceważyć żadnego młodego gościa, który przejął po ojcu taką pozycję i jest otoczony różnymi generałami i innymi takimi ludźmi, co tylko się czają na jego miejsce”. Mimo ostrych słów pod adresem przywódcy reżimu w maju 2016 roku Trump dodał też, że nie miałby nic przeciwko spotkaniu z Kimem.

REKLAMA

Wejście na scenę nowych przywódców w Stanach i Korei Południowej doprowadziło do zmiany dynamiki w tych regionach, pociągając za sobą niepewne nastroje. Kim nie zamierzał bezczynnie się temu przyglądać. Gdy nowy rząd w Waszyngtonie usiłował się pozbierać po niespodziewanym zwycięstwie Trumpa, Kim Dzong Un postawił sprawy jasno. W przemówieniu noworocznym przedstawił swoje dotychczasowe sukcesy oraz intencje na najbliższą przyszłość, podsycając tym samym obawy o podejście Pjongjangu do ery Trumpa. Kim skorzystał z okazji, by pochwalić się rzekomymi testami pierwszej bomby wodorowej – we wrześniu 2016 roku miał się odbyć piąty i najpotężniejszy z dotychczasowych testów. Reżim sugerował, że sprawdzano wtedy „głowicę jądrową, ustandaryzowaną tak, by mogła zostać zamontowana na rakietach bojowych o strategicznym znaczeniu militarnym”. Dyktator wygłosił też złowrogą deklarację, jakoby jego kraj „wszedł w ostatnią fazę przygotowań do próbnych startów międzykontynentalnych pocisków balistycznych”, zdolnych do uderzenia w Stany Zjednoczone. Obiecał też „w dalszym ciągu rozwijać nasze możliwości samoobrony, których zwieńczeniem będzie arsenał jądrowy, oraz przygotowywać kraj do uderzenia, gdyby Stany Zjednoczone i ich wasale kontynuowali szantaże i groźby użycia broni nuklearnej”. Następnego dnia prezydent elekt Donald Trump napisał na Twitterze: „Korea Północna właśnie ogłosiła, że jest na ostatnich etapach wytwarzania broni jądrowej mogącej dosięgnąć część USA. Nic z tego!”.

Donald Trump podczas składania przysięgi prezydenckiej, 20 stycznia 2017 (fot. The White House - Official White House Facebook page; domena publiczna)

Tak zaczął się rok postów, przepychanek i pogróżek między Trumpem a Kimem; wielu obserwatorów Korei Północnej i analityków bezpieczeństwa narodowego niepokoiło się tym, że skłonność nowego prezydenta do konfrontacji z Kimem w mediach społecznościowych może doprowadzić do niezamierzonego konfliktu militarnego. Młody dyktator, nie uląkłszy się groźnych tweetów prezydenta, nadal sprawdzał wytrzymałość Trumpa i posyłał w niebo kolejne nowe modele rakiet bojowych, najprawdopodobniej z zamiarem prowokacji i pokazania lokalnej i międzynarodowej publiczności, kto rozdaje karty na Półwyspie Koreańskim. Niecały miesiąc po inauguracji Trumpa, gdy prezydent spotykał się właśnie na szczycie w Mar-a-Lago z premierem Japonii Abe Shinzō, Kim testował nową rakietę – średniego zasięgu pocisk balistyczny na paliwo stałe, który według ekspertów mógł pomóc Pjongjangowi w opracowaniu rakietowych pocisków międzykontynentalnych (ICBM). Kim, niemal zawsze obecny na pierwszym planie takich wydarzeń w mediach, wypuścił jeszcze kilka rakiet, ignorując tweety i pogróżki Trumpa, a później zwieńczył rok dwoma testami rakiet międzykontynentalnych w lipcu i trzecim w listopadzie. Tymczasem we wrześniu tego samego roku przeprowadził też szósty test broni jądrowej.

REKLAMA

Jeśli Kim Dzong Un obawiał się nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, to nie dał tego po sobie poznać. W końcu miał większą polityczną władzę i doświadczenie w regionie niż amerykański biznesmen i gwiazdor reality show. No i przez ostatnie sześć lat prawie wszystko uchodziło mu płazem. Kim nie zamierzał ustąpić. Trump też nie.

Osobowość ma znaczenie

Wprawdzie przywódców dzieli niemal czterdzieści lat różnicy wieku – Kim jest po trzydziestce, a Trump przed osiemdziesiątką – ale wiele ich łączy. Mieli po dwadzieścia kilka lat, gdy odziedziczyli po ojcach fortunę i imperium; Trumpowi przypadły w udziale nieruchomości, Kimowi zaś broń jądrowa i dwudziestopięciomilionowy kraj. Kiedy Trump dorastał w nowojorskiej dzielnicy Queens, jego rodzina dysponowała fortuną, o jakiej inni mogli tylko pomarzyć. Bogactwo rodziny Kima – kontrolującej cały kraj – było jednak jeszcze większe. Kimowie posiadali niezliczone wille, resorty, armię służby, wojsko na podorędziu i najnowsze dobra konsumpcyjne. Trump chełpił się, że już w młodości nie szanował autorytetów. Twierdził, że w drugiej klasie szkoły podstawowej „uderzył” nauczyciela muzyki, bo pedagog „kompletnie się nie znał na muzyce. Prawie wyrzucili mnie za to ze szkoły” – miał powiedzieć według dziennikarzy „Washington Post” Michaela Kranisha i Marca Fishera, autorów książki Trump Revealed – uznanej biografii czterdziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Jung H. Pak „Kim Dzong Un. Historia dyktatora”:

Jung H. Pak
„Kim Dzong Un. Historia dyktatora”
cena:
44,99 zł
Wydawca:
W.A.B.
Rok wydania:
2020
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
448
Premiera:
12.11.2020
Format:
135x202 mm
ISBN:
978-83-280-8334-9
EAN:
9788328083349

Według dostępnych szczątkowych informacji na temat Kim Dzong Una można stwierdzić, że przynajmniej podczas lat spędzonych w Europie nie rzucał się w oczy. Trump tymczasem odgrywał rolę aroganckiego, pewnego siebie młodego dziedzica imperium nieruchomości. Był znany z przejażdżek drogimi samochodami po mieście i kampusie uniwersyteckim, zabaw z pięknymi kobietami, głośnych imprez i znęcania się nad rówieśnikami i starszymi od siebie. Podobnie jak Kim, Trump był jednak w najlepszym razie średnim studentem. W biografii Trump Revealed autorzy cytują wypowiedź kolegi prezydenta ze studiów na Uniwersytecie Pensylwanii, który stwierdza, że Trump „nie był idiotą […]. Wątpię, żeby kiedykolwiek uczył się na egzamin […], po prostu robił tyle, ile musiał, żeby przejść dalej”. Jeden i drugi wykazywał za to zainteresowanie sportem i rywalizacją. Trump dobrze sobie radził na boisku: był świetny w grze w dwa ognie, koszykówkę, futbol amerykański i piłkę nożną. Najbardziej jednak lubił bejsbol. Ulubionym sportem Kima była koszykówka; koledzy ze studiów w Szwajcarii zgodnie wspominali jego agresywny styl gry. Obaj przywódcy wychowywali się w męskocentrycznym środowisku. Trump uczęszczał do Nowojorskiej Akademii Wojskowej, gdzie od kadetów wymagano strzelania z moździerzy i czyszczenia karabinów M1, zaś cały świat i tożsamość Kima zamykały się w zmilitaryzowanym świecie Korei Północnej. Przemoc fizyczna i słowna oraz akty spontanicznej agresji stanowiły codzienny element ich światów, a zarzut słabości był obelgą. Obaj mieli ojców legendy, których wielbili i usiłowali na swój sposób naśladować. Fred, głowa rodziny Trumpów, był mniej ekstrawagancki i cechował się „surowością oraz dyscypliną”, jak opisuje go Timothy O’Brien, autor innej drobiazgowo opracowanej biografii prezydenta USA. Krytyczna analiza ciemnych kart w życiorysie Donalda Trumpa i odsłonięcie prawdy, skrywanej za warstwami narosłych przez dekady mitów, wystarczyły, by główny bohater książki wytoczył O’Brienowi proces o zniesławienie na pięć miliardów dolarów.

REKLAMA
Donald Trump (fot. Shealah Craighead - White House; domena publiczna)

W przeciwieństwie do ojca młody Trump lubił popisy i błysk reflektorów, podsycające jego wieczny głód pochwał i uwagi. W zawziętej pogoni za rozdmuchaniem własnej persony owinął sobie media wokół palca: uwodził i zastraszał reporterów i kreatorów wizerunku. Trump niestrudzenie produkował też kolejne dobra konsumpcyjne, od poradników dla przedsiębiorców po wódkę, krawaty i garnitury, usiłując wykreować markę ucieleśniającą etos luksusowego przepychu, mimo że on sam tonął wówczas w długach i odnosił o wiele mniej spektakularne sukcesy biznesowe, niż sam twierdził. Umieścił własne nazwisko na prestiżowym budynku na Manhattanie, który w jego oczach – jako że pochodził z Queens, mniej prestiżowej i dalej wysuniętej dzielnicy Nowego Jorku – stanowił „centrum świata”, jak to nazwał w książce The Art of the Deal, czyli sztuka robienia interesów. Trump znaczył swoją marką cały krajobraz, łącznie z morzem i niebem, na które wypuścił jacht i nieszczęsne linie lotnicze, wdzierał się też pod strzechy amerykańskich domostw, zalewając je produktami swoich marek. W książce The America We Deserve z 2000 roku uznał: „Nie dziwiło mnie, że dziewięćdziesiąt siedem procent Amerykanów wie, kim jestem”. Barbara Corcoran, jedna z najbardziej wpływowych nowojorskich agentek nieruchomości, stwierdziła, że Trump: „Wciskał ludziom kit […], ale razem z tym kitem wciskał wszystko inne. Nie znam nikogo, kto potrafiłby się lepiej sprzedać”. Tony Schwartz, ghostwriter książki The Art of the Deal, powiedział Jane Mayer z „New Yorkera”, że Trump: „Ma większą niż jakakolwiek znana mi osoba zdolność do przekonania samego siebie, że to, co w danej chwili mówi, jest prawdą, tak jakby prawdą albo że przynajmniej prawdą być powinno”. Pisarz dodał też, że żałuje roli, jaką odegrał w budowaniu mitu późniejszego prezydenta.

Tworzenie mitologii było oczywiście głównym towarem, jakim obracała familia Kimów. Podobnie jak Trump, który w wieku dwudziestu pięciu lat dołączył do rodzinnego interesu i został dyrektorem firmy Trump Management, Kim miał niecałe dwadzieścia osiem, gdy przejął władzę w Korei Północnej po śmierci ojca. (W kwietniu 2017 roku Trump, świeżo wybrany amerykański prezydent, wyraził współczucie dla Kima, choć północnokoreański reżim właśnie testował pociski rakietowe i wygrażał Stanom Zjednoczonym. Być może wspominał własne doświadczenia, gdy w wywiadzie udzielonym Reutersowi stwierdził, że Kim w bardzo młodym wieku został przywódcą kraju: „On ma dwadzieścia siedem lat. Ojciec mu zmarł, a on musiał przejąć dowodzenie. Mówcie, co chcecie, ale to niełatwa rzecz, zwłaszcza w takim wieku”). Oczywiście Kim nie zaczynał od zera: miał istniejący już program broni jądrowej, machinę propagandową od lat pięćdziesiątych mielącą treści wychwalające jego ród i umacniającą prawo do sprawowania władzy, oraz ojca, który zawczasu wydał odpowiednie instrukcje najważniejszym dowódcom i instytucjom, by pomóc synowi objąć stabilne przywództwo. Nawet jeśli 97 procent Amerykanów znało nazwisko Trumpa, to 100 procent mieszkańców Korei Północnej wiedziało, kto dzierży władzę w ich kraju.

REKLAMA
Spotkanie Donalda Trumpa i Kim Dzong Una w Singapurze (fot. Shealah Craighead; domena publiczna)

Zarówno Trump, jak i Kim cieszyli się dużym poparciem zwykłych ludzi, co mogło rodzić dysonans, wziąwszy pod uwagę ich uprzywilejowaną młodość i ociekające złotem rezydencje. Trumpowi udało się zjednać sobie sympatię ludu za sprawą potężnych wieców, a ponadto był w stanie dotrzeć do milionów odbiorców z pomocą konta na Twitterze. Kim osiągnął ten cel poprzez machinę propagandową, ale też niezmordowany program wizyt i oględzin. Przemierzał Koreę Północną wzdłuż i wszerz, by przytulać dzieci w szkołach, oceniać działanie parków wodnych, ogrodów zoologicznych, farm i fabryk, podczas każdych odwiedzin przypominając jednak podwładnym, że na pierwszym miejscu muszą być zawsze ludzie. Trump „uważał się za człowieka ludu, o wiele bardziej zainteresowanego pochwałami z ust taksówkarzy i budowlańców niż dobrą opinią wśród wpływowych i bogatych”, jak piszą Kranish i Fisher. Swoim nieociosanym stylem komunikacji oraz obrażaniem przeciwników i waszyngtońskiego „bagna” zdobył uznanie Amerykanów z klasy średniej i pracującej. Wyborcy Trumpa widzieli w nim „walącego prosto z mostu miliardera, który ma dość kasy i jaj, by przed nikim się nie cofnąć”. W przypadku Kima egzekucja wuja Janga Sŏng T’aeka i nieprzerwany rytm czystek służyły nie tylko ostrzeżeniu członków partii i dowódców wojskowych, by nie zapominali, dla kogo pracują. W ten sposób pokazał też obywatelom, że to w ich imieniu robi porządek z elitami – i że to zwykli ludzie mają w nim poplecznika.

REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Jung H. Pak „Kim Dzong Un. Historia dyktatora”:

Jung H. Pak
„Kim Dzong Un. Historia dyktatora”
cena:
44,99 zł
Wydawca:
W.A.B.
Rok wydania:
2020
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
448
Premiera:
12.11.2020
Format:
135x202 mm
ISBN:
978-83-280-8334-9
EAN:
9788328083349

Jako samozwańczy wojownicy o wyidealizowany wewnętrzny porządek obaj przywódcy opierali się w swojej walce na retoryce przedstawiającej resztę świata jako wroga, co miało umocnić takie postrzeganie stosunków zagranicznych. Pjongjang od dawna wykazywał insularne tendencje i podejrzliwość wobec innych krajów, opiewając przy tym czystość, optymizm i zjednoczenie oraz determinację swoich rodaków i całego państwa. Korea Północna musi ustawiać świat zewnętrzny w roli zagrożenia, by w ten sposób legitymizować władzę dynastii Kimów, usprawiedliwiać programy militarne i przekonywać obywateli, że Korea Północna pod władzą Kim Dzong Una to jedyne bezpieczne schronienie przed niebezpieczeństwem, czyhającym wszędzie poza granicami kraju. Stany Zjednoczone stanowią wieczne, wszechobecne zagrożenie: zachłanni wielkonosi amerykańscy żołnierze są gotowi uderzyć w każdej chwili, jeśli Pjongjang choć na chwilę opuści gardę. Chińczykom też nie wolno ufać, odkąd Pekin udzielił poparcia dla sankcji wobec Korei Północnej. Podczas konferencji prasowej jeden z członków północnokoreańskiej partii miał powiedzieć: „Japonia może być naszym wrogiem od setek lat, ale Chiny zagrażają nam od tysiąca”. Japonii oczywiście nie można ufać – Pjongjang nie zapomniał wschodniemu sąsiadowi czasów kolonizacji Półwyspu Koreańskiego.

Pierwsze spotkanie Donalda Trumpa i Kim Dzong Una (fot. Dan Scavino; domena publiczna)

Obraz świata malowany przez Donalda Trumpa ma podobnie dystopijny charakter: to mroczne, niebezpieczne miejsce, w którym źli ludzie bez przerwy czyhają na Amerykanów, ich wartości i kulturę, nieustannie próbując ich przy tym okraść. Poza takimi adwersarzami jak Iran i zagrożenia w rodzaju widma terroryzmu problemem według Trumpa są też dawni poplecznicy, partnerzy i organizacje międzynarodowe – wszystko to staje się celem transakcyjnej, zero-jedynkowej wizji stosunków międzynarodowych i bezpieczeństwa krajowego. Thomas Wright z Brookings Institution przeanalizował opinie i działania Trumpa od lat osiemdziesiątych, po czym stwierdził, że Trump ma niezmienione od lat poglądy na politykę zagraniczną – mianowicie że Ameryka za bardzo angażuje się w sprawy reszty świata. Aby podkreślić swoje zniesmaczenie taką postawą, Trump odcina się od przyjaciół.

REKLAMA

Weźmy na przykład jego ataki na liczącą dekady relację z NATO, organizację powstałą na gruzach pozostawionych przez drugą wojnę światową. Celem zawiązania NATO było zagwarantowanie, że Stany Zjednoczone, Kanada i Europa Zachodnia połączą siły, by zagwarantować sobie nawzajem bezpieczeństwo przed zagrożeniem militarnym ze strony Związku Radzieckiego. Trump przechwalał się, że „dziesiątki milionów dolarów spływają [do kraju], bo nie pozwalam państwom członkowskim na opóźnienia w płatnościach, podczas gdy to my gwarantujemy im bezpieczeństwo i jesteśmy gotowi za nich walczyć. Jasno pokazaliśmy, że te niesamowicie bogate kraje powinny wynagradzać Stanom koszty ich obrony”. Trump podważa najważniejsze sojusze Stanów z krajami Azji Wschodniej i regularnie krytykuje Seul oraz Tokio. Dlaczego mamy pomagać Japonii, gdyby ktoś ją zaatakował (na mocy traktatu o wzajemnej współpracy i bezpieczeństwie między Stanami Zjednoczonymi i Japonią z 1960 roku)? Według prezydenta nie jest to uczciwy układ. O Korei Południowej Trump wypowiedział się w 2013 roku, mówiąc: „Mamy tam 25 tysięcy żołnierzy, którzy ich bronią. Nikt nam tam nie płaci. Niby dlaczego nam nie płacą?”. Wrócił do tego tematu w 2015 roku: „Ile jeszcze mamy bronić za darmo Korei Południowej przed Północną?”. W 2017 roku, już jako prezydent, Trump nadal narzekał na tę sytuację, twierdząc, że Waszyngton wspiera Koreę Południową i że „nie ma sensu” nadal trzymać tam amerykańskich żołnierzy, obecnie w sile około dwudziestu ośmiu i pół tysiąca ludzi.

Trump domagał się też zakazania muzułmanom wjazdu do Stanów Zjednoczonych i przekraczania granic „nielegalnym”, kreśląc tym samym swój obraz wyidealizowanej Ameryki, nie tak różnej od wizji czystej etnicznie Korei, promowanej przez rodzinę Kima – to właśnie ta wizja miała przyświecać zaciekłemu nacjonalizmowi, którego zadaniem było zwiększyć poparcie dla Kim Dzong Una wśród ludzi z jego otoczenia. W marcu 2016 roku kandydat na prezydenta Donald Trump powiedział Bobowi Woodwardowi, że to „strach jest źródłem prawdziwej władzy” i że należy przyjrzeć się uważnie Korei Północnej, by zobaczyć, że to strach przed światem zewnętrznym i przed władzą autokraty gwarantuje Kimowi stabilne rządy.

Spotkanie Donalda Trumpa i Kim Dzong Una w koreańskiej strefie zdemilitaryzowanej (fot. The White House from Washington, DC)

Obaj mężczyźni mieli coś do udowodnienia i żaden z nich nie miał twardej skóry. Trump biznesmen, kandydat na prezydenta, a następnie przywódca kraju, jest opętany przekonaniem, że cały świat od dawna śmieje się ze Stanów Zjednoczonych. Kim również jest nadwrażliwy na rzeczywistą lub możliwą krytykę. Wyrżnął w pień wysokich urzędników za zbyt słabe klaskanie, zamordował przyrodniego brata, który ośmielił się publicznie podważyć jego kompetencje przywódcze, i zaprzągł armię hakerów do przypuszczenia cyberataku na studio filmowe, które ośmieliło się nakręcić komedię o jego zabójstwie z rąk agentów CIA. Ze wszystkich stron osaczały ich szyderstwa, wyrazy zwątpienia i pogardliwe komentarze o braku doświadczenia, nieprzewidywalności i agresji. Trump i Kim jednak zagrali krytykom na nosie i wywrócili cały zastany porządek polityczny i międzynarodowy do góry nogami. Ich żądza rywalizacji oraz pewność siebie, wywodząca się z wiary w swoją propagandę i narysowane własną ręką zwycięstwa, napędzała przekonanie obu przywódców, że poradzą sobie z każdym wyzwaniem, nawet majaczącym na horyzoncie konfliktem atomowym w 2017 roku. Przecież Trump wygrał wybory i zgarnął najwyższą stawkę wbrew słowom hejterów. A Kim został przecież najmłodszym na świecie dyktatorem z dostępem do broni jądrowej i dokonał morderstwa w biały dzień bez żadnych konsekwencji, pomimo powszechnej wiary, że po śmierci jego ojca Kim Dzong Ila reżim upadnie.

Ten tekst jest fragmentem książki Jung H. Paka „Kim Dzong Un. Historia dyktatora”:

Jung H. Pak
„Kim Dzong Un. Historia dyktatora”
cena:
44,99 zł
Wydawca:
W.A.B.
Rok wydania:
2020
Okładka:
miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:
448
Premiera:
12.11.2020
Format:
135x202 mm
ISBN:
978-83-280-8334-9
EAN:
9788328083349
REKLAMA
Komentarze

O autorze
Jung H. Pak
Starsza wykładowczyni i przewodnicząca Fundacji SK-Korea w Brookings Institution. W swojej pracy skupia się na wyzwaniach związanych z bezpieczeństwem narodowym, przed którymi stoją Stany Zjednoczone i Azja Wschodnia. Zajmuje się także stosunkami pomiędzy USA a Koreą Południową oraz dynamiką geopolityczną Azji Północno-Wschodniej.

Wszystkie teksty autora

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści. Za darmo.
Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2023 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone