Autor: Paweł Wieczorkiewicz
Tagi: II wojna światowa, Historia wojskowości, Historia polityczna, Artykuły, Polska
Opublikowany: 17 września 2014
Licencja:wszystkie prawa zastrzeżone

Wrzesień 1939: jak rzeczywiście bili się polscy żołnierze?

Wojna w obronie II Rzeczpospolitej: trwała trzy tygodnie, czy może do momentu rozbicia grupy majora „Hubala”? Jak spisał się polski żołnierz, a jak jego dowódcy? Kto okrył się chwałą, a kto hańbą...?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5

Schleswig-Holstein ostrzeliwuje polskie wybrzeże
Spór o adekwatną nazwę wojny polsko-niemieckiej i polsko-sowieckiej trwa niemal od jej zakończenia. Niemcy ukuli slogan, że działania trwały 18 dni, co po 1945 roku z radością podchwyciła propaganda i historiografia PRL, gdyż dokumentował wyraziście, w duchu ocen Mołotowa, „bankructwo burżuazyjnego państwa polskiego”. Z czasem rozpoczęto używać terminu „kampania wrześniowa”, także nośnego propagandowo, odwracał bowiem uwagę od walk Grupy Operacyjnej „Polesie” przeciwko obydwu najeźdźcom. Zastąpiono go potem określeniem „wojna obronna”, zgodnym z tak zwaną marksistowską metodologią historii. Wydaje się, że pierwszy do historycznej prawdy zbliżył się Leszek Moczulski, który swą znakomitą, wydaną w 1972 roku i wycofaną natychmiast potem ze sprzedaży, monografię zatytułował Wojna polska.

Wraz z kapitulacją ostatniego walczącego polskiego zgrupowania operacyjnego – grupy generała Kleeberga – kampania 1939 roku dobiegła końca. W ciągu 5 tygodni, czyli 35 dni, armia broniąca niepodległości i suwerenności Rzeczypospolitej została doszczętnie rozbita. W walkach z Niemcami straty wyniosły około 70 000 poległych, w tym 3300 oficerów (z tego 67 177 mogił udało się zewidencjonować na terenie Polski w jej obecnych granicach). Rannych zostało 133 000 żołnierzy, w tym 6700 oficerów. Tak wielka liczba zabitych wynikała po części z braku elementarnej pomocy medycznej, której udzielić mógł ewentualnie tylko przeciwnik. Do niewoli niemieckiej dostało się około 420 000 ludzi, z tego około 10 000 zmarło lub zostało zamordowanych.

Wedle szacunkowych danych opór przeciwko bolszewikom kosztował około 6000–7000 zabitych i zamordowanych oraz – jak podawały zawyżone sprawozdania RKKA – 575 000 jeńców (w tym 240 000 – 250 000 z formacji regularnych). Rozróżnienie to jest o tyle istotne, że Sowieci brali do niewoli junaków Przysposobienia Obronnego, a także wszystkich umundurowanych funkcjonariuszy państwowych: policjantów, strażaków, kolejarzy, pracowników Poczty, a nawet harcerzy. Część z nich, zwłaszcza Ukraińców, Białorusinów i innych mieszkańców Kresów, po uprzedniej filtracji zwolniono na mocy decyzji Biura Politycznego KC WKP(b), a ponad 40 000 przekazano Niemcom; pozostałych oddano pod czujną opiekę NKWD. Jak wiadomo, co najmniej 22 000 jeńców, przede wszystkim oficerów, trafiło później przez obozy w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku do Katynia, Miednoje, Charkowa i innych miejsc masowego ludobójstwa.

Wiaczesław Mołotow w Berlinie, 1940 (Bundesarchiv, Bild 183-1984-1206-523 / CC-BY-SA)

Na polu walki od kul niemieckich padło czterech generałów: Bołtuć, Grzmot-Skotnicki, Kustroń i Wład; piąty, Olszyna-Wilczyński, zginął z rąk Sowietów. Wielu wyższych oficerów, jak pułkownik Dąbek czy kapitan Raginis, po wyczerpaniu wszystkich możliwości obrony przedłożyło samobójczą kulę nad niewolę. Obóz jeniecki, zwłaszcza sowiecki, nie dawał jednak wcale szansy przeżycia. W katyńskiej hekatombie zginęli między innymi dowódcy wielkich jednostek i samodzielnych grup: generałowie – Kazimierz Orlik-Łukoski (Grupa Operacyjna „Jasło”), Konstanty Plisowski, Franciszek Sikorski, Skuratowicz i Smorawiński, oraz pułkownicy – Schwarzenberg-Czerny, Szafran, Alojzy Wir-Konas (38 DPRez) i Kazimierz Żelisławski (dowódca Nowogródzkiej BK po Andersie). Nie oszczędzono również ciężko rannych, zagarniętych w szpitalach pułkowników: Druckiego-Lubeckiego i Kosseckiego. Dalecy od przestrzegania konwencji międzynarodowych byli także Niemcy. Pułkownik Stanisław Kalabiński, dowódca doskonale bijącej się w kampanii 55 DPRez, został oskarżony o rzekome zbrodnie wojenne, wywieziony z oflagu w Rotenburgu do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, a później wydany gestapo i stracony. Pretekstem stał się incydent, jaki wydarzył się 9 września w Stopnicy, gdzie zniszczono w obustronnej walce autobus niemiecki z orkiestrą pułkową 5 Dywizji Pancernej. Pułkownik Morawski, były referent Wydziału „Niemcy” II Oddziału Sztabu Głównego, który trafił do obozu jenieckiego II D Gross Born, za udział w tajnej organizacji konspiracyjnej został zgładzony w 1944 roku. Z kolei pułkownika Furgalskiego, zwolnionego zgodnie z podpisaną konwencją z niewoli po kapitulacji Twierdzy Modlin, uwięziono i osadzono jako rannego w szpitalu w Tworkach, gdzie zmarł niespełna miesiąc po zakończeniu kampanii.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Pawła Wieczorkiewicza pt. Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku:

Paweł Wieczorkiewicz
„Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku”
40 zł
Liczba stron: 408+16, il

Gen. bryg. Konstanty Plisowski
Z pogromu ocalało około 80 000 oficerów i żołnierzy, którzy przeszli, najczęściej z myślą o dalszej walce, do krajów neutralnych, przede wszystkim na Węgry i do Rumunii oraz na Litwę i Łotwę. Większości udało się później przedrzeć na Zachód bądź, po okupacji krajów nadbałtyckich przez Sowietów, trafić do Armii Polskiej w ZSRS.

Z użytych w walkach około 450 samolotów (w trakcie kampanii nadeszły niewielkie uzupełnienia z zapasów) ponad 100 udało się ewakuować do Rumunii i kilkanaście na Węgry i Litwę, stracono zatem około 330 maszyn (z tego około 100 w powietrzu, część od ognia własnych jednostek). W podobny sposób uratowano około 100 z ponad 500 czołgów (wiele zostało porzuconych z braku paliwa). Marynarka utraciła wszystkie okręty (z wyjątkiem podwodnych) użyte w obronie Wybrzeża.

Straty przeciwników, choć o wiele niższe, były również poważne. Niemcy okupili zwycięstwo nad Polską 16 343 poległymi, 5058 zaginionymi i 27 640 rannymi oficerami i żołnierzami, Sowieci zaś stracili od 2500 do 3000 poległych (według oficjalnych, zaniżonych danych – 996 zabitych i 2002 rannych). Agresorzy utracili także znaczne ilości sprzętu bojowego: Wehrmacht – łącznie 674 czołgi, 319 samochodów pancernych (z tego część została następnie wyremontowana), Luftwaffe – 521 samolotów zniszczonych i ciężko uszkodzonych (z tego 330 bezpowrotnie), w tym w akcji – ponad 230, czyli po 27% stanu wyjściowego, Kriegsmarine – l trałowiec i pewną liczbę samolotów, natomiast Armia Czerwona – około 150 wozów bojowych wszystkich typów i do 20 samolotów.

Wrażenie, jakie w społeczeństwie ponoszącym skutki nieznanej wcześniej wojny totalnej wywołał jej przebieg i finał, było porażające. Poczucie klęski i skrajny pesymizm co do własnej przyszłości pogłębiała zarówno dobrze zapamiętana optymistyczno-patriotyczna propaganda, uprawiana jeszcze w sytuacji bezpośredniego wojennego zagrożenia, jak pospieszna ewakuacja naczelnych władz państwowych z Warszawy, a następnie z kraju, czego ogół nie pojmował, wreszcie przemyślana działalność obydwu okupantów, którzy w kontrolowanych przez siebie prasie i specjalnych okolicznościowych publikacjach polskojęzycznych jątrzyli świeże rany, licząc, że piętnowanie prawdziwych i przede wszystkim rzekomych błędów i przewin II Rzeczypospolitej osłabi wśród Polaków ducha potencjalnego oporu. Rangę ponurego epitafium zyskały wyrwane z kontekstu słowa marszałka Rydza-Śmigłego, który w obliczu zbliżającej się wojny oświadczył: „Nie oddamy guzika”. Ponieważ w ślad za prezydentem, premierem i marszałkiem do Rumunii i na Węgry podążyły tysiące wojskowych rozbitków i cywilnych uciekinierów, w rozgoryczonym, we własnym przeświadczeniu wydanym na łup Niemców i Sowietów społeczeństwie narodził się – jako fałszywy symbol ucieczki politycznych elit – mit „szosy zaleszczyckiej”, którą do zbawczej granicy podążały rzekomo tysiące rządowych limuzyn. Hołubiła go przez lata komunistyczna propaganda, pragnąc uwiarygodnić tezę Mołotowa o rzekomym „rozpadzie” polskiej państwowości i zakwestionować ciągłość jej legalnych władz.

Jan Szembek, wiceminister spraw zagranicznych
Wojna, zgodnie z definicją wielkiego pruskiego teoretyka wojskowości, generała Karla von Clausewitza, jest kontynuacją polityki innymi środkami. Wrześniowa klęska w 1939 roku była zatem skutkiem nie tyle słabości militarnej II Rzeczypospolitej, ile wynikiem prowadzonej przez nią polityki zagranicznej, i jeśli w ogóle popełniono błąd, to tkwił on właśnie w tej sferze. Jerzy Łojek w 1979 roku w swej Agresji 17 września 1939, a ostatnio Grzegorz Górski w pracy Wrzesień 1939. Rozważania alternatywne postawili tezę o wyborze konkurencyjnej koncepcji politycznej, sprowadzającej się do przyjęcia warunków Hitlera, regulujących na nowych zasadach stosunki polsko-niemieckie. Wielu historyków podnosi często argument, że na takie rozwiązanie nie zezwoliłaby opinia publiczna. Jako dowód przytaczana bywa chętnie opinia ambasadora Łukasiewicza, który stwierdził w rozmowie z Szembekiem: „Gdybyśmy w marcu byli oddali Gdańsk i autostradę […] przy nastrojach, jakie w kraju panowały, rząd upadał, a powstałby rząd obecny [generała Sikorskiego]. Byłyby w kraju rozruchy, po czym weszliby Niemcy i Sowieci”. Pogląd to fatalistyczny i niemający wiele wspólnego z ówczesną rzeczywistością. W państwie autorytarnym, jakim była II Rzeczpospolita, głos społeczeństwa nie był i nie mógł być czynnikiem decydującym. Ponadto na stosunki polsko-niemieckie nie można patrzeć z perspektywy resentymentów 1945 roku. Należy też pamiętać, że w analogicznej sytuacji władze państwowe Węgier, Rumunii czy Finlandii potrafiły w odpowiednim czasie przyjąć w swojej polityce opcję niemiecką. Sojusz Warszawy i Berlina niewątpliwie odmieniłby diametralnie sytuację międzynarodową, zapewne bardziej niż pakt Ribbentrop–Mołotow. Paradoksalne, ale odrzucenie niemieckich propozycji uratowało od podporządkowania III Rzeszy nie tylko Europę, ale w pierwszym rzędzie Związek Sowiecki.

Przyjęcie gwarancji brytyjskich pozbawiło politykę polską swobody manewru i spowodowało otwarty konflikt z Niemcami, jednak – do momentu uzyskania przez nie reasekuracji w Moskwie – niekoniecznie zbrojny. Po 23 sierpnia, gdy wojna stała się nieuchronna, losy Polski zależały od wypełnienia przez aliantów zobowiązań sojuszniczych. Zażarta walka miała jednak sens strategiczny i polityczny. Niemcy, z powodu przeciągnięcia się kampanii, a także konieczności odnowienia zapasów i remontów zużytego i uszkodzonego sprzętu, zmuszeni zostali do poniechania planowanej przez Hitlera jesiennej ofensywy na Zachodzie. Polacy wypełnili tym samym zobowiązania sojusznicze – wygrali dla swoich sprzymierzeńców bezcenny czas. To, że nie został on należycie wykorzystany, obciąża sumienia francuskich i brytyjskich polityków i wojskowych. Ofiarę Polski zaprzepaszczono wiosną 1940 roku podczas kampanii na Zachodzie. Nie stała się jednak całkowicie bezcelowa, Brytyjczycy bowiem wytrwali w oporze, stwarzając szansę odwrócenia biegu wojny.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Pawła Wieczorkiewicza pt. Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku:

Paweł Wieczorkiewicz
„Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku”
40 zł
Liczba stron: 408+16, il

Wojsko Polskie nie miało w narzuconej konfiguracji strategicznej szans na zwycięskie odparcie niemieckiej napaści. O wyniku kampanii zadecydował ostatecznie 17 września. Można domniemywać, w jakim stopniu przystąpienie ZSRS do wojny przesądziło o biernej postawie aliantów. W sferze hipotez pozostaje pogląd wyrażony przed laty implicite przez Leszka Moczulskiego w jego Wojnie polskiej, że możliwa byłaby dłuższa obrona na przedmościu rumuńskim, gdyby nie nastąpiła agresja sowiecka. Utrzymanie go do wiosny wydaje się o tyle wątpliwe – nawet zakładając dostawy sprzętu z Zachodu – że Niemcy dołożyliby z pewnością starań, aby za wszelką cenę zdławić opór. Jednak przedłużenie kampanii, nawet o kilka tygodni, przyniosłoby podwójny skutek: jeszcze większe straty i zniszczenia, ale i o wiele bardziej uporządkowany charakter odwrotu do Rumunii i na Węgry.

Leszek Moczulski w warszawskim mieszkaniu (fot. z Archiwum Krzysztofa Króla)

Decyzja o faktycznym zaniechaniu walki z bolszewikami i niewypowiedzeniu wojny Związkowi Sowieckiemu, poza doniosłymi konsekwencjami politycznymi, prawnymi i propagandowymi – gdy w 1941 roku, w zmienionych warunkach, doszło do rokowań, postawiło to stronę polską na niedogodnej płaszczyźnie, czego oczywiście Sowieci nie omieszkali wykorzystać – miała i skutki praktyczne. Zorganizowana obrona, nawet za cenę większych strat, osłoniłaby ewakuację Kresów Wschodnich i oznaczałaby ocalenie, w biologicznym tego słowa znaczeniu, nie tyle przed niemiecką okupacją, co przed Katyniem, Łubianką i Sybirem dziesiątków, a może i setek tysięcy obywateli RP. O tym, że miała szanse powodzenia, świadczy przebieg działań wojennych, który obnażył wszystkie braki RKKA. Zawiodła mobilizacja, zarówno ludzi, jak i sprzętu, kulał transport i logistyka, a źle dowodzone wojska sowieckie wszędzie tam, gdzie napotykały przeciwdziałanie, biły się wręcz bojaźliwie. Tym niemniej samorzutny, desperacki opór na Wschodzie, zwłaszcza że w walkach brali udział liczni ochotnicy cywilni, i tak zadał kłam sowieckiej propagandzie o „wyzwolicielskim marszu Armii Czerwonej” i zaświadczył niezbywalne polskie prawa do Kresów.

Z tego, że armia polska wygrać kampanii przeciwko całej potędze niemieckiej nie może, zdawał sobie sprawę naczelny wódz i szef sztabu. Marszałek Śmigły w rozmowie z prymasem kardynałem Augustem Hlondem jesienią 1938 roku był pełen głębokiego pesymizmu: „Wobec ogromnej przewagi armii niemieckiej i jej środków technicznych, będziemy w wojnie regularnej pobici i walkę dłuższą będziemy mogli prowadzić tylko w formie partyzantki”. Ponieważ „Francja jest nieprzygotowana do wojny, wskutek tego będzie także pobita”. Nadmiernych złudzeń nie żywili również najbliżsi współpracownicy marszałka, świadomi dysproporcji sił i wojskowej potęgi III Rzeszy. Pułkownik Jaklicz wyraził swą opinię co do losów przyszłej wojny z żołnierską lakonicznością: „Dostaniemy w dupę!”.

Polemiki wokół przebiegu działań dotyczą zatem nie tyle powodów klęski, ta bowiem w zaistniałych warunkach geopolitycznych była nieuchronna, ile okoliczności, w jakich do niej doszło. Kanwą podejmowanych od 1939 roku dyskusji w tej płaszczyźnie jest pytanie, czy można było drożej „sprzedać krew żołnierską”, jak określił to lapidarnie kapitan dyplomowany Felicjan Majorkiewicz. Do poglądu tego przychylił się po skrupulatnej analizie kampanii jej najwybitniejszy, niekwestionowany znawca i analityk, pułkownik Marian Porwit, stwierdzając, że wojna 1939 roku „została przegrana nie na miarę sił zbrojnych państwa o trzydziestopięciomilionowej ludności, zwłaszcza jeśli idzie o charakter i rozmiar walk”.

Bardziej satysfakcjonujący wynik wymagał, oprócz przyjęcia najbardziej racjonalnego planu obrony, spełnienia przez stronę polską kardynalnego warunku – perfekcyjnego dowodzenia. Panowanie niemieckie w powietrzu paraliżowało możliwości, jakie stwarzało manewrowanie po liniach wewnętrznych, a użycie na znacznie szerszą skalę transportu motorowego dawało przeciwnikowi możność szybszego przemieszczania i skupiania swych sił. Innymi słowy, w tych warunkach dowódcy polscy nie mogli sobie pozwolić na jakikolwiek błąd, gdyż nie tylko nie dawało się go już naprawić, ale, co gorsza, pociągał za sobą kaskadowe skutki w czasie i przestrzeni.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Pawła Wieczorkiewicza pt. Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku:

Paweł Wieczorkiewicz
„Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku”
40 zł
Liczba stron: 408+16, il

Marszałek Edward Śmigły-Rydz, Generalny Inspektor Sił Zbrojnych
Dowodzenie na wysokim szczeblu po stronie polskiej stało tymczasem na relatywnie niskim poziomie i okazało się bodaj najsłabszym elementem wojska. Zwracali na to uwagę już przed wojną Francuzi. Potwierdziła się też, niestety, ich trafna diagnoza co do osoby naczelnego wodza, który na pewno wykazał w kampanii większe przymioty charakteru – przede wszystkim bezgraniczny spokój i opanowanie – niż intelektu. Była już mowa o błędach popełnionych przez marszałka Rydza-Śmigłego w sposobie organizacji dowodzenia, przede wszystkim zaś nadmiernej centralizacji i tendencji do ingerencji w rozkazodawstwo na poziomie dywizji i brygad, niemal zawsze spóźnione i nieadekwatne do sytuacji. Stało się tak, ponieważ – jak zauważył pułkownik Porwit – marszałek „wziął na siebie obowiązki ponad siły i to bez prawidłowej pomocy sztabu”.

Jeśli trudno mieć do naczelnego wodza pretensje o taką, a nie inną obsadę wyższych dowództw w chwili rozpoczęcia kampanii, ponieważ opinie z czasu pokoju nie muszą sprawdzać się na wojnie, to jego dalsze decyzje personalne były wprost zadziwiające. Niewykorzystanie w żadnym określonym charakterze aż do 10 września generała Sosnkowskiego, pomimo jego natarczywych próśb, wręcz zdumiewa, oburza zaś powierzenie Dąb-Biernackiemu, skompromitowanemu doszczętnie jako dowódca i oficer w początkowym etapie kampanii, kluczowego stanowiska w kolejnej jej fazie. W bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, gdy jego chaotyczne dowodzenie doprowadziło do kryzysu, ponownie zbiegł z pola walki, dając dowód nie tylko braku kompetencji, ale i tchórzostwa. Podobnie rzecz miała się z generałem Fabrycym, który, zasłaniając się rzekomą chorobą, nie tylko porzucił swe wojska, ale i faktycznie oddał dowodzenie. Nic dziwnego, że obarczenie go funkcją koordynatora obrony na przedmościu rumuńskim wywołało niedowierzanie oficerów Sztabu Naczelnego Wodza, wprowadzonych nieco w wydarzenia na froncie. Zarzut zbytniej pobłażliwości, a właściwie nieumiejętności oceny ludzi, dotyczy także generała Stachiewicza, który, wiedząc o karygodnym, kwalifikującym się wręcz do rozpatrzenia przez sąd wojenny postępku generała Rómmla, powierzył mu kolejne zadanie, i to pierwszorzędnej wagi: dowodzenie Grupą Armii „Warszawa”.

Niezbyt pochlebnie wygląda również ocena stylu dowodzenia na szczeblu związków operacyjnych. Do Dąb-Biernackiego i Rómmla, zasługujących na sąd polowy, i nieco tylko mniej obciążonego Fabrycego, należałoby dodać jeszcze generała Bortnowskiego, winnego klęski w dwóch wielkich bitwach. Nie sprawdził się też Młot-Fijałkowski, a na ocenę najwyżej dostateczną zasłużył Piskor. Co ciekawe, wszyscy oni, z wyjątkiem Rómmla, byli legionistami, przez lata faworyzowanymi ponad swe możliwości intelektualne, a często i predyspozycje charakterologiczne. Honoru podkomendnych Piłsudskiego bronił w kampanii na najwyższych szczeblach jedynie generał Sosnkowski, dowodzący – jak na warunki, w których przyszło mu działać – przytomnie i potrafiący samemu iść do bitwy, a nie od niej uciekać.

Kontradm. Józef Unrug (w mundurze komandora)
O wiele lepiej wypadli oficerowie byłych armii zaborczych, którzy zostali żołnierzami nie ze szlachetnego odruchu patriotycznego, a drogą normalnej kariery zawodowej, wspartej ukończeniem szkół oficerskich i wojskowych akademii. Kontradmirał Unrug, choć można mieć zastrzeżenia do niektórych jego decyzji w kwestii operacyjnego użycia floty, sprawował dowództwo nad całością obrony Wybrzeża nad wyraz poprawnie. Generał Przedrzymirski nie ustrzegł się błędów, ale też najdłużej potrafił utrzymać i prowadzić swoje kilkakrotnie rozpraszane wojska. Generał Kutrzeba stał się jednym z symboli wojny 1939 roku dzięki „zwrotowi zaczepnemu” nad Bzurą, w związku z czym ocena jego dowodzenia bywa zwykle przesadnie optymistyczna. Tymczasem potwierdziły się wszystkie opinie podkreślające nad podziw zgodnie wielkie walory intelektu i wybitny zmysł operacyjny generała i kwestionujące równie ważne dla dowódcy wysokiego szczebla cechy osobowe. Miękki i ustępliwy nie potrafił z całą konsekwencją przeprowadzić swego planu, co doprowadziło do największej klęski w kampanii, której rozmiary mogły być o wiele mniejsze, a pośrednie z niej korzyści dla strony polskiej – większe. Generał Kleeberg zasłużył na miejsce w narodowym panteonie nie tyle dzięki sukcesom na polu walki, bitwa pod Kockiem bowiem miała znaczenie li tylko symboliczne, co determinacją w realizacji przedsięwziętego zadania, w czym okazał to, czego zabrakło Kutrzebie – charakter. Jego dowody, i to najwyższej próby, dali dwaj generałowie wywodzący się z armii rosyjskiej – Szylling i Thommée. Dowódca Armii „Kraków” dowodził wojskiem z wielką rozwagą, unikając rozwiązań ryzykanckich, a wybierając optymalne. Dzięki temu, tylko kilkakrotnie oskrzydlany i otaczany, zdołał przeprowadzić swe wojska – bez efektownych, ale przegranych wielkich bitew – znad granicy aż na Lubelszczyznę, wypełniając w ten sposób najskrupulatniej instrukcje naczelnego wodza. Generał Thommée dokonał sztuki równie wielkiej: zebrał w garść rozbite moralnie dywizje, wydobył je z katastrofalnego położenia i natchnął takim duchem, że nie ustąpiły przeciwnikowi do końca kampanii.

Dowodzenie grupami operacyjnymi było nad wyraz trudne. Generałowie, którym je powierzono, nie posiadając odpowiednich sztabów, a często obejmując doraźnie zebrane oddziały podczas trwania kampanii, nie mieli ani niezbędnego wsparcia, ani wiedzy na temat stanu i możliwości swych wojsk. Generał Skwarczyński w pierwszych dniach wojny był dowódcą Korpusu Interwencyjnego, następnie Grupy „Wyszków” i Grupy Operacyjnej w Armii „Prusy”. Skutki podobnej improwizacji okazały się fatalne. O podobnym przypadku pisał pułkownik Prugar-Ketling, komentując rozkazy swego zwierzchnika, generała Orlika-Łukoskiego: „Bezsilna wściekłość ogarnęła mnie w pierwszym rzędzie na dowództwo grupy operacyjnej, które już po raz trzeci w tej kampanii przez swoje niedołęstwo wpakowało mnie w bardzo głupią i ciężką sytuację”. Najlepiej na tym tle wypadł generał Stanisław Jagmin-Sadowski, choć pełen temperamentu nie zawsze zgadzał się z generałem Szyllingiem; dobrze – generałowie: Abraham, który jednak zapisał się w historię kampanii przede wszystkim jako bojowy dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, i Wincenty Kowalski, który musiał łączyć obowiązki dowódcy Grupy i 1 Dywizji Piechoty Legionów. Na uznanie zasłużył też dowódca obrony Warszawy generał Czuma, który w jej trakcie miewał do czynienia nie tylko z Niemcami, ale i generałem Rómmlem. Wbrew lansowanym ostatnio hagiograficznym opiniom generał Anders nie może natomiast wpisać swego dowodzenia w 1939 roku w poczet szczególnych osiągnięć, gdyż stało poniżej średniej. Podobnie plasował się Grzmot-Skotnicki (Grupa Operacyjna „Czersk”) i kilku innych.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Pawła Wieczorkiewicza pt. Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku:

Paweł Wieczorkiewicz
„Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku”
40 zł
Liczba stron: 408+16, il

Czołgi 7-TP
Z dowódców wielkich jednostek godnymi najwyższych laurów okazali się pułkownicy: Maczek, jeden z nielicznych, który nie dał się do końca rozbić przeciwnikowi; Prugar-Ketling, który odniósł jedno z najpiękniejszych zwycięstw w kampanii; Epler, bijący i bolszewików, i Niemców; generał Podhorski walczący nieprzerwanie od l września do 5 października; oraz ci dowódcy, którzy dzielili los swych żołnierzy do ostatniego naboju, jak polegli generałowie: Kustroń i Wład oraz pułkownicy: Klaczyński i Dąbek. Żołnierską powinność w obronie Warszawy powyżej przeciętnej spełnili: generał Juliusz Zulauf (5 DP) i pułkownik Porwit. Szczególnie piękną, a mało znaną kartę zapisał generał Orlik-Rückemann, jedyny dowódca polski, który potrafił wziąć na siebie cały ciężar symbolicznej walki z Sowietami.

Wyjątkowo trudne warunki dowodzenia powodowały, że ci, którzy potrafili z najwyższym kunsztem odeprzeć pierwsze ataki niemieckie – jak pułkownicy: Filipowicz, Gaładyk czy Lawicz-Liszka – w dalszych odwrotowych fazach działań nie umieli już wydobyć ze swych wojsk równie wielkiego poświęcenia. Świadczyć to może też o tym, że zarówno bitwa pod Mokrą i w Lesie Ostrowy, jak i walki nad południową granicą czy wreszcie obrona Mławy były wyczynami ponad możliwości fizyczne wykrwawionego żołnierza i odporność psychiczną jego najwyższych przełożonych.

Charakterystyczne, że przykład – dobry i zły – szedł z góry. W armiach generałów Szyllinga i Thomméego generałowie: Leopold Cehak (dowódca 30 DP, Słoweniec z pochodzenia, źle mówiący po polsku), Mond i Zygmunt Piasecki, oraz pułkownicy: Kalabiński, Władysław Powierza (23 DP) i Antoni Staich (następca Dojana-Surówki w 2 DPLeg), wypełniając swe obowiązki na miarę środków i możliwości, pozostali ze swymi żołnierzami do końca. Na odnotowanie zasługują również i ci dowódcy, którzy w katastrofie nad Bzurą potrafili zachować zorganizowany charakter swych jednostek i wyprowadzić je z kotła. Byli to, oczywiście poza wspomnianym już Abrahamem, generałowie: Franciszek Alter (25 DP), Zdzisław Przyjałkowski (15 DP) i pułkownik Ludwik Strzelecki (Podolska BK).

Polska piechota
Odmiennie niż w Armii „Kraków” było u Rómmla, Dąb-Biernackiego i Bortnowskiego. W Armii „Łódź” wojska opuściło aż trzech dowódców: wspominani już generał Bończa-Uzdowski oraz pułkownicy Hanka- -Kulesza i Dojan-Surówka. Dowódca 28 Dywizji Piechoty, „który drapnął do Warszawy”, odnalazł się po kilku dniach w Modlinie, gdzie z łaski generała Thomméego został przywrócony, jedynie nominalnie, na dawne stanowisko. Opamiętał się także Hanka-Kulesza, oficer o świetnej tradycji z Legionów (był uczestnikiem legendarnego „patrolu Beliny” w 1914 roku), zapisując ładną kartę w końcowym etapie kampanii. Dojan-Surówka, który, choć miał „przeszłość bojowo dobrą”, uchodził za człowieka „wygodnego”, któremu „nic się nie chce robić”, odznaczającego się do tego „lenistwem pracy, a nawet myślenia”, nie okazał się, jak spodziewał się pułkownik Rowecki, dobrym dowódcą dywizji; przeciwnie – był jednym z pierwszych wojskowych, którzy znaleźli się poza granicami RP, i to jeszcze przed uderzeniem sowieckim. Zagubili się w większości również podkomendni Dąb-Biernackiego, bijąc się źle i bez przekonania, jak generał Paszkiewicz i pułkownik Oziewicz, pierwszy skarżący się na niedomagania sercowe, drugi lekko draśnięty – zdradzali chęć jak najszybszego oderwania się nie tylko od przeciwnika, ale i swoich pozostawionych samopas żołnierzy. Błędy w dowodzeniu popełniali też za przykładem swego dowódcy – a w wypadku osobiście dzielnego generała Bołtucia niejako wbrew niemu – niemal wszyscy wyżsi oficerowie Armii „Pomorze”: generałowie: Juliusz Drapella (27 DP) i Grzmot-Skotnicki oraz pułkownicy: Tadeusz Lubicz-Niezabitowski (4 DP) i Świtalski.

Oceny oficerów i żołnierzy września nie sposób ująć w jednoznacznej alternatywie: bohaterowie i tchórze. O wiele częściej prawda o kampanii mieści się w dramacie konieczności podejmowania niewykonalnych zadań i próbach wypełniania nierealnych rozkazów. Żołnierz, gdy był właściwie dowodzony i miał szansę stawienia skutecznego oporu, bił się dobrze, a nawet świetnie. W ekstremalnie trudnych warunkach zdarzały się przypadki graniczącego z fanatyzmem bohaterstwa: walka obsad Węgierskiej Górki, Borowej Góry, Wizny i Tynnego, obrona Warszawy, Lwowa i Wybrzeża, postawa Wołyńskiej BK w pierwszych dwóch dniach wojny, szaleńcza odwaga kawalerzystów generała Abrahama w odwrocie znad Bzury, bitność 11 DPK w Lasach Janowskich, odporność 1 DPLeg, zwanej przez Niemców z szacunkiem „żelazną”, na jej długim wojennym szlaku od Wilna po Tarnawatkę i Krasnobród, odyseja zgrupowania KOP i GO „Polesie” oraz oczywiście niezmiennie nieugięta postawa 10 BKZmot. Były też równie liczne przykłady niezrozumiałego pozornie załamania całych jednostek, takich jak klęska 8 i 20 DP w odwrocie spod Mławy, rozsypanie się Wileńskiej Brygady Kawalerii na przeprawach przez Wisłę czy 3 DPLeg pod Iłżą. Wiele zależało od dwóch czynników: umiejętności i woli walki dowódców oraz momentu, w którym nadchodził kryzys. Rozprzężenie i dezorganizacja zdarzały się bowiem częściej w pierwszym etapie kampanii, gdy mimo wszystko szanse były bardziej wyrównane niż w ciężkich walkach odwrotowych pod jej koniec, kiedy zwykle bito się – nawet bez żadnych szans na sukces – aż do wyczerpania wszystkich możliwości, dla honoru. Tłumaczyć to trzeba okrzepnięciem wojska, które mniej nerwowo reagowało już i na nieprzyjacielskie samoloty nad głowami, i na czołgi za plecami czy przed sobą.

Gen. bryg. Franciszek Kleeberg
Hitler, oceniając wnioski płynące z kampanii, stwierdził, że „gdyby Polska miała broń przeciwpancerną, zwycięski pochód nie byłby możliwy”. Istotnie, kliny czołgowe, a także lotnictwo, odegrały w niej rolę decydującą. O druzgocącej przewadze materiałowej Wehrmachtu, tak bardzo niedocenianej przez polskie naczelne dowództwo, stanowiła nie tyle jakość posiadanego sprzętu (jednostki niemieckich czołgów składały się w lwiej części z lekkich modeli typów PzKpfw I i II, które ustępowały 7-TP), ile jego ilość i doktryna zmasowanego użycia. Warto podkreślić także inny, pomijany często czynnik. Głównym środkiem walki po stronie polskiej musiała być w warunkach obrony przeciwpancernej artyleria używana zresztą często do bezpośredniego zwalczania czołgów. Tymczasem przedwojenne regulaminy zakładały prowadzenie głównie ognia obserwowanego, co w warunkach kampanii 1939 roku było zazwyczaj niemożliwe. Tak więc bardzo często – konkluduje generał Kutrzeba – duża część naszej artylerii nie działała, jeżeli chciała działać, jak ją uczono i jak wynikało z naszego materialnego położenia. Szybko dające się odczuć braki w koniach – głównej sile pociągowej – powodowały, że działa bombardowane z powietrza były często zagarniane przez nieprzyjaciela lub porzucane. Tym niemniej artyleria jako broń sprawdzała się w ogólnej ocenie dobrze. Polskie lotnictwo – według opinii swego dowódcy – także „spełniło zaszczytnie swą skromną rolę”; bez zarzutu wykonywała swe obowiązki niewielka flota wojenna. W szczególnych warunkach kampanii chlubną kartę zapisała polska kawaleria, która nie okazała się bynajmniej anachronizmem, i to nie tyle dzięki spektakularnym szarżom, ale niedocenianym walorom zaporowym. Mobilna i nieźle wyposażona w działka przeciwpancerne była w istocie najbardziej skutecznym środkiem hamowania postępów niemieckich czołgów. Jednostki kawalerii potrafiły w późniejszych etapach kampanii skuteczniej i dłużej wymykać się przeciwnikowi niż o wiele bardziej znużona fizycznie odwrotowymi marszami piechota. To na niej jednak spoczywał główny wysiłek wojenny. Generał Faury w sporządzonej po zakończeniu kampanii analizie podkreślał, że w przypadkach, gdy „piechota niemiecka nacierała bez wsparcia czołgów i lotnictwa, piechota polska dowiodła przewagi swego wyszkolenia i morale, zadając przeciwnikowi ciężkie straty”. Niestety! Przypadki takie należały do rzadkości.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Pawła Wieczorkiewicza pt. Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku:

Paweł Wieczorkiewicz
„Ostatnie lata Polski niepodległej. Kampania 1939 roku”
40 zł
Liczba stron: 408+16, il

Tekst pierwotnie opublikowany 19 grudnia 2013 roku

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Paweł Wieczorkiewicz
Ur. 1948, zm. 2009. Wybitny polski historyk, sowietolog, marynista. Zasłużony popularyzator historii. Profesor, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowca Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Autor m.in. Historia wojen morskich. T. 1-2, (1995); Łańcuch śmierci: czystka w Armii Czerwonej 1937-1939, (2001); Historia polityczna Polski 1935-1945, (2005).

Wszystkie teksty autora

Polecane artykuły
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy