Życie towarzyskie ułanów w II RP

W dwudziestoleciu międzywojennym nadawali ton polskim ulicom. Wzdychały do nich kobiety, dumny był z nich cały kraj. Jak wyglądało życie towarzyskie kawalerzystów w II Rzeczpospolitej?

Na to życie mieliśmy w gruncie rzeczy bardzo mało czasu, gdyż wolnym czasem przeznaczonym na swoje prywatne sprawy dysponowaliśmy dopiero od godziny 18.00.

Ponoć w dawnych czasach, przed I wojną światową, było nie do pomyślenia, aby oficerowie po południu pokazywali się w koszarach. Czasami, i tylko jak meteory, zjawiali się dowódcy szwadronów. Po południu szwadronami kierowali i rządzili wachmistrzowie szefowie szwadronów i nie powinno im się w tych zajęciach przeszkadzać. Tak było dawniej i trudno w to dzisiaj uwierzyć. Obecnie zmieniły się warunki, konieczności i potrzeby, a do starych zwyczajów i obyczajów zwykle nie ma już powrotu, tym bardziej że nie wszystkie one i nie zawsze były dobre.

Pomnik Jazdy Polskiej w Warszawie na Rondzie Jazdy Polskiej (fot. Grzegorz Polak; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0.)

Aby nie zasklepić się w swoim środowisku i nie odrywać się od społeczeństwa, ażeby nie zzupaczeć i nie zdziczeć, staraliśmy się utrzymywać jak najszersze kontakty ze społeczeństwem, wymieniać poglądy i opinie na wszystkie aktualne tematy i interesujące nas problemy.

Dlatego oficerów widziało się licznie i często w teatrach, kawiarniach, restauracjach, klubach, na dansingach i balach. Bardzo ważną sprawą była należyta prezencja i zachowanie się zgodne z obowiązującymi formami i zwyczajami. Tam gdzie cywile występowali we frakach lub smokingach, oficerów obowiązywały szasery i lakierowane sztyblety, okute na obcasie posrebrzaną skuwką.

Dla znacznej ilości czytelników mych wspomnień, a szczególnie tych urodzonych po 1939 roku, pojęcia takie jak: szasery, sztyblety i skówki nie są znane, dlatego uważam, że wyjaśnienie tych pojęć jest konieczne.

Szaserami nazywano długie spodnie do galowego wieczorowego stroju. Moim zdaniem ten nasz galowy strój był trochę dziwaczny. No bo spodnie granatowe, bluza w kolorze khaki, a więc pół polowo, a pół galowo. Piechota, kawaleria i większość innych rodzajów broni nosiły szasery w kolorze granatowym, natomiast artyleria lekka, ciężka oraz saperzy w kolorze ciemnozielonym – butelkowym. Artyleria konna wchodząca w skład brygad kawalerii miała natomiast szasery granatowe tak jak pułki kawalerii, czuli się bowiem bardziej kawalerzystami jak artylerzystami. Na szaserach oficerów i podchorążych kawalerii były naszyte podwójne szerokie lampasy w barwach broni lub pułków, z wypustką w środku. Podoficerowie nosili lampasy pojedyncze.

Sztybletami nazywano trzewiki lakierowane, na cienkiej skórzanej zelówce, z wszytymi gumami na bokach, aby to obuwie lepiej przylegało do nogi. Na obcasach sztybletów były przybite na trwałe posrebrzane skuwki imitujące ostrogi. Sztyblety nosiło się wyłącznie do szaserów.

Do stroju wieczorowego należały jeszcze białe rękawiczki z cienkiej zamszowej skórki – glace oraz pas jedwabny podszyty miękką irchą, z posrebrzaną metalową klamrą, na której była wyobrażona głowa rycerza w hełmie, nosiło się również do szabli jedwabne rapcie.

Bywało, że jako strój wizytowy noszony w czasie służbowych i prywatnych wydarzeń np. wyjść do teatru czy lokali rozrywkowych, kawalerzyści, a za ich przykładem niektórzy oficerowie z innych broni jezdnych, nosili mundur garnizonowy z haftowanymi srebrem wężykami na kołnierzach bluz, bryczesami, butami z cholewami i skórzanymi pasami głównymi. Poza tym oficerowie kawalerii nosili do butów ślepe ostrogi, tzn. z szenklami zakończonymi kulką, natomiast szeregowi kawalerii mieli ostrogi z dzwoniącym kółkiem. Dzwoniące ostrogi nosili na ogół oficerowie nie kawalerzyści, którzy do stroju wizytowego wkładali przeważnie długie spodnie w kolorze khaki jak bluza mundurowa oraz sznurowane półbuty, do których skuwek się nie nosiło.

Myśmy w naszej garderobie nie posiadali ani długich spodni khaki, ani sznurowanych trzewików. Do każdego rodzaju stroju obowiązywał zawsze nieskazitelnie biały i wzorowo zawiązany żabot, a do płaszczy garnizonowych jedwabny szalik w barwach pułku.

Pomnik Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej w Warszawie (fot. Szczebrzeszynski; domena publiczna)
Niepisane zwyczaje zalecały oficerom unikanie przejazdów tramwajem na rzecz taksówek lub dorożek, a jeżeli już musiało się jechać tramwajem, to zawsze na stojąco i na przednim pomoście. W żadnym wypadku oficerowi w mundurze nie wypadało nosić walizek lub większych paczek po dokonaniu zakupów w sklepach. Walizki przenosił tragarz, a paczki z zakupami odnosił posłaniec sklepowy albo zabrany na zakupy ordynans. Nie do pomyślenia byłoby zobaczenie na ulicy oficera, a nawet podoficera z dzieckiem na ręku lub popychającego wózek z niemowlęciem.

W każdym garnizonowym mieście były określone lokale, do których wolno było chodzić wojskowym. Oficerowie z reguły uczęszczali do lokali pierwszej kategorii, których szeregowi unikali zarówno ze względu krępującą w nich obecność oficerów, ale i z powodu wysokich cen. Rygory te były złagodzone, a nawet niestosowane, gdy się występowało ubranemu po cywilnemu, dlatego wielu oficerów chodziło po służbie po cywilnemu.

Nasi seniorzy, którzy byli kawalerami, twierdzili, że rasowy kawalerzysta winien cenić i wielbić trzy rzeczy na literę „k”: konia, koniak, kobietę. Poza tym trzeba było być „pistoletem”, czyli zdolnym do tańca, wypitki i różańca. Ten, kto stronił od kasynowych posiedzeń przy kielichu i toczonych tam pogawędkach o „starych Polakach”, unikał życia towarzyskiego w tych cywilnych środowiskach, z którymi utrzymywaliśmy kontakty – nie był mile widziany i dobrze oceniany przez naszych seniorów pułkowych. Z ich oceną trzeba było bardzo się liczyć, gdyż ocena ta miała niemały wpływ na dalszą karierę młodego adepta sztuki wojennej.

Karnawał był okresem ciężkiej towarzyskiej orki. Dobrze wychowani, ułożeni, wysportowani, zadbani w każdym calu, eleganccy i, co miało niemałe znaczenie, przeważnie kawalerowie, byliśmy najbardziej pożądanymi tancerzami i partnerami na licznych i efektownych balach. W tamtych czasach karnawał był karnawałem w pełni tego słowa znaczeniu. Bale odbywały się nie tylko w soboty, ale nawet w środy lub czwartki i niedziele. Czasami doba była dla nas za krótka. Z balu wracało się nieraz na pół godziny przed rozpoczęciem służby, a wtedy podstawiało się głowę pod strumień zimnej wody i aplikowało różne niezawodne środki po to, aby rano stanąć przed szwadronem w nienagannej formie i „orać” do godz. 18.00.

Spragniony i ciekawy byłem życia od jego jasnej i beztroskiej strony, chciałem poznać i posmakować wszystkich jego przejawów i wyszumieć się przed zawarciem związku małżeńskiego. Dlatego należałem do tej grupy oficerów naszego pułku, których można było zawsze spotkać tam, gdzie działo się coś interesującego pod względem towarzyskim. Bardzo często na reprezentacyjnych balach – prawie etatowo – występowałem jako poszukiwany wodzirej i byłem rozchwytywany jako jeden z czołowych mazurzystów. Nie narzekałem również na brak powodzenia u kobiet, nie angażując się wiążąco w sprawy sercowe.

Na przyjęcia towarzyskie wnosiliśmy beztroski nastrój, fantazję i zdrowy ułański humor. Najweselej i najmniej krępująco bawiliśmy, co prawda nieoficjalnie, to znaczy wtedy gdy przyjeżdżały do naszych garsonier nasze partnerki i kumpelki do zabijania nudy, albo gdy my z kolei urządzaliśmy wypady do naszego miasta wojewódzkiego i tam spotykaliśmy się z kolegami i znajomymi w teatrze, kawiarni lub na dancingu.

W ciągu roku korpus oficerski pułku organizował kilka wielkich i reprezentacyjnych imprez towarzyskich. Podczas karnawału każdy pułk w garnizonie urządzał swój wielki bal, a ponieważ nasz garnizon składał się z trzech pułków, mieliśmy więc w karnawale aż trzy takie bale. Oprócz tego bywało się na balach zaprzyjaźnionych pułków w Wilnie.

W przeddzień Święta Pułkowego, które obchodziliśmy corocznie 25 lipca, odbywał się bardzo uroczysty, w świetnej scenerii Apel poległych. W dniu następnym o godz. 10.00, zgodnie z obowiązującym ceremoniałem, po mszy polowej odbywała się defilada pułku, a wieczorem dwa bale: oficerski i podoficerski.

Bal w dniu Święta Pułkowego był imprezą najbardziej reprezentacyjną i okazałą, organizowaną przez korpus oficerski pułku. Przez cały rok płaciliśmy dość wysokie składki na pokrycie wydatków związanych z tym świętem, gdyż na ten cel nie otrzymywaliśmy żadnej dotacji z państwowej kasy. Zaproszeni goście nie opłacali kart wstępu ani rachunków za konsumpcję. Bufety uginały się od doskonale przyrządzonych przekąsek, zakąsek i dań gorących. Nie brakowało najlepszych gatunkowo wódek i win. Wyszukiwaliśmy między szeregowymi służby czynnej zawodowych kelnerów i zdatnych do tej funkcji żołnierzy. Obsługa stolików była więc dobrze wyszkolona, sprawna i szybka.

Na bal poza osobistościami oficjalnymi zapraszaliśmy oficerów rezerwy naszego pułku, oficerów z sąsiadujących z nami pułków, przedstawicieli miejscowej inteligencji i ziemiaństwa oraz naszych osobistych znajomych. Wydawanie zaproszeń regulował Komitet Obchodu Święta. Bal zaczynał się polonezem. W pierwsze parze kroczył najstarszy stopniem oficer z panią, której małżonek był najwyżej postawioną osobistością. Po tej parze ustawiały się następne według starszeństwa stopni i hierarchii. Z reguły powierzano mi rolę wodzireja. Wkładałem w to jak najwięcej serca i starań, aby tańce były jak najbardziej urozmaicone i pomysłowe i na ogół mi się to udawało. Zwykle o godz. 24.00 był pierwszy mazur, a o godz. 5.00 bal kończył się białym mazurem.

W naszym pułku obowiązywała twardo przestrzegana zasada: do godziny 24.00 porucznicy i podporucznicy musieli obtańcowywać tylko starsze panie, a dopiero po tej godzinie młodzież oficerska miała czas dla siebie i emablowała co młodsze panie. Zasada ta była świetną reklamą dla pułku i jego korpusu oficerskiego. Starsze panie z natury rzeczy nie liczące już na to, że jeszcze mogą być proszone do tańca, tańczyły jak za dawnych i niezapomnianych pięknych lat młodości. Po powrocie do domu z najgłębszym przejęciem opowiadały o świetnościach balu ułanów wileńskich, o wspaniałej, ba, nawet szampańskiej zabawie i dużym powodzeniu, które miały nawet wśród młodych oficerów. A co do oficerów 13. pułku ułanów wileńskich, to zdaniem starszych pań, większych dżentelmenów i bardziej czarujących mężczyzn chyba nigdzie w dzisiejszych czasach już się nie znajdzie. Co to jest za miły i piękny pułk!

Płk. Józef Szotak, ostatni dowódca 13. pułku ułanów wileńskich
W balu podoficerskim brała udział delegacja oficerska. Bawiono się tam równie świetnie, jak na balu oficerskim, trzeba było tylko mieć mocną głowę i umiejętność dyskretnego wycofania się z tej imprezy, zanim nie urwał się …lm. Podoficerowie bowiem za punkt honoru uważali gruntowne spicie swoich gości, a szczególnie tych, którzy byli ich przełożonymi, a z którymi nawiązanie bliższej znajomości przy kieliszku mogło przynieść w przyszłości te czy inne korzyści.

Do tradycji pułku należał zwyczaj wyruszania „w pole”, to jest na koncentrację bezpośrednio po zakończeniu balu. Praktycznie wyruszaliśmy koło południa, po pożegnalnym obiedzie we własnym domu lub w kasynie. Po balu marsz był bardzo ciężki. Część z nas miała większego lub mniejszego kaca, niektórzy byli setnie zmęczeni występami balowymi, a wszyscy gruntownie niewyspani. Trzeba było trzymać się w ryzach, aby wobec ułanów zachować należytą prezencję, fason i służbową powagę.

W kolejności chronologicznej, a mianowicie w końcu września, odbywał się bal powitalny pułku wracającego z manewrów, wydawany i organizowany przez panie z pułkowej Rodziny Wojskowej. Bal ten organizowany w skromnych ramach miał charakter raczej rodzinny, a spoza pułku były zapraszane tylko te osoby, które z korpusem oficerskim były jak najbliżej związane.

Zgodnie z tradycją, 3 listopada uroczyście i solennie obchodzono we wszystkich jednostkach kawalerii dzień św. Huberta, którego główną atrakcją był bieg myśliwski „za lisem”, bigos w polu dobrze podlany maciejówką (wileńską nalewką spirytusową na kilkunastu gatunkach polnych ziół), a wieczorem bal w kasynie.

Niektórzy spośród zaproszonych gości wyrażali prośbę o umożliwienie wzięcia czynnego udziału w tym biegu. Byli to przeważnie nasi oficerowie rezerwy i okoliczni ziemianie, a ci ostatni często mieli własne dobre konie wierzchowe. Prośba ta zawsze była spełniana. W szwadronach były przygotowane wybrane konie, a ewentualnych jeźdźców prosiliśmy o przybycie na parę dni przed świętem, aby mogli potrenować i zgrać się z przydzielonymi im końmi. Dość liczny udział brały panie. Trasa biegu wynosiła około 5–6 km i wiodła przez starannie wybrany teren urozmaicony sztucznymi i naturalnymi przeszkodami, ze zjazdami i wjazdami po najbardziej urwistych zboczach wzgórz, z przekraczaniem przeszkód wodnych.

Jako master bieg po śladach lisa (kolorowe konfetti) prowadził dowódca pułku lub jego pierwszy zastępca. Żadnemu z jeźdźców nie wolno było minąć mastra, który kierował biegiem wybierając trasę, regulował na niej skalę trudności i nadawał biegowi odpowiednią szybkość i tempo. Lisem był któryś z młodszych oficerów oznakowany przypiętym do lewego ramienia lisim ogonem. Lis pomykał przed ścigającymi go jeźdźcami, był niewidoczny kryjąc się w terenie i tylko znaczył swój ślad pociętymi kawałkami kolorowych papierków. Przy końcu trasy, na ładnej wybranej polanie, oczekiwali na …nisz biegu zaproszeni goście, dowiezieni tam bryczkami. Gdy uczestnicy biegu dochodzili do końca trasy, master wydawał okrzyk „halali!” powtórzony przez trębaczy. Na ten sygnał jeźdźcy teraz mogli mijać mastra, a lis ukazywał się na polanie. Jeźdźcy rzucali się w jego stronę, aby zerwać i zdobyć lisi ogon, a lis galopem jak najzręczniej i najsprytniej wymykał się swoim prześladowcom. Ten z jeźdźców, który zerwał ogon i miał go w garści, zostawał zwycięzcą biegu, a w nagrodę dostawał na własność zdobyty ogon opatrzony srebrną skuwką z wyrytą na niej datą biegu.

Teraz wszyscy zsiadali z koni, które oddawali luzakom, a ci oprowadzali je w kółko, aby wyschły z potu, odpoczęły i doszły do siebie po ostrym biegu, a jeźdźcy i zaproszeni goście podchodzili do kotła po porcję bigosu. Bigos przyrządzony przez Onufrego, kuchmistrza naszego kasyna oficerskiego, był arcydziełem gastronomicznym, a przygotowywał go chyba przez dwa lub trzy tygodnie. Codziennie go podgrzewał, dodawał coraz to innego rodzaju mięsa i przypraw i odstawiał do ostygnięcia. W bigosie było pół na pół mięsa i kapusty, kolor miał mahoniowy, a przed wydaniem doprawiany był czerwonym winem. Tak wspaniałego bigosu, nawet w najlepszej stołecznej restauracji, nigdy już nie jadłem. Smak bigosu świetnie podnosiła maciejówka.

Wszyscy uczestnicy biegu, zarówno jeźdźcy, jak i widzowie otrzymywali z rąk dowódcy pułku na pamiątkę piękne odznaki z datą biegu: były to miniatury strzemion, lanc, wędzideł itp. utensyliów jeździeckich. Wracaliśmy do garnizonu w świetnych nastrojach, a po przebraniu udawaliśmy się do kasyna na bal. Bal jak zawsze był do-skonały, wytańczyliśmy się i pofliirtowaliśmy setnie. Parę dni później odbywał się bieg myśliwski za lisem zakończony bigosem i balem dla korpusu podoficerskiego pułku z udziałem delegacji oficerskiej.

Gen. Tadeusz Rozwadowski, jeden z twórców kawalerii II RP
W dniu sylwestrowym oficerowie pułku z małżonkami oraz zaproszeni goście zasiadali w kasynie pułkowym o godz. 21.00 do uroczystej kolacji. Parę minut przed 24.00 orkiestra wystukiwała na mosiężnych talerzach 23 uderzenia, a w chwili, gdy następowało dwudzieste czwarte, rozbrzmiewał hymn narodowy, a po nim marsz pułkowy. Dowódca pułku wygłaszał pięciominutowe przemówienie żegnające miniony rok, a witające nowy, po czym wszyscy przystępowali do składania sobie serdecznych życzeń noworocznych. Na tym uroczysta kolacja zwykle bywała kończona. Teraz wszyscy, para za parą, polonezowym krokiem, z dowódcą pułku w pierwszej parze, udawaliśmy się do przyległego kasyna garnizonowego, aby wymienić życzenia z kolegami i ich małżonkami z 85. pułku strzelców wileńskich i 19. pułku artylerii lekkiej, którzy byli organizatorami i gospodarzami garnizonowego balu sylwestrowego. Stoliki były dla nas zarezerwowane, niektórzy z naszych oficerów zaproszeni przez kolegów z piechoty i artylerii dosiedli się do nich. Nastąpiło przemieszanie się pułków i broni. Bal toczył się utartym trybem i zwyczajami. Ja jak zwykle byłem wodzirejem. Było bardzo sympatycznie, wesoło i beztrosko. Powitanie nowego roku kończyliśmy zwykle około 6.00 białym mazurem. Gorący czciciele Bachusa często opuszczali kasyno nawet o godzinie 9.00.

Jak wcześniej wspominałem, bywaliśmy również na balach w Wilnie. W 1935 roku zostałem zaproszony przez organizatorów jako wodzirej na bal Polonii, na który zjechali Polacy z Litwy, Łotwy i Estonii. Bal był bardzo reprezentacyjny, wystawny i elegancki, a poza tym filmowany przez operatorów Kroniki Filmowej. W związku z tym miałem pewne kłopoty. Bal miał się rozpocząć polonezem na 120 par. Razem z czterema wicewodzirejami przez parę dni opracowywaliśmy …figury korowodu polonezowego, a z organizatorami balu skład pierwszych piętnastu par. W myśl przyjętych zasad w pierwszej parze powinien był kroczyć najstarszy funkcją i godnością pan z równą mu dostojeństwem panią. Na tym balu główną osobistością miał być szef politycznej organizacji Obozu Zjednoczenia Narodowego generał brygady Stanisław Skwarczyński z małżonką, ale okazało się, że generał ze względów służbowych nie mógł jednak przybyć z Warszawy, przyjechała tylko pani generałowa. Skoro generała miało nie być, to wyglądało na to, że najdostojniejszym mężczyzną kroczącym w pierwszej parze z panią generałową Skwarczyńską będzie wojewoda wileński pułkownik dyplomowany Ludwik Bociański. Nominalnie wydawało się, że wszystko jest w porządku. Niestety szkopuł i to niemały leżał w tym, że wojewoda był wyjątkowo niskiego wzrostu i bardzo szczupły, a generałowa jak na kobietę wyjątkowo wysoka, rozrosła i bardzo tęga. Wypuścić taką parę jako pierwszą w korowodzie polonezowym, który miał być filmowany do Kroniki Filmowej, graniczyłoby ze złośliwością i mogłoby być zrozumiane jako zamiar ośmieszenia naszych prominentów. Należyte rozwiązanie tego dylematu musiało się znaleźć i zrobiliśmy tak: umówiłem się z operatorem Kroniki, że będzie kręcił na przemian to generałową, to wojewodę, zależnie od tego kogo odsłonię idąc jako wodzirej na przedzie przed czołem korowodu. Tak też przebiegało to …filmowanie i udało się to doskonale. Na doskonale zmontowanym …filmie pani generałowa i pan wojewoda byli o dziwo jednakowego wzrostu. Za dobrą reżyserię otrzymałem gratulacje i podziękowania.

Pani generałowa zjawiła się na balu w okazałej toalecie, zapewne bardzo kosztownej i mocno wydekoltowanej. Z tyłu dekolt sięgał chyba niżej pasa, a biust zasłonięty ledwie skrawkiem szaty, trzymającej się cienkim paskiem na szyi. W mazurze, jak wiadomo, tancerka wykonuje prawą ręką wdzięczne gesty w stronę partnera. Pani generałowa tańczyła mazura doskonale, a jej gesty też byłyby świetne, gdyby przy ich wykonywaniu nie wymykał jej się zza przedniej skąpej zasłony sukni biust. Pani kłopot ten zręcznie rozwiązała. Gdy tylko niesforne, a bardzo obfite piersi wymykały się poza przednią część zasłony sukni, zręcznym ruchem to prawym, to lewym łokciem w rytmie i tempie mazura, wbijała je na właściwe miejsce i dalej wdzięcznie płynęła krokiem mazurowym, wykonując z gracją układy choreograficzne. Bal ten był najbardziej reprezentacyjny i największy, jaki prowadziłem w mojej karierze wodzireja. Prześcigałem się w pomysłach i inwencjach, aby tylko wszystko wypadło jak najlepiej. Według miarodajnych opinii bal udał się świetnie, pozostawił niezatarte wspomnienia, a wodzirej spisał się znakomicie.

Podczas karnawału nie tylko braliśmy udział w licznych imprezach tanecznych, ale poza nimi organizowaliśmy w niedziele i święta jeszcze kuligi. Start i meta były w kasynie pułkowym. Na kuligi zapraszaliśmy tylko bardzo bliskie nam osoby. Na trasie kuligu znajdowały się zaprzyjaźnione domy, które uprzedzone o mającym nastąpić najeździe, zawczasu przygotowywały tradycyjny bigos i grzane czerwone wino z korzeniami. Gdy zajeżdżało się buńczucznie w gościnne progi domu, to po odtajaniu z mrozu i rozgrzaniu się czerwonym grzanym winem, po wzmocnieniu się bigosem, następowały tańce i tak mijało w świetnym nastroju i humorach parę godzin. Gdy tempo i nastrój zabawy malały, było to sygnałem do zmiany lokalu. Zabieraliśmy ze sobą tych, którzy chcieli jechać z nami, a przede wszystkim młodzież i kulig pędził dalej po swojej trasie, a bieg swój kończył w naszym kasynie, gdzie gościnnie podejmowaliśmy uczestników naszej zabawy.

Koszary Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu (fot. AlexKazakhov; domena publiczna)

Takie mniej więcej były nasze ułańskie oficjalne rozrywki. Nie wypełniały one całego naszego wolnego czasu. Pozostawał jeszcze szeroki margines, który każdy z nas wypełniał według swoich zamiłowań, pomysłów i fantazji.

Jak nadmieniłem już wcześniej, aby otrzymać zezwolenie na zawarcie związku małżeńskiego, trzeba było mieć za sobą trzy lata służby oficerskiej, stopień porucznika, zaakceptowanie narzeczonej przez oficerską pułkową komisję małżeńską oraz zabezpieczenie materialne małżeństwa zgodnie z obowiązującymi przepisami. W Wileńskiej Brygadzie Kawalerii ostatecznej akceptacji zwyczajowo udzielał dowódca brygady. W końcu 1934 roku złożyłem podanie o zezwolenie na zawarcie małżeństwa w 1935 roku, bowiem spełniałem wszystkie obowiązujące warunki, a jakie one były, to je pokrótce przedstawię.

Najważniejsza była zgoda dowódcy brygady. Pryncypialne stanowisko generała Mariana Przewłockiego było następujące: oficer żonaty jest mniej warty od oficera będącego kawalerem, bo jest mniej dyspozycyjny. W dyspozycyjności przeszkadza mu żona, dziatki, a czasami teściowie, meble i cały dość znaczny majątek ruchomy. Według dowódcy, oficer powinien żenić się wówczas, gdy uzyska stopień rotmistrza i ma te swoje trzydzieści parę lat oraz porządnie się wyszumiał, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby żenił się jako major. Przez lata służby w brygadzie wyrobiłem sobie u generała mocno ugruntowaną opinię bardzo dobrego oficera. Po przedłożeniu generałowi do akceptacji mego podania o zezwolenie na zawarcie związku małżeńskiego, zaakceptowanego przez pułkową komisję, wiedziałem, że zezwolenie to otrzymam i tak to się stało, ale parę miesięcy później odczułem pewne usztywnienie stosunku generała do mnie.

Posag mojej narzeczonej został ulokowany na hipotece kamienicy teściów, a wypłacane przez niego procenty w pełni pokrywały wymaganą dopłatę do poborów porucznika, w wyniku czego jako młode małżeństwo mieliśmy dochody przewyższające nawet uposażenie żonatego rotmistrza. Moja przyszła żona otrzymała od swoich rodziców solidną pomorską wyprawę oraz pełne

Kościół garnizonowy w Grudziądzu, lata 30.
umeblowanie trzypokojowego mieszkania: gabinet orzechowy z fotelami klubowymi, jadalnię z czarnego dębu i sypialnię z czeczotu, ponadto meble do przedpokoju i kuchni. Otrzymanie tej wyprawy i wyposażenia było niesłychanie ważne, stanowiło bowiem dla naszego małżeństwa odpowiednią oprawę, a poza tym przez kilka lat nie wydaliśmy na ten cel ani grosza, a tym samym nie pomniejszaliśmy naszych dochodów.

Ślub odbył się 8 października 1935 roku w kościele garnizonowym w Grudziądzu. Udzielił go oczywiście związany z kawalerią starszy kapelan Centrum Wyszkolenia Kawalerii ksiądz major Adolf Fedorowicz. Do ślubu pojechaliśmy końmi wyjazdowymi (szpakami) użyczonymi przez komendanta CWK pułkownika Zygmunta Podhorskiego. Powoził ułan – stangret pułkownika. Kareta była dworska z zaprzyjaźnionego majątku spod Grudziądza.

Po przyjeździe do Nowej Wilejki i urządzeniu mieszkania złożyliśmy wizyty wszystkim żonatym oficerom pułku. W kilka dni później, po złożeniu ostatniej wizyty, zostałem zaproszony z żoną do kasyna pułkowego na uroczystość przyjęcia nas jako małżeństwa do grona Rodziny Pułkowej. W kasynie zebrał się cały korpus oficerski pułku. Po wygłoszeniu odpowiednich przemówień przez dowódcę pułku i jego małżonkę, która pełniła funkcję przewodniczącej Rodziny Pułkowej, przyjęto nas do niej formalnie oraz wręczono nam pozłacany srebrny ryngraf z napisem Porucznikostwu Grzegorzostwu Cydzikom w dniu ślubu, Rodzina Ułanów Wileńskich. Nowa Wilejka 8.X.1935 r. Po tej oficjalnej uroczystości odbył się miły bankiecik i dancing.

W kilka dni później, po telefonicznym uzgodnieniu z generałem, pojechaliśmy do Wilna, aby przedstawić się dowódcy brygady jako małżeństwo. Zostaliśmy przyjęci przez generała i jego małżonkę bardzo mile i gościnnie. Po upływie tygodnia powiadomiono mnie ze sztabu brygady, że w najbliższą niedzielę w godzinach popołudniowych mamy się spodziewać rewizyty generalskiej. Rzeczywiście o godzinie 17.00 limuzyna generalska zajechała przed nasze mieszkanie, a generał z małżonką wkroczyli w nasze porucznikowskie progi. W pułku tylko kilka osób wiedziało, że w najbliższą niedzielę generał złoży nam rewizytę. Nie uważałem za potrzebne o tym wydarzeniu rozgłaszać. Kiedy więc oficerowie zobaczyli zajeżdżającą przed blok mieszkalny limuzynę generalską, na wszelki wypadek – generał, jak wiadomo, miewał różne nieoczekiwane pomysły – krokiem przyśpieszonym udali się albo do szwadronowych kancelarii, albo do stajni. Nawet lekarz medycyny wkroczył do ambulatorium. Kiedy tak się działo na terenie koszar i stajni, u nas w domu toczyła się ożywiona rozmowa towarzyska. Pani generałowa okazała się bardzo miłą rozmówczynią, a jej małżonek wytrwale jej sekundował. Podaliśmy gościom dobre francuskie wino, tort i herbatę. Generał zawsze był łasy na słodycze, a tort był naprawdę dobry, został specjalnie zamówiony w najlepszej cukierni w Wilnie „Czerwony Sztrall” i dostarczony nam niedzielnym rankiem. Tort napotkał świetnego znawcę i konsumenta, który nie bronił się, gdy mu dokładano coraz to nowe porcje. Nic więc dziwnego, że wytworzył się bardzo miły nastrój, daleki od sztywnego ceremoniału, a wizyta zamiast sakramentalnych 20–30 minut, przeciągnęła się chyba do ponad godziny.

Nowa Wilejka, widok współczesny (fot. Juliux; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)

Kiedy generałostwo odjechali, a pożegnałem ich przy bramie, koledzy wynurzywszy się wreszcie z koszar i stajni wpadli na mnie z hukiem domagając się, abym zrelacjonował im, co tak długo u mnie robił generał, bowiem nigdy i u nikogo tak długo nie siedział. Złożyłem im szczegółową relację, a moi słuchacze przepowiedzieli mi, że moje małżeństwo nie zaszkodzi w moich stosunkach z generałem i nadal pozostanę jego pupilem. Przepowiednie te sprawdziły się.

Po urodzeniu się mojej pierwszej pociechy Zosi w sierpniu 1936 roku, jako pater familias zdecydowanie nabrałem odpowiedniej do tego powagi i utemperowałem swoje zachowanie. Kiedy córka po ukończeniu pierwszego roku życia była znacznie spokojniejsza i cichsza, zaistniały według mnie warunki i nadszedł najwyższy czas do rozpoczęcia nauki przygotowawczej do egzaminu do Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Ważnym też argumentem do podjęcia tej decyzji było to, że zacząłem piąty rok mojej służby oficerskiej.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Grzegorza Cydzika pt. „Ułani, ułani. Wspomnienia - gawędy - opowieści”:

Cydzik Grzegorz
„Ułani, ułani. Wspomnienia - gawędy - opowieści”
44,90 zł
Rok wydania: 2013
Okładka: twarda
Liczba stron: 480
ISBN: 978-83-64185-16-8

Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Grzegorz Cydzik
(Ur. 1909, zm. 1978) Abslowent Szkoły Podchorążych Kawalerii w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Następnie oficer służący w 13. pułku ułanów wileńskich, słuchacz Wyższej Szkoły Wojennej, oficer sztabu Pomorskiej Brygady Kawalerii w kampanii wrześniowej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy