Opublikowano
2014-09-15 11:00
Licencja
Prawa zastrzeżone

Żołnierz, który pozostał harcerzem – Andrzej Romocki „Morro”

Legenda Batalionu „Zośka”. Najmłodszy kapitan w Armii Krajowej. Pułkownik Jan Mazurkiewicz „Radosław” powiedział o nim, że był najzdolniejszym dowódcą kompanii jakiego znał. Nieprzeciętny, niezwykły człowiek. Andrzej Romocki „Morro” – żołnierz, który do końca pozostał wierny harcerskim ideałom.


Strony:
1 2 3

Andrzej Romocki „Morro” – zobacz też: Kedyw - elitarne oddziały Armii Krajowej

Andrzej Romocki „Morro” Andrzej Romocki „Morro” (fot. domena publiczna) Andrzej Romocki przyszedł na świat 16 kwietnia 1923 roku w Warszawie. Jego rodzicami byli Paweł Romocki, kawaler Orderu Virtuti Militari i Jadwiga z Niklewiczów. Dorastał w rodzinie kultywującej tradycje patriotyczne, stale zaangażowanej w sprawy narodowe. Dość wspomnieć, że trzy pokolenia Romockich wsławiły się w walce o niepodległość Rzeczpospolitej. Młodemu Andrzejowi nie brakowało więc odpowiednich wzorców do naśladowania. Największym autorytetem cieszył się jednak Paweł Romocki, choć można przypuszczać, iż to nie żołnierskie wyczyny, lecz przede wszystkim wspaniała ojcowska postawa zaskarbiły sobie uznanie syna. Nie mniejszy szacunek wzbudzała matka, nazywana przez Andrzeja „morową Mamą”.

Młody Romocki uczęszczał do Szkoły Ziemi Mazowieckiej. Tam też pierwszy raz zetknął się ze skautingiem. Szybko połknął bakcyla. Jego zaangażowanie było na tyle duże, że druh Władysław Biernacki, opiekun gromady, nazwał Andrzeja „jednym z najlepszych zuchów”. Prócz tego chwalił go za karność, obowiązkowość i punktualność. Następnie Romocki wstąpił do 21. Warszawskiej Drużyny im. gen. Ignacego Prądzyńskiego.

Po wybuchu wojny, we wrześniu 1939 r., rodzina Romockich, jak tysiące innych opuściła Warszawę i wyruszyła na Wschód. Zgodnie z wolą Pawła Romockiego, a zapewne też z ogromnym zapałem ze strony samego zainteresowanego, szesnastoletni wówczas Andrzej miał razem z ojcem wstąpić do wojska. Zamiar nie powiódł się jednak i już w październiku 1939 r. cała rodzina na powrót znalazła się w Warszawie.

Sabotaż i dywersja

Na początku 1940 r. Andrzej zaangażował się w pracę konspiracyjną. Początkowo była to przynależność do organizacji samokształceniowej „Pet”. W tym czasie zaczął używać pseudonimu „Morro”. Następnie, u schyłku 1942 r. razem z innymi członkami „Petu” wstąpił do podziemnego harcerstwa.

Po przejściu do Szarych Szeregów, Romocki mógł w pełni zaangażować się w prace konspiracyjne, gdyż nie wiązała go już obietnica dana ojcu. Zobowiązał się bowiem ograniczać swoją działalność pozaszkolną aż do zdania matury, ponieważ nauka miała być sprawą priorytetową. Gdy w 1941 r. otrzymał konspiracyjne świadectwo dojrzałości, oświadczył matce: Mamusiu, od jutra wchodzę do roboty na całego. Tak też się stało.

Członkowie „Petu” zostali włączeni do Grup Szturmowych (GS). Andrzej Romocki stanął na czele drużyny „Sad 400” w hufcu „Sad” dowodzonym przez Jana Bytnara „Rudego”. Późną jesienią 1942 r. „Morro” przechodził kurs Wielkiej Dywersji przygotowujący harcerzy do udziału w akcjach z bronią w ręku. Mimo dużego zaangażowania i zdolności przywódczych aż do połowy 1943 r. nie wziął czynnego udziału w żadnej większej akcji dywersyjnej. Ciężka praca nie poszła jednak na marne. Jego talent organizacyjny dostrzeżono w Szarych Szeregach. Zdecydowanie wyróżniał się spośród innych członków. Tadeusz Zawadzki, legendarny „Zośka”, dowódca warszawskich Grup Szturmowych, miał powiedzieć o Romockim: Wyróżnia się w całym towarzystwie fantastyczną dokładnością. Szczeniak to jeszcze prawie, chyba o trzy lata młodszy ode mnie, ale doskonale instruuje (...) nie jest z naszej starej paczki Buków; choć był dawniej w harcerstwie (...) i dziś znacznie lepiej wczuwa się w istotę naszych pragnień i zamierzeń niż większość starej gwardii bukowej.

Poza uczestnictwem w szkoleniach wojskowych brał również udział w trwających równocześnie kursach podharcmistrzowskich zwanych „Szkołą za lasem”, prowadzonych przez harcmistrza Jana Rossmana. 15 marca 1943 r. Andrzej Romocki otrzymał stopień podharcmistrza i wybrał instruktorski pseudonim „Kuguar Filozof”. Ciotka Andrzeja, Irena Niklewicz wspominała: jak on to wszystko godził – nie wiem. W domu był gościem, czasem wpadał tuż po godzinie policyjnej.

W połowie 1943 r. „Morro” otrzymał szansę wzięcia udziału w swojej pierwszej akcji dywersyjnej. Dowództwo Grup Szturmowych powierzyło Romockiemu przygotowanie planu wykolejenia pociągu wiozącego Niemców z frontu wschodniego, w rejonie miejscowości Gołąb. 30 czerwca 1943 r. po dokładnym zaplanowaniu działań grupa harcerzy z warszawskich GS skutecznie unieszkodliwiła hitlerowski pociąg.

Po sukcesie akcji „Gołąb”, Tadeusz Zawadzki zyskał pewność, że „Andrzejowi Morro” można powierzyć dowodzenie dużym działaniem dywersyjnym. W niespełna dwa miesiące później dowództwo wydało rozkaz przeprowadzenia kolejnej akcji. Zadanie polegało na zlikwidowaniu strażnicy granicznej w Sieczychach. Dowodzić miał Romocki. Podczas odprawy przedakcyjnej „Morro” zrobił duże wrażenie na innych uczestnikach. W A. Morro jest coś z żywiołu. Sposób mówienia, wydawania rozkazów są szybkie, niemal gwałtowne. Decyduje o wszystkim niemal natychmiast, bez chwili namysłu. – mówił jeden z harcerzy, Bogdan Celiński.

W nocy 20 sierpnia 1943 r. przeprowadzono uderzenie. Chłopcy pod komendą „Andrzeja Morro” bez większych problemów zlikwidowali strażnicę. Zaś sam Romocki wykazał się nieprzeciętnymi zdolnościami dowódczymi. Była tylko jedna ofiara śmiertelna – Tadeusz Zawadzki, pełniący wówczas funkcję zastępcy dowódcy. Śmierć „Zośki”, ulubionego druha była ogromnym szokiem dla uczestników akcji, jednak według relacji Andrzej Morro do końca trzymał wszystko w garści.

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Polecamy książkę „Z Miodowej na Bracką”:

Autor: Maciej Bernhardt
Tytuł: „Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego”

Wydawca: i-Press [Histmag.org]

ISBN: 978-83-925052-9-7

Oprawa: miękka

Liczba stron: 334

Format: 140×195 mm

24 zł

(papierowa)

8,9 zł

(e-book)

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Żelazny Wilk |

Ahoj, kapitanie. Dopiero w Powstaniu ten Dzieciak stał sie prawdziwym Dowódcą i Żołnierzem, ale przez ten czas zrobił tyle, że stał sie równym wszystkim innym Bohaterom tamtej wojny. Stał się Legendą, dlatego nie umarł, bo Legendy żyją wiecznie. Szacunek , Andrzejku. Wiem, że mnie słyszysz.



Odpowiedz

Gość: BossJack1989 |

Ciekawy artykuł, ale jest w nim błąd. ""Jedyną nadzieję pokładano w ewentualnym desancie z drugiego brzegu Wisły, na którym pojawiły się wojska radzieckie. 14 września resztki Batalionu „Zośka” przeprowadziły natarcie, którego celem miało być utworzenie przyczółka i ułatwienie w ten sposób wojskom radzieckim przeprawy. Następnego dnia rano przyszedł meldunek o lądującym zwiadzie. Zadania nawiązania łączności z desantem podjął się „Morro”. "" Przeprawa miała dotyczyć oddziałów 1. AWP. No i Morro został przypadkiem trafiony nie przez zwiad ACz, 3. Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta. "W nocy z 15/16 września rozpoczęła się przeprawa oddziałów z 3. Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta, które zostały wsparte artylerią i 2. Pułkiem Nocnych Bombowców „Kraków”. Najpierw przeprawiło kompania rozpoznawcza [3] ok. 60 żołnierzy z 9. pułku piechoty wraz dowódcą gen. Stanisławem Galickim. Ok. godz.200 ściągnęli oni swoje pontony na wodę. Płynęli w stronę domów na licach Solec i Wilanowskiej, kierowani przez świecących latarkami Powstańców. Prawdopodobnie wtedy przypadkiem został postrzelony por. Andrzej Romocki „Morro”, który przez żołnierzy został uznany najprawdopodobniej za Niemca, pomimo biało-czerwonej opaski na niemieckiej panterce. Wraz ze swoimi kolegami przedostał się w rejon Wilanowskiej, by skontaktować się z desantowanymi. Został postrzelony w serce i zginął na miejscu. Kiedy koledzy zanosili jego ciało na Wilanowską 1, łodzie wycofały się" [3] E. Kospath-Pawłowski, Wojsko Polskie na wschodzie 1943-45, s. 181



Odpowiedz

Gość: Śmiech |

Jeśli nikt kto nie przeżył, nie ma prawa oceniać, to po co nam historia???



Odpowiedz

Gość: Gość |

Myślę, że nikt kto nie przeżył tego co Powstańcy i ludzie żyjącym w tamtym czasie nie ma prawa oceniać czy było warto czy nie. dla wp88 polecam książkę "Zośka i Parasol" Aleksandra Kamińskiego



Odpowiedz

Gość: Antoni Walendzik |

wp88 - Przeczytałem twoje wypociny i po prostu jest mi po ludzku ciebie żal. Nigdy nie zrozumiesz takich ludzi, jak Andrzej Romocki, Tadeusz Zawadzki, Janek Bytnar, Alek Dawidowski, Halina Grabowska, Krystyna Wituska, Aleksandra Grzeszczak, Niemka Sophie Scholl i cała długa lista młodych ludzi, którzy zginęli lub poświęcali się porzucając dom i rodziny, abyś ty .... Nie wiesz i nigdy chyba nie zrozumiesz, co to jest służba dla społeczeństwa, poświęcenie przyjaźń, prawdziwe umiłowanie wolności. Jesteś smutną i godną litości istotą ludzką. Poczytaj listy Krystyny Wituskiej lub Sophie Scholl ewentualnie pisma Wilma Hosenfelda , albo świeżo wydane "Kobiety" Stanisławy Rayskiej-Kuszelewskiej to może coś zrozumiesz. F. Nitzsche kiedyś napisał: "Przyrost mądrości daje się dokładnie mierzyć ubywaniem żółci." To naprawdę dotyczy Ciebie.



Odpowiedz
Ewa Celińska-Spodar

Absolwentka historii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Obecnie doktorantka w Instytucie Historii KUL. Interesuje się konspiracyjnymi organizacjami młodzieżowymi w okupowanej Warszawie, a w szczególności Szarymi Szeregami. Poza tym jest zafascynowana życiem prywatnym elit w dwudziestoleciu międzywojennym.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org