Autor: Robert Fabbri
Tagi: Beletrystyka, Starożytny Rzym
Opublikowany: 2021-01-29 15:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Wespazjan i oblężenie Jotapaty

Jest rok 67 n.e. Wespazjan wkracza do Galilei na czele kilkudziesięciotysięcznej armii. Właśnie trwają przygotowania do oblężenia żydowskiej twierdzy Jotapata (Jotopata)...
REKLAMA

Wespazjan wiedział, że miasto zbudowano na wysokim wzniesieniu, lecz nawet najobfitsze relacje informatorów Tytusa nie przygotowałyby go na widok takiej stromizny. Wzgórze z trzech stron opadało niemal pionowymi ścianami na leżącą od pięćdziesięciu do stu stóp niżej pokrytą zaroślami równinę, co uniemożliwiało skoordynowany szturm – mógł się tamtędy wdrapać tylko bardzo zdeterminowany wspinacz. Północne zbocze pięło się z kolei dalej w górę; było zdecydowanie łagodniejsze, lecz dostępu od tej strony bronił dwudziestostopowy mur. Tam też, powyżej Jotapaty, Wespazjan rozbił obóz, licząc na to, że mieszkańców przerazi sama wielkość jego armii.

Neron wysyła Wespazjana do stłumienia powstania żydowskiego w 66 roku, ilustracja z początków XVI wieku

Krótko przed zmierzchem piątego dnia od rzezi Gabary stał z synem u boku, spoglądając na miasto z góry skazane – choćby nie wiem jak uparcie się broniło – na klęskę. Musiało upaść, bo inaczej nie dopadliby zdobyczy, która – jak sądzili – kryje się w jego murach.

– Zaraz tu będzie – rzekł Tytus, wskazując skutego kajdankami Żyda bezceremonialnie prowadzonego przez czwórkę legionistów pod komendą optio.

– Czy to ten, co pierwszy zdradził nam nowinę? – spytał Wespazjan, mrużąc powieki przed zachodzącym słońcem.

– Nie, inny. Złapaliśmy go, jak próbował się przedrzeć przez kordon, który ustawiliśmy zaraz po wiadomości o przybyciu Josefa.

Wódz nie mógł uwierzyć w takie szczęście. Żołnierze Wetulenusa zdołali w cztery dni wyrównać drogę dla machin oblężniczych. Gdy tylko była gotowa, Wespazjan wyekspediował dwie ale jazdy pod komendą Juliusza Placydusa, starszego trybuna z V Macedonica, aby odcięły miasto do czasu nadejścia głównych sił. Placydus przesłuchał kilku dezerterów, którzy woleli los jeńców, niż znosić oblężenie; uzyskana przezeń informacja o możliwym przeniknięciu Josefa Ben Matatii do miasta tuż przed zamknięciem kordonu wprawiła Wespazjana w zdumienie, posunięcie było bowiem idiotyczne. Mogło też jednak świadczyć o męstwie – jeżeli przywódca buntu w Galilei rzeczywiście jest w Jotapacie, to tym samym dał gromki sygnał, że gotów jest poświęcić wszystko, byle miasto nie wpadło w ręce wroga. Stawka być może właśnie wzrosła i Wespazjanowi bardzo to odpowiadało.

– Każ mu powtórzyć, co ci wcześniej powiedział, optio – polecił Tytus, gdy żołnierze brutalnie rzucili jeńca na ziemię.

Podoficer kopniakiem zapewnił sobie uwagę Żyda i krzyknął na niego w języku, jak się domyślił Wespazjan, aramejskim.

Mężczyzna wydukał coś przez rozkrwawione wargi. Długie, skołtunione włosy lepiły mu się do spoconej twarzy, gdy klęczał ze wzrokiem wbitym w ziemię.

– I co? – ponaglił Tytus.

– Jeniec mówi, panie, że prowodyr rebelii galilejskiej, Josef Ben Matatia, naprawdę jest w mieście i organizuje obronę – służbiście zameldował optio.

– Jest tego absolutnie pewien?

– Tak, panie. Mówi, że próżność nie pozwala mu dać się przyćmić takim jak Johanan Ben Lewi, bohater z Gabary.

– Bohater? – Wespazjan uniósł brwi. – Ciekawe spojrzenie na człowieka, który odpowiada za śmierć tysięcy swoich ziomków. Zapytaj go, dlaczego wolał uciec, kiedy przybył Josef.

– Z powodu waśni z rodem Josefa – optio przetłumaczył odpowiedź. – Nie miał wyboru. Musiał zwiać, bo inaczej z pewnością by zginął.

– Tak jak z pewnością zginie teraz – rzucił Tytus.

– Cenniejszy będzie dla nas żywy. – Wespazjan położył mu dłoń na ramieniu. – Zna układ miasta.

– Mamy tam agentów, którzy znają go równie dobrze.

– Jasne, ale oni są bardziej potrzebni wewnątrz murów. Może się nam przydać skrytobójca. – Wódz chwilę wpatrywał się w fortyfikacje.

– Co wiemy o ich zapasach, Tytusie?

– Trzej zaufani szpiedzy… jeżeli w ogóle można dowierzać komukolwiek z tutejszych… twierdzą, że mieszkańcy mają dość zboża, ale brakuje im soli. Nie ma tam studni i muszą polegać na deszczówce zgromadzonej w publicznym zbiorniku. A jak wiemy…

– Odkąd tu jesteśmy, prawie nie padało – wszedł mu w słowo Wespazjan.

– To znaczy, że musi być mało wody. Masz jakieś inne doniesienia w tej kwestii?

– Sprzeczne. Pozostali informują, że wszystkiego tam pod dostatkiem, że niedawno wykopano studnię i miasto może przetrzymać nawet rok oblężenia.

– Doprawdy? A ten tutaj co na to? Zapytaj go o stan wody i prowiantu, optio.

Po kilku wykrzyczanych pytaniach podoficer zameldował:

– Nie mają żadnej studni, panie. Tylko zbiornik, teraz w połowie pełen. Według niego zapasów starczy im góra na czterdzieści dni.

– Czterdzieści, co? Miejmy nadzieję, że aż tyle tu nie zabawimy. Za czterdzieści dni chciałbym przyjmować kapitulację Jerozolimy, a nie gnić pod tą pipidówką i czekać, aż wszyscy w niej powymierają. Pieprzyć czterdzieści dni. Atakujemy o brzasku. Tytusie, możesz zyskać trochę chwały, nie ma sensu zostawiać jej całej auxiliom. Twój legion pójdzie do szturmu. Zobaczymy, z jakiej gliny są ci Żydzi.

[…]

– Wyglądasz na zmęczonego – zauważył Magnus, gdy Wespazjan wychynął na poranny chłód.

Wraz ze starym przyjacielem powitały go Kastor i Polluks, dwa solidnie umięśnione psy myśliwskie, z entuzjazmem szarpiące się na smyczach.

– Tak? Ja tego nie czuję – odparł wódz, drapiąc łaszące się brytany za uszami. – Przeciwnie, jestem w świetnej formie.

– Ach, rozumiem. Cień człowieka, ale samopoczucie wspaniałe. Zapasy w poziomie zwykle dają taki efekt.

– Zdumiewa mnie twoja pamięć.

– No, no, tylko bez drwinek, mój panie. Jak zawsze powtarzam, jeszczem dobry i do bitki, i do kobitki.

Wespazjan rozejrzał się po obozie. Szarawe sylwetki legionistów cicho i sprawnie ciągnęły centuriami ku bramie i formowały się w szyk na przedpolu.

– Dobry, dobry. Obyś tylko miał czas na to drugie, bo teraz trzeba się skupić na pierwszym. Ale ze względu na twój sędziwy wiek i status cywila daję ci pełne prawo przesiedzieć całą sprawę na tyłach i przyglądać się akcji przy dzbanuszku grzańca i świeżym chlebusiu.

– Bardzo szczodra oferta. – Magnus wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Będę robił dla ciebie notatki.

– Pomysł doskonały… szkoda, że nie umiesz pisać – rzucił przez ramię Wespazjan, podchodząc do przygotowanego wierzchowca.

– No to zrobię je myślą, nie uczynkiem – krzyknął za nim starzec, mocno trzymając psy na smyczach. –

Popiersie Wespazjana z ok. 80 roku (fot. Sailko; CC BY 3.0)

Co oni wyprawiają? – wyrwało się Wespazjanowi, gdy pierwsze promienie słońca oświetliły wysoką, wolno sunącą chmurę i wydobyły z półmroku mury miasta.

– Czekają na nas – mruknął równie zaskoczony Tytus. Siedzieli obaj na koniach w punkcie dowodzenia XV Apollinaris. Młodsi trybuni, posłańcy konni i trębacz wpatrywali się w nich, gotowi przekazać rozkazy swego legata i głównodowodzącego. – Usłyszeli, że nadciągamy, i nie chcą oddać miasta bez walki. Widzę, że z Josefa sprytniejszy taktyk, niż sądziliśmy. Nie będzie bezczynnie siedział w murach na swym włochatym tyłku.

Wespazjan taksował wzrokiem szeregi buntowników ustawione przed bramą Jotapaty, od której dzieliło Rzymian niewiele ponad pół mili. Oba skrzydła przeciwnika zabezpieczały strome urwiska.

– Musi ich być dobre trzy tysiące. I są wyposażeni w zdobyczną naszą broń i zbroje.

Przed linię obrońców wywlekano właśnie troje skutych ludzi: dwóch mężczyzn i kobietę.

– Ale nie umieją walczyć po naszemu, ojcze. Mało kto z Żydów zaciągnął się do auxiliów. Nie chcą służyć cesarzowi.

Wódz patrzył na więźniów brutalnie rzuconych na kolana.

– Czyżby to ci twoi…

– Niestety tak. Jak ich zabiją, koniec z doniesieniami z miasta.

Dwudziestu kilku wojowników otoczyło skazańców półokręgiem. Nieszczęśni na klęczkach wołali do swego boga. Pierwszy kamień trafił kobietę w szczękę z taką siłą, że upadła; nawet z tej odległości Wespazjan wyraźnie usłyszał odgłos uderzenia. Jej krzyk zagłuszył trzaśnięcia pękających pod gradem pocisków czaszek jej towarzyszy. Kaci miotali kamienie jeszcze długo po tym, jak ich ofiary przestały dawać oznaki życia.

– No to jesteśmy ślepi i głusi – podsumował Tytus, gdy trupy odciągnięto na tyły. – Dwójkę tych, którzy pracowali na obie strony, każę zlikwidować, gdy następnym razem dojdzie do kontaktu. Przestali być użyteczni, a ja się lepiej poczuję.

– Zrób tak – zachęcił Wespazjan, studiując szyk nieprzyjaciela. – Liczebność przy takiej dyslokacji nie ma znaczenia, bo nie możemy ich oskrzydlić. Stoją w pięciu lub sześciu rzędach, wystarczy więc, by utrzymali szyk w zwarciu, ale nie dam im tej szansy. Zobaczmy, jak tam z ich dyscypliną tarczową.

Ten tekst jest fragmentem powieści Roberta Fabbriego „Cesarz Rzymu. Wespazjan” (tom 9):

Robert Fabbri
„Cesarz Rzymu. Wespazjan” (tom 9)
49,90 zł
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Tłumaczenie: Janusz Szczepański
Rok wydania: 2021
Okładka: twarda
Liczba stron: 360
Premiera: 26.01.2021
Format: 236 x 159 x 27 mm
ISBN: 978-83-8188-210-1
EAN: 9788381882101
REKLAMA

– Salwa!

Wzdłuż linii katapult polowych XV legionu rozległa się seria głuchych stuknięć drewnianych ramion o obite wojłokiem pionowe ograniczniki, a w ślad za nimi cichy świst miotanych pocisków. Machiny osłaniały przed wrogiem trzy kohorty ustawione w szyku głębokim na dwie centurie, daleko poza zasięgiem żydowskich łuczników. Dziesiątki kamieni i żelaznych brył pomknęły łukiem ponad głowami legionistów ku pozycji przeciwnika.

Żydzi unieśli tarcze, ale bezładnie. Pierwszy szereg jak należy przyklęknął za swoimi, koledzy z następnego utworzyli nad nimi daszek, podobnie jak ci z trzeciego i dalszych. Było to jednak tylko działanie instynktowne, nie zaś wynik miesięcy żmudnych ćwiczeń; między nierówno trzymanymi tarczami było dość luk, by cała konstrukcja okazała się nieszczelna. Wespazjan poczuł przypływ satysfakcji, gdy grad pocisków krwawo przeorał nieprzyjacielską pozycję, odbijając się echem okrzyków bólu i agonii.

Josefowi nie brakowało jednak doświadczenia. Gdy ostatni kamień opuścił katapultę, rozległ się bojowy ryk i buntownicy rzucili się w górę stoku w desperackiej szarży.

Rzymski pochód z trofeami zdobytymi w Jerozolimie. Relief na Łuku Tytusa (fot. Dnalor 01; CC BY-SA 3.0)

– Obniżyć trajektorię! – krzyknął Wespazjan do młodego trybuna dowodzącego machinami, zaraz jednak rzucił synowi przepraszające spojrzenie. – Wybacz, już ci się nie będę wtrącał w komendę.

– Właśnie miałem wydać ten sam rozkaz, tato.

Żołnierze przy katapultach gorączkowo kręcili korbami, napinając sznury, a szefowie poszczególnych jednostek wbijali kliny, by wycelować niżej. Wiele jednak upłynęło coraz szybszych uderzeń serca, nim procedura załadowania była ukończona. Wespazjan się zorientował, że Josef dobrze obliczył moment natarcia i jego wojownicy, mimo że musieli biec pod górę, zbliżali się szybko do rzymskiej linii.

– Gotuj się na przyjęcie! – krzyknął Tytus do trębacza.

Sygnał z czterech dźwięków sprawił, że w trzech frontowych kohortach centurionowie wykrzyknęli rozkazy, sztandary się pochyliły i zakołysały. Jak jeden mąż żołnierze z pierwszych szeregów wysunęli lewe nogi do przodu, mocniej chwycili tarcze i odgięli w tył prawe ręce z oszczepami. Po chwili zapadła cisza. Wszyscy czekali na następne komendy, niewzruszeni nienawistnym wyciem szturmującej hurmy.

W tej chwili znów zagrały katapulty i deszcz pocisków wzbił się w niebo spłaszczonym torem ku pędzącej watasze. Atak prowadzony był jednak niemal perfekcyjnie; salwa katapult poszła za wysoko i ucierpieli od niej tylko maruderzy niemogący nadążyć za główną siłą.

A żydowscy bojownicy parli naprzód. Atakujący przedstawiali dziwny widok: rzymskie kolczugi i lorica segmentata nałożone na długie do łydek tuniki i sięgające kostek szaty; część z nich miała legionowe hełmy, miecze i tarcze. Nie znalazłbyś między nimi dwóch jednakowo wyposażonych, wszyscy za to byli zarośnięci. Wyglądało to jak rzymska kohorta rozprzężona zbyt długim odizolowaniem na jakimś granicznym posterunku.

Wespazjan z dumą patrzył na swego pierworodnego, z uniesioną pięścią szacującego tempo natarcia. Jako legat wielekroć bywał w tym samym położeniu i potrafił docenić kunszt, jakiego wymaga taka ocena, aby móc zadać przeciwnikowi jak największe straty.

Tytus opuścił rękę i trębacz zadął w róg. Sekundy później, gdy centurionowie zareagowali na sygnał, z rzymskich szeregów niczym czarna mgiełka śmignęły ku nadbiegającym wojownikom setki ciężkich oszczepów. Żydzi padali dziesiątkami pod tym nagłym gradobiciem. Legioniści nie zatrzymali się jednak, by podziwiać efekt salwy; wyćwiczonym ruchem przenieśli ciężar ciała na prawą nogę, wyrwali miecze z pochew i napięli muskuły lewych ramion, szykując się do przyjęcia ciosów na tarcze. Z niesamowitą precyzją, osiągalną jedynie przez wieloletni mechaniczny trening, cały pierwszy szereg równocześnie wysunął się do przodu lewymi nogami moment przed zderzeniem z nacierającymi. Szczyty tarcz uderzyły w podbródki, umba w żebra nieprzyjaciół; koledzy z dalszych szeregów wsparli tych z frontu; linia zafalowała, lecz wytrzymała napór.

Chwilę później zęby legionu zaczęły szarpać i kąsać. Błyskawicznymi pchnięciami znad tarcz, spod nich i ze szpar między nimi ostre sztychy gladii kłuły gardła, torsy i podbrzusza; krew i wnętrzności zalewały obute w sandały stopy atakujących. Tempo ciosów nie malało; atakująca ciżba tłoczyła się tak, że ludzie na przedzie nie mieli miejsca na swobodne operowanie bronią. Ryk nienawiści i bojowe okrzyki obróciły się w wycie bólu i strachu; zadawane przez Rzymian rany dla wielu musiały oznaczać pewną śmierć. Napór jednak nie ustawał – tylne szeregi nie miały pojęcia o rzezi odbywającej się na linii starcia i parły naprzód. Tak wielka była moc fanatyzmu, z jakim buntownicy rzucili się do szturmu, i taka pchała ich desperacja, że nie do pomyślenia dla nich było się wycofać tak szybko po uderzeniu. Tak więc zęby Rzymu dalej rwały żywą tkankę nieprzyjacielskiej armii i krew żydowska lała się na ojczystą ziemię, dając jej jedyną wilgoć, jaką widziała od miesiąca. Z wolna jednak odór śmierci przesączył się na tyły, a jego realność potwierdziły zwiotczałe ramiona i obwisłe głowy trupów utrzymywanych w pionie przez napór z obu stron. Do obrońców Jotapaty z wolna dotarło, że zostać w boju to umrzeć – umrzeć zaś to zostawić żony i dzieci bezbronne wobec brutalności, jakiej można się spodziewać po zwycięzcach. Jakby za powszechną zgodą odwrócili się i na łeb na szyję pobiegli ku bramie, wciąż otwartej na ich powrót.

Wzgórze, na którym znajdowała się starożytna Jotopata (fot. Almog; domena publiczna)

Centurionowie z trudem powstrzymali żołnierzy przed rzuceniem się w równie chaotyczny pościg, dyscyplina jednak wzięła górę i rzymską formację ogarnęła dziwna cisza. Strudzeni legioniści próbowali łapać oddech, zdumieni, że jeszcze żyją i są w jednym kawałku. Rannych odciągnięto w bezpieczne miejsce. Trzy czołowe kohorty wycofały się przez rozstępy w tylnych szeregach i ich miejsce zajęły świeże, niezmęczone walką oddziały.

– Celować w blanki! – krzyknął Tytus do dowódcy katapult. – Strzelać ciągle, w jak najszybszym tempie, każda machina według własnego uznania. Nie dajcie im szansy zorientować się w rytmie, żeby nie mogli się odgryzać w przerwach między salwami!

Trybun potwierdził otrzymany rozkaz. Wespazjan wezwał konnego gońca.

– Pozdrowienia dla prefekta Petra z czwartej syryjskiej. Niech się przesunie z kohortą, aby osłaniać Piętnasty podczas szturmu. Ma czyścić mury z łuczników i procarzy, jak to robił pod Gabarą. Na czas ataku będzie podlegał rozkazom legata Piętnastego. Zrozumiałeś?

– Tak jest, wodzu! Wespazjan zmrużył oczy, usiłując rozróżnić insygnia przedniej kohorty.

– Kogo wybrałeś? – spytał syna.

– Centurię inżynieryjną pierwszej kohorty – odrzekł Tytus. – Primus pilus Urbikus nie zgodziłby się na nic innego. Za nią pójdą piąta i szósta kohorta; mają po dwie centurie pionierów. Każda ma dziesięć drabin, czyli w sumie pięćdziesiąt. Jedna na piętnaście kroków muru.

– To im powinno dać dość zajęcia. Jeśli Petro i katapulty zdołają przycisnąć obronę, dopóki nasi nie staną pod murem, może wszystko pójdzie gładko. – Wódz zacisnął kciuk w pięści i splunął na odczynienie uroku, zdawszy sobie sprawę, że taką wypowiedzią wystawia na próbę poczucie humoru niektórych bogów. – No, Petro już w drodze.

Dwaj Flawiusze w milczeniu obserwowali, jak brodaci łucznicy, w większości okryci wschodnimi łuskowymi pancerzami i w stożkowych hełmach, truchtem zajmują pozycje przed frontem trzech wyznaczonych do szturmu kohort. Kiedy stanęli w dwóch szeregach, Wespazjan nachylił się i klepnął syna w ramię.

– Zostawiam cię z tą robotą, Tytusie. Nie sadź się na żadne głupstwa typu pierwszy na murach. Bohaterszczyznę zostaw Urbikusowi.

Flawiusz junior mocniej zawiązał rzemyki hełmu.

– Nie martw się, tato. Zdążyłem się nauczyć, że gdy w legionie ma wszystko grać, to primus pilus, nie legat, musi mieć szansę pierwszy przelać krew nieprzyjaciela.

Przerzucił czerwony płaszcz, odsłaniając polerowany napierśnik, spiął konia i wysunął się na czoło, by poprowadzić szturm.

Ten tekst jest fragmentem powieści Roberta Fabbriego „Cesarz Rzymu. Wespazjan” (tom 9):

Robert Fabbri
„Cesarz Rzymu. Wespazjan” (tom 9)
49,90 zł
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Tłumaczenie: Janusz Szczepański
Rok wydania: 2021
Okładka: twarda
Liczba stron: 360
Premiera: 26.01.2021
Format: 236 x 159 x 27 mm
ISBN: 978-83-8188-210-1
EAN: 9788381882101
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Robert Fabbri
ukończył studia z teatrologii na Uniwersytecie Londyńskim i dwadzieścia pięć lat pracował w przemyśle filmowym i telewizyjnym. Był asystentem reżysera przy takich produkcjach, jak Hornblower, Hellraiser, Czas patriotów i Billy Elliot. Jego życiową pasją jest historia starożytna, co zaowocowało cyklem powieści o Wespazjanie. Mieszka w Londynie i Berlinie.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy