Opublikowano
2011-01-22 01:01
Licencja
Prawa zastrzeżone

Wokół Krakowskiego Szlaku Kobiet

Rozmowa z Natalią Saratą, koordynatorką programu Krakowski Szlak Kobiet nominowanego do nagrody Kulturalne Odloty „Gazety Wyborczej”.


Natalia Sarata – socjolożka, europeistka, współzałożycielka Fundacji Przestrzeń Kobiet, koordynatorka programu Krakowski Szlak Kobiet, trenerka na autorskich warsztatach historii kobiet. Grażyna Latos: Krakowski Szlak Kobiet został właśnie nominowany do nagrody Kulturalne Odloty Gazety Wyborczej w kategorii Wydarzenie 2010. Skąd pomysł na podobny projekt?

Natalia Sarata: Ta nominacja to dla nas wielka radość – oznacza, że nasz projekt działa, przynosi zmiany. Natomiast im dłużej prowadzimy program Krakowski Szlak Kobiet, a robimy to od 2008 roku, tym więcej mamy odpowiedzi na twoje pytanie.

Na pewno taką uświadomioną inspiracją była książka Grażyny Kubicy pod tytułem „Siostry Malinowskiego, czyli kobiety nowoczesne na początku XX wieku”, w której autorka odtwarza losy kilkunastu kobiet: malarek, lekarek, naukowczyń, pisarek. Na ich nazwiska trafiła, opracowując korespondencję między Bronisławem Malinowskim, Witkacym i Conradem. Część z tych kobiet była związana z Krakowem, żyła tutaj, tworzyła, tutaj została zapomniana. Pomyślałyśmy, że chcemy je i im podobne kobiety związane z tym miastem odzyskać, poszukać ich śladów w tej przestrzeni, w której my, „kobiety nowoczesne na początku XXI wieku”, żyjemy. Chciałyśmy wiedzieć o nich więcej: gdzie w tym mieście mieszkały, jak żyły, gdzie i jak pracowały, a także – jakie jeszcze miały „siostry”, jak ze sobą współpracowały, działały, wspierały się i spierały, żyły. Chciałyśmy też dowiedzieć się, w jakich przestrzeniach funkcjonowały w tym mieście, jak tę przestrzeń odczuwały, oswajały, jak się w niej poruszały. Jak posiadały dla siebie to miasto.

Coraz wyraźniejsze staje się dla nas szukanie w Krakowie śladów obecności i historii kobiet – po to, żeby odzyskać dla siebie i innych kobiet to miasto. Poznać swoją historię, poczuć się w tym mieście, w tej przestrzeni, czy też szerzej – w przestrzeni publicznej – u siebie. Oznaczyć tę przestrzeń także jako przestrzeń kobiet, z ich historią, doświadczeniami, potrzebami, aktywnością. Dlatego nie tylko wydajemy książki, ale wręcz wchodzimy w przestrzeń miasta, organizując wycieczki Krakowskim Szlakiem Kobiet i poznając je od bliższej sobie strony – dorobku kobiet.

Pomysł na projekt zakładał rozpoznanie właśnie tego dorobku, zdobycie większej wiedzy o tych, które tutaj były przed nami, oraz o tym, co one dla nas wypracowały, co im zawdzięczamy, z czym, tak jak one, borykamy się sto lat później. Naszym zamierzeniem było nadrobienie zaległości, uczenie się tego, czego nie ma w przewodnikach, książkach do historii, co nie pojawia się na tradycyjnych trasach wycieczkowych po Krakowie, co pozostaje zapomniane. Rewolucyjny dorobek naszych symbolicznych prababek to historia odesłana w tym mieście (i w wielu innych) w niepamięć. Realizujemy cały ten program także po to, by móc pamiętać, również w wymiarze całej społeczności.

Projekt jest także sposobem na pewnego rodzaju dialog z naszymi przodkiniami – działaczkami ruchu kobiecego. Poznawanie ich doświadczeń, przyglądanie się ich motywacjom, rozmawianie o tym, z jakimi barierami się spotykały, czytanie o ich przekonaniach, identyfikacjach, wytrwałości – to coś, w czym na różne sposoby odnajdujemy siebie, odnajdujemy też wzory, punkty odniesienia dla własnego zaangażowania, przeszkód, sukcesów.

Czy są jakieś zaskakujące wnioski płynące z tego dialogu z przodkiniami? Na przykład jeśli chodzi o wspomniane bariery?

Gdy zastanawiamy się, z jakimi barierami spotykały się nasze przodkinie, to spodziewamy się innych przeszkód niż te, z którymi mamy do czynienia współcześnie, prawda? Okazuje się – i to jest zaskoczenie – że były one bardzo podobne: społeczne przekonanie, że przestrzeń publiczna przeznaczona jest dla mężczyzn, że kobiety nie powinny krzyczeć na ulicach w obronie swoich praw, bo ich miejsce jest gdzieś indziej, czyli w domu. Że feministki idące w manifach są niechlujnymi, niezrównoważonymi dziwolągami, którym źle zrobiła lektura niewłaściwych książek.

Okładka pierwszego tomu „Przewodniczki po Krakowie emancypantek” Ciągle pojawia się pytanie o normy – przeszłe i współczesne – dotyczące przestrzeni wyznaczonych kobietom, higieny osobistej, zrównoważenia emocjonalnego, lektur uznawanych właściwe, związków i tym podobne W tekstach obu tomów „Przewodniczki po Krakowie emancypantek” bardzo silnie wybrzmiewają te tony. Rozmawiamy o nich także na trasach Krakowskiego Szlaku Kobiet, gdy Anna Kiesell, nasza niezastąpiona przewodniczka, opowiada na przykład o blednicy, chorobie diagnozowanej niezwykle często u dziewcząt i młodych kobiet na przełomie XIX i XX wieku, także w Galicji. Medycyna znalazła swój sposób na walkę z emancypacją i samodzielnością kobiet: jako „lekarstwo” na blednicę ordynowano im długoterminowe przebywanie w łóżku, częste spożywanie wysokokalorycznych posiłków, odcięcie od kontaktów społecznych, czasem zakaz czytania książek czy pisania dzienników1.

„Przewodniczki” opowiadają także o wielkim zaangażowaniu i motywacji bohaterek do walki z tymi barierami, które dziś wydają się niewyobrażalne. Współczesne studentki (podobnie studenci) często nie wiedzą, że prawo kobiet do studiowania na uniwersytecie nie jest „odwieczne”, że to dorobek ostatnich stu lat. Wcześniej nie miałyby wstępu na uczelnie, nie mogłyby też głosować w wyborach, nie mogłyby same wychodzić na ulicę. Te prawa zawdzięczamy innym kobietom i ich pracy, która wiele kosztowała – pochłaniała czas, wysiłek, pieniądze, czasem życie.

Ten „dialog” z przodkiniami nie jest łatwy – gdy czytam o ich pracy, o tym, jak żyły, jak wielki wysiłek podejmowały, jak potężnie były zmotywowane i nie ustawały w walce, szczególnie wtedy, gdy nie miały prawa głosu w przestrzeni publicznej, gdy po prostu nie były słuchane – to jest mi zwyczajnie głupio, że moja motywacja czasem maleje i brakuje mi sił, chęci do działania.

Czy wśród bohaterek „Przewodniczki” masz swoje ulubienice?

Nie wiem, czy „ulubienice” to dobre słowo, bo ja jestem raczej ich fanką, a one moimi idolkami. Jest ich sporo, a do każdej bohaterki jestem tak czy inaczej przywiązana, losy ich wszystkich przeżywam i się do nich przywiązuję. W pierwszym i drugim tomie jest ich łącznie 24, już szykujemy się do spotkania z kolejnymi. Osoby zaangażowane w ten projekt – w książki, w wycieczki – odwołują się do różnych postaci z Przewodniczek, a z naszych rozmów wynika, że każda z nas szczególnie ceni inną z nich. Ogromnie trudno między nimi wybrać. Ja szczególnie podziwiam Kazimierę Bujwidową, niezmordowaną, potężną aktywistkę, wielką kobietę swoich czasów w tym mieście. Szła jak taran i żadne przeszkody, obelgi i komentarze nie były jej straszne. Była radykalna, bezkompromisowa, bezwyznaniowa – oficjalnie wystąpiła z kościoła katolickiego, w tamtych czasach! To między innymi dzięki niej mogłam studiować na Wydziale Filozoficznym UJ, wywalczyła dla mnie prawo do studiowania. Pisze o niej w pierwszym tomie „Przewodniczki” Anna Kiesell.

Marcelina Kulikowska Bardzo bliska jest mi także Marcelina Kulikowska, nauczycielka w pierwszym Prywatnym Żeńskim Gimnazjum w Krakowie, poetka, autorka dzienników, reporterka, ateistka, którą trwanie przy swoich przekonaniach kosztowało życie. Strzeliła sobie w serce 19 czerwca 1910 roku, w ubiegłym roku obchodziłyśmy 100. rocznicę jej śmierci. Pisała o niej Agnieszka Brożkowska. Ale tak naprawdę, gdybym miała opowiedzieć o postaciach, które mnie fascynują, streściłabym obie książki, przypomniała wszystkie bohaterki. Każda z nich ma dla mnie szczególne znaczenie, choć tak bardzo się między sobą różnią i ich losy są tak odmienne. Wszystkie były w jakiś sposób związane z tym miastem, wiele z nich żyło tu na stałe, część z nich tylko przez jakiś czas, niektóre przyjechały po śmierć.

Dlaczego w „Przewodniczkach” występują właśnie te, a nie inne nazwiska? Czy już na wstępie posiadałyście listę kobiet, o których warto napisać, czy też na niektóre z nich trafiłyście dopiero w trakcie prac?

Przede wszystkim interesują nas kobiety, które już nie żyją. Drugim naszym podstawowym kryterium jest działalność emancypacyjna. Nie mamy jednak bardzo ścisłej definicji emancypacji, chcemy pokazać różnorodność tego procesu wśród kobiet z odmiennych społeczności, momentów historycznych, w różnych dziedzinach. Prezentujemy kobiety, które w jakiś sposób przekraczały bariery stawiane kobietom ze względu na ich płeć, indywidualnie i tylko dla siebie, albo też w ramach ruchu kobiecego. Dlatego w „Przewodniczkach” opisujemy na przykład sylwetkę Kazimiery Bujwidowej czy Marii Turzymy, redaktorki feministycznego „Nowego Słowa”, aktywnej uczestniczki ruchu kobiecego tamtych czasów, ale też Sary Szenirer, twórczyni pierwszych szkół religijnych dla dziewcząt z ortodoksyjnych rodzin żydowskich, która pozostawała poza tym ruchem (choć być może była pod jakimś jego wpływem – ostatnio dotarłyśmy do informacji, że prawdopodobnie uczęszczała na wykłady o edukacji kobiet prowadzone przez krakowskie działaczki emancypacyjne). W książkach opowiadamy też na przykład o artystkach, które podążały własną drogą, samodzielnie i same dla siebie wyzwalając się ze społecznych ram wyznaczających przestrzeń działania i oddziaływania kobiet. Ich indywidualne wybory życiowe stawały się punktem odniesienia dla innych bliskich im kobiet, były wyrwą w murze patriarchalnej społecznej normy, dowodem, że można żyć inaczej.

Okładka drugiego tomu „Przewodniczki po Krakowie emancypantek” Rzeczywiście mamy listę naszych bohaterek. Po wydaniu dwóch „Przewodniczek” nadal liczy ona kilkadziesiąt pozycji i wciąż się wydłuża. Wiele tekstów z obu tomów „Przewodniczki” mówi także o tym, jak wyglądało pierwsze zetknięcie się z nazwiskiem, postacią, śladem jej istnienia. W przypadku Moniki Świerkosz do spotkania z architektką Dianą Reiter doszło dzięki scenie z filmu, Anna Berestecka poznała tłumaczkę Marię Leśniewską, gdy szukała mebli do nowego mieszkania, zaś Piotr Oczko odkrył nieobecność Gizeli Reicher-Thonowej dzięki lekturze obowiązkowego podręcznika jej autorstwa.

Czasem przynosimy nazwisko z Cmentarza Rakowickiego, gdzie prowadzimy „herstoryczny monitoring” nagrobków i inskrypcji. Lista bohaterek kolejnych książek rośnie także dlatego, że kobiety te nie funkcjonowały w społecznej próżni, miały siostry, przyjaciółki, współpracowniczki, uczennice i mistrzynie, z którymi łączyły je bardzo silne więzy i do których dzieki temu docieramy. Tym relacjom między współpracowniczkami, przyjaźniom i miłościom poświęcony jest drugi tom książki. Niestety, na naszej liście są także takie bohaterki, do których ciągle nie potrafimy dotrzeć, o których ślady tylko się ocieramy, których ciągle poszukujemy. Taką osobą, o której wciąż wiemy bardzo niewiele, jest na przykład Maria Siedlecka. Chciałyśmy o niej opowiedzieć już w pierwszej książce, teraz mamy nadzieję, że uda się nam z nią spotkać w trzeciej.

Kim są autorki obydwu tomów?

Autorki (drugi tom ma też autora, który często nazywa siebie autorką tej książki, więc przy takiej nomenklaturze możemy pozostać) to najczęściej uczestniczki naszych warsztatów historii kobiet realizowanych już od 2007 roku. Za każdym razem jesteśmy zaskoczone, gdy okazuje się, że taka uczestniczka przychodzi na warsztat, myśląc już o konkretnej postaci (odkrytej na studiach, w czasie lektury, na strychu, w graciarni), gotowa do badania i pisania o niej, czekająca dotąd, czasem latami, na odpowiednią przestrzeń i czas, by podzielić się wiadomością o swoje bohaterce lub by podążyć jej śladami. To nam pokazuje, jak bardzo brakuje w głównym nurcie – w szkole, na studiach, w mediach, w grupach rówieśniczych – przestrzeni do mówienia o ważnych postaciach kobiecych, jak bardzo ich historia jest nieobecna i w gruncie rzeczy niepożądana, oceniana jako mało ważna, niszowa.

Autorki są doktorantkami i pracowniczkami naukowymi, uczennicami liceum, studentkami. Swoich przodkiń poszukują judaistki, socjolożki, przewodniczki miejskie, filolożki, historyczki sztuki, kulturoznawczynie i ekonomistki, antropolożki i pracowniczki socjalne, redaktorki, historyczki, działaczki organizacji pozarządowych. Każda pisze z własnej perspektywy, z której przedstawia dialog ze swoją bohaterką, proces podążania za nią i sprzeczania się z nią. Mówimy o trudnościach w kontakcie i związanych z nim wyzwaniach.

Nie ukrywamy subiektywności tekstu i oglądu, wręcz odwrotnie – staramy się w „Przewodniczkach” pokazywać, że osoba opowiadająca wpływa na obraz osoby czy tematu, o których opowiada. I że nie ma historii bez interpretacji, czasem jest tylko próba ukrycia tej subiektywności. Spotykamy się czasem z zarzutem, że te historie, HERstorie odzyskiwane przez nasze autorki, są mniej ważne, są subiektywne, nie są tą „wielką historią”, czymkolwiek ona miałaby być. I znów wracamy do tego, kto wyznacza normy, jak ta narracja historyczna powstaje, odtwarza i stara się kontrolować obrzeża, „marginesy”. No więc my jesteśmy trochę na tych obrzeżach, ale już wchodzimy do centrum, także miasta, i je zmieniamy.

Jak wyglądają wasze dalsze plany związane z „Krakowskim szlakiem kobiet”?

Mamy wiele planów. Przede wszystkim chcemy wygrać tegoroczną edycję plebiscytu „Kulturalne Odloty” Gazety Wyborczej w kategorii „Wydarzenie 2010” – za wycieczki, książkę, warsztaty i spotkania w Czytelni dla Kobiet. Bardzo by nam to pomogło zrobić w Krakowie jeszcze więcej miejsca dla historii kobiet, o to walczymy. To ważne dla nas szczególnie w tym roku, bo 19 marca 2011 obchodzimy setną rocznicę pierwszych krakowskich obchodów Międzynarodowego Dnia Kobiet, które nazywamy pierwszą krakowską Manifą. Tegoroczna Manifa w Krakowie przejdzie właśnie tamtą trasą sprzed wieku, będziemy nawiązywać do tego wydarzenia w postulatach, a także rozmawiać o tym, co się od tamtego czasu zmieniło, a co jeszcze jest do zrobienia. Chcemy sprawdzić, czego się uczymy od Przodkiń, które 100 lat temu szły dla nas w tym pochodzie. To były działaczki ruchu kobiecego i tysiąc robotnic z pobliskiej fabryki tytoniu, tak zwanej. Cygarfabryki.

Planujemy także wydanie kolejnej „Przewodniczki” – już niedługo ogłosimy nazwiska bohaterek trzeciego tomu. Tym razem będzie można wesprzeć naszą pracę także darowizną, kupując cegiełkę pozwalającą dofinansować opisanie konkretnej postaci. To też sposób na wzięcie udziału w odzyskiwaniu herstorii. Myślimy o tym z radością, bo trzecia „Przewodniczka” będzie właśnie bardziej niż poprzednie tomy robotniczo-socjalistyczna – to dla nas ważne w setną rocznicę wspomnianego feministyczno-robotniczego pochodu. Udało się nam także nawiązać współpracę z brytyjską „HerStorią”, kwartalnikiem herstorycznym, w którym przedstawimy tego lata trasy wiodące śladami krakowskich emancypantek i Żydówek. Oczywiście od marca wracamy też na szlaki wycieczek po mieście, planujemy nowe trasy, nowe aktywności i… niespodzianki.

Więcej o projekcie Krakowski Szlak Kobiet na stronie krakowskiszlakkobiet.pl. Głosowanie w plebiscycie Kulturalne Odloty (trwa do 1 lutego) w serwisie krakow.gazeta.pl.

Redakcja: Roman Sidorski

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: mbbaran |

Przeczytałem z zainteresowaniem lecz poniższe zdanie: \"Była radykalna, bezkompromisowa, bezwyznaniowa – oficjalnie wystąpiła z kościoła katolickiego, w tamtych czasach\" uważam za przesadzone. W CK Monarchii, nawet w Galicji ateizm był o wiele łatwiej tolerowany, ba oficjalnie uznany niż w to ma miejsce w III RP.



Odpowiedz
Grażyna Latos

Absolwentka Szkoły Gender Mainstreaming oraz Akademii Media i Gender w IBL PAN. Jedna z autorek publikacji „20 lat 20 zmian. Kobiety w Polsce w okresie transformacji 1989-2009”. Współpracuje z Fundacją Feminoteką oraz Fundacją Gender Center. Od lipca 2008 roku stała publicystka „Histmaga”. Od marca 2009 do czerwca 2010 w składzie redakcji. Do września 2011 członkini rady merytorycznej.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org